Wstążka

Na ziemi rozłożone były kolorowe dywany i chodniczki, a na nich w uroczystym bezładzie stały najrozmaitsze drobiazgi. Wszystko pochodziło oczywiście z wysypisk i szabru, ale nie widziało się tego - czasem coś śmierdziało łajnem albo krwią, ale zasadniczo były to rzeczy zdatne do użytku. O ile oczywiście coś w ogóle było przeznaczone do użytku, bo większość to były po prostu figurki, sztuczne owoce i kwiaty, bibeloty, ozdobne świeczniki, połowy kandelabrów, spodki bez filiżanek i tak dalej.

 

Sprzedawcy, zupełnie jak ich towary, stanowili taką samą barwną i bezładną zbieraninę ludzi nieprzydatnych - najczęściej cyganów, ale widziało się wszystkie odcienie skóry i słyszało się wiele języków i akcentów. Co tu robili było oczywiste - starali się przeżyć - ale jak się tu znaleźli było plątaniną zdarzeń, przypadków i nieporozumień, a każdy z nich przedstawiał się jako niewinną ofiarę okoliczności. Ale też było w nich wiele z tej niewinności i mimo całego wyrachowanego sprytu, jakiego nabyli trudniąc się handlem, byli szalenie naiwni i łatwowierni, wciąż przekonani, że ich los jeszcze się odmieni, bo tym razem idzie ku dobremu, a byle akt dobrej woli potrafił zamieszać im w głowach na długie miesiące, jak dzieciom pochwalonym przez dorosłego.

 

K. nie czuła jednak żadnego współczucia dla mijanych sprzedawców, obrzucających ją czujnymi spojrzeniami. Byli dla niej parchami, dybiącymi na nią i jej pieniądze, i nie myliła się przecież aż tak bardzo. Chciała tylko kupić czerwoną tasiemkę do przewiązania prezentu dla J., a jak na złość wszystkie sklepy były dziś pozamykane, tylko tutaj wciąż odbywał się handel. Tego handlu zakazać nie można było, bo ten tutaj to było samo życie; to samo życie, które na drogach spędzali cyrkowcy i aktorzy - przycupnięte na skraju, na chwilę.

 

Wstążeczki nigdzie nie było, niech to diabli. Był zegar, co nie działa, była papierośnica z czasów Drugiej Rzeczpospolitej, był sztych, oryginalna reprodukcja, z zającem i zimą, był kartonik pełen śrubokrętów, jeszcze jeden zegar, pozłacany, na rękę, radziecki, dla niektórych prawdziwy okaz, był słoik pasty BHP bez etykiety, wciąż dobrej, jak mówił poprzedni klient, sznurowadła w różnych kolorach (głupio chyba prezent przewiązywać sznurowadłem? Tak, głupio, o czym ja myślę), żelazny imbryk ze zdekompletowanego samowaru, Odznaka Tysiąclecia Państwa Polskiego i parę innych medali okolicznościowych, stary podręcznik do biologii, wiele pocztówek, szczerbaty klaser, płyty w zmatowiałych opakowaniach, radio na baterie (hit wśród bezdomnych), trochę tanich książek z końca ubiegłego wieku ("Trzydziestka na karku", sąsiadka się zaczytuje, poleca więcej tego wydawnictwa) ze dwa Chandlery, i wymięta Christie, nic znanego, nasiona, kawałek firany (dorzucę obrus), coś podłużnego i ostrego z mosiądzu, wrzeciono (wrzeciono?) i stare żelazko na duszę, ale bez duszy, zapodziała się (machnięcie ręką), obieraczki do ziemniaków plastikowe, nóż scyzoryk (chiński, ale jak szwajcarski - szelmowski uśmiech rzucony w tak zmęczony sposób, jakby ten żart był starym meblem, który przestawia się nogą), gra planszowa, pluszowy miś, samochodzik, kokardka, sznurek konopny, nitka, koronkowa serwetka, pasek płócienny, łańcuszek, kabel, wędzony węgorz, linijka, plastikowe zaciski, gałęzie, czarnoziem, opona, żarówka, plakietki z życiowym mottem, modlitewniki i różańce świecące w ciemności, kubeł wody (święconej?), gruz, obietnica bez pokrycia, sposób na szóstkę, garść przepisów, ciastko z dziurką, manetka gazu, miejsce przy oknie w barze mlecznym dwie przecznice stąd.

 

Żadnej wstążki, choć raz było blisko, miała wrażenie K.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania