Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
WYŁAMANA NUTA. (mroczne opowiadanie mystery)
WYŁAMANA NUTA
(mroczne opowiadanie mystery)
Z Dedykacją dla Użytkowniczki Opowi.pl o nicku: ~ Bettina, Która brakiem słów: wyznaje jawność odpowiedzi: na łamach Umysłu, pozostawionym w samotności tą świadomością.
Jeszcze na początku XIX wieku wierzono, że Dusze Zmarłych: mogą nawiedzać przedmioty. Niektóre z nich: przetrwały do dziś.
PROLOG
Niedzielny zgiełk przedpołudnia, postanowił nie przerwać własnego życia: odpoczynkiem... zarówno od pracowniczej doczesności monotonii, jak i ubiegawczej licytacji wszelkich nią zainteresowanych. Przybywając tłumnie, zdawali się napawanymi chęcią wyrywania sobie wzajemnie z dłoni, najrozmaicej uwalonych kupami, pchlitargnych eksponatów: niczym stada, stanowione hierarchią posiadania, wobec zasobności portfeli. Przepychając się w ludzkim natłoku, usiłowała dojrzeć cokolwiek, aby przekopując zwały metalu: pozwolić wyruszyć w drogę powrotną, swojej własnej satysfakcji: niczym dzierżąc sztandar wrogiej linii frontu, w drodze do latryny...
Prowadząc jedno z najbardziej skromnych stoisk, niezwykł zwać go " kramem ": stanowiącym ułożone na sędziwym tkalnictwem owczowełnowej przędzy, marynarskim swetrze, patynujące upływem dekad pośród biegu wieków, milczące tym bryły mechanizmów: których zamarłe koła zębate, zwykły więzić miniony moment, możliwe, iż od dawna ubiegłych żyć... Mimo, iż niewiedząc, jak dawno uprzednio, przestał dopatrywać się potencjalnych nabywców: zawiesiwszy niemrugliwe spojrzenie w mijającej gawiedzi, popukiwał notorycznie przygasłą, rzeźbioną w korzennym drewnie, fajkę.
Czując na plecach bolesność chamstwa zdzieleń łokciem, pośród przepychu popchnięć, odnalazła punkt ciężkości utrzymania równowagi: usiłując dojrzeć zza pleców barczystego chłopa, niosącego przez tłum najprawdziwszą polną kosę, niewzruszenie zbywając jej klepaną pomimo zrdzewienia, ostrość: czy właściwie... nie jest to tylko upragnioną iluzją umysłu. Zwłaszcza na widok granatowoseledynowej patyny, której szacunkiem, nie dane było przejść w grynszpaniczną śniedź. Możliwe, iż nie tylko dlatego, usiłowała znaleźć drogę, pośród przesłaniających ją, ludzkich sylwetek: zbrojnych w cokolwiek znanego człowiekowi: unikając tym popadania w pokątne zapomnienie.
- Dzień Dobry. Przepraszam, czy... - nie dane było jej jednak dokończyć.
Sędziwy mężczyzna, pomimo niemal arktyczniebielnego zarostu, okalającego ciętą wietrznymi bruzdami twarz, uniósł na nią wzrok z pod na tyle zabytkowego kroju czapki, iż sama jego przenikliwość, spowodowała mimowolne milczenie. Wątpiła, iż było ono powodowane aparycją figury wysokiej brunetki, której linia, rzeźbiona była godzinami ćwiczeń na siłowni. Złapała się na tym, że właściwie: nie jest w stanie określić, gdzie spoczął wzrok tego człowieka, zupełnie, jakby przeszywając ją, dopatrywał się mitycznego olbrzyma, chcąc dokonać zemsty, niesionej krwawą plamą, zawisłą tonią fal oceanu.
- Tak... - odparł westchnięciem zdającym się padać w tak daleki bezkres, aż odbiło się echem pośród umysłu - Pół Soli...
Pozbawiona słów, usiłowała pojąć fakt świadomością: niczym telegraf, informujący o zgonie dalekiego z krewnych. Podczas, gdy chmura dymu tytoniowego, spowiła złożone na tkaninie eksponaty, niczym smużliwość wstęg chłodu oddechu zmarłych: zionącego wprost z mroku Zaświatów. Usiłując odnaleźć w pamięci odpowiednie zagadnienie, zdała sobie sprawę, iż jeżeli chodzi o numizmaty waluty Soli Francuskiej: każda takowa, pomimo zabrania przemijaniem bicia w miedzi, jest wartą... około czterdziestu złotych. Mimo wzdrygnięcia przenikliwością dreszczy, na myśl o tkwionym niewiadomo, wzroku mężczyzny, sięgnęła zdobną srebrem pierścionków, delikatnością dłoni, do kieszeni jeansowych spodenek, odnajdując w niej skromny niedbałością składu, plik pogiętych banknotów. Jak na ironię: oprócz dziesięciozłotowego, posiadała jedynie błękitny, szczerze zbywając zwątpieniem, możliwość wydania reszty.
- Więc... - popadła słowami w szczerze zastanowienie - potrzebuję... hmm... ten mechanizm zegara kominkowego...
- Okrętowego... - sapnął ochryple mężczyzna, kryjąc twarz w ogromnej dłoni, ukrzywionej wobec palców reumatyzmem, bądź dekadami bardzo ciężkiej pracy.
- Przepraszam... - dodała zdziwieniem półszeptu - Okrętowego... no iii... - ponownie popadła w zamyślenie - tą ramę z brązu, od... - wzniosła niepewny wzrok, na pozbawioną emocji twarz Staruszka.
- Od busoli łajbowej... - stwierdził rzeczowo - i nie pytaj, gdzie jest reszta, bo jak pamiętam... był sztorm. - oznajmił.
Uznając odpowiedź za ciężki przejaw żartu, zaledwie zdobyła się na uśmiech, tłumiąc chęć dodania: " aż majtka za burtę wyjebało... ".
- Oczywiście. - rzuciła przelotnie, tłumiąc powodowany myślami wybuch śmiechu - a ponadto... hmmm... - w zamyśleniu ściągnęła z palców wszystkie pierścionki, wyciągając je dłonią w stronę mężczyzny - dopłacę panu srebrem, jeżeli dołoży pan ten mechanizm od... pozytywki.
Gdy uniosła wzrok na twarz Starca, wrażenie tym powodowane, niemal... posłało ją na plecy: gdy umysł przebiegł obraz topielca, którego ojedzona rybimi pyskami z mięsa, twarz: posiadała kołysane tonią, strzępy zgnilizny: w ziejących rozkładem oczodołach. Czując wymierzony policzek przerażenia, pozwoliła powiekom opaść, niczym uchwycenie przez aparat fotograficzny światła, wyzwalające reakcje chemikaliów wsiąkłych w barytowy papier.
- Była ze mną wówczas... - napomnkął szeptem sędziwy handlowiec, sięgając dłonią po niemal kilogramowej masy, kawał mosiądzu - i sam już nie wiem... czy kiedykolwiek jeszcze ją ujrzę...
Uchwycił jej nadgarstek na tyle niespodziewanie, iż niemal wyrwawszy z płuc krzyk: uściskiem nieustępliwej szorstkości, jakby ćwiczonym utrzymywaniem w portowej przystani, liny cumowniczej: ogromnego żaglowca.
- Ona... - rozpoczął, duszonym za zębami, oschle chrypłym szeptem - ... wie, kiedy odejdziesz. - a ostatnim jego słowem, odszedł żelazny uchwyt, zastąpiony granatowoseledynowym ciężarem. - Pół Soli... - dodał niespodziewanie - ... wrzuć gdzie jestem...
Szczerze już zszokowana tajemniczością przerażenia, przytaknęła gestem oblicza, wyciągając w stronę Starca, należną mu zapłatę... na co: pozostał niewzruszonym.
- Powiedziałem... - utkwił wzrok, jakby oznajmiał samemu Diabłu, ilość gwoździ w klepkach pokładu - Pół Soli... reszta: jest twoja. - co skwitował stanowczym wskazaniem dłonią, strony furty wejściowej jarmarku.
Zanim postanowiła się oddalić, niemal upadając lawiną mosiądzu, ułożyła na swetrze banknoty, dociskając je srebrem. Dopiero po kilku krokach dech niekrytej ulgi, opuścił jej płuca... chcąc upewnić się, iż Staruszek przyjął należną mu zapłatę, rzuciła przez ramię przelotne spojrzenie, jednak... wobec tłoku: nie była w stanie go dostrzec...
1.
Spasowanie mechanizmu łajbowego zegara z mosiężną ramą morskiej busoli: zajęło zaledwie tydzień, zwracając każdemu z elementów, należny mu blask, drogocennego kruszcu. Samo nakręcenie sprężyn, wymagało demontażu szklonego półkuliście panelu, co nadawało odświętny urok: majestatycznie niżonej wzniosłości, cyknięć: powtarzalnych paraboli koła balansowego. Hipnotyzowana ich zamierzchłym urokiem, niczym ruchem metronomu, pracowała właśnie nad o wiele cięższym reliktem przemijania, na tyle upiornym, iż zdawał się martwym: zapomnieniem w beczce wilgotnej soli. Zapierając się na wkrętaku tkwiącym w szczelinie masywnie cylindrycznego mosiądzem łba śruby: mocującej brzmiący nutami grzebień, niemal runęła z krzesła, gdy ustąpił suchością metalicznego pstryku. Sama śrubka, rzężąc chrobotliwie spiralnością obrotów, zdawała się... nie mniej zieloną na gwincie, od całej powierzchni: zupełnie, jakby zapiekła się patyną, na dnie oceanu, morza, albo powoli gęstniejącej miednicy solanki. Chcąc zatem pozwolić odpocząć dłonią, zaczęła liczyć ożywające nutami ząbki grzebienia, których: na trzynaście możliwych, w jednym miejscu, znaczyła znacząca przerwa... utracenia: niczym tkanka wyrwana brutalnością powodujących to okoliczności. Wzdychając ciężarem smutku rezygnacji, niczym żołnierz, przebrnąwszy przez pole minowe, zdając sobie sprawę, że ktokolwiek: nie pozostał żywy: zatopiła stal, nieustępującą twardością brzytewnej, w słoju z płynem usuwającym korozję, chcąc się pogodzić ze świadomością, iż niniejsza melodia: kiedykolwiek nie wybrzmi w pełnej krasie: niczym filharmoniczna orkiestra, gdy niespodziewanie ktoś obecny w auli widowiskowej: zastrzeli jednego z Muzyków...
2.
Szybko odkryła, iż zaprząta jej myśli: niczym miłość życia, oczekiwaniem powrotu do ciepła domowego ogniska. Przez zaledwie kilka tygodni, wracała do niej każdą myślą: układem sekwencji dźwigni, zajmując momenty biurowej pracy: widniejące brakami dokonań, każącymi ponadgodzinne uzupełnienia... aby pod osłoną nocy, poświęcić chociaż kilka kwadransowych kurantów zegara, na zwrócenie życia, które zamierzchłością, zdało się tego oczekiwać: często uczuciem... dosłownej obecności za plecami, której próby dojrzenia, wiodły uświadczone bezcielesnością spojrzenie, z powrotem na warsztatowy stół. Aby zaledwie kilka tygodni później, spocząć tymże w lśniącej maszynowym olejem, kubaturze zębatych kół: żywych przełożeniem w sprężynę momentu życia człowieka, na ruch jeżonego iglicami, mosiężnego walca: brzmiących smutną melodią grzebiennych nut. Nie słyszała jej dotychczas: upewniając się poprawnością, jak i samą zasadą działania, powodującego je mechanizmu. Obecnie: mogło to już należeć do przeszłości: pieczołowicie dokręcane, stonowanym połyskiem, pozbawionych uprzedniego szurliwie chrobotliwych obrotów... mocujących śrub: niczym młodość, goszcząca ostatnim momentem sędziwości życia.
Z jakiego powodu właściwie, melodia ta: miałaby być smutną?.. Zastanawiało ją to zawsze, gdy zbierała się na odwagę jej zasłyszawszego poznania. Pomimo, iż obecnie: tkwiła już wewnątrz epokowo wiekowej drewnem dębu, szkatułki: wieko pozostawało otwatre zaledwie... napawaniem wzroku, kunsztownie komplikowaną budową wzajemnego układu składowych mechanizmu. Mimo wszystko, pozostały wspomnieniem na łamach pamięci, memorialny obraz spojrzenia Starca... utwierdzał w przekonaniu, że najpewniej: inaczej nie będzie. Nie mniej jednak: oczekiwała momentu, gdy uzna bycie gotową, poznania tejże, możliwe, że nie tak bardzo mrocznej, jak przechodzące dreszczem przypuszczenie, że tak właśnie będzie: tajemnicy, zupełnie, jakby Zmarli szeptali wszechstronnymi głosami o zwłokach, spoczywających pod klepkami podłogi, po których stąpa każdego dnia...
3.
Dzisiejszy dzień pracy, wydał jej się koszmarem, który rzucony garsonką na oparcie krzesła, raczył nie zechcieć przestać dotrzymywać towarzystwa. Otrzymała propozycje awansu: w zamian za ssanie kutasa z uśmiechem na ustach, aby wsparta dłońmi o blat biurka, radośnie zechciała podciągnąć na biodra noszoną zawodowo spódnicę... jak na ironie: wolała dyscyplinarne zwolnienie: zdzielając w twarz szefa segregatorem faktur: posyłającym go na ów blat: zgodnie z jego docelowym zamierzeniem. Uprostowawszy więc przeciągiem dłoni tył swojej godności, usadowiła biodra wygodnie, zatapiając plecy w gniecionej nimi miękkości swojej wizytowej garderoby. Szukając otuchy skołatanych myśli, utkwiła wzrok w zdobionym parabolizowaną rantami rzeźbień, jedynym powiernikiem boleści słów: ujętym dłońmi, oczekującymi bliskości, nadającej moment pocieszenia, wobec niechcianych kolei losu: jak obecne, niczym serce przebite kawałkiem powypadkowego wraku, pragnące jedynie zaznania powrotu do domu: gdy stawione ościeżą wieko, było ku temu jedyną możliwością... wsparte kolejnymi obrotami lanego w żeliwie kluczyka, pozwalając zaznać zapomnienia.
Nie brzmiała smutno: uchybiona ciszą nuty, niczym salwa, trafiająca jednego z szeregu. Kilka taktów: przerwa, kolejne takty: przerwa... niczym brak uczuć innych od przykrych, na moment obecny: w jej własnej świadomości... której słuchała, nieśmiadomie: zapadając w tulący umysł sen: przemawiający pięknem uczuć, wraz z trwaniem melodii...
EPILOG
Niczym klucz wiolinowy brzmienia pięciolinii, zjawiła się w lustrze: przeszklonym śmiercią wzrokiem, spoglądając na opadający wobec bieli elegancji kołnierzyka bluzki, skromnie elegancki kucyk. Kiedy melodia zamilkła, o krok opuściła taflę: zdającą się marznąć chłodem ostatnich oddechów. Słuchając, trwała bez ruchu, żeby każda z międzynutowych pauz, zbliżała ją o krok. Mając świadomość przedostatniej, wyciągnęła przed gardło śpiącej słodko brunetki, kościście trupiobladą dłoń: zacisłą siniałymi śmiercią knykciami, wobec marynarskiej brzytwy... którą, ciszą ostatniego interwału: nienawistnie druzgoczącym cięciem, zezwoliła na upływ szkarłatu: wsiąkłego w arktyczną biel schludności, zapiętych na okazałości biustu guzików... składając na nieświadomym agonii obliczu, zimno sinymi ustami, ostatni z pocieszycielskich pocałunków: bezsłownie rozwierających malowane purpurową szminką usta: wypowiadając uczucia ściekającymi z nich krwią słowami: swoją czułością, kontrasującymi z szeregami anielskiej bieli zębów: jakby wsiąkając w dekolt pod zakrwawionym kołnierzykiem: miały przemawiać wprost... do porzucającego życie serca...
Tej niedzieli, pchli targ, zdawał się opustoszeć. Pośród nielicznych, trwożonych jesiennym chłodem obecnych, zaledwie jeden, może trzydziestoletni chłopaczek, zdał się pofatygować. Szczerze?: nie interesowały go te żarte śniedzią klamoty, a usiłująca je spieniężyć, brunetka: zdająca się sprawiać wrażenie dotkniętej bankructwem Kobiety Interesu, smutno zwieszając wzrok, na ułożonych przed nią, na powierzchni przybrudzonej ziemią garsonki, klunkrach. Był ciekawy nie tyle spoczywającej takowo, dziwacznej szkatułki, jak aparycji, zwróconej na nią... tak bardzo, że nie przestawał o niej myśleć, przykucnąwszy:
- Dzień Dobry... yyy... przepraszam... eee... - zdawał się odnajdować możliwość zebrania na odwagę - to, ten:.. ile za to pudełkoo..? - wyjąkał wreszcie przeciągle.
W odpowiedzi, ujrzał przed sobą wyciąganą z trudem dłoń, na której leżała półsolowa moneta. Nie wiem, czy zdążył ująć świadomością moment, nadwyraz zręcznego pstryknięcia jej pod noszone przez niego, sportowe obuwie: jakby stał w rzekomo przynoszącej szczęście fontannie: gdy z rozległym brzękiem miedzi, elegancka sprzedawczyni uniosła ku niemu wzrok: a przerażliwy wrzask chłopaka, poniósł szok widoku od dawna zmarłej: bezsłownie poruszającej ustami, nie mogącej przemówić... przez głęboko poderżnięte gardło...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania