Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
WSKRZESZENIE HAITI. (opowiadanie grozy/mystery)
WSKRZESZENIE HAITI.
(opowiadanie grozy/mystery)
Wielu ludzi twierdzi, iż życiowy mozoł, skłania ich ku końcowi życia. Ktokolwiek z nich, wówczas nie zastanawia się, czy śmierć: tak naprawdę... zapewni im spokój. Uważając to za pewne, nie zdają sobie sprawy, iż umierając: wcale nie muszą zaznać wiecznego odpoczynku.
Turyści. Zwłaszcza, gdy słońce piecze swą własność i tak trawioną jego pradawnym skwarem, wylegający na każdy, uważany za odpowiedni, przystępny im kojącym cieniem, zakątek. Każdy z nich uważa, aby nie rozstać się z częścią siebie, brutalnie wyciętą, bez ułaskawienia narkozą bolesnej agonii, podczas działania paraliżujących układ nerwowy, wyrafinowanie medycznych specyfików, pokładających modlitwy w przeraźliwym pojękiwaniu. Jak na ironię: i tak nie chcą nawet móc poruszyć ku temu palcem, wydając swe oskarżycielskie osądy. Ube słyszał ich wiele. Zanim każdy z nich mógł wreszcie przestać mówić, wielu z nich, nie czyniło czegokolwiek ponadto, wyróżniając go, nie tylko z tego powodu. Był czarny, nie bojąc się. A jeżeli nawet: zawsze ściskał w ogromnej dłoni amulet, noszony na plecionym w bawełnie sznurze. Od kiedy wrócił na Haiti wraz z jego Prababką. Nie Ube. Sam amulet, zawieszony na jego umięśnionym karku, co zawsze utożsamiał z kutą w byczych nozdrzach obręczą, łączącą go z samym Baronem Samedi. Obaj przecież zmierzając przez drzwi Papy Legby, wrócili, aby wieść Zmarłych, wśród żywych, o czym oni sami, mieli zaszczyt się przekonywać, dostępując niczym królewskiego miłosierdzia, posyłającego ich katem w mrok czeluści sali tortur. Takie mieli cele w życiu, będąc posłańcami, sprowadzali zmarłych z powrotem. A kiedy dane im było odejść... już nie mogli powrócić.
Nie zastanawiał się, czy warto ją poznać. Uważał, iż będąc mu obojętną, darzy go wystarczającą bliskością. Mieszkając w niewielkim domku, sprawiającym zanikanie w piasku plaży, często przychodziła mącić życiodajną wodę, o którą najczęściej... musiano walczyć. Nie tutaj, jak i ona sama. Dlatego, nie miał o czym z nią rozmawiać, niemo skupiony pod osłoną bananowca, pozbawionego głodem owoców, w takim stopniu, iż miejscami... brakowało na nim kory. Była środa. Od dwóch nocy, nadszedł czas, aby pozwolić, by ich stopy zaznały oparcia. Jej także. Myślał o tym nieprzerwanie, rozkręcając noszony na sznurze amulet. Pudré de Morte... jak mawiała jego matka, przez kilka pokoleń niewolników, mogących jej zostawić nie więcej, jak obecne dziedzictwo. Poznał je, absorbując latami, jak obecnie, po upływie których, odczuwał jedynie ulgę, jednak... nie powodowaną chłostą. Szepcząc modlitwę w kreolskim haitańskim, wysypał jego zawartość na hartowaną niewolnictwem dłoń. Ściskając ją w pięść, postanowił dostąpić kolejnego zaszczytu. Musiał wieść dusze, a nie zmuszany, zwyczajnie: nie chciał inaczej.
Opalała się beztrosko wyciągnięta na uroczym, pasiaście figlarnym ręczniku. Ubrana jedynie w czarne bikinii, bezwstydnie eksponując powiększony chirurgicznie biust. Postanowiła się zrelaksować, gdy spokój myśli, przesłonił jej chłód niespodziewanej ciemności. Tak namacalnej, iż odczuła ją pomimo zamkniętych, głębokobłękitnych oczu. Nie rozumiała tego zupełnie, otwierając je leniwie, jakby dla ujrzenia stojącego na drodze jej opalenizny, rosłego Murzyna, patrzącego nie tyle na nią, co na plażę przez nią, w tak przenikliwie chłodny sposób, iż pomimo upału, przeszedł ją dreszcz. Doskonale o tym wiedział, przykucnąwszy. Snop blasku spowodował, iż przesłaniając dłonią oczy, starała się go zrozumieć. Poprostu: był obok niej. I patrzył. Odniosła wrażenie, że jakby bardziej spogląda w jej dusze, niż na nią samą. Zwłaszcza wówczas, gdy podniósł do ust ściśniętą w pięść dłoń. Czy to przyjacielski gest? Nie zdąrzyła się przekonać inaczej, jak zaczerpnięciem nieświadomym wdechem obłoku spowijającej jej uroczą buzię, szarej, duszącej mgiełki. Zakaszlawszy, chciała go uderzyć, odepchnąć... cokolwiek, pozwalającego jej okazać, że ten żart... wcale nie był śmieszny. Czując wzbierające w oczach łzy, odprowadziła szczypiącym spojrzeniem odchodzącą postać. Tak poprostu. Tylko dlatego chciała drżącymi dłońmi sięgnąć po telefon. Niech go zamkną. Żartowniś pierdolony... który nim uszedł dziesięć kroków, ogarnęły ją mdłości, połączone z imprezowymi zawrotami głowy. Czując w malowanych purpurową szminką ustach kredowoziemisty posmak, dotknęła delikatną dłonią twarzy, dla dodania sobie otuchy. Była spocona. I zimna, jak na wylegiwanie się w słońcu, czując, iż świat kręci jej świadomością kalejdoskopowe piruety, niczym poklatkowy taniec, brnący wybiórczymi figurami ramą jej umysłu. Pomimo smukłych ud, coraz dziwaczniej odczuwała obecność swoich długich nóg, a jedynym, czego mogła dokonać, chcąc sięgnąć po klapki, było ciężkie, niezgrabne przewalenie na bok zgrabnych bioder. Musiała odpocząć, w irracjonalny sposób, mimo wszystko, odczuwając narastające zmęczenie. Spowita długimi do pośladków lokami głowa, zaczęła ciążyć na jej delikatnych barkach, gdy spojrzała w stronę najętego lokum. Było daleko... bardzo daleko... lawirując przemykającymi przed jej wzrokiem iluzjami, nie pozwalającymi jej zebrać się w sobie. Nie mogła tak dłużej, gdy wstając, zatoczyła się, niczym wymagająca eskorty po udziale w kameralnym przyjęciu. Z trudem uniosła seksowną łydkę, zmierzając w bok. Miała świadomość, że to nie możliwe, próbując obrać kierunek. Kolejny, bezwiedny krok, zdający pchnąć ją karnie, do nienawidzonej przez nią czynności, której odmawiała, zataczając się bezwładnie w tył. Czując gorąco, szarpiące chciwymi szponami jej płaski brzuch, zdała sobie sprawę, że przestaje go czuć, resztką świadomości dotykając dłonią swojego niewielkiego pośladka. Straciła równowagę, bezwiednie przy tym kuśtykając, co przywodziło na myśl paraboliczne przemierzanie bezkresu morza, na pokładzie ledwo mogącej mu sprostać łajby. Drzwi... czy to one? Nie zdąrzyła nawet odczuć, gdy chcąc zaznać ich obecności, bezwładnie runeła, otwierając je. A zanim kliknęły więżąc ją w mroku, spowijającego obojętnością jej wzrok: zapadł on zupełnie.
Przyszedł po nią w nocy, z łatwością przerzucając przez swój masywny bark. Nie obchodziło go to zupełnie. Zwykła, koścista istota, dająca się podnieść, nie trudniej od kokosa. Nie chciał jej. Zbliżył policzek do jej ust. Oddychała. Płytki, pachnący słodko oddech, wydający z jej płuc tchnienie śmierci. Trzymał ją za ręce, mając świadomość, że doskonale wszystko czuje. Żyła. Wśród Zmarłych, a obecnie: musiał tylko pozwolić jej tego zaznać, dla samego siebie, jednak... wobec dusz, z którymi nie miał czelności się porównać, wchodząc na ścieżkę, skrytą zielenią przed spojrzeniem codzienności.
Otwierając oczy, czuła pod szczupłymi plecami twardość, uwierającą bólem całą powierzchnię tyłu jej narzędzia pracy. Będąc Zawodową Modelką, nie mogła inaczej. Jak obecnie, odczuwając zadziorne ukłucia przenikliwego bólu, wobec więżącego odrętwienia. Usiłowała unieść dłonie do twarzy, mogąc pozwolić sobie, co najwyżej, na poruszanie palcami. Dotyk. Szorstka, spękana powierzchnia, którą potarła swoim eleganckim, długim paznokciem. Czując jej włóknistą miękkość, zaczęła zastanowieniem podważać kolejne, skromne włókna. Twardszy punkt... skryty w nieprzeniknionym mroku. Było jej duszno. Bardzo duszno, z każdym oddechem... Co to za materia?.. Drewno..? Mrok... brak tlenu, zaczynający wywierać na nią coraz bardziej hipnotyczne doznania... Zirytowało ją to. Dostatecznie ogarniając paraliż układu nerwowego, który ustąpiwszy, niespodziwanie skierował w bok jej dłoń, odepchniętą twardością. Otwierając jej oczy przerażeniem, tak dla niej potwornym, iż zdołała nawet unieść ją na wysokość twarzy, czując znajomy opór, jakby sama ciemność traktowała ją wyproszeniem z pod jej całuna. Odważyła się jej dotknąć. Nie była jednak w stanie krzyknąć, gdy narkotyczny letarg jej umysłu spowiła świadomość... bycia pochowaną żywcem: w butwiejącej trumnie, pachnącej, o dziwo: męskimi perfumami...
Dwie noce ofiarował Baronowi. Trzeciej: rozkopywał kolejny grób zapomnianego cmentarza. Bywał tu na tyle często, aby otwarwszy wszystkie mogiły, rozwiązać Wiosce język. Mówiła o Zmarłych: powstałych z grobów: wśród żywych. Oni nie kłamali. Nie winił ich za to, że Prawdy Niewolników, nigdy nie chciano słuchać. Jak on obecnie: głuchego odgłosu łupnięcia szpadla, niesionego pustką. Zgarnąwszy nim ziemię z umęczonego, trumiennego wieka, postanowił go nie otwierać. Nie po to przerzucił tonę spoczywającej na nim ziemi, aby cokolwiek ponadto nie pozwalało mu ustąpić. Poza modlitwą, która niesiona szeptem, jakby... przywiodła ją z powrotem. Swą doniosłością sprawiając, że zrzuciła więżące ją w Zaświatach kajdany. Zarówno doczesności, jak i potoków łez, płynących w cmentarz po jej kościach policzkowych.
Czuła się pusta i pozbawiona uczuć. W takim stopniu, że wzbudziło troskliwe zainteresowanie Stewardessy. Poprosiła o wodę, gdy jej ziemista cera, miło kontrastując z podkrążonymi oczami, nie pozwalała przestać jej odczuwać głodu. Zdecydowanie. Była przeraźliwie głodna... i wcale nie zdziwiło jej, że spoglądając na lecących wraz z nią Pasażerów, oblizała wargi: odczuwając nieprzeparty apetyt...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania