Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

U kanibala za piecem

W pierwszych dniach października wybrałem się na przechadzkę po ślicznie zalesionych Wzgórzach Strzelińskich, którą – wysiadłszy z pociągu – zainicjowałem w Białym Kościele, a zakończyć zamierzałem w Ziębicach w domu pod numerem trzynastym przy ulicy Stawowej. Czemu akurat trzynastym i czy ma tu jakieś znaczenie owa głośna symbolika liczb? Och, to wyjaśni się już niebawem.

Mając przed oczami ciepłe, rozognione barwy jesieni, w nozdrzach wilgotną woń opadłego listowia, a w uszach szelest sosen, świergot ptaków i chlupot strumyczków, posuwałem się w skupieniu zamaszystym krokiem naprzód. Mogłem tak brnąć w tę najbardziej złotą porę roku, najbardziej złotą porę dnia i dumać przez wiele nawet godzin, popadając w rodzaj swoistego transu, bo to był mój czas, mnie darowany, choć miałem nieodparte wrażenie, że jestem spod jego jurysdykcji szczęśliwie wyjęty. 

Podekscytowany, koncentrowałem się na celu, a przerysowana scenografia teatru jesieni, poprzetykana tu i ówdzie drzewami różnobarwnymi (jakby je ktoś podpalił), tylko mnie w tym podekscytowaniu umacniała. I doprawdy sam nie wiem, czy ten las i to Źródło Cyryla, z którym łączy się pewna osobliwa legenda, stanowiły wystarczającą pożywkę dla rozbudzonej mojej wyobraźni? Czy raczej – już po dotarciu do Ziębic – te właśnie wysokie poniemieckie budynki, dumne ze swojego starczego majestatu, nie dodawały czegoś jeszcze, czegoś, czego określić niepodobna? Nad miejscową krainą unosiła się bowiem trudna do zdefiniowania i bliżej nieokreślona aura grozy, która brała się nie wiadomo skąd. Kiedy poszukiwano podobieństw z dobrze znanym światem, znajomych kształtów, architektonicznych leitmotivów, zrazu ukazywały się różnice i człowiek stawał się w tej krainie jeszcze bardziej obcy, bardziej niż był w istocie. I tak przypadała mu rola podróżnika, co odkrywa dzikie lądy i niezwykłe miejsca, miasta-widma, w których wszystko jest jakieś inne, dziwne i niesamowite. A więc – powtórzmy to raz jeszcze – gdy wypatrywano podobieństw, migawki obrazów porównywane były ze spodziewanym wzorcem, skrytym w pokładach niezgłębionej podświadomości, i karta po karcie układały się w koherentną całość, której elementy stanowiły: drzewa idealnie drzewiaste, lasy idealnie lesiste, pagórki pagórkowate, polanki, zagajniki, alejki rozmyte tak cudnie, jak to tylko możliwe, jak na tych starych wideoklipach z lat osiemdziesiątych. Psychologia to bardziej czy magia? Kto to wie?!

I tak brnąłem w złote te migoty, a jasne karty pejzażu wirowały jak listki afektujące wiatr i zapadały w pamięci, stając się z minuty na minutę całkowicie zależne od słońca, które pod wieczór zrobiło się czerwone i grzało, a cieplna energia tego słońca zwielokrotniała, kumulowała się niczym dźwięki w pudle rezonansowym, bo to był w rzeczy samej las, ciemna leśna sprawa. I soki słoneczne zwielokrotniały się i przelewała z butelki do butelki, nadając wszechrzeczom czegoś z ciemnego piwka-paliwka. Czasem spadł spłowiały listek, czasem przeleciał samotny ptak, ale nic ponadto się nie działo. Mogłem więc wysłuchać na słuchawkach podcastu o pewnym morderczo usposobionym osobniku z pobliskich Kalinowic Górnych. Ludzie, co za historia!

Przed zachodem dotarłem na zaskoczone, zdziwione dróg rozstaje, ogromne znaki drogowe, co wisiały, trwały, pałały: którędy na dworzec, gdzie łączą się szlaki, którędy na Stawową, dokąd dla odmiany żadne się nie wyprawiają? Ale mniejsza o inne. Mnie tu interesuje ten konkretny czerwony, jedyny w swoim rodzaju, który biegnie po linii nieomal prostej. Ów szlak jest w zasadzie duktem, ale zdarza się też, że na sekundę staje się wąską, zarośniętą, niewyraźnie zarysowaną ścieżką, po której nikt nie chodzi. Dopiero za Źródłem Cyryla, a na chwilę przed Ziębicami droga gwałtownie skręca w lewo, by po wyjściu z lasu przesączyć, jak przez mgłę, wspaniałą panoramę Ziębic z dawną, nieotynkowaną fabryką konserw, mielonek, podrobów… zatopioną w blaski i cienie zachodu, którego barwa, teraz tak szczególna, harmonizuje z królującymi w tej krainie: ceglanym, brunatnym, kolorami zardzewiałego żelaza. 

Jakieś pół godziny i jestem w sklepie, gdzie kupuję mielonkę i odbywam rozmowę ze sprzedawczynią, drugie pół – i już na progu domu przy ulicy Stawowej. Jeszcze tylko kluczyk spod wycieraczki wyciągam, tak jak było ustalone, i wiadomość od właścicielki odczytuję: „proszę się rozgościć, pieniądze dotarły, no więc do jutra, wracam o ósmej”. I już mnie wita Karl Denke, słynny kanibal z Ziębic, to znaczy jego duch… to znaczy nikt mnie nie wita, bo Denke od dawna ziemię gryzie, a ja nie wierzę w duchy tak zwane. Ten dom, ta pechowa trzynastka – to oczywiście jego gniazdko, w którym mogłoby się mieścić jakieś muzeum albo miejsce kultu kanibalistycznego. Mogłoby, ale się nie mieści, bo go nikt nie chce. Przyjeżdżają czasem gapie się pogapić, lecz do środka nie włażą. Gospodyni nie pozwala i siekierą przepędza. Jej prawo!

Kuknąłem na czasomierz. Wybiła dwudziesta druga. Odwróciłem się jeszcze na moment, jakby przeczuwając najgorsze, i spojrzałem za siebie, tam gdzie pozostawiłem życiowe wzloty i upadki pofałdowanego terenu, demony przeszłości zawarte w szponach wyrastających z ziemi i układających się w drzewa na tle ledwie widocznego nieba. Zerknąłem tam, gdzie porzuciłem zgrabione liście w żółcieni, jarzące się jak ostrzeżenia, jak żółte kartki ostrzegawcze. Boże, w tej przecudnej zonie wszystko miało swój kolor (brunatny, odcień brązu albo cegły) i pachniało chłodem oraz wilgocią.

To jak to właściwie jest – oto pytanie, które po przekroczeniu progu samo się ciśnie na usta – znaleźć się w tak smutnym i ponurym domu, w którym popełniono tyle zbrodni? Wnętrze to nie zmieniło się zbytnio od czasu drugiej, a zapewne i pierwszej wojny światowej. Rozkład izb i dobudówek znałem z fotografii. Wyjąłem je teraz ostrożnie i zacząłem jedna po drugiej porównywać z tym, co miałem przed oczami. 

Na fotografii pierwszej znajdował się wiejski pokoik pełen rupieci wszelakich: jakichś zabłoconych butów husarskich, kapelusika rzuconego niedbale na stolik, słojów i garnków stłaczanych jedne na drugie, suszu wyglądającego jak wielkanocna ozdóbka, sznurów i – w miejscu centralnym – komody z pootwieranymi jak paszcze mitycznych bestii szufladami. 

Zdjęcie drugie było ciekawsze, o wiele ciekawsze, a przedstawiało kuchnię „szpitalną” z piecem kaflowym, zegarem z kukułką i ogromnym lustrem. Na czym polegała owa intrygująca ambulatoryjność kuchni? Otóż sufit w tym zimnym pomieszczeniu znajdował się het, het wysoko, biel podłogi aż biła po oczach (pewno za sprawą takiego, a nie innego oświetlenia), a po kątach piętrzyły się prześcieradła, porozrzucane niechlujnie, wybielone jak wybielone śniegiem i lodem zimne Himalaje. Te obrazy świata widzialnego (wszystkie, bez wyjątku) były ze wszech miar i ze wszech stron przygaszone i w tym sensie smętne, wyblakłe, no po prostu jesienne.

Celowo nie zapalałem światła, lecz posiłkowałem się latarenką, którą zawsze noszę w plecaku. Teraz swoje pięć minut miała nocka-dobranocka, która od razu zabrała się do roboty i zaczęła dobudowywać miastu na zewnątrz kazamaty, a okolicznym domom dodawać kolejne, nieistniejące piętra. Wiem, że to zabrzmi kuriozalnie, ale pragnąłem, by i tak już rozpleniony w chałupie mrok wziął ją w posiadanie, jak za czasów Denkego, by obsiane pole chorej mej wyobraźni, jak inwazyjna pleśń, wyroiło wizje i obrazy dziesięciokrotnym urodzajem.

I tu jest miejsce dla poczynienia krótkiej charakterystyki architektonicznej tego lokum, dla opisu scenerii, w której przyszło mi się teraz znajdować. Niemieccy wysiedleńcy – rzecz znamienna – lubowali się w różnego rodzaju dobudówkach, nadbudówkach, przybudówkach, w gankach, krużgankach i werandach. Ów dom składał się przeto z nieokreślonej liczby izb, istnego labiryntu stryszków, bantów i krokwi, zwodniczych manowców, onirycznych wertepów, a także z piwnicy. Do tej ostatniej wolałem póki co nie wstępować. Zresztą dla mnie najważniejsza była kuchnia; tak, kuchnia. To w niej szalony Karl mordował i patroszył ludzi, głównie bezdomnych i prostytutki, naprzód tych nieszczęśników karmił i gościł, a potem bezlitośnie szlachtował. Przez swą rzekomą gościnność zyskał sobie miano dobrotliwego ojczulka, opiekuna ubogich. Ludzie chętnie doń zachodzili, ale żywi od niego nie wychodzili. Pan Karol miał na koncie czterdzieści zabójstw, z których spowiadał się strona po stronie dziennikowi, podając płeć danego delikwenta, jego wiek oraz wagę, a także wzrost. I sprawdzając, ile tuszy – tusza: rzecz w owym czasie bezcenna – udało się z nieboszczyka pozyskać. Przerobione mięso sprzedawał następnie na wrocławskim targu (w dzisiejszej Hali Ludowej) jako peklowaną wieprzowinę bez skóry, na co miał zresztą specjalne urzędowe pozwolenie, a klientów nie brakowało, oj, nie brakowało! Notabene nikt nie udowodnił mu kanibalizmu i po tylu latach nie ma i raczej już nie będzie dowodów na to, że wcinał ludzi.

Postanowiłem zrobić rundę po najczarniejszych zakamarkach poniemieckiej rozwaliny, w której – daję słowo – dawało się wyczuć obecność jakiegoś ludzkiego pierwiastka: kiszek, jelit, wyrostków robaczkowych, odbytnic, macic, penisów… piegów, brodawek, liszajów, wągrów, kurzajek, zmarszczek, rozstępów, pomarańczowych skórek, łupieżów. Ohyda!

Szedłem i szedłem, a tłuste cienie uciekały w popłochu przed zwiastowaniami świecącej lampki, którą niosłem. Wręcz dawało się słyszeć ich szelest oraz łopotanie kosmatymi i przez tę kosmatość złączonymi z nocy mrokami skrzydłami. Nie przejmowałem się tym zbytnio, poznawałem teren. Zresztą to był stary dom i jak schorowany matuzal miał prawo do skarg oraz jęków. Jojczył więc; jojczył, wył i szlochał przy wtórze rur kanalizacyjnych. 

Z tyłu widać było przez okno połyskującą w blasku nowiu taflę stawu, która tworzyła imponujące rytmy i falowała, falowała! Ciekawe, ile ludzkich szczątków zostało w tym bajorze zatopionych? Z przodu z kolei graby i wiązy nagrabiły sobie u Boreasza, a teraz na wietrze szumiały; trwały, szumiały i grały. 

Kiedy wróciłem do kuchni, wyobraziłem sobie Denkego podczas jednej z jego niechlubnych operacji. Miałem go teraz jak na dłoni, miałem jak na widelcu. Stał spokojnie przy kaflowym i z wymalowanym bohomazem piecu w poplamionym posoką kitlu z nożem do filetowania ryb i uśmiechał się złowieszczo. Ojczulek. Ładny mi ojczulek! 

Zarwałbym może i całą noc, ale z uwagi na to, iż nic przez dłuższą chwilę się nie działo, nie opętał mnie jakiś uwięziony w tych przepastnych wnętrzach, zbłąkany duch, a pora zaczynała się robić późna, przeto udałem się na w pełni zasłużony spoczynek do jednej z nastrojowo urządzonych izb z tandetnymi obrazkami na ścianach i z detalicznie wykonanymi arabeskami, które zdawały się egzystować w obcym jakimś, ciemnozielonym i zupełnie nieodgadnionym uniwersum. Doprawdy dość już miałem tych wszystkich strasznych wrażeń na dziś!

Zaledwie powitany zostałem w krainie Morfeusza, a już mi się zdało, że pulsują ściany naokoło pokoju, ściany pełne szumów, szeptów i szlochów, i że kędzierzawa, włochata jak pies grabarza ciemność wymajacza te swoje schwarz-pędy niczym zmutowana rosiczka, która zamierza wniknąć w umysł i przejąć nad nim kontrolę. Chciałem z nagła wstać i rzucić się z zaciśniętą piąstką na tę ostentacyjną paradę czarnej nicości, na tę napastliwą demonstrację nocnych żywiołów, ale byłem potwornie słaby i po jesiennej, parogodzinnej tułaczce zbyt na to zwiędnięty. Tymczasem to tu właśnie pępek nocy postanowił wyroić twarze zaszlachtowanych ludzi, które – teraz spłaszczone do niepoznaki, do błogiej nicości – stopione były ze ścianą i pulsowały, wiły się w konwulsjach pod łuszczącą się farbą i które wodziły za mną smutnym i pełnym bólu wzrokiem to tu, to tam – całymi czterdziestoma parami smutnych oczu. Cóż za kontaminacja materii: Bogu ducha winna farba z przeszłością i widziadła, które posiadały swoją z kolei historię! A choć koncertowego abbandonato trawiącego ściany liszajem cienia się nie widziało, to jednak wyczuwało się, oj, wyczuwało. I w ten to sposób można było bez patrzenia stwierdzić obecność owego głośnego genius loci, o którym tyle już napisano.

Przez chwilę usiłowałem musnąć ścianę. Tropiłem oko ciemności, odpowiadałem podpatrywaniem na podglądanie, lecz moja uwaga (do tej pory poświęcona na studiowanie wszelakich fluktuacyj mikoryzowych związanych z nietuzinkową naturą betonu, cementu i wapna) została zmonopolizowana przez nagłą inflację hałasu dolatującego z góry, popędziłem więc za tym hałasem właśnie. A kiedy dotarłem na pierwsze piętro, okazało się, że nikogo, żywej duszy tam nie ma. I wtedy zamarłem. Potem przez krótki czas było cicho, lecz wnet doszedł mnie inny, jeszcze plugawszy dźwięk, tym razem z dołu.

Chryste! Od momentu przybycia nie miałem nawet sposobności, by zastanowić się nad tą tak frapującą sprawą: kto – powiedzmy sobie przecie – najsmaczniejszy jest na świecie: kobieta, mężczyzna czy dziecko? Które części człowieka są najlepsze i z czym się je podaje (je, je – fajnie to brzmi)? By być dobrym, czy wystarczy dać się ugotować czy upiec raczej? Wreszcie: czy my jako zwierzęta jesteśmy rzeczywiście tak odpychający, odrażający, wstrętni w sensie fizycznym? I czy wobec tego wszystko zawiera się w tym jednym prostym słowie „wonieć”, które oznacza mniej więcej tyle, co: cuchnąć, nieładnie pachnieć, zalatywać, trącić, tęchnąć, tchnąć, śmierdzieć, zajeżdżać, capić, jechać, walić, ziać, zatrącać, zionąć, roztaczać odór, czadzić, smrodzić?

Ten amalgamat błyskotliwych pytań stopionych w zgrabny łańcuszek musiał pozostać póki co bez echa w obliczu niepokojącego dźwięku dochodzącego z parteru. Natychmiast popędziłem ku źródłu, ale gdy tam dobiłem, okazało się, że wszystkie przedmioty znajdują się na swoich miejscach. A wówczas zamurowało mnie po raz drugi. Przez sekundę nic nie zakłócało domowego miru, nic a nic, ale raptem usłyszałem w kuchni coś, czego wolałbym raczej nie usłyszeć. Brzdęk! A wtedy gdzieś między jedną a drugą kondygnacją mój wzrok spotkał się ze wzrokiem kobiety o haczykowatym nosie. No nie wytrzymam! Właścicielka! O jak to dobrze! Ale co ona tu robi? – pomyślałem tyleż zdziwiony, co uradowany jej obecnością. Kobieta szybko wyjaśniła powód wizyty, uspokoiła mnie:

– Wiem, że umówiliśmy się dopiero na ósmą, ale miałam złe przeczucia i wolałam przyjść wcześniej. Widzi pan, ten dom pożera tych, których nie lubi, a apetyt jego jest niepohamowany.

– Żarłoczny taki! – drwiłem. – Najlepiej spalić. A panią akceptuje?

– Wychowałam w nim trójkę dzieci i dla mnie jest szczęśliwy.

– Czemu akurat tutaj? Nie było wolnych domów? 

- Gdy przybyłam z Kresów, wszystkie chałupy były zajęte, a ponieważ o Karlu Denke nic nie wiedziałam, zamieszkałam pod tym właśnie adresem i tak już zostało. Dopiero po miesiącu pojawił się ksiądz z kropidłem oraz wodą święconą i wszystko mi opowiedział. Na przeprowadzkę było jednak za późno. Ot, cała historia. A pan? Nie boi się tego miejsca oraz śmierci?!

- Śmierci?

Zdziwiło mnie to pytanie i jakaś introspekcyjna czerwona lampka zatliła się w lichtarzu umysłu ostrzegawczo, a wtenczas nastąpiła przerażająca metamorfoza i z pani zrobił się nagle pan. Nie było ni chwili na rejteradę. Zaczęły mi się przypominać różne rzeczy, zaczęły mi przelatywać przed oczami fotografie, które nie tak dawno przeglądałem, przyprawiając mnie o zawrót głowy i zapowiadając coś złego, coś okropnego. Tuż obok mnie w miejsce kresowianki pojawił się on – Karl Denek we własnej osobie.

Był ranek, kiedy gospodyni odkryła moje zwłoki i zawezwała śledczych, którzy już wkrótce mieli ustalić, że w pewnym podwrocławskim ogrodzie zakopałem trzydzieści kilka ciał. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko tego ostatniego, czterdziestego, bo uczeń nie może być przecież gorszy od mistrza, wiadomo. Te osiemdziesiąt par oczu żegnało mnie teraz zza grobu i nawet Denke tam był, mein Meister. Tak oto znalazłem się w piekle, ślicznym przytulnym piekiełku.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Pobóg Welebor 13.11.2022
    Doskonale napisane, i o czymś do tego. Tylko kawałek przeczytałem, później wrócę. Szykuje się coś może nawet wspaniałego.
    Z Panem Bogiem ?
  • maciekzolnowski 13.11.2022
    Z góry dziękuję,
    specyficzny tekst i w zw. z tym mam nadzieję, że nie rozczaruje. Co gorsza: nie wiem, czy trzyma poziom, czy udało się utrzymać poziom przez całe opowiadanko? Ktoś napisał, że początek się udał, a im dalej w las, tym jest już gorzej. A tematem - to tak gwoli wyjaśnienia - zainteresowałem się po sąsiedzku, a także jako turysta (z Wrocławia blisko mam do Ziębic).
    Pozdrawiam serdecznie i z Bogiem! :)
    MZ
  • Dekaos Dondi 13.11.2022
    Maciekzolnowski↔Na początku, to szczerze, trochę nie tego... ale w miarę czytania, coraz ciekawiej było.
    Ciekawie i plastycznie opisujesz w sensie szczegółów, skojarzeń i ogólnie: klimatu.
    Wyczuwa się, że coś nie tak, pomimo skądinąd, ciekawej scenerii. ''Widać'', co się czyta.
    ''Pół godziny drogi i jestem w sklepie, gdzie kupuję mielonkę''↔od tego miejsca, to już bardzo.
    Zastanawiam się, jakby to wyglądało na filmie. To co widać i to co w myślach.
    W sensie tech↔To jeno: za dużo "się" niekiedy, ale mam odchyłkę na tym tle:))
    Subiektywnie↔Szkoda, że tekst nie pokawałkowany i w czasie teraźniejszym.
    Dawna Autorka np: opowiadania "Ptaki"→też tworzyła nieco podobne klimaty.
    Pozdrawiam?:)
  • maciekzolnowski 14.11.2022
    Dzięki, Drogi Dekaosie, potem się ustosunkuję, zdrówka! M:)
  • maciekzolnowski 16.11.2022
    Dzięki raz jeszcze. Wiesz co, DD? Też się zastanawiałem nad filmem (w sensie: jakby to zrobili filmowcy i co dałoby się z pomysłu wycisnąć?). I teraz najważniejsze: w Ziębicach byłem kilka, może ze cztery razy, całkiem zresztą blisko domu Denkego, ale jakoś nie odważyłem się tam nigdy wdepnąć, a szkoda. Może innym razem się uda? Choć jeśli okazałoby się, że jestem medium (uchowaj Boże), to słabo to widzę. ;)
  • Pobóg Welebor 19.11.2022
    Przeczytałem. Koniec trochę niejasny, ale może taki ma być? Rozczarowany nie jestem, bo fabuła mnie nie interesuje za bardzo, tylko język, opis, a ten jest przedni. Pisząc, że jest "o czymś" miałem też na myśli głównie to, że są tu autentyczne przeżycia. Dla mnie, gdyby to było tylko o wędrówce po górach, wystarczyłoby. Więc to może ja jestem rozczarowującym czytelnikiem, bo nie staram się nigdy zgłębić tego "o co chodzi", jeśli text żyje i chodzi ?
    Bardzo mi się podobało,
    Pozdrawiam ?
  • maciekzolnowski 20.11.2022
    Hej!
    Cieszy mnie, że przeczytałeś. PW. :-)
    "Koniec trochę niejasny, ale może taki ma być?". Uwaga! Spojler, czyli trzy razy "k": kanibal zostaje zabity w domu kanibala przez ducha kanibala, którym jest zafascynowany.
    "Interesuje [mnie] tylko język, opis, a ten jest przedni". Bardzo dziękuję, starałem się i miałem dobre wzorce.
    "Gdyby to było tylko o wędrówce po górach [to też ok]". Polecam w takim razie szort (mam ich mnóstwo) "Jak powstają kręgi w zbożu". Jest to właściwie tylko pretekst do zwiedzenia wraz z czytelnikiem Ziemi Lądeckiej.
    Również serdecznie pozdrawiam! :-)
    MZ

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania