Wysoko, wyżej, najwyżej

Kobiecie tak trudno dogodzić! Na nadchodzące Walentynki chciałem jej kupić coś wyjątkowego, czego nigdy jeszcze nie miała, o czym by pamiętała całe życie. Nawet gdyby następnego dnia zerwała ze mną, chciałem, żeby ten upominek ocalił mnie od zapomnienia, żeby po latach patrząc na to pomyślała: „Jednak miał klasę i charakter”. Może nawet byłoby jej żal, że nie jesteśmy już razem. Chciałem jej kupić coś, co by nas łączyło na zawsze.

 

Zacząłem od sporządzenia listy upominków, które jej ofiarowałem, a również tych, które podarowali jej znajomi, choć oczywiście o wszystkich nie mogłem wiedzieć. Ta pierwsza nie była zbyt długa. Od czasu kiedy się poznaliśmy, nie dostawała ode mnie wielu podarków. Zazwyczaj były to okazyjne bukiety kwiatów, ułożone z wyszukanych roślin. Ilekroć kwiaciarka pytała:

— Do ilu?

Szybko ją poprawiałem:

— Nie do ilu, ale od ilu.

Jednego razu wręczyłem jej wiązankę z egzotycznym kwiatem o trudnej do wymówienia nazwie, sprowadzanym z drugiego końca świata przez największego importera w Amsterdamie. Jej reakcją był uśmiech, lecz nie taki powodowany autentycznym uczuciem wdzięczności, tylko szablonowy, który za darmo można ściągnąć z witryny Google. Kilka dni później zwierzyła się koleżance, jak bardzo była rozczarowana.

— Wiesz, przyniósł mi takiego badyla, co w rowie rosną jak osty. Czy on myśli, że ja jestem jakaś krowa?

 

Innego razu, kiedy przechodziliśmy koło Cepelii, zauważyła na wystawie nieduży obrazek wyszywany kolorowymi nićmi z muliny. Przedstawiał on szczupłą kobietę siedzącą w parku na ławce, z kwiatem w dłoni.

— Ależ to piękne, jak ja bym chciała mieć coś takiego — westchnęła.

Popatrzyłem na cenę, była rujnująca. Lecz zaraz pomyślałem, że nie ma takiego wydatku, którego bym dla niej nie poniósł. Pracowałem po godzinach, w wolne soboty, oszczędzałem na jedzeniu, a myśl, że robię to wyłącznie dla niej, stawała się największą motywacją. Niedługo były jej imieniny i podarowałem jej ten niezwykły upominek, nie bez cienia nadziei, że się jej spodoba.

— Kochany, to najpiękniejszy prezent jaki kiedykolwiek dostałam. Skąd wiedziałeś, że uwielbiam takie rzeczy?

Zarzuciła mi ręce na szyję, lecz nie było w nich odrobiny ciepła. Po kilku tygodniach, szukając parasolki, odnalazłem nieszczęsne rękodzieło. Leżało za szafą w przedpokoju, całe pokryte kurzem i pajęczyną.

— Ach jak dobrze, że to znalazłeś. Sama nie wiem, jak to mogło przepaść bez śladu — skłamała bez zająknięcia.

 

Miałbym łatwe zadanie gdyby lubiła bibeloty. Kupiłbym jej jakiegoś fikuśnego pajacyka, albo misia, do którego mogłaby się przytulić. Ale ona była osobą gustowną, o wyszukanym smaku i gardziła taką taniochą. Myślałem o czymś z ubrania, ale tu wybór był jeszcze trudniejszy. Jeden rękaw może być przykrótki, szew nierówny, albo guzik przyszyty pod złym kątem. Poza tym, nie wiedziałem jaki nosi rozmiar, a gdy proponowałem wyjście na basen lub plażę, żeby ją dokładnie ze wszystkich stron obejrzeć, wymawiała się rozstrojem żołądka bądź migreną. Jeszcze gorzej sprawa się miała z obuwiem. Jednego razu asystowałem jej przy zakupie luksusowych botków z zameczkiem.

— Jak ci się podobają?

— Super.

— A te?

— Fantastyczne.

— No, to które lepsze?

— Sam nie wiem...

— Jesteś typowy facet, nawet doradzić nie potrafisz! — Cisnęła we mnie butem i rozzłoszczona wybiegła ze sklepu.

 

Myślałem też o biżuterii i szczególnie tutaj chciałem być nieszablonowy. W katalogu na internecie natrafiłem na reklamę pierścionka z ośmio-karatowym opalem, oprawionym w srebro szterlinga i rod, doskonale imitujący o wiele droższą platynę. Bursztyny, perły, korale podobne są do siebie, ale dwóch identycznych opali nigdy się nie znajdzie. Kamień ten mienił się tuzinem różnych barw, w zależności od pory dnia i roku. W ten sposób chciałem podkreślić, że jest dla mnie jedyna, drugiej jak ona, nie ma w całym świecie. Niestety, również i tym razem mój trud poszedł na marne. Zrobiła minę jakbym kupił to w sklepie z drobiazgami za dwa złote. Nigdy nie włożyła tego pierścionka na palec, a później się dowiedziałem, że sprzedała go na e-bay za całkiem niezłą sumę.

 

Im dłużej o tym myślałem, lista możliwości się kurczyła. Może najprościej byłoby zaprosić ją do restauracji na kolację przy świecach. Albo na kawę i ciastko do coffeeheaven. Siedzielibyśmy w wygodnych fotelach, raczyli się delicjami, podziwiając widok na Zamek Królewski i rynek Starego Miasta. Lecz zaraz odrzuciłem taką możliwość. Była obsesyjnie przewrażliwiona na punkcie swojej figury i odżywiała się wyłącznie według bardzo ścisłej diety, której jadłospis żadnej restauracji by nie sprostał. Osobiście podobają mi się kobiety o nieco bardziej zaokrąglonych kształtach, lecz nigdy nie miałem odwagi powiedzieć jej o tym.

 

W końcu wpadłem na fantastyczny pomysł, prawdziwa bomba! Podróż cruiserem po Adriatyku. Trasa z Dubrownika na wybrzeże dalmatyńskie. Po drodze można odwiedzać egzotyczne wysepki, gdzie niebo jest błękitne, a deszcz nigdy nie pada. Czyż można ten ponury, lutowy dzień, spędzić w lepszym miejscu? Osiem dni dzielilibyśmy jedną kabinę, wspólnie jedli, pływali w basenie i grali w kręgle. Tańczyli na dyskotece, a wieczorami spacerowali po pokładzie, obserwując delfiny, skaczące na tle zachodzącego słońca. Ten statek to byłby nasz Titanic. Poprosiłbym, żeby zamknęła oczy, poprowadził ją do poręczy na dziobie, schwycił za ręce, rozpostarł je ku górze i zawołał:

— Teraz.

A ona na to:

— Frunę!

Nie, takich momentów się nie zapomina. Pamiętałaby mnie do końca życia, choćby musiała z powrotem polecieć na Wenus. Natychmiast się zalogowałem, żeby zrobić rezerwację, lecz wszystkie miejsca były już zabukowane na dwa lata wprzód. Zadzwoniłem do agenta, to samo. W takim razie, może karnet narciarski do Jasnej w Słowacji? Warunki do zjazdu przyzwoite i taniej niż w Krynicy. Lecz zaraz przypomniałem sobie, jak ostatniego dnia lata, wybraliśmy się na piknik do parku rozrywki w Powsinie. Gdy tylko usiadła na kocu, zaczęła podrygiwać i drapać się po całym ciele.

— Jakieś robaki mnie oblazły, nienawidzę tego paskudztwa. Nie przywoź mnie tu więcej!

 

Dni mijały, pomysłów było coraz mniej. Niepocieszony krążyłem ulicami i z bólem obserwowałem przed-walentynkową gorączkę. W jednym ze sklepów na Nowym Świecie, zobaczyłem chłopaka kupującego drobiazgi, nie jakieś wyszukane nie wiadomo coś, tylko zwykłe karteczki z napisami, wierszykami, czerwone serduszka z błyszczącego papieru, pluszowe misiaczki, maskotki. Nie wiem, czy miał aż tyle narzeczonych, czy może tę jedyną kochał tak bardzo. Zdesperowany, już zamierzałem wrócić do domu, kiedy na rogu ulicy zauważyłem sklep, którego przedtem tam nie było. Przeczytałem kolorowy szyld na ścianie i nie namyślając się wiele, wszedłem do środka. Choć front sklepu był dość wąski, wewnątrz wystarczało miejsca na obszerną sień, szeroką ladę, a za nią stos metalowych klatek, ułożonych jedna na drugiej, na kształt gigantycznej piramidy.

— Czym mogę łaskawemu panu służyć?

Za ladą stał niski, grubawy człowiek, ubrany wyjątkowo wykwintnie. Na sobie miał czarną marynarkę, tego samego koloru spodnie, białą koszulę z włoskim kołnierzykiem, bez kieszeni, co nadawało jej bardziej elegancki ton. Pod szyją niezbyt szeroki krawat z jedwabiu w kolorze wiśniowym, wiązany asymetrycznym węzłem, z niedużą łezką. Krój mankietów wskazywał, że całość musiała pochodzić z najmodniejszej pracowni. Na rękach miał białe, bawełniane rękawiczki, a na jednej z nich, purpurową nitką wyszyty monogram „HP”. Mężczyzna mógł mieć około sześćdziesiątki. Na jego głowie nie było prawie wcale włosów, za to nad górną wargą wyrastała kępka czarnych, gęstych jak szczoteczka, równiutko przystrzyżonych wąsów. Poza tym, nie było w jego twarzy nic szczególnego, może za wyjątkiem pary czarnych, przenikliwych oczu, które utkwił we mnie, gdy tylko zabrzmiał dzwonek u drzwi. Odniosłem wrażenie, że jest magiem i potrafi czytać głęboko w moich myślach.

— Czym mogę łaskawemu panu służyć? — doszedł zza jego pleców zachrypły głos, choć w sklepie oprócz nas nie było nikogo.

— Ja tak tylko... — zacząłem lekko zmieszany. — Przechodziłem ulicą... nigdy przedtem nie widziałem tego sklepu...

Sprzedawca pozwolił mi skończyć, po czym odczekał chwilę, jakby oczekiwał konkretnych pytań. Wreszcie się wyprostował, uśmiechnął i odezwał niespodziewanie energicznym, jak na osobę w jego wieku, głosem:

— Nie mógł szanowny pan wybrać lepszego dnia, lecz wpierw proszę spocząć. Domyślam się, że sporo się pan dziś nachodził.

To mówiąc wskazał fotel pod ścianą, który pomimo wiekowego wyglądu dawał wygodne oparcie, nie zapadł się, ale był idealnie miękki i sprężysty. Sprzedawca poczekał, aż przyjmę komfortową pozycję, za co byłem mu wdzięczny, gdyż faktycznie, nóg już nie czułem.

— Właśnie prowadzimy promocję wielu cennych okazów, których normalnie nie sprzedajemy w sklepie, tylko na prywatnej aukcji.

Tutaj wskazał na niedużą alkowę z boku sali, gdzie na wysokich taboretach stało kilka stylowych klatek z bajecznie kolorowymi ptakami. Jeden z nich przekrzywił łebek i wpatrywał się we mnie parą malutkich, czarnych oczu.

— Tylko na prywatnej aukcji! — powtórzył skrzeczącym głosem.

Widząc moje zakłopotanie, sprzedawca kontynuował:

— Podobnie jak ludzie, każda papuga jest inna, każda ma unikalne zalety.

— A te... — Wskazałem na klatki w najniższym rzędzie. — Jaką mają zaletę?

— Nie kosztują wiele, ale potrzebują dużo czasu, żeby nauczyć się prostych zwrotów, takich jak „Na zdrowie” lub „Jak się masz?”.

— A przeklinać potrafią?

Sprzedawca uśmiechnął się spod wąsa.

— Jeszcze jak! — i poważniejszym już tonem dodał — ale po co marnować wybitny talent na tak przyziemne rzeczy.

— A te wyżej?

— Są w stanie nauczyć się do tysiąca słów w ciągu roku.

Popatrzyłem na rzędy klatek piętrzące się pod ścianą. Z ich wnętrza z zaciekawieniem przyglądały mi się egzotyczne ptaki, różnej wielkości i koloru.

— A ta liniejąca, pewnie po obniżonej cenie? — Pokazałem na papugę, która wyglądała jakby wyszła jej przynajmniej połowa piór.

— Niech szanowny pan nie da się zwodzić pozorom. Upierzenie nie jest oznaką talentu, często wprost przeciwnie. Taka co traci pióra, rozwija inne umiejętności. Wczoraj sprzedałem białą kakadu, która choć już nie najpiękniejsza, potrafiła po niemiecku zaśpiewać całą arię Królowej Nocy z Czarodziejskiego Fletu, bez jednej złej nuty.

„Ta odpada, ona nienawidzi opery” — pomyślałem, a głośno dodałem:

— A te w wyższych rzędach?

— Potrafią naśladować języki podobne do polskiego: czeski, rosyjski...

— To te nad nimi pewnie znają francuski i hiszpański?

— Tak właśnie! Jak szanowny pan na to wpadł? — Sprzedawca nie posiadał się z zachwytu. Wysoko uniósł brwi i opowiadał z przejęciem:

— Mój brat prowadzi podobny sklep na Rue Parrot, w Paryżu. To taka mała uliczka, zaraz jak się wychodzi z dworca Gare de Lyon, jakieś pół kilometra od brzegu Sekwany...

— Pan wybaczy — wszedłem mu w słowo — ale nigdy nie byłem w Paryżu.

Asystent umilkł i spojrzał na mnie z wyrozumiałością.

— Ach tak, nie szkodzi. Chciałem tylko powiedzieć, że ja z bratem raz na jakiś czas wymieniamy się ptakami. Wtedy uczą się obcych języków jeszcze szybciej.

— Ale czy zdążą?

— Papuga żyje przeciętnie dwadzieścia lat, ale niektóre sto, a nawet dłużej. To wspaniały kompanion na całe życie. Pan z myślą o sobie, czy o kimś innym?

— Ja tak tylko... Zastanawiam się, na co komu taka papuga potrzebna, jaki z niej pożytek?

Sprzedawca zaśmiał się z fałszywym tonem w głosie, jakby chciał ukryć wadę produktu, który zachwala.

— Łaskawy pan to wytrawny klient, a ja takich cenię najbardziej. To prawda, że zwykłemu człowiekowi papugi mogą się wydawać czymś zupełnie zbytecznym. Są hałaśliwe, straszne bałaganiary, zawsze się czegoś domagają, samolubne, wiecznie zajęte sobą i narzekają na wszystko...

„O, ja nawet dobrze znam taką jedną” — zaśmiałem się w duchu, lecz sprzedawca nic nie zauważył i ciągnął dalej:

— Ale są piękne, a ile piękno jest warte, sam pan dobrze wie. — Tutaj wbił we mnie świdrujący wzrok. — Gdybyśmy nie mieli tej odrobiny piękna, to jak okiem sięgnąć otaczałaby nas przeciętność i szpetota, czyż nie tak?

„Och tak, czym byłby świat bez niej?” — Myśleliśmy całkiem podobnie.

— No niech łaskawy pan raczy tylko spojrzeć na tę szkarłatną makawę z Meksyku. Czyż nie jest prześliczna? Czerwona główka, żółta kryza, a kuperek cały niebieściutki!

— No, ale taki okaz musi kosztować.

— Akceptujemy większość kart kredytowych i pobieramy tylko pół procenta od transakcji, a od łaskawego pana — w tym miejscu zmienił ton na poufny, jakbym był jego kluczowym klientem — na transakcji potrącamy zero, nulla. A więc?

Szczyt piramidy uwieńczony był największą ze wszystkich klatek, we wnętrzu której drzemał ptak olbrzymich rozmiarów. Miał on jednakże nieproporcjonalnie krótki dziób, długi, przywąski ogon, jakby brakowało w nim kilku piór i ubarwiony był zgoła niepięknie, raczej na pstrokato.

— A ten tam, na samej górze. Ile on kosztuje?

W odpowiedzi sprzedawca wyjął z pudełeczka wizytówkę, skreślił na jej odwrocie kilka cyfr i podał mi do ręki.

— Specjalna oferta, tylko od następnej soboty.

Popatrzyłem i pomyślałem, że za taką cenę można by równie dobrze kupić sobie kota w butach, który by przyniósł właścicielowi olbrzymią i dozgonną fortunę, bez potrzeby inwestycji i amortyzacji. Skoro tak, to ten ptak musi znać tysiące słów w rozmaitych językach i dialektach całego świata.

— A co on potrafi, ile zna języków? — zapytałem.

Sprzedawca zamrugał oczami, jakby zupełnie nie rozumiał mojego pytania.

— On, języków? Żadnego. On jest tu dyrektorem.

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 11

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (22)

  • Trzy Cztery 2 tygodnie temu
    Hahahaha! Super!
  • DEMONul1234 2 tygodnie temu
    Normalnie nie mogłem się oderwać. 5
  • laura123 2 tygodnie temu
    Nieładnie, panie Narratorze. Jesteśmy wymagające, ale taki nasz urok, a pan sobie żarty stroi, z poważnych przecież rzeczy...
  • Narrator ponad tydzień temu
    Ja, żarty? Ja mam obsesję na punkcie tego co kobieta lubi, czego nie :)
  • laura123 ponad tydzień temu
    Narratorze ''jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby'' - pasuje do opisu, prawda?

    Ale ta papuga - dyrektor, to jest coś! Ja bym wzięła...
  • Józef Kemilk 2 tygodnie temu
    Niezła puenta😊 A co z prezentem dla ukochanej? Może rozstanie na romantycznej kolacji na statku?
    5
  • K6-2440 2 tygodnie temu
    Od przeczytania początkowego uświadomienia sobie faktu o potencjalnym zerwaniu, poprzez każdy kolejny przykład nieudanego prezentu, kończąc na sentencji: "Och tak, czym byłby świat bez niej?", miałem coraz większe wrażenie, że cała relacja podmiotu lirycznego z jego drugą połówką jest na wręcz śmiesznie niskim poziomie, gdzie sam gest jest ważniejszy od myśli okazującego go i od myśli osoby do której tenże gest był skierowany. Jeżeli obnażenie takowej postawy, było zamierzone, to muszę przyznać, że częściowo się ono udało, jednakże sama końcówka utworu, raczej nie pomaga w dostrzeżeniu go.
    Powiedziałbym, że opis sprzedawcy jest wykonany poprawnie, gdyby nie to, że swoją długością stanowi zwykłą nieudolną retardację w chwili zwykłego wejścia do sklepu. Naprawdę odstaje to od reszty utwory, gdy standardowy opis postaci zajmuje więcej miejsca aniżeli inne akapity, dotyczące konkretnych zdarzeń fabularnych.
    Jest tu też kwestia narzekania na kobiety, ale wolę to potraktować jako dodatek do przedstawienia słabości związku protagonisty. Ponieważ, gdyby nie owe powiązanie, to należałoby to traktować jako zwykłe marudzenie piszącego, które nic szczerze nie wnosi. Może nic oprócz uśmiechu wśród niektórych czytelników(niestety nie mnie).
    Samo "Wysoko, wyżej, najwyżej", jest napisane całkiem sprawnie, a sam tekst czytało się całkiem przyjemnie.
  • Szpilka 2 tygodnie temu
    Ale sobie bździągwę wybrał /poprosiłam Holendra, żeby "bździągwa" powiedział i mało nie umarłam ze śmiechu/, moja mama takie osoby tak określała - żeby pupę miodem wysmarować, to i tak niedogoda.

    Ongiś też wstawiałam dzieła rąk moich do Cepelii, kasiory dużo nie było, bo to nie świeże bułeczki, które się codziennie kupuje 😉

    Puenta zajefajna, aż się prosi o dalszy ciąg, super pisanie, ale pewnie o tym już wiesz, piątak 👍
  • Narrator ponad tydzień temu
    Ten Holender ciężkie życie musi mieć, skoro chcesz mu język zwichnąć. Ale taki już nasz los. Kiedyś pisano: „Bezpieczniej być zamkniętym w klatce z lwem, aniżeli kobietą”.
  • Szpilka ponad tydzień temu
    Narrator

    Hihihihihihih, a skąd, on bardzo lubi takie wyzwania językowe, pewnego niemieckiego lekarza zainteresowanego polskimi uzdrowiskami nauczyłam pięknie wymawiać - Bystrzyca Kłodzka 😁
  • Narrator ponad tydzień temu
    Szpilka Ach, nie wiedziałem, że tam jest uzdrowisko. Czytałem o bazie, do której zwożono drewno, wąskimi, leśnymi drogami Czasem ciężarówka staczała się w przepaść, kierowca ginął, to ciało zanosili do kościółka, na organach grali requiem, po pijaku oczywiście... „Następny do raju” to się nazywało, czy coś w tym rodzaju...
  • Szpilka ponad tydzień temu
    Narrator

    Nie napisałam, że tam jest uzdrowisko, czytaj ze zrozumieniem.

    Jemu chodziło o region - ziemia kłodzka, odwiedzał Bystrzycę Kłodzką i kompleks sanatoriów - Polanica, Lądek, Kudowa, ponieważ we wszystkich byłam, mogłam pociągnąć temat 😉
  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    Czasem zauważam w tekstach coś, czego nawet autor tam nie miał intencji zamieścić, a skojarzenia przychodzą mi do głowy zupełnie nieoczekiwane ;) Tutaj cały czas towarzyszyło mi wrażenie jak ze starego dowcipu, gdzie żona poprosiła na prezent o coś drogiego, wyjątkowego a czego tak naprawdę nie potrzebuje, więc mąż wykupił jej chemioterapię.
    A co do treści, to jakby dwa osobne opowiadania – najpierw jest o obiekcie westchnień narratora, a potem płynne przejście do sklepu z papugami i nawet zamknięcie tego wątku. Ale nie ma powrotu to tej pierwszej historii, stąd trochę wrażenie urwania. Możliwe, że efekt byłby lepszy, gdyby wstęp znacząco skrócić. Ale z drugiej strony szkoda by go było, bo obserwacje w nim zawarte są nad wyraz trafne.
  • Narrator ponad tydzień temu
    Słusznie zauważyłeś — są tu dwie historie: ta w sklepie to rozwinięcie kawału, który ojciec opowiedział mi, gdy byłem jeszcze dzieckiem; początek opiera się na pewnej uroczej znajomości z lat studenckich, dość luźno, bo wtedy nie obchodzono Walentynki. Zgadzam się, że w końcówce dobrze by było nawiązać do pierwszego wątku, ale jakoś nie wpadło mi to do głowy. A teraz myślę sobie, że życie każdego z nas kończy się nieoczekiwanie, do niczego nie powraca i taki koniec też ma sens. Dzięki za cenne wskazówki :)
  • Bożena Joanna 2 tygodnie temu
    Wydaje mi się, że związek tych dwojga długo nie przetrwa. Zwykle podarki od osób, których darzymy uczuciem, cieszą nasz wzrok i mają wartość sentymentalną. Nie wyrzucamy ich za szafę na zatracenie. Sceny z papugami fantastyczne. Do tego światka zaliczyłabym ukochaną protagonisty, istotę przyozdobioną w kolorowe piórka i trochę bez serca.Pozd
    Ciekawie się czytało, końcówka świetna.
    Pozdrowienia!
  • Narrator ponad tydzień temu
    Oczywiście, że ich związek nie przetrwa, bo to nie związek, ale rozbieżność skrajnie różnych charakterów. Celowo przesadziłem, wyolbrzymiłem pewne cechy, rozdmuchałem postacie do nieproporcjonalnych kształtów. To miała być parodia Walentynki, gdzie wszystko jest głupio-śmieszne, a przeważnie kłamliwe, jak reklamy w telewizji lub youtube. Na 8 marca postaram się napisać coś poważniejszego. Dziękuję za komentarz.
  • Velaquiorre ponad tydzień temu
    Gdy czytałam to opowiadanie, wydało mi się to bardzo smutne. Nie mam zastrzeżeń co do stylu. Po prostu wzbudziło smutek. Mimo to, jest bardzo dobre.
    Pisz dalej, czekam na kolejne teksty.
  • pasja 6 dni temu
    Doskonale przygotowałeś przekładaniec niejadalnego tortu. Bo obojętnie jaki ukroimy kawałek, będzie nie smakować. Związek tych dwojga jest nie do uratowania. Ona rozkapryszona kobietka pewnie ma wszystko i poszukuje czegoś, czego jeszcze nie wie. On znakomity myśliciel i poszukiwacz złota też stawia sobie poprzeczkę i katuje się wewnętrznie. Sprowadza nieznane kwiaty, a wokół mamy tyle pięknych róż. Nie wiem ile czasu są ze sobą, ale z jego rozterek dowiaduję się, że zupełnie jej nie zna. Nawet nie zna jej rozmiaru… a wystarczy spojrzeć na metkę. Obydwoje pewnie żyją obok siebie i duszą się swoim powietrzem. A może wystarczyło poprosić dyrektora o urlop na wypoczynek.
    Bardzo ciekawa opowiastka o miłosnych wyborach. Zakup zawsze można zareklamować, miłości jednak nie. Można być albo mieć. A pan powinien zmienić dyrektora.

    Pozdrawiam
  • Narrator 6 dni temu
    Bardzo „zdrowy” komentarz. Prezentujesz opinię rozsądnej osoby. Oczywiście zachowanie postaci jest mocno przesadzone, ale tylko dla podkreślenia sprzeczności oraz kontrastu. W rzeczywistości kobiety nie są aż tak wymagające, a mężczyźni nie wstają z łóżka na każde skinienie paluszka. Dziękuję za czas oraz cierpliwość, żeby to przeczytać.
  • Tjeri 6 dni temu
    Festiwal prezentów w związku – paskudna rzecz. Z drugiej strony, określony typ kobiet wybiera określony typ mężczyzn. :)
    Walentynki z kolei to tak durne "święto", że... no durne i tyle.
    Tekst czyta się dobrze, choć kompozycyjnie można by się przyczepić.
    "W katalogu na internecie natrafiłem na reklamę pierścionka z ośmio-karatowym opalem" – napisałabym "w Internecie".
  • Narrator 6 dni temu
    Zgadzam się co do Walentynki — to bezmyślne małpowanie Zachodu, lecz chyba większość Polaków to właśnie uwielbia. Jeśli chodzi o typ kobiety, to muszę przyznać, że jednak pociąga mnie kobieta, której nie można usatysfakcjonować, dogodzić, bo pomimo wszelkich mankamentów ma ona jedną, niewątpliwą zaletę — można ją zdobywać bez końca, a to wielu mężczyzn motywuje najbardziej. Żyć między marzeniem, a spełnieniem. A ona nie musi się obawiać, że raz zdobyta, zostanie porzucona dla innej. Cieszy mnie, że się dobrze czytało, pomimo kompozycyjnych usterek.
  • Tjeri 6 dni temu
    Narrator nie do końca to miałam na myśli. Raczej materializm, nastawienie na "posiadanie" i poczucie "należenia się". Miałam kilka koleżanek o takim rysie. Bardzo dobrze teraz żyją, skompletowane jak okazy w gablotce zbieracza ;). Ale to tak z przymrużeniem oka :)).

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania