Wstęp wzbroniony, czyli powrót apostoła
Sen więźnia i trawnik Obiecany
Rzymska noc pachniała spalenizną taniej oliwy, skwaśniałym winem z pobliskiej tawerny i niemytym ciałem pretorianina.
Gwardzista, przykuty do prawego nadgarstka Pawła półtorametrowym żelaznym łańcuchem, zachrapał soczyście we śnie i przewrócił się na bok. Ogniwa napięły się z suchym szczękiem, boleśnie wrzynając się w otartą skórę apostoła. Paweł skrzywił się, lecz nawet nie drgnął. Po dwóch latach morskich sztormów, lochów cezarejskich i nieustannego brzęku rzymskiej stali ta ciężka bransoleta stała się dla niego niemal zwyczajnym elementem ubioru — jak stary opończa podróżna, którą zostawił w Troadzie u Karpusa i o której wciąż z goryczą wspominał w każdą przenikliwą noc.
Paweł przetarł zaognione, wiecznie łzawiące oczy. Miał grubo ponad pięćdziesiątkę — wiek wedle miar imperium niemal biblijny. Palce, zgrubiałe od dziesięcioleci zszywania szorstkiej koziej sierści na cylicyjskie namioty, rwały przed deszczem. Plecy, poorane purpurowymi bruzdami od uderzeń liktorskich rózg i żydowskich biczów „czterdzieści bez jednego”, paliły żywym ogniem.
Jutro albo za tydzień powloką go na Palatyn. Do Nerona. Do młodego szaleńca, który uważał się za wielkiego kitarzystę, a ludzi — za tani opał dla nocnego Rzymu.
Lecz to wcale nie cezara lękał się Paweł.
Dręczyło go coś innego. Ostatnie listy od braci, przekazane przygodną drogą, paliły gorzej niż rzymskie żelazo: w Koryncie znów spierano się, kto jest większy — Apollos czy Kefas; w Galacji na nowo poczęto z gorliwością obrzezywać pogan, zamieniając Ewangelię w filię jerozolimskich jatek; a w Efezie niejaki Aleksander, miedziownik, słał donos za donosem…
Paweł osunął się na kolana, starając się nie obudzić strażnika, i oparł czoło o zimną kamienną posadzkę.
— Panie — wyszeptał bezgłośnie w ciemność, zwracając się wprost do Tego, którego oślepiający blask strącił go niegdyś z konia na zakurzonym trakcie do Damaszku. — Czyżbym na próżno biegł? Czy wszystko, co wznieśliśmy na Twoim kamieniu węgielnym, ci ludzie rozkradną na cegły dla własnych ambicji, ledwo zamkną się za nami bramy grobu? W co oni obrócą Twoją wolność?
Powietrze w ciasnej izdebce nagle zgęstniało. Chrapanie pretorianina ustało — Rzymianin zamarł, jakby czas zamienił się dla niego w zastygłą żywicę. Ciemność rozdarło ciche, suche i przedziwnie znajome trzeszczenie.
„Zbyt wiele myślisz o cezarze, Szawle” — rozległ się głos. Nie grzmiał jak piorun z Synaju. Był to głos Człowieka, który znał smak galilejskiej ryby i kurz dróg Samarii.
— Panie?.. — tchem tylko rzucił Paweł.
„Wątpisz, czy wiara ostoi się, gdy osłabnie twój nadzór? Boisz się wilków drapieżnych, które nie oszczędzą stada? Cóż. Wilki to prosta rzecz. Wilki szarpią ciało. Ja ukażę ci tych, którzy nauczyli się paść owce… z gwarancją i według wcześniejszych zapisów. Zobacz, w co obracają Moją łaskę, gdy postanawiają zaprowadzić w niej idealny porządek”.
Przestrzeń szarpnęła się, niczym zgrzebny żagiel pod nagłym szkwałem Euroakwilonu. Żelazny łańcuch na nadgarstku nagle przestał ciążyć. Zapachy Rzymu — nieczystości, nawóz i swąd oliwnych kaganków — rozwiały się, ustępując miejsca czemuś niepojętemu: sterylnej, wilgotnej rześkości i nikłej chemicznej woni, przypominającej mieszaninę roztartej mięty i nieznanych maści.
Paweł otworzył oczy i kichnął.
Leżał twarzą do ziemi na trawie. Była to jednak jakaś nienaturalna, czarnoksięska trawa. Ani jednego kolącego rzepu, ani suchego źdźbła ostu, ani śladu owczego nawozu. Wszystkie pędy przycięto na jednakową wysokość dwóch palców, co tworzyło sprężysty zielony kobierzec, po jakim w wyobrażeniu Pawła stąpać mogli chyba tylko partyjscy królowie.
Apostoł usiadł i machinalnie szarpnął prawą ręką. Ani łańcucha. Ani pretorianina. Tylko stara tunika z surowej przędzy, sandały na cienkiej podeszwie i wytarta skórzana sakwa u pasa ze szydłem i dratwą.
W dali rozpościerało się gładkie jak lustro jezioro. Na przeciwległym brzegu, pośród równiuteńkich, jak pod sznurek posadzonych klonów, wznosiły się gigantyczne gmachy. Nie przypominały one ani rzymskich bazylik z marmurowymi kolumnadami, ani jerozolimskiej Świątyni ze złotymi iglicami. Budynki wyglądały jak wielkie bryły z polerowanego granitu i błękitnawego lodu, lśniącego w porannym słońcu. Żadnych posągów bóstw, żadnych łuków triumfalnych. Całkowita, sterylna, zatrważająca symetria.
Paweł dźwignął się powoli na nogi i postąpił kilka kroków po nienaturalnie miękkim dywanie trawy. Trawnik urywał się równą krawędzią, za którą zaczynała się droga.
Apostoł pochylił się i z niedowierzaniem dotknął jej dłonią. To nie był rzymski bruk z dopasowanych płyt bazaltowych, po jakich kroczył Drogą Appijską. Pod palcami wyczuł jednolity, stężały czarny kamień — szorstki, bez żadnego spojenia, szwu czy głębokich kolein po ciężkich rydwanach, jakby jakaś niepojęta smoła z głębin ziemi rozlała się i zakrzepła na rozkaz władcy tych włości.
Na skraju owej dziwacznej drogi stała tablica z szarego polerowanego metalu.
Paweł zmrużył słabe, załzawione oczy, wpatrując się w obce znaki. Biegle władał greką, czytał zwoje w świętym języku ojców, rozumiał łacinę trybunałów sądowniczych. Lecz te kanciaste czarne litery, choć z daleka przypominały rzymskie pismo legionów, układały się w całkowicie obcy, barbarzyński wzór: „WORLD HEADQUARTERS OF JEHOVAH’S WITNESSES — WARWICK”
Odczytać owej mowy nie potrafił. Wzrok jego przykuło jednak coś innego. Tuż nad napisami widniał równy błękitny czworokąt z pięciu białymi znakami: JW.ORG.
Znak ten wyglądał wyzywająco jaskrawo i obco. Nie przypominał ani świętych symboli Przybytku, ani rzymskiego orła, ani tajemnego znaku ryby, który bracia niekiedy kreślili laską w pyle gościńców. Przywodził na myśl chłodne, martwe piętno, jakie rozpalonym żelazem wypala się na workach ze zbożem w portach Aleksandrii albo na ramieniu niewolnika, by oznaczyć właściciela dobytku.
— Czyjaż to faktoria?.. — mruknął Paweł w koine, z rosnącym niepokojem omiatając wzrokiem bezludną drogę. — I czyje piętno wyryto na tych kamieniach?
W tejże chwili zza zakrętu dobiegł szelest kół. Bezszelestnie, bez skrzypnięcia uprzęży czy tętentu kopyt, przed Pawłem zatrzymał się biały rydwan bez koni, przypominający spłaszczony powóz dla patrycjuszy.
Z wehikułu wysiadło dwóch mężczyzn.
Byli idealnie wygoleni — do tego stopnia, że ich podbródki błyszczały w słońcu. Mieli na sobie jednakowe czarne chitony zapinane pod samą szyję, wąskie czarne spodnie oraz pętle z ciemnego jedwabiu zaciśnięte wymyślnym węzłem pod grdyką. Na piersi każdego z nich dyndała kolorowa plakietka na smyczy, a w dłoniach trzymali płaskie czarne tabliczki, bijące od wewnątrz własnym światłem.
Paweł zesztywniał, zebrał poły tuniki i przygotował się na przesłuchanie. Po dozorcach z Filippi i buntownikach z Efezu trudno go było zresztą zaskoczyć strojem pogan.
Obaj podeszli bliżej. Jeden z nich, młodzieniec o wymuszonym, ściśle wyreżyserowanym uśmiechu, zmierzył Pawła wzrokiem od stóp do głów — zatrzymując się na nieogolonej twarzy, zrogowaciałych palcach bosych stóp i zakurzonym rąbku sukna.
— Dzień dobry, bracie, mam na imię Jim, — odezwał się chłopak w barbarzyńskim narzeczu, w którym Paweł z trudem wychwycił zniekształcone germańskie i łacińskie rdzenie. — Brat pewnie z ekipy filmowej do filmu historycznego na kongres regionalny? Porządkowy brata szuka? I dlaczego brat nie ma plakietki?
Jim zmarszczył brwi, które natychmiast powędrowały w górę — jego spojrzenie przywarło do twarzy Pawła.
— Bracie, no ile razy powtarzano podczas porannego wielbienia Boga? — westchnął z przyganą strażnik, kręcąc głową. — Owszem, Ciało Kierownicze przedstawiło „nowe światło” i pozwoliło nosić brody. Ale to nie znaczy, że można zarastać jak dzikus! W liście do Betel stoi czarno na białym: długość musi być stosowna, krawędzie równo przycięte trymerem, policzki gładko wygolone, żadnego kołtuna! A u brata co? Kłaki we wszystkie strony, kurz, okruszki… Brat w takim stanie zamierza stanąć przed kamerą? Przecież bracia z Działu Służby nie wpuszczą brata za próg studia, toż to jawna przyczyna do zgorszenia!
Paweł zachmurzył się. Barbarzyńskie dźwięki („filmik”, „plakietka”, „kongres”) składały się w niedorzeczność, lecz twardy, lustrujący ton urzędników rozpoznałby nawet na pustyni arabskiej. Tak mierzyli go wzrokiem strażnicy saduceuszów przed wrzuceniem do lochu.
— Charis hymin kai eirene (Łaska wam i pokój) — odezwał się dźwięcznie Paweł w koine, skłaniając lekko głowę wedle wschodniego obyczaju. — Czyje to włości, mężowie? Zmierzałem do Rzymu na sąd przed cesarza Augusta Nerona, lecz Pan porwał mnie w drodze. Z kim mam zaszczyt mówić? Czyście wyzwoleńcy rzymskiego prefekta?
Dwaj mężczyźni w czarnych garniturach spojrzeli po sobie. Uśmiech na twarzy pierwszego opadł, ustępując miejsca zawodowej czujności betelskich służb bezpieczeństwa.
— Jim, co on wygaduje? — spytał cicho drugi, nie spuszczając oka z żylastej dłoni Pawła spoczywającej na skórzanym woreczku ze szydłem. — To greka? Czy łacina?
— Pojęcia nie mam — wycedził nerwowo Jim, zerkając na tablet. — Ale akcent ma dziki. I coś wspomniał o Neronie. Słuchaj, a może to jakiś odstępca z Grecji? Pamiętasz, jak w zeszłym miesiącu jakiś wariat w Atenach próbował zakłócić wykład specjalny?
— Nie wygląda na brata z Grecji. Śmierdzi jak z obory… to znaczy jak bezdomny. I ten chałat…
Jim cofnął się o krok, położył dłoń na czarnym pudełku z anteną przy pasie i zaczął mówić powoli i donośnie, jak mówi się do głuchych albo niedorozwiniętych cudzoziemców:
— Proszę pana! To jest teren prywatny Towarzystwa Strażnica. Wstęp wyłącznie za przepustkami. Bez identyfikatora wstęp wzbroniony! Ma pan upoważnienie z Działu Służby?
Paweł, widząc, że greka nie przynosi skutku, postanowił zmienić mowę. Wyprostował się w całym swym niewysokim wzroście, błysnął zaognionymi oczyma spod gęstych brwi i przemówił w świętym języku ojców — po hebrajsku:
— Szalom alejchem. Jeśli jesteście mężami Pisma, powiedzcie: w czyim imieniu wzniesiono te kamienne góry? Gdzie tu dom zgromadzenia? Gdzie starsi, by włożyć ręce i łamać chleb?
Strażnicy jak na komendę cofnęli się o kolejny krok. Słowo „szalom” rozpoznali, lecz reszta gardłowych dźwięków brzmiała zbyt groźnie dla sielskiego spokoju Warwick.
— Kod dwa — wymamrotał szybko Jim do radiotelefonu na ramieniu. — Baza, tu Bramka-Północ. Mamy nieautoryzowane wtargnięcie na trawniku przy stawie. Mężczyzna, około sześćdziesiątki, wygląd orientalny. Ubrany w domowej roboty łachmany, zarośnięty, niezrównoważony, mówi w jakimś dziwnym języku, to chyba grecki albo hebrajski. Broni na razie nie widać, ale trzyma rękę przy pasie.
— Przyjęto, Bramka-Północ — zaskrzeczało radio metalicznym głosem. — Zawołajcie kogoś z tłumaczeń. Dziś w gmachu głównym dyżuruje brat Mark z sekcji starogreckiej i hebraistyki. Niech zejdzie i sprawdzi, co to za cyrk.
Paweł przyglądał się gadającemu czarnemu pudełku z chłodnym spokojem. Przez lata posługi widział egipskich magów, cypryjskich czarnoksiężników i wieszczki z duchem pytońskim — sztuczki szatana z mówiącymi amuletami nie robiły na nim wrażenia.
— Lękacie się słowa? — spytał cicho w koine, krzyżując ręce na piersi. — Czy dlatego postawiliście straż u bram, że sumienie wasze jest nieczyste przed Bogiem?
Po jakichś pięciu minutach od strony szklanych brył truchcikiem nadbiegł młodzieniec około trzydziestki. W przeciwieństwie do barczystych ochroniarzy był przygarbiony, w drucianych okularach, z potarganymi włosami i sińcami pod oczami — wierny wizerunek człowieka, który nad kolacjonowaniem manuskryptów spędza więcej czasu niż na świeżym powietrzu. Na jego plakietce widniało: „Mark. Dział Służby Tłumaczeniowej (WTS)”.
— Co tu macie? — wydyszał Mark, poprawiając przekrzywiony krawat. — Bracia, goni mnie termin z rewizją przypisów do Listu do Rzymian, Ciało Kierownicze żąda składu do piątku…
— Masz, naciesz oczy — Jim wskazał palcem Pawła. — Wylazł z krzaków. Szwargoce coś w twoim starożytnym narzeczu. Zbadaj sprawę, w końcu jesteś od martwych języków. Dowiedz się, kto to, zanim ściągniemy policję stanową za naruszenie terenu prywatnego.
Mark odwrócił się ku osobliwemu przybyszowi. Przemknął wzrokiem po żylastej, pochylonej sylwetce, zakurzonym wełnianym płaszczu, grubych rzemieniach sandałów, po rękach rzemieślnika przywykłych do krojenia twardej skóry…
I wtem Paweł spojrzał prosto na niego. Było to spojrzenie ciężkie, przeszywające na wylot — tak patrzą ludzie, którzy zajrzeli za drugą stronę istnienia.
— Ti estin to onoma su, adelphe? (Jak ci na imię, bracie?) — zwrócił się do niego Paweł, wyczuwając w zgarbionym młodzieńcu choćby iskierkę rozumu. — Czy ci strażnicy to cudzoziemcy, którzy nie znają mowy imperium?
Markowi zaparło dech. Okulary o mało nie zsunęły mu się z nosa.
To nie była sztuczna nowogreka z ateńskich kawiarni. Ani też wymuskana wymowa erazmiańska, jaką dukają studenci w seminariach. Była to najczystsza, cięta koine z połowy I wieku. Do tego z charakterystycznym, szorstkim akcentem cylicyjskim — Mark dopiero co w zeszłym tygodniu czytał monografię o dialektach Tarsu.
— Ja… jestem Mark — wydukał w starożytnej grece, a język plątał mu się w ustach. — Skąd… skąd jesteś? Kim jesteś?
— Jam jest Szaweł z Tarsu, z woli Bożej powołany apostoł Jezusa Chrystusa. Szedłem w więzach do Rzymu, lecz oto stoję tutaj. Powiedz mi, młodzieńcze: czyje to gmachy? Czyje piętno widnieje na drogach? I czyimi jesteście niewolnikami?
Mark przełknął nerwowo ślinę, próbując przełożyć betelskie szablony na starożytny język:
— To… to nie są niewolnicy cezara. Jesteśmy zborem prawdziwego Boga. Zwiemy się martyres [„świadkowie”] Najwyższego na całej ziemi!
Paweł znieruchomiał. Jego brwi zeszły się groźnie nad nasadą nosa, a spojrzenie przesunęło się po gładkich, lśniących policzkach strażników, po ich nienagannych, nakrochmalonych białych koszulach bez plamki brudu czy zaschłej krwi, po wypielęgnowanych dłoniach bez jednej blizny.
— Martyres? — powtórzył apostoł z ciężkim sarkazmem, a w jego głosie zadźwięczał metal. — Świadkowie? Męczennicy?! Czyjeż to świadectwo składacie w tych pałacach zbytków i wczasu? Gdzie wasze więzy? Gdzie ślady biczów, gdzie znamiona Pana Jezusa na waszych ciałach? Zwiecie się męczennikami, a pachniecie kosztownymi pachnidłami, nie zaś krwią przelaną za imię Chrystusa!
Mark cofnął się powoli o pół kroku, wpatrując się w apostoła oczami rozszerzonymi ze zgrozy i szoku.
Przepustka do „ziemskiego raju”
Jim trzymał już palec nad dotykowym ekranem tabletu, gotów wcisnąć czerwony przycisk wzywania biura szeryfa hrabstwa Orange.
— No i jak, Mark? — rzucił zniecierpliwiony drugi strażnik, poprawiając wyprasowaną klapę marynarki. — Co to za dziadek? Kolejny nawiedzony fundamentalista czy bloger-odstępca z TikToka? Jak nam zacznie wykrzykiwać hasła pod wejściem głównym, bracia z Komitetu Koordynatorów urwą nam głowy. Za czterdzieści minut mają poufną telekonferencję z biurem oddziału w Australii!
Mark przełknął ślinę. W jego głowie, przywykłej do metodycznego zestawiania wariantów Westcotta-Horta, papirusu Bodmera P66 i ujednoliconej linii doktrynalnej z Brooklynu, dokonało się właśnie trzęsienie ziemi.
Ten człowiek przed nim nie grał.
Nie pozował. Aktorzy z przedstawień kongresowych pachnieli lakierem do włosów, płynem do płukania tkanin i tanią szminką teatralną. Ten człowiek pachniał śródziemnomorską słoną falą, owczym potem, czosnkiem i suchym kurzem dróg Lacjum. A co najważniejsze — jego gardłowej, urywanej koine z charakterystycznym połykaniem samogłosek nie dałoby się podrobić: tak nie mówili nawet profesorowie z Oksfordu, tym można było nasiąknąć jedynie z mlekiem matki na ulicach starożytnego Tarsu.
„Szaweł z Tarsu… — zahuczało w skroniach Marka. — Panie, zmiłuj się… Nie, zaraz. Jehowo, ratuj. Zmartwychwstanie? Przedwczesne zmartwychwstanie pomazańców? Przecież Ciało Kierownicze uczyło, że zmartwychwstanie do nieba zaczęło się już w roku 1918 i jest niewidzialne! A tu… ciało i krew, brud za paznokciami i nieogolona gęba w samym środku stanu Nowy Jork!”
Jeśli wezwą policję, wybuchnie międzynarodowy skandal. A jeśli przed nim naprawdę stoi… on? Jeśli Bóg w obliczu bliskiego Armagedonu uczynił cud, zsyłając jednego z dwunastu… a raczej trzynastego apostoła, wprost pod próg widzialnej organizacji ziemskiej? Tego nie wolno oddać w ręce gliniarzy. To musi zobaczyć Ciało Kierownicze. Osobiście.
Mark przybrał najbardziej nabożny, maślany uśmiech, na jaki stać było doświadczonego betelczyka z długim stażem.
— Odwołajcie to, bracia — machnął ręką z udaną obojętnością, pilnując, by palce mu nie drżały. — Żadnej policji. Fałszywy alarm.
— To znaczy? — Jim zmarszczył czoło.
— To… tajny projekt Działu Audio-Wideo — skłamał Mark, zniżając głos do spiskowego szeptu. — Pamiętacie, jak w zeszłym tygodniu na porannym wielbieniu brat Sanderson wspominał o pracach nad wielkim filmem kostiumowym o życiu apostołów na kongres w 2027 roku? No więc sprowadzili tego brata z jakiegoś odległego zboru na Cyprze. Mówi autentycznym dialektem. Pełne wejście w rolę metodą Stanisławskiego — tak się wczuł, że od trzech dni z niej nie wychodzi. Mieli go od razu zawieźć do charakteryzatorni w Studio B, ale kierowca z bazy transportowej widocznie wysadził go przy złym szlabanie.
— A gdzie plakietka? — Jim zmrużył oczy podejrzliwie niczym Cerber.
— Rekwizytorzy zostawili w wozie. Biorę go na swoją odpowiedzialność. Wprowadzę go przez pion techniczny tłumaczeń prosto na górę, do zarządu. Sami rozumiecie, nad projektem czuwa osobiście Komitet Wydawniczy. Głupio by było, gdyby zdjęcia się opóźniły przez brak identyfikatora, prawda?
Magiczne zaklęcia: „Ciało Kierownicze”, „Komitet Wydawniczy” i cień gniewu zwierzchników poskutkowały bez pudła. W Betel panowała żelazna reguła: jeśli nie wiesz, co zrobić — ustąp temu, kto powołuje się na autorytet z góry.
— No dobra, Mark — bąknął Jim, chowając radio. — Bierz tego swojego Cypryjczyka. Ale prowadź go schodami służbowymi. Nie daj Boże, żeby w takim stanie napatoczył się na wycieczkę z Ohio — siostry z wrażenia zemdleją od tego jego zapachu.
Mark odetchnął z ulgą i zwrócił się ku apostołowi:
— Akolouthei moi, kyrie (Pójdź za mną, panie) — rzekł w koine, ledwo powstrzymując pełne czci drżenie głosu. — Musimy wejść do środka. Tu… nie jest najlepsze miejsce do rozmowy.
Paweł zmierzył młodzieńca długim, ciężkim spojrzeniem. Przymrużył zaognione oczy, próbując dojrzeć prawdę ukrytą za dziwacznymi szkiełkami w cienkiej oprawie na nosie Marka.
— Mówisz jak uczony w Piśmie, młodzieńcze — odparł Paweł, unosząc rąbek tuniki, by nie deptać idealnie gładkich płyt chodnika. — Lecz w twojej mowie znać szkołę obcych. Dokąd mnie prowadzisz? Do pretorium?
Ruszyli szeroką aleją ku olbrzymiej bryle ze szkła i szlifowanego piaskowca. Z bliska kompleks przytłaczał cyklopowym rozmachem. Żadnych pęknięć, żadnego kurzu, żadnego śladu bytności setek mieszkających tu ludzi. Wszystko lśniło chłodną, nienaganną czystością grobowca bogatego faryzeusza.
— To nie pretorium — szeptał pośpiesznie po grecku Mark, prowadząc go ku bocznym drzwiom i co chwila oglądając się za siebie. — To Warwick. Biuro Główne… ludu prawdziwego Boga. Ośrodek ogólnoświatowej działalności kaznodziejskiej.
— Ogólnoświatowej? — upewnił się Paweł, przystając na moment przed lustrzanymi drzwiami, w których odbiła się jego krępa postać obok chudego betelczyka. Nagle skrzydła rozsunęły się same z cichym sykiem.
Apostoł odskoczył w tył, dłoń odruchowo pomknęła do pasa w poszukiwaniu oręża, lecz natrafiła jedynie na szewskie szydło.
— Czary? Mechanika aleksandryjska? — wycedził przez zęby.
— Nie, nie, fotokomórki… to znaczy światło załamane w kryształach, zwykła mechanika, przysięgam! — zamachał rękami Mark, przerażony, że starzec zaraz narobi rabanu w holu. — Błagam cię, wejdź!
Wstąpili na polerowaną marmurową posadzkę westybulu. Klimatyzowane powietrze owiało Pawła suchym chłodem. Wokół krzątali się nienaganni młodzi mężczyźni i kobiety w skromnych spódnicach za kolana. Wszyscy trzymali w rękach cienkie, płaskie tafle szkła, po których migały ich palce, a twarze malowały się osobliwym, zastygłym spokojem. Nikt się nie kłócił, nikt nie śmiał się głośno. W holu unosił się jednostajny, sterylny szept, przerywany miękkim stukotem obcasów.
— Kim są owi rzezańcy w pętlach na szyjach? — spytał cicho Paweł, wskazując z pogardą gromadkę betelczyków pod krawatami, omijających go szerokim łukiem. — Dlaczego niewiasty są ostrzyżone i bez nakrycia głowy? Czy to jakaś gmina nazirejczyków?
— To… słudzy Betel. Bracia i siostry — zmieszał się Mark. Zrobiło mu się nieznośnie wstyd za własny krawat, który nagle wydał mu się prawdziwą pętlą niewolnika. — Oddali życie na służbę dla Królestwa.
Mark przyłożył plastikową plakietkę do czytnika kołowrotu, zapaliła się zielona strzałka. Przeprowadził Pawła przez bramkę służbową, pilnując, by trzymać się z dala od obiektywów głównych kamer monitoringu.
— Posłuchaj, Szawle… jeśli naprawdę jesteś Szawłem — Mark przeszedł w półszept, gdy skręcili w długi korytarz skrzydła administracyjnego, obwieszony wykresami wzrostu w oddziałach i fotografiami uśmiechniętych członków Ciała Kierowniczego. — Odpowiedz mi na żywego Boga: jak się tu znalazłeś? Wedle Pisma czekałeś na sąd cezara w więzach w Rzymie. Twój Drugi List do Tymoteusza… napisałeś go? „Albowiem krew moja już ma być wylana na ofiarę, a chwila mojej rozłąki nadeszła”? Ścięto cię mieczem u Wód Salwijskich?
Paweł stanął jak w wryty pośrodku korytarza. Krzaczaste brwi zbiegły mu się nad nosem tak groźnie, że Mark mimowolnie wbił głowę w ramiona.
— O czym ty prorokujesz, pacholę? Jaki „drugi list”? Zostawiłem Tymoteusza w Efezie, a sam przykuty jestem do łańcucha w wynajętym domostwie opodal Kapitolu! Chwila mej rozłąki? — Paweł uśmiechnął się gorzko, a w jego oczach mignęła iskra autentycznego bólu więźnia. — Modliłem się nocą do Chrystusa. Dusza pękała mi z troski o kościoły. Bałem się, że dzieło nasze runie pod obcasem cezara. Wtedy Pan ukazał mi się i rzekł: „Pokażę ci, w co wyrodzi się wiara, gdy twoje serce chwieje się w zwątpieniu”. Potem nadszedł wicher… i oto stoję na waszych wybrukowanych kamieniem wzgórzach.
Mark zakrył usta dłonią. Serce łomotało mu w piersi z siłą młota pneumatycznego.
„Nie ścięty… Znalazł się tutaj przed egzekucją! Z roku 62 naszej ery! — myśli Marka gnały oszalałe, układając się w olśniewający obraz. — To nie zwykłe zmartwychwstanie. To znak! Sam Jehowa przeniósł go przez wieki, tuż przed wielkim uciskiem, by umocnić Ciało Kierownicze! By żywy apostoł pobłogosławił widzialną organizację przed wybuchem Armagedonu!”
Marka zalała fala euforii, zmieszana ze świętym przerażeniem. Wyobraził sobie miny członków Ciała Kierowniczego. Stephen Lett z tą swoją ekspresyjną mimiką! Gerrit Lösch! Geoffrey Jackson! Przecież przez dziesięciolecia cytowali Pawła w co drugim artykule „Strażnicy”!
— Szawle… bracie Pawle — Mark z namaszczeniem dotknął zakurzonego rękawa apostoła. — Twój bieg nie poszedł na marne! Spójrz wokół! Twoje listy przetrwały. Weszły w skład Pisma Świętego! Dobra nowina o Królestwie dotarła aż po krańce ziemi — od wschodu do zachodu! Osiem milionów wiernych na całym świecie nie bierze do ręki oręża i rozgłasza imię Najwyższego!
Paweł na moment złagodniał. Twarz mu pojaśniała, a surowe bruzdy wokół ust rozprostowały się:
— Osiem milionów?.. Więc poganie poddali się posłuszeństwu wiary? Więc Chrystus króluje w ich sercach?
Mark zająknął się, czując teologiczną pułapkę, lecz szybko opanował zmieszanie:
— Chrystus… tak, oczywiście, Chrystus jest naszym Królem w niebiosach od października 1914 roku! Lecz na ziemi ustanowił „niewolnika wiernego i roztropnego”. Grono namaszczonych braci, Ciało Kierownicze. To oni nami kierują. Rozdają nam pokarm duchowy we właściwym czasie! Wyjaśniają tajemnice Pisma i podają „nowe światło”!
— Jaki znów niewolnik? Jakie światło? — Paweł nachmurzył się, a w jego głosie znów zabrzmiał metal, tak dobrze znany Koryntianom i Galatom. — Jeden jest Pośrednik między Bogiem a ludźmi, Człowiek Chrystus Jezus! Któż poważył się wcisnąć między latorośl a krzew winny?
Mark syknął ze strachu, wciągając Pawła do windy służbowej i wciskając guzik trzeciego piętra — tam, gdzie mieściły się gabinety rozmów i zamknięte studio Działu Audio-Wideo:
— Ciszej, na wszystko, co święte, bracie Pawle! Nie tutaj! Prowadzę cię do nich. Siedzą w studiu, nagrywają orędzie do ogólnoświatowej społeczności braterskiej. Zobaczysz ich na własne oczy. To pomazańcy. Zrozumieją. Sam Bóg cię do nich przysłał, byście wspólnie obwieścili koniec tego złego systemu rzeczy!
Drzwi cichej windy zamknęły się, odcinając ich od korytarza. Paweł stał, wpatrując się w swoje odbicie w szczotkowanej stali nierdzewnej, a jego palce powoli zaciskały się w ciężkie, spracowane pięści.
W poczekalni „Wiernego Niewolnika”
Winda wypluła ich na trzecim piętrze skrzydła administracyjnego. Powietrze było tu jeszcze bardziej suche, wykładzina — jeszcze grubsza, a cisza nie tchnęła powagą katakumb, lecz ołowianym, wykrochmalonym dostojeństwem szwajcarskiego banku.
Mark pośpiesznie wprowadził Pawła do niewielkiej przeszklonej salki z tabliczką „Pokój dla gości specjalnych Betel”, nacisnął włącznik na ścianie opuszczający żaluzje i zamknął za sobą masywne drzwi.
— Posiedź tu, Szawle… bracie Pawle, błagam cię — zaszeptał Mark, nerwowo ocierając pot z czoła i dobierając w pośpiechu greckie słowa. — Jeśli pragnienie ci doskwiera… oto w kącie sztuczna studnia. Naczynie z przezroczystego szkła… to znaczy nie szkła, ale doń podobnego. Naciśnij niebieski występ, a popłynie woda zimna. Czerwonego nie dotykaj, tam wrzątek parzy jak w siarkowych łaźniach Hierapolis. Czarki do picia leżą w stosie, cienkie, z białej żywicy. Zaraz wrócę!
Mark zniknął, a elektroniczny zamek w drzwiach kliknął z cichym dźwiękiem wyroku.
Paweł został sam.
Obrócił się powoli. Pośrodku pokoju stał olbrzymi owalny stół z ciemnego politurowanego drewna, w którym jego zarośnięta, zakurzona twarz odbijała się tak wyraźnie, jak w gładzonym miedzianym zwierciadle korynckiej nierządnicy.
Podszedł do dziwnego, cicho buczącego urządzenia w rogu. Dotknął białej gładkiej skrzynki, przypominającej miniaturową kolumnę bez głowicy, z niedowierzaniem skrobnął paznokciem przezroczystą, odwróconą dnem do góry amforę, w której chlotała woda. Wziął do ręki biały plisowany kubek z woskowanego papieru — naczynie wydało mu się nieważkie, kruche i do śmieszności nietrwałe, niczym skorupka strusiego jaja.
Apostoł ostrożnie nacisnął błękitną łopatkę, tak jak pouczył go młodzieniec. Z mosiężnego dzióbka z głośnym bulgotem trysnął strumień. Paweł podstawił dłoń, spróbował kropli językiem: woda była lodowata, lecz na wskroś martwa — bez posmaku gliny, bez rześkości antiocheńskich strumieni, bez zapachu deszczówki ze studni. Nie było w niej życia.
Na ścianie wisiał olbrzymi płaski ekran. Bez dźwięku przewijały się na nim lśniące barwami obrazy: syte, odświętnie ubrane rodziny na szmaragdowych łąkach bez lęku głaskały lwy i zajadały nieznane owoce; eleganccy młodzieńcy w garniturach stali przy metalowych wózkach z błękitnym logo na placach lśniących metropolii; rzesze ludzi na wielkich stadionach posłusznie otwierały identyczne kolorowe zeszyty.
Paweł podszedł powoli do stołu. Leżały tam w równych stosach błyszczące czasopisma.
Wziął wierzchni numer w spracowane, umazane drogowym pyłem dłonie. Litery na okładce przypominały alfabet łaciński, lecz słowa były obce, barbarzyńskie, pozbawione sensu dla urodzonego w Cylicji. Czytać ich nie potrafił. Lecz ryciny… Ryciny krzyczały głośniej niż jakiekolwiek słowa.
Na rozkładówce widniała miejska ulica. Starsza para o twarzach z kamienia mijała zapłakaną młodą dziewczynę, siedzącą z walizką na schodach. Rodzice nawet nie odwrócili głów — ich wzrok utkwiony był przed siebie, w pustkę, z wyrazem lodowatej, pokazowej cnoty. Wyżej widniał staranny diagram: strzałki, kółka, sylwetki ludzików i rzędy cyfr, do złudzenia przypominające księgi rachunkowe aleksandryjskich lichwiarzy.
Na następnej stronie Paweł oniemiał: wymalowano tam sąd. Lecz nie sąd pogan ani rzymski trybunał z pękami rózg. W półmrocznym pokoju za zamkniętymi drzwiami trzej gładko wygoleni mężczyźni we współczesnych szatach z srogimi minami nachylali się nad zgarbionym człowiekiem. Żadnej radości z przebaczenia, żadnego pocałunku pokoju, ani cienia Tego, który darmo usprawiedliwia bezbożnika.
Paweł w pośpiechu przewracał kartkę za kartką, a chłodny, lepki lęk ściskał mu gardło.
„Gdzież jest Chrystus? — kołatała myśl w siwiejącej głowie. — Gdzie Ten, którego ranami zostaliśmy uzdrowieni? Gdzie Ukrzyżowany za nasze grzechy?”
Szukał krzyża, cierniowej korony, śladów po gwoździach — jakiegokolwiek znaku Tego, dla którego oddał każdą kroplę krwi, każdą bezsenną noc i każdą ranę na swym ciele. Lecz zamiast Chrystusa z kredowych stron spoglądały nań schludne domki, przystrzyżone trawniki, nieskończone kolumny liczb i ten sam kwadratowy, błękitny znak z pięcioma literami, powielony wszędzie — na okładkach, w klapach narysowanych postaci, na gigantycznych billboardach.
Imię Pańskie zamieniono w szyld reklamowy. Żywe ciało zboru stało się korporacyjną faktorią. Łaska — tajemnica ukryta od wieków i pokoleń, skarb, dla którego Paweł wyzuł się ze wszystkiego i uznał to za śmieci — została tu precyzyjnie popakowana w rubryki i tabelki.
— Zapomnieli o Nim… — wyszeptał Paweł, gniotąc w garści kredowy papier tak, że aż jęknął z trzaskiem. — Zbudowali miasto bez ułomnych, zbór bez przebaczenia i świątynię bez Ofiary. W cóżeście obrócili Jego wiarę, o bezrozumni?..
Tymczasem Mark, zziajany i depczący wszelkie niepisane reguły betelskiego protokołu, dosłownie wpadł do reżyserki Studia A.
Na planie panowała święta cisza. Pod potężnymi reflektorami w głębokich fotelach barwy kości słoniowej zasiadało dwóch mężczyzn.
Po lewej rozparł się brat Stephen — tęgi starszy jegomość o obliczu zawodowego komika, którego mimika potrafiła wyrazić żal nad grzesznym światem i zachwyt nad kolejnym „nowym światłem” z rozpiętością ułamków sekundy. Po prawej siedział brat Geoffrey — jowialny, okrągłolicy Australijczyk w garniturze za kilka tysięcy dolarów, leżącym jak ulał, na którego palcu pobłyskiwał masywny złoty sygnet.
Przed nimi na prompterze leniwie przesuwały się wersy: „Żyjemy w dniach ostatnich… niewątpliwie w ostatecznym kresie dni ostatnich… dosłownie w przededniu dnia ostatniego…”
— Stop! Mamy to! — rzucił reżyser zza pulpitu. — Bracie Stephen, przy słowie „przededniu” niech brat zrobi jeszcze bardziej zatroskane brwi. Widz musi poczuć ciarki na plecach.
Mark przepchnął się obok operatora, oniemiałego z powodu takiego zuchwalstwa, i wyskoczył prosto na skraj oświetlonego podestu.
— Bracia! Wybaczcie na miłość Chr… na Jehowę! — wyrzucił z siebie Mark, ciężko dysząc. — Wypadek nadzwyczajny! W Gmachu Głównym!
Brat Stephen powoli odwrócił głowę, a jego brwi uniosły się płynnie ku górze w geście najgłębszej pasterskiej nagany:
— Brat Mark? Dział Tłumaczeń? Czy brata nie uczono, że podczas nagrywania wystąpienia Ciała Kierowniczego nie wolno wchodzić nawet w razie pożaru? Pożar można ugasić modlitwą, a czas satelitarny opłacany jest z datków wdów.
— To nie pożar, bracie Stephen — Mark zniżył głos do gorączkowego półszeptu, podszedłszy pod same fotele. — Na terenie… nad jeziorem… znaleźliśmy człowieka.
— Odstępca? — Geoffrey zmarszczył czoło, zdejmując mikrofon krawatowy. — Znowu pikieta z plakatami o pedofilii? Wezwijcie straż, Mark. My nie rozmawiamy z ludźmi niestabilnymi emocjonalnie.
— Nie! To nie odstępca! — Markiem aż trzęsło. — Mówi najczystszą cylicyjską koine z I wieku. Ma blizny po biczowaniu rzymskimi rózgami na plecach. Ma dłonie wytwórcy namiotów. Jest przekonany, że idzie na proces przed Nerona! Bracia… to Szaweł z Tarsu. Apostoł Paweł! Bóg przeniósł go w czasie wprost do nas!
W studiu zaległa ogłuszająca cisza. Reżyser za szybą upuścił słuchawki.
Stephen i Geoffrey spojrzeli po sobie. Na twarzy Stephena na ułamek sekundy odmalowało się skomplikowane uczucie: mieszanka zawodowej pobłażliwości z lekkim lękiem o zdrowie psychiczne tłumacza. Po czym uśmiechnął się miękko, niemal po ojcowsku:
— Mark, drogi bracie… Przemęczenie nad greckimi rękopisami to niebezpieczna sprawa. Niezależne dociekania nad starożytnymi tekstami nierzadko otwierają furtkę wpływom demonicznym. Brat musi odpocząć. Napić się rumianku, sprawdzić wyrobienie normy godzin…
— Przecież nie zwariowałem! — zawołał błagalnie Mark, załamując ręce. — Bracie Geoffrey, przecież brat jest członkiem Ciała Kierowniczego! Brat zeznawał przed Australijską Komisją Królewską! Brat zna wagę dowodów! On zna takie szczegóły procesu obywateli rzymskich, których nie ma w żadnym podręczniku! Jehowa uczynił cud przed Armagedonem! Posłał Pawła, by ten pobłogosławił Niewolnika na oczach całego świata!
Geoffrey powoli przekręcił na palcu masywny sygnet. W jego spojrzeniu pragmatycznego prawnika i menedżera religijnej korporacji coś błysnęło.
— Mówisz, że Paweł?.. — przeciągnął z australijskim akcentem, przypatrując się lśniącym czubkom swych półbutów. — Załóżmy przez chwilę, czysto hipotetycznie, Mark… jako kazus prawny. Jeśli ten człowiek jest wytrawnym hochsztaplerem, należy go po cichu oddać policji, żeby nie dawać pożywki blogerom. Ale jeśli… jeśli to jakieś niewytłumaczalne zjawisko… czy ty w ogóle pojmujesz, Mark, jakie to niesie ze sobą skutki?
— Najwspanialsze świadectwo prawdziwości organizacji! — wykrzyknął z zachwytem Mark.
— Albo gigantyczny paraliż administracyjny — uciął chłodno Stephen, a z jego twarzy w ułamku sekundy zniknęła telewizyjna słodycz, ustępując miejsca szarej, bezwzględnej twardości. — Pomyśl tą swoją translatorską głową, Mark. W naszej najnowszej publikacji stoi jasno: zmartwychwstanie pomazańców jest wyłącznie niebiańskie i niewidzialne. Żadnych apostołów w ciele nie ma prawa być na ziemi aż do końca tysiącletniego panowania. Jeśli żywy Paweł wystąpi teraz na wizji — co zrobimy z nauką o roku 1914? Będziemy pisać na nowo archiwum publikacji za ostatnie sto lat? Cichaczem wycinać artykuły z Biblioteki Internetowej Strażnicy i liczyć, że bracia nie zauważą? Odwoływać „nakładające się na siebie pokolenia”?
— Ale przecież prawda… — wyjąkał Mark, blednąc.
— Prawdą, drogi bracie, jest to, co płynie oficjalnym kanałem — Geoffrey uniósł palec pouczająco, wstając z fotela i obciągając marynarkę. — Porządek jest ważniejszy od sensacji. Zresztą… chodźmy, rzucimy okiem na twojego „apostoła”. Jeśli to zdolny włóczęga — zatrudnimy go jako konsultanta od kostiumów. A jeśli nie… zdecydujemy na miejscu.
Drzwi salki rozsunęły się bezszelestnie.
Paweł stał pod oknem z rękami splecionymi na plecach. Słysząc kroki, obrócił się powoli. Spojrzenie spod siwiejących, krzaczastych brwi ciążyło jak kamień młyński.
Do pokoju wszedł Mark, a tuż za nim — napełniając ciasną przestrzeń aromatem drogich francuskich perfum i aurą nienaruszalnej korporacyjnej godności — wkroczyli dwaj członkowie Ciała Kierowniczego.
Stephen obrzucał obdartego starca fachowym okiem reżysera castingu:
— No, no… Warunki ma niesamowite. Charakteryzatorzy z trójki w życiu by czegoś takiego nie stworzyli.
Paweł nie uczynił kroku naprzód. Milcząc, patrzył na ich lśniące twarze, na złoty pierścień Geoffreya, na czasopisma rzucone na stole.
— Który z was — odezwał się apostoł w ciętej koine, a jego głos, niski i zachrypnięty od setek mów na gwarnych agorach i w synagogach, sprawił, że cienkie szyby w sali odpowiedziały ledwo dostrzegalnym drżeniem — nazywa siebie niewolnikiem, co przywłaszczył sobie sąd Pana swego?
Dogmatyczny ślepy zaułek
Cisza w przeszklonym pokoju dźwięczała jak napięta cięciwa.
Mark stał jak sparaliżowany, czując, że pod stopami otwiera mu się przepaść. Po jednej stronie prężyli się Stephen i Geoffrey — wypielęgnowani, pewni siebie dostojnicy ze szklanych ekranów, na których jedno skinienie brwi osiem milionów ludzi zmieniało plany życiowe, poglądy na medycynę i krój nogawek. Po drugiej — stał niski, zgarbiony człowiek w zakurzonej tunice, od którego biła autentyczna, miażdżąca siła, jakiej Mark nie poczuł z żadnej rezolucji na kongresach regionalnych.
— Eee… Przetłumacz, Mark — Geoffrey pierwszy przerwał odrętwienie, chrząkając z pobłażliwym uśmieszkiem i poprawiając mankiet ze złotą spinką. — Co ten szanowny pan raczył powiedzieć?
Mark z trudem przełknął gęstą ślinę:
— On… zapytał: „Który z was nazywa siebie niewolnikiem, co przywłaszczył sobie sąd Pana swego?”
Stephen w mgnieniu oka zmienił wyraz twarzy: brwi złożyły mu się w znajomy daszek, usta wygięły się w pełnym współczucia, telewizyjnym uśmiechu.
— O, drogi bracie! — odezwał się Stephen swym popisowym, melodyjnym barytonem, przykładając pulchną dłoń do piersi. — W żadnym razie nie jesteśmy panami waszej wiary! Jesteśmy współpracownikami dla waszej radości! Ciało Kierownicze to jedynie pokorne narzędzie, skromny „niewolnik wierny i roztropny”, przez którego Jehowa z miłością karmi swoją ziemską rodzinę pokarmem duchowym na czas słuszny! Przełóż mu to, Mark, załagodź kanty. Przypomnij mu o posłuszeństwie wobec porządku teokratycznego.
Mark jąkając się, szybko zaczął mówić w koine. Paweł słuchał bez mrugnięcia okiem. Jego zaczerwienione oczy świdrowały twarz Stephena tak, jakby apostoł przez warstwę pudru i sztucznych uśmieszków widział same kości.
— Pokorne narzędzie? — zachrypiał Paweł, stępując krok w przód. Ziarnka piasku pod zelówkami jego sandałów zaskrzypiały nieprzyjemnie na drogiej wykładzinie. — Uczeń nie przewyższa mistrza, ani sługa swego pana! Skoroście niewolnikami — czemu zasiadacie w pałacach z marmurów i złota, podczas gdy trzoda Chrystusa ginie w nieświadomości? Komu służycie: Temu, który nie miał, gdzie by głowę skłonić, czy własnemu brzuchowi?
Mark przetłumaczył. Twarz Geoffreya lekko stężała.
— Słuchaj no, Mark — rzekł chłodno Australijczyk, wyjmując z kieszeni cieniutki tablet i przesuwając palcem po szklanej tafli. — Nasz rozmówca tkwi chyba w prymitywnych realiach epoki przednicejskiej. Wytłumacz mu pojęcie prawdy postępującej. „Ścieżka prawych jest jak jasne światło poranka”! Światło świeci coraz jaśniej!
Geoffrey obrócił ekran ku apostołowi, pukając palcem w kolorowy wykres kołowy:
— W pierwszym wieku mieliście ledwie zarysy zrozumienia. Nie znaliście nawet dokładnej daty ustanowienia Królestwa w niebiosach — w październiku 1914 roku! Gubiliście się w chronologii! A teraz popatrz: nakładające się na siebie pokolenia, doprecyzowany pogląd na wielki ucisk, zniesienie obowiązkowych sprawozdań z godzin służby — Jehowa odkrywa przed nami głębokie sprawy stopniowo, w miarę jak rozwija się organizacja!
Mark tłumaczył gorączkowo, potykając się o terminy w rodzaju „chronologia”, „blankiety” i „organizacja”.
Paweł nawet nie spojrzał na świecącą tabliczkę. Zrobił jeszcze krok, zmuszając dostojników z Ciała do mimowolnego cofnięcia się przed zapachem koziej sierści i rzymskiego błota.
— Światło jaśniejsze?! — głos Pawła wezbrał na sile, napełniając się owym groźnym, prorockim gniewem, przed którym drżeli niegdyś sędziowie na Areopagu. — Kłamstwo, które dzisiaj ogłasza prawdą to, co wczoraj zwało herezją — nie jest światłem! To ciemność, to błędne ognie, za którymi ślepi wiodą ślepych prosto w przepaść! Lecz gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy — niech będzie przeklęty! A wy… wy śmiecie poprawiać Słowo Boże wedle widzimisię waszych czasów i pór?!
Stephen szarpnął nerwowo kołnierzyk, poprawiając krawat:
— Mark! Na co on sobie pozwala? Cytuje List do Galatów w oderwaniu od teokratycznego kontekstu! Jesteśmy jedynym widzialnym kanałem łączności Jehowy! Kto odrzuca organizację — niebiański rydwan Boży — ten odrzuca samego Stwórcę!
— Gdzież tu jest Chrystus?! — ryknął Paweł z taką mocą, że szyby w ścianach odpowiedziały brzękiem. Chwycił ze stołu plik błyszczących czasopism i cisnął nimi o blat tuż przed Geoffreya. — Gdzie Ukrzyżowany? Przemierzyłem ziemię od Jerozolimy aż po Ilirię, postanowiwszy nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego! A w waszych zwojach — tylko wasze kamienne domy, wasze syte gęby i to piętno!
Apostoł z odrazą dźgnął sękatym palcem w błękitne logo JW.ORG na okładce:
— Postawiliście bałwana! Kupiecki znak w miejsce krzyża! Zastąpiliście krew Przymierza ludzkimi przepisami!
Paweł złapał oddech, chwycił otwarte czasopismo i z furią rozpostarł przed oczyma Stephena ilustrację z płaczącą dziewczyną, demonstracyjnie ignorowaną przez własnych rodziców:
— A to?! Uczycie ludzi wyzuwania się z serca! Matka ma wyrzec się własnego dziecięcia w imię wierności waszemu kolegium?! Przecież wyście gorsi od pogan! A jeśli kto o swoich, zwłaszcza o domowników nie ma starania, ten wyparł się wiary i jest gorszy od niewierzącego! Któż wam dał władzę nad ciałem i krwią, bezrozumni faryzeusze, co przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda?!
W sypialnej ciszy gabinetu zaległa martwa, dzwoniąca w uszach pustka.
Stephen oddychał ciężko. Maska z ekranu ostatecznie zsunęła mu się z twarzy, obnażając chłodną, mściwą odrazę biurokraty, którego władzę zdeptano właśnie w proch.
Geoffrey powoli opuścił tablet. Oczy mu się zwęziły. Nie było w nich śladu zakłopotania — jedynie chłodna kalkulacja. Nie miało znaczenia, czy ów starzec był genialnym szaleńcem, aktorem czy też samym Szawłem z Tarsu wyłonionym z otchłani wieków. Ten człowiek niósł śmiertelną truciznę: absolutną wewnętrzną wolność w Chrystusie, wobec której całe warte miliardy imperium Strażnicy rozsypywało się jak domek z kart.
— Dosyć — wycedził cicho, czystą angielszczyzną Geoffrey, patrząc nie na Pawła, lecz gdzieś przez niego. — To nie jest aktor. Ani żaden „brat z Grecji”. To zjadliwe, zatwardziałe odstępstwo w najbardziej agresywnej postaci.
Geoffrey wsunął prawą dłoń pod krawędź dębowego stołu. Rozległo się ledwo słyszalne kliknięcie ukrytego przycisku alarmowego.
— Bracie Geoffrey… co brat robi? — Mark pobladł jak kreda, widząc ten ruch. W uszach tłumacza huczało jak w młynie. Wszystkie teksty, wszystkie greckie czasowniki, całe życie w Betel skurczyło się do tej jednej sekundy. Przed nimi stał człowiek, który napisał połowę tego, co zwali Pismem Świętym — a „namaszczony niewolnik” w garniturze za trzy tysiące dolarów wzywał ochronę, by skuć go jak złodzieja.
— Mark — wycedził Stephen, nie zaszczycając chłopaka spojrzeniem, a głos jego ociekał lodowatą groźbą. — Odejdź od niego. W tej chwili. I pomyśl o swojej przyszłości w tej organizacji. Jeśli zaraziłeś się jego buntowniczym duchem — twoja walizka wyląduje za bramą Warwick jeszcze przed zachodem słońca.
Za drzwiami rozległ się ciężki, miarowy tupot podkutych butów nadbiegającej grupy szybkiego reagowania straży Betel.
Oddalenie ze zboru i powrót do kajdan
Drzwi gabinetu rozwarły się z hukiem, uderzając o odbojnik.
Do środka wpadło trzech barczystych mężczyzn ze służby bezpieczeństwa — owi betelscy „bracia po cywilnemu”, których nienaganne garnitury w niczym nie krępowały zawodowych, chwytnych ruchów. Za nimi majaczył blady Jim z odpiętą kaburą paralizatora.
— Jest niebezpieczny — rzucił beznamiętnym tonem Geoffrey, wsuwając tablet do wewnętrznej kieszeni marynarki. — Naruszenie miru domowego, agresja, otwarte szerzenie odstępstwa i znieważenie członków Ciała. Żadnych dyskusji. Wyprowadzić poza obwód. W razie oporu przekazać patrolowi szeryfa za wtargnięcie na posesję.
Dwaj ochroniarze ruszyli ku Pawłowi, mierząc w założenie mu chwytu obezwładniającego z rutyną bramkarzy z ekskluzywnych klubów.
Lecz apostoł nawet nie drgnął.
Jedynie wyprostował plecy — a w owym geście zgarbionego, posiekanego rzymskimi biczami ciała było tyle monarszej godności, że napastnicy zamarli w pół kroku. Oczy Pawła rozbłysły spod krzaczastych brwi, porażając ich chłodem potężnego autorytetu — tego samego, przed którym drżał niegdyś prokonsul Sergiusz Paweł i jąkał się król Agryppa.
— Stójcie — rzekł spokojnie po grecku. Dźwięk jego głosu uderzył w uszy niczym niski ton wojennej trąby.
Mężczyźni spojrzeli po sobie bezradnie, jakby natrafili na niewidzialny kamienny mur.
Stephen, kryjący się za plecami strażników, otrząsnął się z przelotnego szoku. Twarz zalał mu rumieniec oburzenia betelskiego hierarchy, a brwi wystrzeliły w grymasie świętego gniewu:
— Widzisz, Mark?! On trwa w zatwardziałości! Przetłumacz mu: w tej chwili zostaje usunięty ze zboru! Został wykluczony ze społeczności ludu Bożego! Jego nazwisko zostaje wykreślone! Żaden głosiciel na ziemi nie uściśnie mu dłoni ani nie powie mu nawet: „witajcie”!
Mark stał na środku, wodząc wzrokiem od wygładzonych twarzy członków Ciała do Pawła. W skroniach młodego tłumacza krew biła jak młot.
Przed jego oczyma waliła się w gruzy olbrzymia wieża Babel wzniesiona z błyszczących okładek, nieskończonych sprawozdań, komitetów sądowniczych i talerzy anten satelitarnych. Wspomniał grecki tekst z Listu do Galatów, nad którym siedział rano: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie mężnie i nie nakładajcie na siebie z powrotem jarzma niewoli!”.
Jarzmo niewoli pachniało francuskim pachnidłem, nosiło złote sygnety i zamykało łaskę w ramy korporacyjnych paragrafów.
Mark powoli uniósł dłonie do klatki piersiowej. Palce namacały plastikowy klips smyczy.
Cichy, suchy trzask plastiku wybrzmiał w uciszonej sali niczym wystrzał.
Mark zdjął z szyi błękitną laminowaną plakietkę z dumnym napisem „Mark — Translation Services (WTS)” i położył ją ostrożnie na lśniącym owalnym stole — wprost na czasopiśmie z okrutnymi rycinami. Zaraz potem jednym szarpnięciem poluzował i zerwał z szyi krawat, rzucając go w to samo miejsce.
— Mark… — wysyczał Stephen, a w jego głosie przebiły piskliwe nuty. — Czy ty wiesz, co robisz?! Podpisujesz na siebie wyrok śmierci przed Armagedonem! Zostaniesz zgładzony!
— Nie jesteście w stanie odciąć od Chrystusa kogoś, kto w Nim trwa — odpowiedział cicho Mark po angielsku, a głos jego po raz pierwszy od lat betelskiej uległości ani drgnął. — I mnie już więcej nie zastraszycie.
Mark zwrócił się ku Pawłowi i przemówił w koine, chyląc głowę w głębokim, szczerym ukłonie:
— Wypędzają cię, nauczycielu. Mówią, że nie należysz już do ich zboru.
Paweł uśmiechnął się z gorzkim politowaniem. Spojrzał na członków Ciała wzrokiem człowieka patrzącego na trędowatych, którzy pysznią się bielszym odcieniem swych wrzodów.
— Ze zboru umarłych niepodobna wykluczyć żywego — odparł apostoł.
Odwrócił się i sam, nie czekając na pchnięcie strażników, ruszył ku wyjściu. Ochroniarze, wciąż zszokowani buntem Marka, pośpiesznie uformowali asystę po bokach, pilnując, by choćby nie musnąć zgrzebnego płaszcza przybysza.
Wyprowadzili ich przez tylną bramkę gospodarczą. Bez syren, bez wrzawy — w Warwick wszystko załatwiano cicho, sterylnie i przyzwoicie.
Szlaban opadł za plecami apostoła z miękkim metalicznym stukiem, odgradzając szklany raj od reszty świata.
Paweł stał na poboczu asfaltowej drogi w stanie Nowy Jork. Za nim, ukryte za gęstą ścianą przystrzyżonych sosen, pyszniły się wielomilionowe gmachy Biura Głównego, ozdobione błękitnymi tarczami JW.ORG. Obok trząsł się Mark, kuląc się na chłodnym wietrze w samej tylko rozpiętej pod szyją koszuli.
Paweł zatrzymał się. Przyklęknął na jedno kolano, rozluźnił rzemienie znoszonych sandałów i uniósłszy je w dłoniach, z całych sił uderzył podeszwą o podeszwę.
Suchy, obcy szary pył betelskich trotuarów posypał się na asfalt.
— Na świadectwo przeciwko nim — wyszeptał apostoł pradawne słowa.
Wstał, podszedł do Marka i położył ciężką, zgrubiałą od pracy dłoń na ramieniu młodzieńca.
— Trzymaj się prawdy, dziecię moje — rzekł Paweł w koine, a w jego zmęczonych oczach zabłysło miękkie, ojcowskie ciepło. — Nie lękaj się ich sanhedrynów. Budują mury z piasku, zasłaniając się cudzym imieniem. Lecz kamień węgielny jest niewzruszony. Uciekaj od tych, którzy handlują łaską.
Powietrze wokół Pawła zafalowało.
Sterylna woń sosnowej kory i wilgotnego asfaltu zaczęła gwałtownie ustępować ciężkiemu, gryzącemu smrodowi zjełczałej oliwy, czosnku i rynsztoków rzymskiej kloaki. Kontury szklanych budynków w dali zatarły się, rozpływając w szarych kłębach mgły.
— Żegnaj, bracie Pawle! — krzyknął Mark przez nagły powiew nieziemskiego wichru, ocierając łzy wyciśnięte ostrym porywem.
Przestrzeń zwinęła się w oślepiający punkt — i zgasła.
Paweł gwałtownie otworzył oczy i haustem wciągnął powietrze.
W nozdrza uderzył go znajomy, duszny odór wilgotnej rzymskiej piwnicy.
Z prawej rozległ się chrzęst drewnianego barłogu, a żelazny łańcuch napiął się z suchym brzękiem, boleśnie ściskając nadgarstek. Przyrzucony doń legionista splunął siarczyście w ciemność, podrapał się pod żelaznym pancerzem po owłosionym brzuchu i zachrypiał w ordynarnej łacinie:
— Czego się rzucasz, Judejczyku? Zły sen ci się przyśnił?
Paweł usiadł powoli na zimnych płytach, opierając się plecami o szorstką, ociekającą wilgocią ścianę czynszowej kamienicy. Bolały potłuczone żebra, rwały zesztywniałe palce, a zza ściany dobiegały pijackie wrzaski z tawerny na Suburze i ciężki krok centurii maszerującej po bruku.
Gdzieś tam, na wzgórzu Palatynu, ucztował okrutny szaleniec Neron. Przed apostołem były przesłuchania, trybunał, zdrada małodusznych i zimny topór rzymskiego kata u Wód Salwijskich.
Lecz na pooranej bruzdami twarzy apostoła błąkał się spokojny, zwycięski uśmiech.
Spojrzał na swój ciężki, zardzewiały łańcuch. Był uczciwy. Nie udawał duchowego raju. Żelazo cezara mogło uciąć głowę, mogło zamienić ciało w pochodnię w cesarskich ogrodach — lecz było bezsilne wobec wiary.
Strach minął. Teraz wiedział już na pewno: najgorsze, co może spotkać Ewangelię, to wcale nie rzymskie miecze, nie pazury lwów na arenie i nie wściekłość podburzonego tłumu. Najgorsze dzieje się wtedy, gdy niewolnicy porządku budują z łaski złotą klatkę, wywieszają nad nią znak handlowy, a na tronie Chrystusa sadzają komitet zadufanych w sobie faryzeuszy.
Paweł opuścił wolną lewą rękę na chłodne płyty, skłonił głowę i po raz pierwszy od wielu miesięcy zasnął głębokim, niczym niezmąconym snem wojownika, który wiedział na pewno: jego bieg nie poszedł na marne, a do wieńca sprawiedliwości zostało już niewiele.
Komentarze (3)
Kocham wszystko co napisał Święty Paweł i wszystko co napisano o nim.Bylam w miejscu więzienia Świętego Pawła w Grecji oraz w Koryncie gdzie Święty Paweł głosił .. byłam też w miejscu gdzie Święty Paweł ochrzcił pierwsza kobietę - Ligię, moczylam słoń i stopy w tej wodzie :-)
Lidię* przepraszam Ligia to oczywiście z Quo vadis .
Chciałabym już bardzo zobaczyć Koloseum w Rzymie
dloń*
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania