Z dziennika psychopaty

Siarczysty mróz uderza w szyby. Uderza w zmysły. Falują. Wzrok się wyostrza, ofiara jaśnieje. Czarna suknia, bajkowy zamek, srebrny nóż. Sztylet rozcina bladą skórę. Słyszę krzyk. Jakby z daleka. Jej głos jest tak śliczny, gdy cierpi. Cóż za ton, cóż za symfonia. Oczy mi świdrują, jaśnieją w blasku księżyca. Jej umizgi łechtają moje ego, moją sprawczość, moją potęgę. Jam jest panem życia i śmierci. Mówię do niej delikatnie. Łzy spływają na mój garnitur. Jakie to przykre, jakie to smutne. Woła Boga. Czy to dziecko nie wie, że tym bogiem jestem ja? Liżę jej otwartą ranę, szkarłat rozlewa się po mym nieboskłonie. Już wiem, jak smakuje jej życie - obrzydliwie. Jak dobrze, że je kończę. Jak dobrze, że jestem taki łaskawy. Kieruję ostrze w moje przedramię. Delikatnie je rozcinam. Przybliżam mą ranę do wyrwy w jej ciele. Nasza krew się miesza. Co za ekstaza. Co za podniecenie. Uszlachetniam jej wciąż żywe ciało moją drogocenną krwią. Niech ta dziwka będzie mi wdzięczna.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Przy ilości materiałów, które są dostępne w literaturze, w formie wideo, czy po prostu necie, to tak płytko i sztampowo przedstawić temat, to jednak trzeba się postarać, IMHO.

  • JagVetInte

    Wygląda jak notatka.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania