Wyprzęgnięty

wigilia tego święta przypadnie w dzień bezwietrzny.

już z samego rana, nieco perwersyjnie, założę na siebie

toksynki i kolce, będę chodzić w tiszercie uplecionym z liści

pokrzyw, z ostów. abyś miała potem co koić, uśmierzać,

do czego przykładać tkaninę z (jak najliteralniej!)

cuda czyniącym balsamem.

 

w przeddzień święta, jakiego nie znajdziesz w żadnym

kalendarzu, wyzwolę się z niewidzialnych uzd, kantarów.

troczki się przetną, lejce - przegryzą, spadną pęta.

 

nawet pancerzyk ulegnie zgalaretowaceniu, po czym

rozpłynie się jak niepyszny. w równym stopniu niepokojąc

się, co przebijając ku bezchmurnemu niebu, będę liczyć

godziny, sekundy. strącać każdą z nich w bezdenną przepaść.

 

i stanie się wreszcie ustukrotnione, wymarzone,

całe w przesycie, umorach. jedyne, które warto

zbyt blisko, z naddatkiem. które trzeba

świętować aż po krzyk.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania