Wyższa wola

Gdzieś tam, w jakimś mieście, typ napada sklep.

– Dwieście… Trzysta… Czterysta…

– Szybciej, nosz ja pierdole!

– Młody człowieku… Wydaje mi się, że nie łączysz w sobie trzech podstawowych zmiennych. Pierwszą, jest to, że mam 83 lata i naprawdę moje ruchy są aż nazbyt spowolnione. I nie, nie chełpię się tym, raczej ubolewam nad swym marnym losem wojennego weterana. Zmienną drugą, którą zwię, pośrednią, to fakt, że również w związku z moim wiekiem, dorabiam tu tylko do emerytury, a w kasie mam niewiele więcej niż dwa, może trzy tysiące złotych. Nie wiem, na ile już sklepów żeś napadał, ale na pewno miałeś przed sobą o wiele więcej bardziej dochodowych biznesów niż mój skromny interesik sprzedaży obrazów. Malarzem zresztą dobrym nie jestem, toteż nie ma kto do mnie przychodzić. A zmienna trzecia - powiązana takowoż, a jakże, z moją starością - jest taka, iż nie obchodzi mnie, czy jutro przeżyję. Zatem i pańska broń wycelowana w mój skarb narodowy, czyli umysł, nie robi mi żadnej różnicy.

Młody chłopak w kominiarce cały czas stawiał głupie kroki w lewo i w prawo, stojąc jednak w miejscu i niczym na strzelnicy próbując znaleźć idealne miejsce do wtłoczenia dziadkowi ołowianej kuli między oczy. Ale ten, jak na złość, cały czas kręcił głową niczym wahadło, odskakując w obie strony. Chłopak zaklął.

– No… Na litość! Niech się pan nie rusza!

– Pięćset… O, widzę, że dalej chłopaczku się nie rozumiemy. Powtórzę zatem. Wydaje mi się, że nie łączysz w sobie trzech podstawowych zmiennych. Pierwszą, jest to, że mam 83 lata i naprawdę moje ruchy są aż nazbyt spowolnione. I nie, nie chełpię się tym, raczej ubolewam nad swym marnym losem wojennego weterana. Zmienną drugą, którą zwię, pośrednią, to fakt, że również w związku z moim wiekiem, dorabiam tu tylko do emerytury, a w kasie mam niewiele więcej niż dwa, może trzy tysiące złotych. Nie wiem, na ile już panocku sklepów żeś napadał, ale na pewno miałeś przed sobą o wiele więcej bardziej dochodowych biznesów niż mój skromny interesik sprzedaży obrazów. Malarzem zresztą dobrym nie jestem, toteż nie ma kto do mnie przychodzić. A zmienna trzecia - powiązana takowoż, a jakże, z moją starością - jest taka, iż nie obchodzi mnie, czy jutro przeżyję. Zatem i pańska broń wycelowana w mój skarb narodowy, czyli umysł, nie robi mi żadnej różnicy.

– Uważasz mnie za głupiego, tak?

– Ależ absolutnie! Tylko za niespełna rozumu.

Chłopak zdjął kominiarkę ukazując krótkie kręcone włosy i dosyć młodą twarz uszkodzoną jedynie blizną w lewym kąciku ust. Wyglądał jak model, z perfekcyjną sylwetką i jeszcze gładszą cerą.

– Zaiste – powiedział na ten widok dziadek, właściciel sklepu – piękny pan jest.

– Proszę mną nie pogrywać.

– Och, nie trzeba, proszę mi wierzyć. Pan jest ewidentnie lepszym graczem niż ja byłem kiedykolwiek. Miałem kiedyś takiego kolegę – zaczął mówić, zbierając kolejne banknoty. – Miał na imię… Proszę dać mi chwilę… O! Bartek. Tak, Bartek Kostka. Wspaniały człowiek, ha! Da pan wiarę, że nigdy, powtarzam - NIGDY nie przegrał partii szachów? Mieliśmy takie powiedzenie, że Bartek przegrywa tylko te partie, które rozgrywa sam ze sobą. Ale i tak tylko wtedy, gdy jest pijany - większość remisuje.

– O… A to… Dlaczego?

– Bo był głupi! Pardon, wiem, że pan oskarża mnie o czynienie takich samych insynuacji wobec twojej osoby, ale proszę mi wierzyć, jest zupełnie przeciwnie. Bartłomiej Kostka był po prostu głupi. Kiedyś, a było to chyba jesienią 1978 roku… Albo 2004, już nie pamiętam; byliśmy na wystawie obrazów jakiegoś nieznaczącego malarza, bodajże, Jacka Malczewskiego. A ten kretyn, bo innych słów na to trudno znaleźć, postanowił ot tak jeden z nich ukraść. Zrobiła się afera, bo to ochrona i tak dalej… No, potem musiał się tłumaczyć na komisariacie. Innym razem zerwał z kobietą swojego życia, bo ta zabrała go na słaby film. I przyznam, był rzeczywiście beznadziejny, ale wciąż - stracił miłość, której już nie odzyskał.

– Skądś… Skądś znam to uczucie – chłopak odpuścił na chwilę broń i podrapał się po głowie. – Mam nadzieję, że podniósł się po tym wszystkim.

– Och, mój drogi… Chciałbym. Naprawdę, bardzo bym chciał. Niestety, szybko popadł w nałóg. Wiesz, cytrynowe dropsy, cytrynowe lizaki, cytrynowe lody… Ten kwas go przeżarł od góry do dołu! Wkrótce zaczął zachowywać się jak na haju. Kiedyś przyszedł do mnie i powiedział, że czuje się jak na chmurce. No to ja się go pytam: jak na chmurce, jak ty nawet w górach nigdy nie byłeś. A ten, że to chmurka metaforyczna, a on tylko metaforami się posługuje, bo chce zostać poetą. No to ja mu ten pomysł chce wybić z tego durnego łba, leję go po głowie ze trzy razy, jak przystało na porządnego człowieka, i mówię: czyś ty umysł postradał?! Boga się nie boisz?! Ivan cię niczego nie nauczył w tej psychiatrycznej klinice?! Ale on tylko, że jego nowa muza chce, by został poetą. Wie pan, jak się nazywała?

– Jak…?

– Elżbieta Batory.

Obaj głośno się zaśmiali, gdy dziadek odłożył pieniądze na stół.

– No i tak to się potoczyło z nim, że wkrótce się powiesił na linie od studni. O, takiej długiej – pokazuje długość około 2 metrów. – No głupi człowiek, głupi człowiek.

– Ale jak to tak, mówić o nim głupi? Teraz? Po śmierci? – chłopak wziął jedno krzesło, w miarę jeszcze czyste, choć i tak musiał zetrzeć z niego kurz, i usiadł mając oparcie przed sobą. – Wie pan, ja też kiedyś znałem jednego człowieka. On chyba jeszcze żyje, ale gdzieś poszedł. Daleko.

– Odszedł?

– Nie wiem, czy odszedł. Powiedział, że gdzieś idzie. Ale nigdy nie wrócił. No ale to było tak: kolega, Staszek, zawsze miał taką filozoficzną duszę. Wie pan, kiedyś - a propos tej studni - podszedł do mnie, spojrzał w jej mroczny dół i powiedział, że jeśli długo patrzysz w otchłań, otchłań spojrzy również w ciebie. Ja nic nie rozumiem, bo ja nie wiem nic o takich rzeczach. Wie pan, mój dziadek był mordercą, ojciec włamywaczem i mordercą, ja na razie staram się być prawilnym złodziejem. Różnie z tym wychodzi, ale jak zabijam, to tylko w obronie własnej.

– Zabił pan kogo kiedyś?

– Tylko dwóch funkcjonariuszy.

– Ha! To nic takiego! – obaj wybuchnęli gromkim śmiechem.

– No też tak myślę! W każdym razie, odnośnie tego Staszka: człowiek ten często był dziwolągiem. Kiedyś na ten przykład, postanowił dziesięć razy wejść i zejść po schodach takiego wielkiego wieżowca, bo uważał, że w ten sposób wyrównuje różnice duchowe między niebem a piekłem. Gdy ja się go zapytałem, że czym niby jest dla niego niebo i piekło, ten tylko odparł, że to słońce i ziemia. I nic więcej. Innym razem, postanowił przez godzinę stać na szczycie tego wieżowca, i to tak się stał sławny, że nawet w telewizji był! I chyba policję wezwali. No to ja spierdalam, bo z psami to nawet platoniczny kontakt jest złem wcielonym.

– No, tak, tak…

– No, ale to wszelkie granice przebił wtedy, gdy po jednej takiej braterskiej, wie pan, popijawie, Staszek wchodzi mi do sypialni, budzi i mówi takim, wie pan, robotycznym głosem. Jakby on tylko słowa odtwarzał. I to leciało tak: ja cię teraz… Piotrek… zostawiam tutaj… opiekuj się światem… ja zaopiekuję się… innym. I powiedział, że idzie sobie. Ja chyba wtedy mu rzygnąłem na buty, ale faktycznie - poszedł. I ja naprawdę nie wiem, gdzie on się teraz podziewa.

– Chyba… Trudna sprawa. Jeżeli rzeczywiście powiedział, że on idzie zajmować się innym światem, to mógł mówić o absolutnie wszystkim. Co prawda, nie sądzę, że chodziło mu o świat równoległy…

– A co jeśli właśnie o to chodziło? – chłopak przerwał mu i spojrzał głęboko w oczy. – Co jeśli właśnie chodzi mu o równoległą rzeczywistość? Bo ja sobie tak myślę i sądzę, że coś takiego musi istnieć. Bo jeśli ja miałem tak dobrą rodzinę jak mój dziadek i ojciec, to przecież równowaga musi zostać zachowana. I gdzieś tam powinien być też Ja, tylko ze zjebaną przeszłością.

– Z drugiej strony, nie zawsze na świecie istnieje równowaga, choć lubimy tak myśleć. Jeśli przetniesz tę linię, na której wisiał Staszek, to nieważne, jak długa i ciężka będzie lina, zawsze ta część ze Staszkiem będzie ważyć więcej.

– Chyba, że lina będzie wystarczająco długa.

– Hm. Ale załóżmy w takim razie, że lina jest nieskończona. Taka, jak ilość równoległych wszechświatów. Bądź przynajmniej na tyle długa, że wydaje się z naszej perspektywy nieskończona. Jak mam obliczyć miejsce, w którym lina przecina się na pół, a później - jak idealną techniką przeciąć ową linę, aby ostatecznie zachować pewną i niezaprzeczalną równowagę? Aby obie jej części były ze sobą równoważne.

– Po to jest druga linia. Niby czemu każdy wykres ma linię x i prostopadłą do niej linię y? Żeby się równoważyć. Dzięki temu nie występuje żadne zaburzenie. Myślę, że gdybyśmy rzeczywiście stworzyli taką hipotetyczną linę, wówczas od razu powstała by druga linia, aby skontrować tę pierwszą. A potem ktoś przeciąłby tą drugą i w ten sposób ta osoba nie pozwoliłaby na niezrównoważony ład. To trochę jak, wie pan, korporacja. Zawsze po jednej korporacji przyjdzie druga. Prędzej czy później.

– Racja, racja! Albo jak ja maluję obrazy. Zawsze, jeśli coś wymyślę, potem to namaluję. Bo pewne inspiracje zostają i prędzej czy później przenoszę ję - w słowie, w piśmie, w mowie czy pędzlem.

– Dokładnie! A jeśli namaluje pan jakiś obraz, wtedy pan go ocenia. I na przykład mówi pan, że jest ładny. Albo brzydki. Jeśli jest ładny, zostawia go pan tutaj i sprzedaje. Jeśli brzydki, rezygnuje, bądź wyrzuca. Na przykład… O! ten tu – pokazuje jakiś obraz przedstawiający zamalowaną figurę białej damy. – Gdyby to był ładny obraz, sprzedałby go pan, czyż nie?

– Insynuuje pan, że jest brzydki?

– Odwrotnie! Gdyby był brzydki, wyrzuciłby go pan, tak?

– Znaczy… Zasadniczo to sprzedaję brzydkie, a ładne…

– Zostawia u siebie?

– Nie, oddaję żonie.

– A gdzie żona?

– Nie żyje.

– Najszczersze kondolencje.

– Nie trzeba. Zmarła wczoraj, na migrenę, już mi wystarczy tej przeciągającej się w nieskończoność żałoby.

– Ale to… Jak pan je oddaje żonie?

– A widzisz. Ona sobie teraz leży w sypialni, to jej nie chcę we śnie wiecznym przeszkadzać. Bo ona tak zawsze mówiła: Rafał! Rafał, ty gnoju! Zawsze mnie budzisz w nocy, jak się na lewy bok przewracasz! A ja jej mówię, że odwrotnie nie będę, bo to wtedy bym się musiał z prawego boku na brzuch odwracać, a i kto wie, czy jaka zaraza nie przyjdzie. No i się raz tak obróciłem, to zmarła. Ja nie wierzę w przypadki. W każdym razie, te obrazy, co je tu, w pracowni, nabazgrolę, daję jej potem do sypialni, żeby zawsze miała jak na nie patrzeć, jak się już ruszać nie może. Aktualnie to tam chyba więcej obrazów już, niż czegokolwiek innego.

– Od kiedy pan tak robi?

– Od dwóch lat.

– Ale pańska żona nie żyje od wczoraj.

– Czas! Czas, mój drogi, jest jeszcze dziwniejszy niż równoległe światy. Bo choć żona nie żyje od wczoraj, dla mnie nie żyje jeszcze dłużej. Już dwa lata temu podjęliśmy decyzję o rozwodzie po 50 latach małżeństwa… Tragedia.

– Skąd taka decyzja? – chłopak wydawał się żywo przejęty.

– Cóż… Nasze drogi się rozeszły. Ja postanowiłem na stare lata zostać artystą, siedzieć w domu… Za to żona zamarzyła sobie podróży. Gdzie mi podróże na drugi koniec świata w tym wieku! Ja to już czekam co najwyżej na przejście na drugi koniec… Niestety, nie byłem pierwszy.

– Może istnieje gdzieś równoległy świat, gdzie pańska żona dalej żyje…

– A weź nie strasz.

Następuje w tym momencie chwila dłuższego milczenia, kiedy obaj mężczyźni patrzą na siebie… potem dookoła… próbując złapać wspólny wątek. Ta wręcz strumieniowa rozmowa przebiegała w tak doskonałym porządku, że prawie zapomnieli o punkcie wyjścia.

– Dobrze, w takim razie, może już wrócimy do pierwotnego tematu, hm? – zaproponował chłopak.

– Pewnie, pewnie! Sześćset… siedemset…

Sprawne liczenie banknotów przerwał huk i potężny ból w klatce piersiowej. Starzec powoli obniżył głowę spoglądając na wypływającą stamtąd krew.

– Dla… Dlaczego? – wyjąkał próbując zatamować ranę, ale wkrótce ręka z braku sił opadła z piersi.

– Cóż… Jeśli istnieje równoległy świat, gdzieś tam to pan zabija mnie. A w związku z tym… Muszę zachować równowagę. Jeśli przyjdzie policja – kładzie mu rękę na ramieniu – proszę przekazać, że nie chciałem pana zabijać. Musiałem to zrobić. I tak, wiem, że to moje decyzje kształtują świat - nie tylko ten, ale i każdy równoległy - i być może właśnie tę równowagę zachwiałem. Być może w każdym świecie to właśnie pan dokonuje na mnie egzekucji, a równowaga zachwiała się tak, że sprowadziłem zagładę na sieć splątanych czasoprzestrzeni. Mam jednak nadzieję, że w ten sposób uczyniłem dobro. Zmarła panu żona, przyjaciel, teraz pan umiera… Jeśli przeżył pan tyle, w którymś świecie to ja musiałem mieć aż tak przejebane. A wie pan, jak mawiał Staszek: równowagą może zachwiać tylko brak pewności, co jest siłą dodatnią. Albo ujemną. Żegnam w każdym razie pana, i żywię szczerą nadzieję, że ja w alternatywnej wersji żegnam się z panem, ale z pańskiej pozycji.

– Co ty pier…

Nie zdążył dokończyć, kiedy zapłakany chłopak opuścił sklep.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania