Wykopki

– Jutro przychodzicie bez teczek, bo jedziemy na wykopki.

Taką wieść przynosili nam corocznie nauczyciele w pierwszych tygodniach roku szkolnego. Przyjmowaliśmy ją z radością, bo oznaczała, że zamiast matmy i polaka będzie wyjazd w plener. Nie szkodzi, że trzeba będzie grzebać w ziemi. Jeśli tylko dopisze pogoda, to będzie super.

Następnego dnia zajeżdżały pod szkołę traktory i na otwartych przyczepach wywoziły nas na pegeerowskie pola. Tam przeważnie ziemniaki były już wykopane i należało je zbierać. Pegeerowscy brygadziści rozdawali nam kosze i pokazywali, gdzie mamy wysypywać zebrane ziemniaki. Z początku postali trochę nad nami, a potem ulatniali się. Zostawali tylko nauczyciele, ale ich też nie interesowała nasza praca. Przeważnie czytali gazety lub rozmawiali przy ognisku i tylko patrzyli, żebyśmy sobie krzywdy nie zrobili. Dopóki brygadziści byli w pobliżu, to zbieraliśmy lepiej lub gorzej, a gdy znikali, wtedy obijaliśmy się i obrzucali ziemniakami. Tak mijała dniówka, po której odwożono nas pod szkołę.

Zdarzały się jednak wyjątki. W jednym z pegeerów wydano nam po dużym koszu na dwóch ucz-niów i cwany brygadzista podpuścił nas mówiąc:

– Zobaczymy, kto nazbiera najwięcej ziemniaków. Najlepsi dostaną nagrodę.

Ponumerowano nas i każda para zgłaszała kolejne napełnione koszyki. Wszyscy starali się zbierać jak najszybciej, a on siedział na traktorze i zapisywał wszystko w notesie. Taka rywalizacja trwała do południa, kiedy to przywieziono nam herbatę. Usiedliśmy na koszach i wtedy potwierdziła się teoria, że ludziom w gromadzie niemającym zajęcia przychodzą do głów niebezpieczne pomysły. W czasie tej przerwy drugoroczny Wiesiek, który był etatowym zarzewiem wszelkiego zła w naszej klasie, zapytał:

– Ciekawe jaką nagrodę dostaną zwycięzcy?

Brygadzisty przy tym nie było, ale gdy przyszedł, powtórzyliśmy mu to pytanie.

– Przekonacie się po robocie – odpowiedział tajemniczo.

– Gówno dostaniemy – mruknął pod nosem Wiesiek. – W ciula nas robi.

Jego słowa padły na podatny grunt i po obiedzie zbieraliśmy już od niechcenia. Brygadzista wście-kał się, poganiał nas, a na koniec dnia powiedział:

– Nie pracowaliście solidnie i dlatego nikt nie dostanie nagrody.

Tak oto wspieraliśmy skolektywizowane na ruską modłę rolnictwo. Jak widać robiliśmy to źle, ale nie dlatego że byliśmy leniami czy elementem zdemoralizowanym przez zachodnią propagandę. Działo się tak, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, w jak ważnej z punktu widzenia socjalistycznej gospodarki operacji braliśmy udział. Nikt nam nie powiedział, że jakość i wydajność pracy w ówczesnej Polsce zależała od stanu ogrodzeń. Najlepiej pracowano w zakładach otoczonych solidnymi płotami, ze strzeżonymi bramami i kartami zegarowymi. Gorzej było tam, gdzie płoty były marne, czyli na placach budów, a najgorzej gdzie płotów nie było, czyli w pegeerach. Nie mogliśmy wiedzieć, że okres wykopków był dla pegeerowców czasem wielkich wyzwań. Przecież w tym samym czasie musiało być dostatecznie dużo sprawnego sprzętu, trzeźwych traktorzystów i ludzi do zbierania ziemniaków. W nieogrodzonych pegeerach było to zadanie niewykonalne i dlatego, jak kania dżdżu, potrzebowały one pomocy naszych drobnych rączek. Gdyby tej pomocy nie uzyskały, to strudzony robotnik po powrocie do domu nie mógłby liczyć na talerz gorącej kartoflanki, ani pracujący inteligent (było takie pojęcie w czasach PRL) nie mógłby dać wytchnienia swojej spracowanej głowie, jedząc placki ziemniaczane.

Nikt nam też nie wytłumaczył, że nasza pomoc była ważna aż w trzech aspektach: materialnym, politycznym i wychowawczym. Mieliśmy bowiem nie tylko zebrać ziemniaki, ale i zademon-strować poparcie dla uspołecznionego rolnictwa, oraz nabrać szacunku do ciężkiej pracy. Niestety, nauczyciele i rodzice na tym odcinku zawodzili i nas właściwie nie uświadamiali.

Podobnie nieświadomi swoich zadań byli przyszli studenci z tzw: „inteligenckich rodzin”. Gdy dziecię nauczyciela, lekarza czy nawet gryzipiórka z jakiegoś urzędu dostało się na studia, musiało jeszcze przed ich rozpoczęciem odbyć praktykę wakacyjną w pegeerze. Ze względu na porę roku polegała ona na pomocy przy żniwach.

Na ten czas przyszli studenci przeważnie byli kwaterowani w pegeerach. W założeniu władz stwarzało im to niepowtarzalną szansę bliższego poznania tamtejszego życia. Mogli poznać i docenić pracę pegeerowców, lub chociażby porozmawiać z nimi o ich problemach. Niestety, nie robili tego, a dla wielu z nich praktyki wakacyjne owocowały przeżyciami związanymi z pierw-szym kacem lub przypadkowym seksem na stercie słomy. Na domiar złego ich praca przy żniwach przynosiła tyle samo efektów, co nasza przy wykopkach.

O ile nasze zachowanie można było jeszcze jakoś usprawiedliwić, o tyle maturzystów nie uspra-wiedliwiało nic. Wszak byli to już ludzie dorośli, z dobrych rodzin i można było od nich oczekiwać zachowań bardziej godnych młodych członków socjalistycznego społeczeństwa.

Uspołecznione rolnictwo bardzo liczyło też na pomoc... więźniów. Szczególnie w Beskidzie Nis-kim i Bieszczadach było sporo pegeero-więzień, w których pracowali więźniowie mający niskie wyroki. Skazani na wiele lat zapewne by uciekali, co nie byłoby trudne. Wystarczyłoby tylko przeskoczyć płot i dać nura w karpacki las. Skazanym na kilka miesięcy nie opłaciło się uciekać, a i życie w pięknych okolicznościach przyrody było milsze niż za murami. Kiblowali więc grzecznie, ale wydajność i jakość ich pracy pozostawiały wiele do życzenia.

Jak widać pegeery nie miały lekko. Nie dosyć że prace polowe - uzależnione od okresów wege-tacji roślin i od pogody - nie rozkładały się równomiernie na cały rok, ale złośliwie kumulowały się w pewnych okresach, to jeszcze nieuświadomione społeczeństwo nie chciało pomagać. Dlatego też - mimo błogosławieństwa ze strony najwyższych władz partyjnych i państwowych - ledwie dychały. Aż przyszedł czas, że tego błogosławieństwa zabrakło i owe twory socjalistycznej gospodarki zniknęły.

Nie ma już ich, a ludzie mimo to wciąż mają ziemniaki na zupę i placki.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (21)

  • befana_di_campi 2 miesiące temu
    Mają - nie mają! Szczególnie ci, którym POlikwidował i tak ich marne źródło utrzymania paser "transformacji" niejaki Balcerowicz L. POnury starzec, gość Campusu w edycji szambolana od warszawskiej "Czajki".
    Nie daję ocen, ponieważ [na PubliXo] tzw. szare gwiazdki oznaczają niekiedy "dno" ;)
  • befana_di_campi 2 miesiące temu
    https://www.wprost.pl/polityka/10485784/campus-polska-przyszlosci-leszek-balcerowicz-odpowiedzial-na-pytanie.html

    "Robotnicy do fabryk, studenci na uczelnie, pisarze do piór... Wariaci do wariatkowa" parafrazując słynny apel-slogan gomułkoPOdobnego autorstwa.
    Jest to odpowiedź na poniższy wpis, zresztą odpowiedź ostatnia ;-) ponieważ w nieznanym mi z autopsji moim rodzinnym Lwowie, o takowych mawiano: "Puści waryjata, niech sy polata".
    Ja jednak uzupełniłabym zapożyczoną radę o sznurek. Do snopowiązałki. Dla własnej ochrony. Po to by nim przytrzymać wypuszczonego na zasadzie latawca podszywającego się pod sympatyczną sówkę "smętnego waryjata, który [nigdzie] z Bogiem nie pójdzie, ponieważ weń nie wierzy, jednak w swoim furiackim zwidzie gotów kogoś sobie nienawistnego nieźle uszkodzić. I gówno mu zrobią. No bo "chory" :-)
  • Marian 2 miesiące temu
    Dziękuję Befano za odwiedziny.
  • befana_di_campi 2 miesiące temu
    Marian Miło mi, Marianie :) Wprawdzie w wielu sprawach się nie zgadzamy, co nie znaczy bynajmniej, że się nie oceniamy. Pod względem tzw. twórczości :-)
  • pansowa 2 miesiące temu
    Szkoda, że nie można gwiazdek typu "dno" dawać za komenty.
    To organiczna schiza geriatryczna, kiedy PO, Balcerowicz i Czajka wyskakują nawet z trumny.
    Nostalgiczny kawałek (sam pamiętam te akcje).
    Posumowanie jednak wskazuje na niższość ideologii agresywnej w stosunku do zdrowego rozsądku i odwiecznych praw ekonomii.
    Placki są. :)
  • Marian 2 miesiące temu
    Dziękuję Ci za odwiedziny i komentarz. Najważniejsze, że cały czas mamy jeszcze placki.
    Pozdrawiam.
  • Patriota 2 miesiące temu
    No, jeszcze wykorzystywano ochotnicze hufce pracy, wtedy za taką robotę, np. w pegieerze, w zakładzie produkcyjnym lub na budowie płacono jakąś kasę.
  • Patriota 2 miesiące temu
    Za tekst 5.
  • Marian 2 miesiące temu
    Dziękuję Ci za wizytę, komentarz i ocenę. Tak masz rację, były jeszcze "ochapy".
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Miałam szesnaście lat, gdy pojechałam w ramach OHP do Płocka, wyrywać trawki spomiędzy płytek chodnikowych na moście nad Wisłą i sadzić kwiatki w płockich parkach. Zarobiłam wtedy swoją pierwszą kasę.
    Pracowało się sześć godzin, w niezłej atmosferze, a późnej był jeszcze inny czas spędzany z rówieśnikami, dobry czas.
    Któregoś dnia - wycieczka po Płocku, z przewodnikiem. Zobaczyłam pomnik Broniewskiego. Przewodnik powiedział, że mieszkańcy Płocka mają żal do autora projektu, a żal wyrażają w takim wierszyku:

    Stoi Broniewski przy swej chałupie,
    patrzy na Wisłę, a Płock ma w dupie.

    O, to ten wierszyk został mi po wyjeździe do Płocka. Kasę dawno roztrwoniłam:)

    Na wykopkach też byłam. Też tylko raz (jak na wyjeździe z OHP). Była to wyprawa z sąsiadami, do ich rodziców. Miałam już wtedy rodzinę, dzieci, lecz wygrzebując ziemniaki z piaszczystej ziemi sama czułam się jak dzieciak.

    Jakie wspomnienie wywiozłam stamtąd, z tamtej wsi i tamtego domu? Że przy piecu kaflowym, obok szczap drewna, leżało ptasie skrzydło. Tym skrzydłem mama mojej sąsiadki zamiatała podłogę wokół pieca. Może było to skrzydło indycze, może gęsie. Szare było. Może od popiołu.

    (Dobra opowieść, jak zazwyczaj).
  • Marian 2 miesiące temu
    Dziękuję Ci za wizytę i obszerny komentarz.
    Miło jest czasem powspominać dawne czasy.
    Taki skrzydła były w tamtych czasach typowym wyposazeniem wiejskich kuchni. Używała ich też moja rodzina, a było ono gęsie.
  • Grain 2 miesiące temu
    Tym skrzydłem wymiatało się wnętrze kuchni z popiołu, sadzy - raczej nie podłogę, bo ono jeszcze bardziej brudziło. W każdym razie nie u mnie w domu.
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Marian, a więc - gęsie. Dziękuję!
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Grain, nie widziałam skrzydła w akcji. Zamiatanie podłogi pod piecem, a może tylko nabitej blachy na podłodze, pod drzwiczkami do popielnika, sama sobie wyobraziłam. O, dobrze porządkować taką wiedzę.
    Mam doświadczenie z piecem kaflowym, także kuchennym. Jako ciekawostkę mogę dodać, że wybierając popiół z pieca, szufelką, do wiadra, dobrze jest przykryć wiadro wilgotną szmatą. Wtedy, kiedy popiół zsuwa się z szufelki, uchylona trochę szmata pozostałą swoją powierzchnią zbiera ten pył, od spodu, i jest trochę czyściej. Trochę, I dobrze jest wyjmować popiół zimny.
  • Grain 2 miesiące temu
    Trzy Cztery jużci
  • Marian 2 miesiące temu
    Racja, nie zamiatało się nim podłogi.
  • Marek Adam Grabowski 2 miesiące temu
    Ciekawe i dobrze napisane wspomnienie, choć sam temat dość banalny. Pozdrawiam Ps. Dałbym 4, ale nie chce zaniżać średniej.
  • Marian 2 miesiące temu
    Marku, dzięki za odwiedziny i komentarz. Ależ 4 to przecież fajna ocena. Wal śmiało.
  • Marek Adam Grabowski 2 miesiące temu
    Marian Wykonane!
  • MarBe miesiąc temu
    Kiedyś praca w polu wiązała się z wielkim wysiłkiem, a ziemniaki były podstawą wyżywienia narodu. Dziś wielkie maszyny i beczki z chemią załatwiają problemy z żywnością.
    Nieroby i obiboki przetrwały i wydały nasienie, które tak jak kiedyś doskonale się panoszy.
    Pozdrawiam
  • Marian miesiąc temu
    Dziękuję Ci za odwiedziny i komentarz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania