Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
WYMIATACZE ZWŁOK. (opowiadanie mystery)
WYMIATACZE ZWŁOK.
(opowiadanie mystery)
W ludzkich umysłach utarło się przekonanie, iż " z prochu powstałeś i w proch się obrócisz ".. Oczywiście. Nieśmiem im przeczyć. Mając jednak świadomość, z jakiego, właściwie: powodu, tak twierdzą... najpewniej: przestaliby spać spokojnie.
Półmrok, ogarniając śródleśne odgłosy, napawał iście horrycznymi doznaniami. Nie ich samych, jak świdomości, dlaczego, właściwie... postanowili być tutaj obecnymi. To przecież zwyczajna praca, uzbrojonych w szpadle i kilofy ludzi, posiadających w solidnych wojskowych plecakach, zaledwie minimum niezbędnych im do życia przedmiotów. Tylko dlatego postanowili go odwiedzić, zauważając, iż najpewniej: użycie solidnego łomu, ku nakłonieniu go do oddania kosztowności, okaże się zwyczajnie zbytecznym. Nie mniej jednak, mieli świadomość, iż jest na tyle stary, aby nie oczekiwać zbyt wiele. Przynajmniej: nie groziło im powitanie lufą, wycelowanej w nich strzelby. Na moment obecny, nie potrzebowali zatem czegokolwiek więcej. Przecierając przemierzaniem doczesności zapomniany ponad ubiegłe stulecie szlak, usiłowali zrozumieć, dlaczego każda z ubitych w żwirze dróg, wiodąca do dawno nie istniejących, cmentarnych kaplic: zawsze prowadzi pod górę. Faktycznie. Na szczycie niniejszej, powitało ich miejsce opuszczone przez niegdyś zrabowane ogrodzenie, po przekroczeniu którego, niechybnie spotkali układane w ciosanym kamieniu, ruiny zapomnianych kubaturą fundamentów. Doskonale wiedzieli, że zanim zewnętrzna konstrukcja, zawalona nadszargnięciem w ludzkich oczach, runęła, zasypując piwnicę, została ona uprzednio obrabowana, a z tego powodu: odpuścili sobie mozolne przekopywanie ściśniętego własną masą gruzu. Nie mniej jednak: porośnięty mchem, tulony w leśną ściółkę ramionami zieleni: wydał im się znacząco malowniczym. Mijając go, każdy z nich, mimo długoletniej wprawy dokonywaniem niniejszego fachu, mimowolnie: odczuł dotąd niespotykane... poczucie winy, jakby każdy z nieboszczyków opuścił otwartą trumne, żeby dokładnie to im wypomnieć, a ich oskarżycielskie wskazanie palcem, spowodowało, iż szli, milcząc, jakby w oczekiwaniu nieuniknionego. Czekało ich. Majestatyczne, zdobne elewacją mauzoleum, zamknięte żelaznymi drzwiami, posiadającymi okratowane wywietrzniki, będąc zamkniętymi na masywne skoble, trzymane niewzruszenie przez masywnie toporne, obsypujące rdzą, kłódy. Sprawiało to niechybne wrażenie, jakbym samym opruszeniem pyłem witraży ponad ich głowami, w momencie rozpoczęcia ich obecnego milczenia, dołożono wszelkich starań, aby nie mogło ono zostać przerwanym. Zdecydowanie, co potęgował fakt zrównania z ziemią zarówno cmentarnej kaplicy, czego nieme świadectwo stanowiły mijane przez nich fundamenty, a wraz z nią: wszelkich nagrobków i krzyży... ponadto: nie szczędzono nawet wysiłku na przekopanie z ziemią każdego z grobów, jakby od początku swego istnienia, był częścią jej nie wyróżniającym się zakątkiem. Zaglądając przez zdobiony kręconym w rozżarzonym żelazie przęsłem wywietrznik, uznali, że wszystko wewnątrz pozostaje zupełnie niewzruszonym ludzkim dotykiem. Nawet dawno zwiędłe kwiaty, obsypywały się niczym piach w klepsydrze, smutno kontrastując z pośmiertnymi fotografiami, zawieszonymi w rozpadających się starością ramach. Wszelakie znicze, stanowiły dwa, zamierzchle dopalone ogarki świec, tkwiące na iglicach mulaconych przemijaniem, odlanych w brązie, kandelabrów, na tle upiornie odpadającej płatami tynku, niegdyś: pobożnie białej, kredowej emalii. Co więcej: na przeciwległej do wejścia ścianie, murowany był ozdobny gzymsem ołtarzyk, na którym złożono tajemniczą, skrytą pod grubą warstwą śródleśnego pyłu, księgę. Spokojnie: ja także myślałem, że jest to biblia... zupełnie, jak Ty obecnie. Nie mniej jednak... pozwól, że Ci o tym opowiem...
Widok ów, zapierał dech w piersiach, nawet rutynowanych hien cmentarnych, a co dopiero zamierzchle odwiedzających. Tajemnicza śniedź grawerowanych w mosiądzu, nagrobnych memoriałów, pozostając nieczytelną, znaczyła jedynie, iż... jest co kraść. Zwłaszcza, że jeżeli można tu mówić o służbie: wszyscy, zapewne:.. są pochowani w skromnych, śródleśnych grobach, nawet obecnie oczekując na nagrodzenie ich, okazaniem udawanego szacunku przez ich Państwa, niewzruszonych snem wiecznym, będąc zamurowani w kolejnych wnękach, upamiętnionymi szlachetną grawerką. Naliczyli sześć. Aaa... niech w każdej będzie kawałek złota, lub srebra, a co dopiero... po kilka takowych. Nie pozostało im zatem nic, ponad konieczność przekonania się o tym osobiście...
Kowalski fach: potrafi zaskakiwać. Zwłaszcza, jeżeli po kilkuset latach, kute w żarze żelazo, nie ustępuje twardością wielu obecnie doczesnych gatunków stali, czego dane im było zaznać: złamaniem wszystkich posiadanych brzeszczotów do cięcia metalu, a także... wygięciem w pałąk sześciokątnego łomu, podczas, gdy sama kłóda: zdawała się parsknąć, zaledwie kilkoma, krzyżującymi się powierzchniowo rysami: pozostając nieustępliwie zamkniętą. Nawet rozwścieczone razy pięciokilowym młotem, zaledwie obsypały z jej powierzchni jakby zbędną jej rdzę... przeklinając siarczyście, jeden z nich słusznie zauważył, że prędzej wyjebią łbami dziurę w murze, niż to skurwysyństwo puści... co, skoro nie dziwi: spotkało się ze zbiorowym zwaniem geniuszem, podczas gorączkowego poszukiwania w plecakach... przecinaków. O dziwo: same cegły, okazały się o wiele bardziej ustępliwymi, po niespełna godzinie wysiłku, witając ich nieregularnego kształtu... dziurą, na tyle dużą, aby można było przez nią przejść. Odgarnąwszy butem z przed niej gruz, zaczęli wymieniać między sobą pełne aprobaty spojrzenia, jeden przez drugiego zaglądając do wewnątrz. Ku ich zdziwieniu, zdawał się tam panować dziwnie nasycony kontrastem mrok. Uznali, iż to złudzenie, będące zwyczajnie zacienioną własnymi ścianami kubaturą, oczekując na odwagę, pozwalającą im wejść w jego objęcia.
Nie potrzebowali latarek, najpierw rabując mosiężne kandelabry, jak i spoczywającą na ołtarzyku księgę, czemu w milczeniu przyglądały się wizerunki, patrzące ze ścian, będąc określonymi rozpadem ich własnych życiorysów, smętnie dyndającym z wbitych w ściany, kątowych zawieszeń, nie mniej żartych korozją, od samego zabezpieczenia ich wiecznego odpoczynku, zwłaszcza przed zdarzeniem, mającym obecnie miejsce... Uznając, że ukradli już wszystko, z majestatyczą pieczołowitością, utkwili spojrzenia w szmaragdowiejących śniedzią memoriałach. Przekornie, uznali, że ich piękno, jest warte docenienia: pocięciem go na nieczytelne części, przed zbyciem w cenie złomu, celem ich przetopienia w hucie. Słysząc nieodwołalny łomot uderzeń młota o stalowy przecinak, z których każde kolejne powięszało powstający odprysk w cegłach, mogli się nawet zdziwić, wpadając jeden na drugiego w popłochu, powodowanego ich niespodziewanym wpadnięciem do wnętrza komory grobowej, z takim impetem, iż spowodował odpadnięcie ze ściany ponad niedawnym miejscem spoczynku księgi, sporego płata piaskowego tynku, jakby z premedytacją roztrzaskanego o miejsce składania modlitw. Obecnie, już nie miało to dla nich znaczenia, a jeżeli musiałoby mieć, to tylko impetem cegieł, wyrzucanych zamaszyście za plecy. Nareszcie... zbutwiałe starością, znaczone czarno granatowymi zaciekami drewno, zdobione w neogotyckim stylu, nie tylko lanymi w mosiądzu okuciami, pośród zdobnych uchwytów. Tak, masz rację: ich ciągnięcie... mija się z celem. Dlatego: byli zamiataczami zwłok. Kilka solidnych ciosów młotem spowodowało, iż butwielina drewna, tkanin, wraz z pyłem kostnym, kryjąc możliwe kosztowności: nadawała się jedynie do wymiecenia na zewnątrz miejsca pochówku... zwyczajną zmiotką. Tak, słuszne spostrzeżenie... dokładnie taką, jak tamta... po czym, dokładnie pilnowawszy uważności: odrzucano grubsze szczapy, kości, strzępy tkanin... garstka po garstce, poszukując skrywanych przez nie kosztowności, które, w przeciwieństwie do szczątków ludzkich: można było łatwo spieniężyć... Jak obecnie?: wcale, ponieważ:.. nie było ich zupełnie, co gniewem rabusiów, spowodowało niniejszy występek wobec każdego z grobów. Niedługo później, każdy z nich, klęcząc w kostnym pyle, metodycznie mieszanym z różnej barwy drzazgami, przebierał go w dłoniach, poszukując metalicznego chłodu. Nie zaznali go zupełnie, mogąc zrabować jedynie kilkadziesiąt kilogramów stopów miedzi, co spowodowało, iż rozwścieczeni, wyrzucali wypełnione nimi plecaki uprzednio wykonaną w ścianie dziurą, a za nimi młot, kurwując podczas wzbijania kopnięciami sproszkowanych przemijaniem, ludzkich szczątek, w poszukiwaniu przecinaka. Znalazł się, pogardliwie zwany " jebanym ", co umożliwiało im wyruszenie w drogę powrotną.
Państwo spoczywali spokojem snu wiecznego, oddzieleni stropem od służby, który stanowił podłogę miejsca ich pochówku, pilnowani przez nich, aby jak zwykle... im nie przeszkadzać.
Postanowili zapalić karbidową lampę, zwłaszcza, iż przemierzona przez nich uprzednio ścieżka, stanowiąc drogę powrotną: nie przypominała siebie samej. Nie odczuwali swojej obecności w lesie, jako takowej... niechybnie kojarząc ją z lawiracją pomiędzy cienistymi nagrobkami, znikającymi w nikłym blasku pomarańczowego, gazowego płomyka, którego nieprzerwany szum, zdawał się powodować brak poczucia kierunku. Coraz bardziej zdezorientowani, postanowili rozbić prowizoryczny obóz, aby dotrwać świtu, zamiast ulegać paranoicznym aluzjom umysłów. Nie opuszczające ich uczucie obecności, zaczęło być tak realnym, iż, coraz częściej... zwracali się do kogoś, kto tak naprawdę... nie znajdował się w ich pobliżu, sprawiając wrażenie umykającej poza nikłe światło, cienistej postaci. Z czasem, zaczęło powodować psychoze, czego nie mając świadomości, odbiegali w mrok, uznając, że ktoś z nich żartuje. Z tego powodu, każdy z nich tej nocy nie zmrużył oka, zasypiając mimowolnie w nieznanym sobie momencie poranka, po przebudzeniu ujęty ciosem przerażenia, wobec faktu, iż nastała kolejna noc... było tak zawsze, a przynajmniej do czasu, gdy zaczęło brakować prowiantu, co zmotywowało każdego z nich, aby tego ranka się obudzić... jak słusznie myślisz: gdy to nastąpiło: powitała ich kolejna noc...
Leśniczego spotkał zupełnie przypadkiem, podczas skromnego śniadania. Musiał ucieszyć się na jego widok, witając przeciągłym okrzykiem. Nie mogło przecież stać się cokolwiek złego, skoro spokojnie ogryzał nogę kolegi, która z nich wszystkich: pozostała jako jedyna...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania