Wtedy akurat spałeś

Wtedy akurat spałeś.

Gdy wyszła, ciebie już dawno nie było, bo… odpłynąłeś? Tak, z tego co pamiętam to tak właśnie było. Ta noc cię – nie albo może to było o zmierzchu; zresztą – co za różnica? – porwała. Niczym droga, nieskończenie długa, a jednak ukrócona w istocie niebytu, a ty… wtedy akurat spałeś.

Wykrochmalona pościel po babci, myślę, tak zapatrzona w anielski uśmiech na twojej twarzy; a ona – poszła sobie. A było to dawno, dawno w przyszłość.

Wzięłam się więc z tego wszystkiego do zbierania skarpetek po zeszłym czasie. Po tym, jak biegłeś donikąd; a tym „nikąd” jak jestem, bo tu nagle już się pojawiłam! I potem te fale nieświadomości bowiem cię zabrały. Na zawsze już? – ja się pytam. Wtem spostrzegam, że pusta szklanka zapełnia się moimi łzami, gdy tak stoję. A jak czekałam, tak – wciąż czekam.

Czekam na nią uporczywie, w nadziei, co i twojej, co i mojej jakiejś cząstce duszy towarzyszy. Gdy tamtego dnia uśmiechnąłeś się do mnie, co prawda półgębkiem (wybaczam), spod rudej czupryny – wiedziałam już, że przepadłam. I nie było już odwrotu. I nie było już nikogo. Nikogo, kto by mógł powstrzymać moje fantazje, nasze fantazje o idei wyższej niż nasze bezimienne, marne życia. Nie, fantazje były tylko moje, bo całą nieświadomość oddałam ja tobie.

Ale to nic, to już minęło. Minęło, jak ten wiatr listopadowy, jak ten zmierzch, co cię z nagła porwał, a co nie wypuścił i (już raczej nie) wypuści ze swoich szponów; ten sam zmierzch we mnie teraz do bólu rozkwita, pisząc cienkimi kreskami najstraszliwsze obietnice niespełnionych marzeń. Marzeń prze duże M.

A miłości jak nie było, tak – nie ma.

Nie wiem już, co gorsze – że ciało twoje nieobecne było dla mnie zawsze i na zawsze by takim pozostało, czy fakt, że – cóż – nie poznałeś mnie i nie poznasz nigdy. To było przesądzone od chwili, gdy twój wzrok padł na mnie. A mój na ciebie. Pierwsze pytanie, czy nie będzie to źle wyglądało, jak po raz pierwszy – i ostatni – wyjdę szybciej?

Nie, nie będzie. Mina poważna, skupiona, w pełni gotowości. Nie dla mnie jednak jako jednostki, Bóg broń, lecz… jako ogółu, konceptu, mnie. Ale czy aby na pewno – mnie?

Żegnam cię w tej chwili zatem, już na amen.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania