WYBACZ, ŻE MOJA CISZA BRZMI ZBYT GŁOŚNO

Kochałam nie wtedy, kiedy było łatwo,

ale wtedy, kiedy rozsądniej byłoby odejść.

Kochałam z tym wszystkim,

czego inni nie chcieli dotknąć nawet spojrzeniem,

z ranami ukrytymi pod codziennością,

z rękami, które raz dawały ciepło,

a raz zostawiały chłód na długo po dotyku.

Wierzyłam,

że człowiek, który sam zna ciemność,

nie będzie jej we mnie powiększał.

Nie zawsze miałam rację.

Moje serce nigdy nie było proste.

Widziało człowieka tam, gdzie inni widzieli problem.

Widziało ból pod krzykiem,

strach pod pychą,

samotność pod złością.

I choć moje intencje

każdy potrafił tłumaczyć po swojemu,

rzadko kto próbował naprawdę usłyszeć,

co niosę pod skórą.

Z mojej delikatności zrobiono próg,

po którym można przejść bez zdejmowania butów.

Z mojej wiary zrobiono coś naiwnego,

z mojego czekania — słabość,

z mojego serca — miejsce,

do którego można wejść

i zostawić po sobie bałagan.

Z moich łez zrobiono winę,

choć były tylko duszą,

która szukała wyjścia przez oczy.

Nie wołały o litość.

Nie były przedstawieniem.

Nie chciały nikogo zatrzymać siłą.

Były ostatnią wodą

po pożarze,

którego nikt nie chciał zobaczyć.

Myślałam,

że nie mam już czym płakać,

że wszystko we mnie wyschło

od zbyt długiego milczenia.

A jednak czasem spadała jeszcze jedna kropla.

I choć niczego nie naprawiała,

przez chwilę robiło się lżej,

jakby ciało oddawało ziemi

to, czego serce

nie mogło już nosić samo.

A ja przecież nie chciałam wiele.

Nie prosiłam,

żeby ktoś uniósł za mnie całe życie.

Chciałam tylko słowa,

które nie będzie miało ostrza.

Obecności,

która nie odsunie krzesła,

kiedy zobaczy,

że nie umiem już stać prosto.

Niektóre domy tracą ściany powoli.

Najpierw znika bezpieczeństwo,

potem sen,

potem miejsce,

w którym człowiek mógł położyć głowę

i nie czuć się ciężarem.

Z zewnątrz nadal można wyglądać jak ktoś,

kto jeszcze sobie radzi.

W środku czasem zostaje tylko popiół

i cisza tak ciężka,

że zaczyna boleć gardło.

Nie umiem już tłumaczyć każdej ruiny.

Nie każda wie,

od którego pęknięcia się zaczęła.

Stawiałam fundamenty od nowa,

czasem na kolanach,

czasem z resztek,

których nikt nie uznałby już

za materiał na dom.

A jednak przychodził ciężar,

którego nie umiałam odeprzeć.

Jakby samo moje istnienie

było dla niektórych zbyt głośne,

zbyt bliskie,

zbyt niewygodne.

Jakby mój oddech

zajmował miejsce,

które według nich

nie powinno należeć do mnie.

Więc napierały kolejne ściany.

Słowem po słowie,

obietnicą po obietnicy,

powrotem, który pachniał nadzieją,

a zostawiał po sobie wstyd.

I to, co wydawało się

już bardziej nie do zburzenia,

osuwało się we mnie jeszcze raz.

I zostaje z ciebie ktoś,

kto oddycha bardziej z przyzwyczajenia

niż z wiary.

Kto patrzy w okno

i nie wie,

czy jeszcze czeka na dzień,

czy tylko na chwilę,

w której przestanie boleć.

Być może dawno przestałam istnieć tak,

jak istnieją ludzie spokojni.

Zostało ciało, które pamięta za dużo,

oczy, które nauczyły się milczeć,

i głos, który tyle razy odbił się od ścian,

że zaczął krzyczeć po cichu.

Najokrutniejsze jest to,

że serce nie zawsze odchodzi

razem z człowiekiem.

Czasem zostaje przy drzwiach,

przy dłoniach, które je wypuściły,

przy miejscach,

z których wyszło poranione.

Nie dlatego,

że nie rozumie bólu.

Tylko dlatego,

że kochało naprawdę.

Dziwi mnie moje własne istnienie.

Bywały chwile,

w których oddech miał być ostatni,

a łza miała już nie zdążyć spaść.

Nie dla czyichś oczu.

Nie po to, by ktoś przyszedł.

Nie po to, by świat wreszcie się zatrzymał.

Chciałam tylko zniknąć

z miejsca,

w którym ból był większy ode mnie.

A jednak zostałam.

Nie wiem,

czy przez cud,

przez przypadek,

czy przez coś,

czego wtedy nie umiałam jeszcze nazwać.

Dziś stoję niżej,

niż myślałam, że można spaść,

a mimo to coś we mnie

nie chce już tak łatwo puścić życia.

To jeszcze nie jest wielka nadzieja.

Nie jest siła,

o której piszą ludzie,

kiedy chcą ładnie nazwać przetrwanie.

To raczej mała iskra

pod mokrym popiołem.

Nie rozumie,

dlaczego nadal płonie,

ale płonie.

Właśnie tej iskry

boję się zgasić.

Może jestem tu po coś.

Może mój ból

nie ma być tylko raną.

Może kiedyś stanie się drogą

do zwykłego życia,

które dla innych jest codziennością,

a dla mnie brzmi jak przywilej.

Chciałabym odzyskać siebie.

Nie od razu całą.

Nie piękną.

Nie silną na pokaz.

Tylko taką,

która potrafi rano otworzyć oczy

i nie czuć,

że musi przepraszać za istnienie.

Chciałabym odzyskać wiarę,

spokój

i bliskość tych,

za którymi tęskni każda część mnie.

Nie proszę już głośno.

Jestem cichsza niż kiedykolwiek,

bo boję się,

że każde słowo z moich ust

zostanie uznane za niewarte słuchania.

Ale cisza też jest głosem.

A ja, choć ledwo,

wciąż nim mówię.

Może kiedyś ktoś przeczyta moje milczenie

i nie nazwie go przesadą.

Może zrozumie,

że nie każdy, kto płacze,

chce litości.

Czasem chce tylko przeżyć noc.

Może kiedyś moje zgliszcza

staną się światłem dla kogoś,

kto też siedzi w ciemności

i myśli,

że nawet dobre słowo

jest zbyt wielką prośbą.

Wtedy nie zapytam,

czemu jeszcze nie wstał.

Nie będę mierzyć jego bólu

swoją cierpliwością.

Nie nazwę łez słabością

i nie zrobię z ciszy winy.

Usiądę obok.

Nie po to,

by naprawić cały świat,

ale by przez chwilę

nie był sam.

Bo wiem,

jak boli miejsce,

w którym nawet obecność

staje się luksusem.

I jeśli moje życie

miało rozpaść się

na tysiąc ostrych kawałków,

to niech chociaż jeden z nich

przetnie tę ciszę,

w której ludzie znikają za życia.

Nie jestem nikim,

choć tak łatwo było mnie pominąć.

Nie jestem cieniem,

choć długo uczono mnie stać z boku.

Nie jestem winna temu,

że moje serce

nie umiało być kamieniem.

Jestem człowiekiem.

Jeszcze cichym.

Jeszcze poranionym.

Jeszcze z popiołem pod paznokciami.

Ale jeśli kiedyś spotkam kogoś,

komu świat kazał zamilknąć,

nie odwrócę wzroku.

Mnie nie usłyszano.

Ja usłyszę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • najmniejsza

    Dzień dobry moja imienniczko.
    Mogłabym podpisać się po Twoim tekstem.

  • Dziękuję. Piszę o tym, jak potwornie ciężko czasem jest iść dalej, ale też o tym, że warto czekać na kolejny dobry dzień. Skoro kiedyś były chwile, w których naprawdę było nam dobrze, to wierzę, że jeszcze takie przyjdą. I właśnie to chcę zostawić w swoich słowach — że nawet najkrętsza droga nie musi kończyć się w ciemności.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania