Wylęgarnia
Nie było dnia.
Nie było przedtem.
Było tylko białe milczenie,
które nauczyło się oddychać cudzym strachem.
I w tym milczeniu
pękło coś, co miało być całością
jak skorupa świata,
który zapomniał, że jest żywy.
Z lodu wyłoniła się ona
nie pierwsza,
nie ostatnia,
ale ta, która miała nieść.
Imię nie było imieniem.
Było drżeniem pod skórą systemu,
było błędem w zapisie światła.
Pod sercem
obudził się ciężar,
którego nie dało się wyłączyć.
Ani wymazać.
Ani zresetować.
A gdzieś głęboko
tam, gdzie kończą się mapy
coś spojrzało pierwszy raz
nie w świat,
lecz w nią.
I wtedy system poruszył się jak zwierzę.
Błękitne oczy skanów
przecięły ciszę.
Świat zaczął ją rozpoznawać
jak zagrożenie.
Albo jak początek.
A ona biegła
przez zatrzymane ciała czasu,
przez śnieg, który pamiętał krzyk,
przez lód, w którym ktoś jeszcze trwał
zastygnięty w momencie,
który nigdy nie miał się wydarzyć.
I kiedy miała zniknąć
w białym odczycie świata
przyszedł cień.
Nie z dobroci.
Nie z przypadku.
Lecz z rozkazu, którego sens
już dawno przestał być ludzki.
Powiedział tylko:
„Idziesz w dół.”
I świat odpowiedział na to słowo
otwarciem korytarzy pod skórą ziemi.
A potem był upadek.
I echo.
I imię, którego nie wolno było już pamiętać.
A dalej
tylko droga.
W dół,
tam gdzie system nie nazywa już rzeczy,
lecz je przetwarza.
W dół,
tam gdzie miłość staje się sygnałem,
a pamięć pułapką.
W dół,
gdzie nikt nie śni,
lecz liczy.
I gdzie jedna kobieta
niesie w sobie coś,
co może być końcem.
Albo początkiem,
który nie powinien się wydarzyć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania