Wygraj życie z Dylanem Gibsem

Zaczęło się wspaniale i ohydnie jednocześnie. Dylan wrócił z roboty trochę później niż zwykle. Standardowo przekraczał próg domu około dwudziestej. Tym razem jego pięcioletni Lincoln zaparkował na podjeździe o dwudziestej pierwszej trzydzieści i Dylan dobrze wiedział, co czeka go przez następne pół godziny. Wykład z zażaleń nad jego posraną, niedochodową, niemoralną i niepraktyczną robotą. Sussy pewnie już rozgrzewała wargi, żeby wypaść przekonująco, pomyślał. W sumie mogłaby raz na jakiś czas, no nie wiem... a zdechnąć by sobie mogła, dodał kilka sekund później. Poprawił jeszcze marynarkę i chwycił za gałkę drzwi. W korytarzu panował nieprzyjemny półmrok jak na mglistych wrzosowiskach jesienią. Za mgłę robił dym z przypalonej kolacji, która sfajczyła się jak zwykle. Rzucił teczkę do salonu i usiadł w fotelu, tylko na chwilę. Imię swojej wybranki wykrzyczał już pięć razy. Nic. Nawet zdążył się zaniepokoić. Wstał, czując jak kręgosłup zaczyna jęczeć. Poczuł to aż za bardzo. Pewnie poszła wcześniej spać, pomyślał chłodno. Drogę do sypialni zagrodziła sterta ubrań i kosz na brudne pranie. Wprawiło to Dylana w jako takie osłupienie, nie takie jak to, co zobaczył w sypialni. Przede wszystkim cholernie dużo krwi. Potem rozczłonowane ciało Sussy i skromnie przepołowione ciało jakiegoś blondyna z zarostem reklamowego drwala. Był nagi, a jego interes zgrabnie zwisał odcięty na szafce nocnej, oczywiście cały we krwi. Czy Dylan zaczął płakać? Nie. To może zaczął wrzeszczeć? Nic z tych rzeczy. Świeżo upieczony oficer Elitarnych Sił Kosmicznych uśmiechnął się pod nosem i zadzwonił po policję. Kiedy wracał do domu myślał tylko o jednym. Jak powie Sussy, że awansował i opuszcza Ziemię na zawsze? Sprawa rozwiązała się sama. Z tej radości nawet nie pojął, iż przepołowiony blondas był kochankiem jego żony, z którym się grzmociła nałogowo co dwa dni, bo gość grał w latynoskich pornosach. To już była przeszłość. Nie mieli dzieci, nie mieli kredytu na mieszkanie, ani niezapłaconych rachunków za prąd. Czysta kartka. Można zaczynać.

******

Czwarta godzina, piąta, szósta i tak dalej. Kiedy minęła dziesiąta, Dylan nadal kontaktował, ale jego mózg powoli zaczynał zabawę w inscenizację na jawie. Oficer wypił dwucyfrową liczbę drinków i zapchał wszystko kilkoma kawałkami odgrzewanej w mikrofali pizzy, która z reklamowaną szyldem świeżością nie miała wiele wspólnego. Nawet w tak obskurnym lokalu na najgorszej asteroidzie wiedzieli o ‘’przepysznej’’ świeżej, ziemskiej pizzy z mikrofali. Dylan Gibs powlókł się za jedną ze swoich imaginacji do toalety niczym mdły turkus na lekko wzburzonych falach oceanu. Ślepy Zwodziciel nie brał nazwy znikąd. W odpowiednich ilościach negocjował ze szczęściarzem, który go wypił warunki samobójstwa i zadłużenie rodziny na kredycie mieszkaniowym po drugiej stronie galaktyki. Uroczy napitek czyż nie? Dylan zasmakował jego potencjału gaworząc radośnie z wymyśloną prostytutką Klarisimoną. Pięknością nie była, raczej gorzkim orzechowym kleksem gdzieś pomiędzy różaną czerwienią i letnią żółcią. Ale kiedy jest się naprutym w opór niuanse zjeżdżają na bocznicę, a express szaleństwa zajeżdża na stację i zabiera każdego, kto tylko zechce wsiąść.

— Lubisz mnie, Dylan? — spytała, ocierając rozmazany makijaż.

— Nie wiem. Nie znamy się aż tak dobrze. Jesteś… tu?

— Tylko jeśli ty tak myślisz. To skomplikowane. W sumie nie masz nade mną żadnej władzy, ale istnieję dzięki tobie i osiemnastu drinkom, które wypiłeś.

— Nie ma to dla mnie znaczenia. Za bardzo mi ją teraz przypominasz. Aż mam chęć zarzygać ci twarz.

Posmutniała nieustannie ocierając twarz. Miała czarne włosy, jak głęboka czerń nocy albo zdradziecka czerń kruka. Nie uśmiechnęła się ani razu, nawet gdy prowadziła go do kibla, mając nadzieję, że istnieje w tym konkretnym celu. W końcu była tylko tanią… darmową dziwką w imaginacji oficera Dylana Gibsa.

— Sussy byłoby przykro.

— Tak jak mi, gdybym nakrył ją wtedy żywą z jej nową blond wiertareczką. Jak on miał w ogóle na imię. Simon albo Fazzy. Zawsze mam chęć go przekląć brakuje mi imienia. — Obmył twarz wodą. Tylko że to nie była woda. Rozcieńczony śluz o właściwościach antybakteryjnych. Kiedy myślał o nowym życiu oficera sił kosmicznych, nie brał pod uwagę obmywania twarzy śluzem w zatęchłej melinie na pierwszej lepszej asteroidzie. Życie pisze absurdalne scenariusze. Kiedy dostanie za nie honorowego Oscara.

— Nie sądzisz, że pierdolisz brednie? Ja tak sądzę, więc ty też.

— Jak na tanią dziwkę masz szeroki zakres wypowiedzi. Sądziłem, że jedyne co potrafisz to…

— Zamknij się! Jeden raz przestań uważać, że wygrałeś życie. Jestem twoją imaginacją. Mówię to, co twoja popieprzona podświadomość wyświetli w prompterze na twoim czole. Jestem w połowie tobą.

Poczerwieniała. Jej twarz nabrała soczystej różano-buraczkowej barwy. Oczy zaszły krwią, a włosy straciły swą głębię, stając się wyblakłymi kudłami, gorszymi niż najtańsza peruka. Mogła jeszcze przy tym zatupać nóżką, pomyślał poirytowany i jednocześnie zupełnie nieprzygotowany na taką reakcję.

— Jak mogę cię brać na poważnie, skro jesteś moją imaginacją po pijaku? Jutro uznam, że to wszystko było tylko cholernie dziwnym snem, a ty jedną z wielu nieurodziwych maszkar spod łóżka. Zaraz wracasz do kuferka, bo chyba trzeźwieję.

Zmierzyli się wzrokiem. W międzyczasie do toalety wszedł jeden z szeregowców, nowy, lśniący, prosto z kolonii karnej dla nieletnich. Braki, braki. Był równie nawalony co Dylan, bredził bez przerwy i ślinił się potwornie. Zasalutował niezdarnie.

— Oficerze, ja nie chcę pana niepokoić, ale mówią, że nam się kometa uczepiła naszego kursu, czy jakoś tak. Ale to tylko tak sobie mówię, w razie co. Wracam negocjować własne samobójstwo, mój interes życia.

Szeregowy wypełznął za drzwi szybkim krokiem, z uśmiechem na ustach i masą śliny wewnątrz. Dylan spojrzał na klamkę nieufnym wzrokiem. Klarisimona oczekiwała większej uwagi, chyba miała jeszcze coś do powiedzenia.

— Chciałbym być twym wiernym słuchaczem, ale moja żona to martwy rozdział. Wyłapałaś to? — zachichotał.

— Jak nic innego. Szkoda, że nie znaleźli tego mordercy.

— Bywa skarbie. Świat jest duży, a drani na nim cała masa. Jeden z nich wybrał akurat Sussy i na deser jej kochasia. Osobiście uważam, że to jeden z lepszych scenariuszy. Samo życie.

[Nagły Zwrot Akcji Albo Brak Sygnału]

Zaangażowanie w tę dyskusję przerosło dopuszczalne normy, a czasu mało, zaraz niespodziewana katastrofa, nawet na reklamę pasty do zębów Galactica nie ma czasu. To tylko wspominam, tak bez żadnej okazji.

[Lecimy Dalej]

Początek był nudny. Samo wspominanie o nim było nudne, więc przeskakujemy o kilka wrzasków i niekontrolowanych ataków wymiocin później. Na kursie naszej uroczej meliny pojawiła się kometa. Było pewne, że uderzenie jest nieuniknione, więc co trzeźwiejsi i sprytniejsi zawinęli manatki i odlecieli. Pech chciał, że Oficer Dylan i jego załoga należeli do tej drugiej, mniej rozgarniętej grupy. Dla nich zabawa nabierała dopiero tempa. Oficer Gibs ostatecznie wygramolił się z kibla, niestety samotnie, bo na Klarisimonę zabrakło drinków. Rozpłynęła się jak mgła ustępując miejsca, powoli wdzierającej się rzeczywistości. Upojenie traciło moc z każdą kolejną sekundą. Kiedy Dylan pochylił się nad barem, czuł jedynie smród spoconych ciał i ból głowy promieniujący na każdy centymetr ciała. Kometa uderzyła w asteroidę w momencie, gdy Oficer ocierał po raz ostatni czoło, wpatrując się w darmowe drinki stojące za ladą. Degustacja… prawie, ale pierwsze katastrofa.

*****

— Express rusza z lewej komory punkt ósma. Macie dwie minuty. Kto nie zdąży to skończony jełop, wmawiający sobie, że potrafi pływać we krwi Oficera Dylana Gibsa. Nie żartujcie sobie ludzie, pakować się do wagonów i nie odstawiać numerów. — Komunikat trafił do jego głowy w strzępkach, ale to, że głos mówił o nim, wiedział doskonale. Otworzył oczy z trudem. Potwornie piekły, jakby ktoś przystawiał do gałek rozżarzone żelazo. Ale przecież to nie średniowieczny gabinet lekarski.

— Przepraszam pana, ale to nie wagon sypialny.

— Co? Jaki wagon? — Przetarł oczy drugi raz. Rozejrzał się i poczuł jak żołądek domaga się natychmiastowego rzygania. Już! Teraz! Ognia! Przełknął i wzdrygnął się.

— Nietutejszy. To widać. Wszyscy nowi to najgorsze zakały. Ale z czasem uczą się manier. — Mężczyzna w szarym garniturze usiadł obok po lewej stronie. Miał ze sobą cztery małe walizeczki.

— Gdzie jestem? — zapytał Dylan?

— W pociągu, na stacji Lewa Komora. Będziemy ze sobą przebywać kolejne cztery stacje, a potem pana opuszczę. Mam jeszcze dwie przesiadki, zanim dotrę do Trzustki.

— Nie bardzo rozumiem ten przekaz. Mam dosyć tajnych kodów. Mów po ludzku.

Facet uśmiechnął się z politowaniem.

— Ciężka i długa noc, co?

— Żebyś wiedział. A do tego ten cholerny sen. Uderzyła w nas kometa.

— Faktycznie, nic ciekawego. Ale nie martw się, trafiłeś do raju. Oficer Dylan Gibs to prawdziwy Eden.

— Czyli nadal śnię. — oznajmił, czując jak świat blaknie i powoli rozpływa się w oczach.

— Wiem, że jesteś oficer Dylan Gibs, a więc to jest twój raj. Nie odpływaj jeszcze, znowu wygrałeś życie.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • JamCi 4 miesiące temu
    Tu byłem, tam byłem...;-)
  • JamCi 4 miesiące temu
    Zwariowane :-)
  • fanthomas 4 miesiące temu
    Genialne
  • marok 4 miesiące temu
    uuu, dzięki ;)
  • Piotrek P. 1988 4 miesiące temu
    Bardzo zabawne, dziwne, ciekawe i po prostu świetne. 5, pozdrawiam i polecam :-)
  • marok 4 miesiące temu
    Dzięki wielkie!!! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania