,,Wszystko ma swoją cenę" cz.0

6 lat wcześniej, 10 marca, 00:34; Anaheim

Była głupia, myśląc, że sama sobie poradzi. Była tak cholernie samolubna, uznając, że nie potrzebuje pomocy. Właśnie teraz jej pieprzony egoizm stawał się jej największym wrogiem. A do tego minęło już tyle czasu, że nie była nawet pewna, czy obietnica pomocy, złożona jej przed laty, jest dalej aktualna.

Przeklinając się w myślach, nie pierwszy zresztą raz, wyszła z domu. Wdusiła gniewnie przycisk pilota, zasuwając kuloodporne rolety na oknach i blokując zamki we wszystkich drzwiach. Aby cofnąć zabezpieczenia, trzeba by było czegoś więcej niż samego pilota. Potencjalny włamywacz musiałby znać dwunastocyfrową kombinację, którą kobieta regularnie zmieniała. Nie znaczyło to, oczywiście, że jej odkrycie było niemożliwe. W ciągu ostatnich kilku lat przekonała się o tym bardzo boleśnie przeszło piętnaście razy. Raczej nie miała ochoty na kolejne niezapowiedziane wizyty.

Przemykała się bocznymi uliczkami, nieuchwytna jak otaczające ją cienie, z ręką zaciśniętą na pałce teleskopowej przywiązanej rozciągliwą żyłką do szlufki spodni. Miała w sobie coś zwierzęcego – szeroko otwarte oczy, uszy łowiące najlżejszy szelest, napięte ciało, gotowe tak do obrony, jak do ucieczki czy ataku. Serce biło jej mocno, rozprowadzając adrenalinę do wszystkich komórek ciała. Najmniejszy wyłapany przez nią odgłos czy ruch byłby bodźcem do szaleńczego biegu.

Na szczęście noc była cicha i jasna, nikt nie szedł jej tropem; mijani przez nią w zaułkach mężczyźni i kobiety jedynie wodzili za nią wzrokiem. Czuła na sobie ich obrzydliwe spojrzenia, widziała głód i szaleństwo w ich oczach.

Jednak nie próbowali nawet jej tknąć.

Pewnie widzieli w niej pokrewną duszę – atrakcyjna, młoda kobieta, włócząca się w nocy po najardziej obskurnych zaułkach Anaheim musiała być szalona. Normalni ludzie o tej porze są w domu i śpią. Ona też by tak chciała.

Kiedy dotarła do celu, było już po pierwszej. Spojrzała w górę, na pokryty od góry do dołu lustrem weneckim budynek. Księżyc jarzył się tej nocy jasnym światłem, toteż i lustra jaśniały, konkurując z satelitą.

Zbliżyła się do bocznego wejścia. Nigdy nie wchodziła głównym – nie była klientką, nie lubiła być zapowiadana. Sama to robiła.

Przy ścianie bydynku umieszczono kolumnę kręconych schodów, prowadzących na dach budynku. Kobieta wspinała się po nich wciąż i wciąż, coraz wyżej i wyżej. Łydki paliły ją ze zmęczenia, gdy w końcu dotarła na szczyt, ale oddech wciąż miała głęboki i cichy. Odwróciła się i spojrzała w dół. To było takie głupie. Każdy mógłby ją zajść od tyłu i zepchnąć poza krawędź (nie było żadnych barierek zabezpieczających przed upadkiem – tylko samobójca mógłby chcieć wejść na ten dach... lub ktoś taki jak ta kobieta), a ona nie mogła oderwać wzroku od połyskującego daleko w dole asfaltu. Wyglądał jak powierzchnia jeziora, roziskrzona i piękna. Tak dawno tego nie widziała, że prawie się wzruszyła.

Prawie. Już nie była taka wrażliwa jak dawniej.

Odwróciła się z powrotem i ruszyła do wielkiej rury sterczącej z dachu jak zgięty palec. Krata, przez którą teoretycznie miało przepływać do wnętrza budynku świeże powietrze, znajdowała się na poziomie jej brzucha. Kobieta pogrzebała w kieszeni płaszcza i wyjęła z niej malutką figurkę węża. Miał on długość około siedmiu centymetrów, był poskręcany i, jakżeby inaczej, świecił w ciemności. Jakież to było dziecinne...

Wrzuciła węża do otworu tuż przy kracie, tak jakby wrzucała monetę do automatu z przekąskami. Nigdy nie rozumiała do końca, jak to działa, że maszyna ją rozpoznaje. Po odciskach palców? Dziwne. Jednak i tym razem przeszła test pomyślnie, bo krata odsunęła się do góry, ukazując przepastną gardziel rury. Przestała się więc zastanawiać, co tak dokładnie się działo.

Nadszedł czas na najgorszą część – zjazd. Oparła się ramionami o górę rury i podskoczyła, celując nogami w otwór. Oczywiście nie trafiła, a gwiazdki bólu z kolana prześlizgnęły jej się przez kręgosłup i wybuchły przed oczami. Zaklęła siarczyście i spróbowała jeszcze raz, tym razem wkładając do szybu najpierw jedną, a potem drugą nogę. Później wsunęła do otworu tułów i odepchnęła się rękoma. Zaczęła zjeżdżać w dół, a szyb to zakręcał, to stawał się prawie pionowy. Przyspieszała i zwalniała, a kiedy już uznała, że zaraz zrobi jej się niedobrze, wystrzeliła z szybu jak pocisk i upadła prosto na poduszki rozłożone wokół. Fragmenty tablic imitujących ścianę zasunęły się za nią z sykiem, idealnie kryjąc szyb.

Wstała i otrzepała sprane jeansy z kurzu.

- Dawno cię tu nie było – usłyszała głęboki głos.

Uniosła głowę i spojrzała na siedzącego naprzeciwko niej mężczyznę o poważnej twarzy. Dłonie miał splecione na podołku, włosy przyprószone siwizną, garnitur, jak zawsze, bez jednej zmarszczki. Za nim stało ogromnych rozmiarów mahoniowe biurko. Niewiele się tu zmieniło od jej ostatniej wizyty – może tylko przybyło trochę piętrzących się tu i ówdzie stosów dokumentów.

- A ty dalej jesteś tak samo dziecinny – odpowiedziała. - Pomyślałby kto, że mógłbyś już trochę dorosnąć.

- Powiedziała kobieta tak dorosła, że boi się wejść frontowymi drzwiami, żeby jej przypadkiem nie zaanonsowano – odpyskował mężczyzna. - A tak w ogóle, to jak tam twoje kolano?

Kobieta zacisnęła wargi. Tym razem wygrał.

- Po co przyszłaś? - Zakończyć miłą rozmowę i od razu przejść do konkretów. Tak, to było w jego stylu.

- Przemyślałam twoją propozycję i podjęłam decyzję. Zgadzam się na twoją ofertę.

- Wiesz, że jeżeli oficjalnie to potwierdzisz, przez najbliższe dziesięć lat nie będziesz mogła się wycofać? Będziesz musiała całkowicie mi zaufać. Oboje wiemy, że to ciężka decyzja. Bez wyjścia awaryjnego – mężczyzna nachylił się w jej stronę. Oczy błyszczały mu powagą. Gdyby zobaczyła w jego wyrazie twarzy coś innego, od razu by się wycofała.

- Nie zmienię zdania. Na pewno. - Wiedziała, że ją przejrzał. Nie była nawet w połowie tak silna, na jaką chciałaby wyglądać. Ale nie miała wyjścia. Zrobił już dla niej wszystko, co mógł. Zanim postawił ostatni krok, ona musiałaby mu na to pozwolić. Teraz to zrobiła.

- W takim razie... - zaczął mężczyzna – przyda ci się coś z mojego składziku.

Wstał i odszedł do sięgającej sufitu czarnej szafy stojącej pod ścianą daleko od kobiety. Wstukał w jarzący się niebieskawo dotykowy panel słowa, których kobieta nie zdołała dostrzec. Hasło. Z sykiem szafa otworzyła się i z jej wnętrza wysunęła się jedna półka, pełna identycznych, małych walizeczek. Mężczyzna wyjął jedną z nich, zamknął szafę i podszedł do kobiety.

- Pamiętasz cały plan? - Zapytał, podając jej walizkę.

- Oczywiście – odpowiedziała, ważąc walizkę, namacalny ciężar swej decyzji, w dłoni. Jak mogłaby zapomnieć?

- W porządku – skinął głową w jej kierunku. - Wszystko pozostaje bez zmian.

Stali chwilę w milczeniu, oboje pogrążeni we własnych myślach. W końcu kobieta jakby ocknęła się i mocniej schwyciła rączkę walizki.

- Pójdę już – powiedziała, siląc się na beznamiętny ton. W rzeczywistości serce tłukło jej się jak oszalałe w piersi. Było prawie tak, jakby podpisywała wyrok – nie wiedziała tylko, kto ucierpi na nim najbardziej.

Ruszyła w stronę drzwi. Za parę chwil napotka zaskoczone spojrzenie recepcjonistki, której chwilę zajmie rozpoznanie intruza. Za parę chwil wyjdzie w ciemną noc, z sercem ciążącym jak kamień. Zatrzyma się, uderzona świadomością konsekwencji swojej decyzji, ale ruszy dalej, bo nie ma wyjścia.

Mężczyzna patrzył na kobietę, dopóki nie zniknęła za drzwiami, a potem z powrotem usiadł za biurkiem, opierając podbródek na splecionych dłoniach. Zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno zrobił wszystko, co mógł. Czy to na pewno był dobry pomysł? Nie wiedział, jasne, że nie. Podejrzewał, być może, ale nie mógł być niczego pewien.

Niebezpieczeństwo, zadźwięczało mu w głowie. Nie byłoby dobrze, gdyby zrealizował swój poprzedni zamysł. Ale teraz, gdy kobieta zdecydowała się na inny, najbezpieczniejszy jej zdaniem plan... Czy teraz będzie lepiej?

Czy mimo wszystko mógł wymyślić coś lepszego?

Sekretarka weszła do gabinetu bez pukania. Albo może to on go nie usłyszał.

- Zgodziła się?

- Tak. - Był już zmęczony. Chyba to dostrzegła, bo odpowiedziała tylko:

- Powiadomię wszystkich.

I już jej nie było.

Odetchnął głęboko. Życie toczy się dalej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • kaktusek_668 29.12.2017
    Spodobało mi się, w niektórych miejscach ciekawe słownictwo. Będę czytać dalej i zostawiam 5 gwiazdek :) .

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania