Hej, sokoły o świcie

Działo się to pod koniec lipca, po trzech dniach na Przysłopie Potóckim. Baza namiotowa, wysoko w Worku Raczańskim – zasięgu zero, lipcowe złoto w dzień, a w nocy po burzach mokro i zimno jak w listopadzie.

Wstałem o trzeciej trzydzieści, żeby zdążyć na pociąg z Rycerki. Plecak już spakowany wieczorem, rozliczony z chatkowym. Nowa ekipa przy ognisku jeszcze hałasowała, ale ja poszedłem spać wcześniej. Ostatnie, co pamiętam – złote światło na Praszywce Wielkiej i cisza.

Obudziłem się w smole. Ognisko ledwo tliło się czerwonymi oczkami. Zimno wchodziło pod kurtkę. Włączyłem czołówkę, zarzuciłem plecak i ruszyłem szlakiem w dół – przez Pawliki, Gajówkę Majów, na asfalt.

Ścieżka zamieniła się w rwący strumień. Buty natychmiast pełne wody. Po jakichś dziesięciu minutach dotarłem do stromego wąwozu, gdzie szlak schodził zygzakiem. I wtedy to usłyszałem.

Ciężkie, chrapliwe sapanie. Jakby ktoś dmuchał w papierową torbę, tylko głośniej i niżej.

Zatrzymałem się. Poświeciłem.

W stożku światła, może piętnaście metrów przede mną – masywny, ciemny grzbiet. Niedźwiedź stał bokiem, łeb lekko opuszczony, uszy do tyłu. W świetle latarki mignęły dwa żółto-zielone odbicia – oczy. Patrzył w bok, nie na mnie. Jeszcze nie.

Serce waliło mi w uszach. Zimny pot momentalnie oblał plecy.

Przypomniałem sobie wszystko, co czytałem: nie uciekać, nie patrzeć w oczy, mówić spokojnie, cofać się powoli. Ale tu nie było jak się cofnąć – stroma skarpa za mną, wąwóz przede mną. Stałem jak wryty.

Sekundy się wlokły. Zwierzę nie ruszało się, tylko oddychało. Głęboko. Głośno.

I wtedy – nie wiem, skąd – przyszedł mi do głowy refren, który zawsze śpiewałem pod prysznicem, jak byłem wkurzony albo zmęczony. Głośno, donośnie, bez zastanowienia:

„Hej, sokoły, z gór wyleciały, krzyczały, płakały, za Polską tęskniły…”

Głos mi się załamał na początku, ale po pierwszych słowach złapałem siłę. Śpiewałem dalej, wolno, krok po kroku schodząc w dół wąwozu. Przeszedłem na gwizdanie, bo gardło mi się zacisnęło. Kątem oka cały czas widziałem ten ciemny kształt – nie ruszył się. Ani razu.

Sto metrów. Może sto pięćdziesiąt.

W pewnym momencie sapanie ucichło. Zniknęło. Jakby rozpłynęło się w leśnym oceanie.

Dotarłem do pierwszych zabudowań na Pawlikach. Asfalt. Pusta droga. Ludzkie światło gdzieś daleko.

Oparłem się o znak drogowy, nogi miałem jak z waty. Wyciągnąłem z bocznej kieszeni ciemne piwo, które schowałem na drogę. Otworzyłem. Wypiłbym je duszkiem, ale piłem powoli, małymi łykami. Toast.

Za to, że żyję. Za to, że on nie miał ochoty na koncert o świcie. I za te sto metrów, na których życie wisiało na refrenie starej piosenki.

Dwie i pół godziny później siedziałem w pociągu do Bielska. Młody konduktor słuchał, kręcił głową i mówił: „Albo pan kłamie, albo ma pan szczęście jak cholera”.

Ja wiem swoje.

Największy drapieżnik Beskidów puścił mnie wolno. A ja do dzisiaj, jak idę sam nocą, czasem cicho pogwizduję „Hej, sokoły”. Na wszelki wypadek.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Dekaos Dondi 04.04.2023
    Maciekzolnowski↔Aż zazdroszczę w pewnym sensie takiego spotkania. Ale jeno→ w pewnym:)
    Dobrze że trafiło na niedźwiadka, ze słuchem muzycznym. Może gdybyś za bardzo fałszował melodię...
    to kto wie, co by było:)↔Pozdrawiam ?
  • maciekzolnowski 08.04.2023
    Dzięki, DD; oj, wierz mi, nie zazdrościsz. Sama wycieczka i owszem, ale spotkanie z miśkiem to już zupełnie inna rzecz. Pozdrawiam również. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania