Za kolejnym pagórkiem
Każdego lata wystarczyło minąć ostatnie zabudowania wsi, by znaleźć się poza horyzontem codzienności. To tu w cieniu drzew i krzewów kryła się cała poziomkowa brać, a nad łąkami pszczoły zbijały się w pulsujące obłoki. Nad opolską wsią wiła się droga – kurz, czereśnie, śmiech.
Mieszkałem w Racławicach na Płaskowyżu Głubczyckim. Najbardziej pamiętam z tego okresu falujące pagórki i stare drogi obsadzone czereśniami, których nikt nie pilnował. Latem jedliśmy owoce garściami, aż sok ściekał po dłoniach.
– Spójrz, jaka bomba! – zawołał Boguś, zrywając największą.
– I jaka czarna – odpowiedziałem. – Takiej jeszcze nie widziałem.
Ale nie od Bogusia usłyszałem o drodze, która naprawdę rozpalała wyobraźnię.
Powiedział mi o niej Adaś, starszy ode mnie o kilka lat.
– Jest taka jedna droga – oznajmił pewnego dnia. – Rosną przy niej czereśnie. Zawsze.
– Zawsze? Nawet jesienią?
– Nawet.
– A zimą?
Spojrzał na mnie z pobłażliwym uśmiechem.
– Mówię przecież: zawsze.
Adaś był starszy, więc wiedział więcej. Ja byłem jeszcze dzieckiem i świat nie zdążył mnie przekonać, że nie wszystko jest możliwe.
Przez wiele tygodni wyobrażałem sobie tę drogę. Musiała wyglądać inaczej niż wszystkie. Może drzewa nigdy nie gubiły liści. Może śnieg omijał je z daleka. Wydawało mi się, że panuje tam wieczne lato – powietrze pachnie nagrzaną ziemią, pszczoły nie przestają brzęczeć, a spod stóp co chwilę umykają koniki polne. A może zwyczajnie rosły tam czereśnie, bo takie było odwieczne prawo tego miejsca.
My, dzieci Słodkopolski, nadawaliśmy światu nowe nazwy. Tę drogę ochrzciliśmy Szmaragdową – na pamiątkę bajki o Szmaragdowym Grodzie. Nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi. Chcieliśmy wierzyć, że za kolejnym pagórkiem zaczyna się coś nie z tego świata.
Za jednym wzniesieniem było drugie. Za drugim – następne. I jeszcze jedno. Każde wydawało się ostatnim przed krainą, w której czereśnie dojrzewają nawet zimą. Szliśmy bez lęku, niemal pewni, że jesteśmy blisko celu. Byliśmy tuż-tuż.
Wtedy z wiejskiego kościoła wybiła dwunasta. Głód okazał się silniejszy od mitu. Dom znaczył obiad. Znaczył powrót.
A jednak czułem, że bez Adasia nigdy tam nie trafię. Któregoś razu zdobyłem się na odwagę.
– Adaś...
– No?
– To może pójdziemy na te czereśnie?
Uśmiechnął się.
– Możemy.
Serce zabiło mi mocniej.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Nigdy nie poszliśmy.
Nie wiem, czy zapomniał, czy tylko się ze mną droczył. Nie zapytałem drugi raz. Widocznie nie nadszedł właściwy dzień.
Lato się skończyło. Czereśnie zniknęły. Przemknął wrzesień, potem październik. Tęcza rozpłynęła się w szarości. Szmaragdowa stała się zwykłym pagórkiem. Zniknęła we mgle wspomnień – takich, które już prawie nie bolą. Tylko czasem, bardzo cicho, jeszcze kłują.
A jednak nie potrafię uwierzyć, że wszystko było tylko dziecięcą fantazją.
W mojej głowie ta droga istnieje do dziś.
Jest gdzieś w Racławicach.
Czereśnie dojrzewają tam także zimą.
Po prostu z wiekiem zapomnieliśmy, jak do niej trafić.
Komentarze (1)
Ten sam tekst (o czereśniach), tylko w innej (lepszej) odsłonie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania