Z pamiętników wuja Czecha.

No i momy mieć Listopad. Coby ino nie było jak zaś w tamtym roku.

Pamientom, popili my z Marychem deko pod flaczki z Polskiej Spiżarni – takich flaczków to nigdzie nie uświadczysz.

No i Marych godo, że Eda mo dzisiej nockę, bo sporo wiary w tym roku na wszystkich świyntych się zawinęło, coby ich palenie zniczy nie ominęło.

No i Eda kopie.

Wej, Czechu, pójdymy go nastraszyć.

Jo żem się zgodził, ale jak my już pod tyn cmyntorz podeszli, to żem taki fefry dostoł, że mówie do Marycha:

Ty, Marych, idź sam, to się cichcem podkradniesz, bo jak we dwóch bez kiechy poknaimy, to taki chałas się zrobi, że nos Eda pewno szpycnie i nici ze straszenio.

No to Marych poszed.

Zaszed Ede od tyłu, jak tyn grób tam kopoł, i mu do ucha wrzeszczy:

BUUUU!!!

A Eda nic, ino dali kopie.

No to Marych jeszczy roz:

BUUU!! I BUUU!!!

A Eda dali nic.

No to Marych nic, ino się wycofywać.

Już mioł do furtki niedaleko, a tu Eda za nim i ryn go łopatom bez gor.

Marych pad jak betka, dobrze że mioł czopke z pomponem, bo by sie już chyba nie podniós, a Eda nad nim zieje i wrzeszczy:

Po cmyntarzu sie błąkać można, straszyć można, ale z cmentarza wyłazić nie wolno!

Dobrze żem przy ty furtce na Marycha czekoł, to żem wyskoczył i Edzie nie doł deknąć Marycha jeszczy roz, bo to już by sie durch źle skóńczyło.

Marych mioł Biniola jak śliwke.

A Edzie zaś sie przykro zrobiło, że Marycha za dusze potempionom pomylił, no to nos zaprosił do restauracyi eleganckiej zaś na drugi dzień.

Jak przyszed kelner, to sie pyto, czy se jakomś przystawke rzyczymy.

No to Marych sie pyto:

A co byś, szczunie, nom polecił?

No to kelner mówi, że może kawior.

Marych myśloł, że kawior to buła, i zaś tymu kelnerowi godo, że grychy to my se w chaci konsumować możemy.

No to kelner do niego, że kawior to jaja łososia.

No to Marych sie ucieszył i mówi:

To dla mnie dwa na twardo.

Zaś Eda, że jest nyrol, to zaro sie pyto:

Momy dwadziescia dolarów, co pan nom poleci?

Zaś kelner eknął na nas, zrobił głupiom kalafe i mówi:

W takim razie moge panom polecić tylko jakomś innom restauracje.

No to poszli my do Polskiej Spiżarni.

Nakupili my skrzydełków pieczonych, steków z łososia, karkówy, do tego pyrków z pieca, no i rogali marcińskich cołkom wuchte, no bo w Polskiej Spiżarni rogale marcińskie to majom lepsze niż w Poznaniu.

Zaś Marych wzioł se jeszcze fistaszków w czekoladzie i dali je niuplać.

No i zanim my do Edy do chaci dojechali, żeby sie tom świerzyznom z Polskiej Spiżarni uraczyć, to Marychowi cołko kalafa spuchła, kluber mu sie zrobił jak pomidor, a gałów to prawie nie było widać, ino bulory wiszonce.

Niewiada było co robić.

Dali Eda, jo mówie:

Bierymy go do jakiego walk in clinic, bo jeszczyk nom zejdzie.

We w walk in clinic to my mieli szczynście, bo tam polski dohtór akurat przyjmowoł, ale Marycha strasznie zeźlił, bo jak od niego wyszed, to warczoł jak kejter.

No to jo sie pytom, czego on taki wkurzony.

Dohtór mu powiedzioł, że zaś tak spuch od alergii na te fistaszki i że jak tu już Marych jest, to on od razu na cołkom reszte Marycha eknie.

Potem godo Marych:

Pory mi kozoł spuścić, glazejke gumowom na łapsko wciungnoł i nawet wom nie powiem, gdzie mi paluch wetknął.

Zaś potem mi mówi, że jeszczyk w życiu takiego powienkszonego prostaka nie widzioł.

No Marych jest bulaj, ale żeby mu tak dohtór prosto z mostu ten tego.

No to my jeszczyk dwie flaszki wew likier storze kupili, coby Marycha udzidziać, żeby sie nie trzons z ty złości jak ratlerek na mrozie.

Skończyło sie, że do chaci po tych degustacjach wróciłem dobrze po północku.

Jak żem klucza szukoł, to żem sie poślizgnoł i ryn na motyke, a że zaś w kieszyni miałem jeszczyk buteleczke piwka, jakby mnie rano suszyło, no to sie zrobił gnój.

Butelka sie roztrzasła i mi szkla w motyke nawłaziło.

No to jo szybko do chaci, do łazienki, wypiołem zadek do lustra i dali plastrami zalepiać, co sie dało.

Rano sie budze, a Zuza nademnom stoi z wałkiem do ciasta.

Wej, Zuza, godom, co to byndziesz od rana kluski robić?

Zuza zaś na to:

Czechu, to żeś przyszed do chaci narombany jak bimba w piontek rano, to jeszczyk rozumie, to żeś sie potrzaskał i cołkom pościel mi krwiom zachlastał, to tyż rozumie, ale godej mi zaroz, pieronie rychlaty, po co żeś na lustrze w łazience tyle tych plastrów ponalepioł?!

Pod wyrkiem miołem zakupy, co żem w Polskiej Spiżarni jeszczyk przed balangom u Edy zrobił.

No to zaroz do Zuzki z torbom i na kolanach jom przepraszać, bo jakby mi tym wałkiem dekła, to cmyntorz jak nic, mo Zuzka parę w łapach.

Zuziu, godom, ty już sie nie borchej, tu mosz orzeszki nadziewane, rureczke zez bitom śmietankom, dwie szneki z glancem, kabanoski podsuszone, bochenek razowca z chrupkom skurkom, wiejskie grychy, zimne nóżki, pieczonygo schabusia pół kilo i karbinadel zaś tyn, co tak lubisz, wszystko świerzyzna z Polskiej Spiżarni.

Zaroz powietrze ze Zuzy wyleciało i znowu mi sie upiekło.

Uf! Strach pomyśleć, co by to było, żeby nie ta moja Polska Spiżarnia.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Sokrates godzinę temu

    Muszę powiedzieć, że jestem pełen podziwu. Ciekawe i dowcipnie napisane opowiadanie i to w poznańskiej gwarze. Mógłbyś pisać teksty do audycji dla radia. Wspomnę jeszcze, że poczułem się wyróżniony, gdy nazwałeś mnie w jednym z komentarzy przyjacielem. Nie wiedziałem jak zareagować. Dzięki za zaufanie.

  • Grisza

    Moim zdaniem to bardziej Śląsk, niż Wielkopolska...

  • Grisza

    Zresztą, jak się wgryźć, to to widać, że jest tu namieszane, bo i gwarę miejską warszawską tu widzę, a i błędy i uproszczenia się zdarzają...

  • Sokrates

    Grisza Może to pogranicze Śląska i Wielkopolski?

  • Grisza

    Sokrates, myślę, że autor napisał tekst w manierze gwarowej, nie mając o mowie żadnego z regionów większego pojęcia. Nie ujmuje to niczego narracji, ale językowo jest niespójne.

  • Sokrates

    Grisza Narracja wspaniała a jeśli jest być może małe pomieszanie w gwarach to mogło się zdarzyć jeśli zna się ich kilka ze słyszenia a dawno nie używało się tej ze swojego środowiska.

  • Andrzej B.

    Przeczytałem, nie bez trudu, bo wiele słów jest mi obcych. Z początku myślałem, że to takie gadanie pijanego wuja na weselu, ale po przeczytaniu raz jeszcze dotarło do mnie, że jest to rasowa, regionalna gadka.
    Plasterki na lustrze usprawiedliwiają otagowanie tekstu jako „śmieszne”. Pijackie gadanie nie zawsze jest zabawne, zwłaszcza dla kogoś, kto nie pije. Ciekawy jestem, jakby brzmiał liryczny utwór w gwarze.
    Pozdrawiam.

  • kigja

    Ty Andrzej z literką B, a ty czytasz i komentujesz tylko Marabutto?
    Jesteś LGBT?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania