Wybrałem się do Wodzisławia Śląskiego.
Wybrałem się do Wodzisławia Śląskiego. Tak spontanicznie, bo czasem człowiek musi rzucić wszystko i pojechać w siną dal. Dotarłem do informacji turystycznej, choć – jak to bywa w takich historiach – strzałki w terenie prowadziły mnie jak pijany GPS w obcym kraju. Mimo wszystko znalazłem to miejsce, niczym Indiana Jones odnajdujący zaginioną arkę, tyle że zamiast złota czekała na mnie pani bez planu. dosłownie i w przenośni.
W środku siedziała sympatyczna skądinąd kobieta, która na hasło „mapa turystyczna Wodzisławia Śląskiego” rozłożyła ręce, jakby prosiła o deszcz w czasie suszy. Nic nie miała – ani mapy, ani ulotek, ani nawet uśmiechu na otarcie łez. Kserokopiarka? Popsuta, oczywiście. Ja, naiwny, myślałem, że będę zwiedzał miasto z mapą w dłoni, niczym średniowieczny podróżnik z pergaminem. Nic z tego – musiałem ewakuować się na dworzec PKP, bo ileż można błądzić bez celu?
Wkurzyłem się tak, że aparat fotograficzny wyskoczył mi z rąk jak spłoszony zając. Efekt? Naprawa w profesjonalnym serwisie w Warszawie – skromne 1800 złotych. Po powrocie do domu nie mogłem się nadziwić, jak bardzo informacja turystyczna i promocja w tym mieście leżą i kwiczą. Napisałem więc do Urzędu Miasta w Wodzisławiu Śląskim, a tamtejszy wydział promocji odpisał mi z rozbrajającą szczerością, że „faktycznie mieli cięcia finansowe i aktualnie nie mają żadnych materiałów promocyjnych”. Żenua na całego. Śląsk i Ślązacy – przepraszam, że to powiem – ale to wygląda, jakby region postanowił zejść na psy i jeszcze przy tym merdać ogonem!
Komentarze (2)
W większości miejscowości biura informacji turystycznych to przechowalnie różnych cioć i synowych, które nie mają o niczym pojęcia. A mapy lub foldery - zapomnij.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania