Zabawy w Boga
Ryszard Tober
Zabawy w Boga
Część I
Komu bije dzwon.
I
Kościół jest z czerwonej cegły. Prowadzi do niego szeroka aleja, wzdłuż której kiedyś rosły rozłożyste lipy. Przypatrzywszy się uważnie, można dostrzec ich cienie istnienia w miejscach niewielkich kęp gałęzi, wyrastających z nie do końca martwych pni, z których co kilka lat jednego ubywa. Pozostają wówczas puste place, łapczywie zagospodarowywane przez przyrodę, tak, że w kolejnym roku nie pozostaje po nich prawie żaden ślad. Za kościołem jest cmentarz, na który wchodzi się przez skrzypiącą, zardzewiałą, dwuskrzydłową bramę osadzoną w ceglanych słupkach. Ich cegły są inne niż cegły kościoła. Kościelne są ciemniejsze i trwalsze. Te po ponad stu latach wystawiania się na słońce i deszcz, zaczęły wietrzeć i powoli tracić kontury. Zupełnie, jakby chciały ulotnić się z rzeczywistości. Jeszcze inne są cegły bramy wejściowej na samym początku alei. Bliżej im jednak do tych cmentarnych niż kościelnych. Gdyby wziąć kościelną cegłę do ręki, dowolną cegłę, oczyszczoną z zaprawy murarskiej spinającej wszystkie cegły w jeden kształt Kościoła i gdyby uderzyć, tak nie za mocno młotkiem w tą cegłę, można usłyszeć ceglany dźwięk przypominający dźwięk dzwonu.
Późną wiosną, latem, aż do wczesnej jesieni, aleja zapełnia się kowalikami (przypis - Kowal bezskrzydły, kowal dwuplamek (Pyrrhocoris apterus), pospolity w Polsce gatunek pluskwiaka
zwany potocznie „tramwajarzem”, „moskalikiem”, lub „doktorkiem”. Ze względu na łatwość hodowli bywa
wykorzystywany do badań laboratoryjnych). W czasach, kiedy lipy rosły jeszcze wzdłuż alei, drzewa ubarwiały się czerwienią i czernią kowalików nawet i na wysokość trzech metrów. Teraz spotkać je można głównie w trawie w pobliżu murów kościoła. Co ciekawe, kowaliki nigdy nie występowały na cmentarzu, który był od zawsze domeną czerwonych mrówek. Dawno temu, na granicy terenu przyległego bezpośrednio do kościoła i nieco bardziej odsuniętego terenu cmentarnego, tuż przy prawym słupku cmentarnej bramy wejściowej, było olbrzymie mrowisko
czerwonych mrówek. Mrówki na cmentarzu zawsze były czerwone, ruchliwe i dotkliwie gryzły. Z czasem mrowisko znikło. Najpierw było mniejsze, potem mniejsze, aż całkowicie się wymrówczyło, a mrówki przeniosły się gdzie indziej. Cmentarz nadal pozostał ich domeną, ale ich liczebność wyraźnie spadła. Prawdopodobnie dlatego, że po przeprowadzce miały do pokonania znacznie dłuższą drogę. Przychodziły gdzieś z pomiędzy sosen porośniętych bluszczem na samym końcu cmentarza. A może z pomiędzy nielicznych świerków, które rosły na cmentarnym nieużytku, będącym dowodem na nie do końca udaną próbę zadrzewienia terenu. Próba ta byłaby nawet uwieczniona sukcesem, gdyby nie Święta Bożego Narodzenia. Podrośnięte świerki, po osiągnięciu odpowiedniego wzrostu – nie więcej niż trzy metry - według niektórych mieszkańców akurat nienależących do tego kościoła, lepiej wyglądały w ich domach. Zwłaszcza udekorowane bombkami, światełkami i włosem anielskim. Ze wszystkich tych nowo nasadzanych świerków pozostały trzy wysokie – za duże do domów, trzy średnie -
krzywe i bez czubków, co nadawało im trochę karykaturalny wygląd, ale przez to były nieatrakcyjne bożonareodzeniowo i trzy idealnie wielkością nadające się do wycięcia podczas najbliższych świąt, ale z tak przerzedzonymi gałęziami, że każdy z nich sprawiał bardziej wrażenie dziwnego kija, z którego wyrasta kilka łysych patyków, aniżeli świątecznego drzewka.
Latem, zwłaszcza rano, kiedy słońce wstaje leniwie, wielkie, ciężkie i błyszczące krople rosy układają się w diamentowe naszyjniki ze światła na rozpiętych między tymi rzadkimi gałęziami pajęczynach. Pajęczyny są duże, gęste i bardzo symetryczne. Po ich liczbie można oszacować, czy w danym roku na cmentarzu jest dużo owadów. Dużo owadów, zwłaszcza much, to lepszy rok dla zimujących w kościele nietoperzy. Od początku czerwca, przez cały lipiec, aż do końca sierpnia, o zmierzchu można zobaczyć jak wylatują na żer. Muchy, których nie zjedzą nietoperze, pod koniec lata szukając schronienia na zimę, zbierają się w spore skupiska i na kilka tygodni, oblepiają kościelne sufity. Kiedy pokonane nieudaną hibernacją (bo czy mucha może hibernować?) umierają i spadają na podłogę, na białych sufitach i ścianach, gdzie siedziały, pozostają ciemne plamy.
Kościół stoi w miejscowości nie wyróżniającej się niczym szczególnym. W najbliższej okolicy znajdują się trzy miasta założone jeszcze w średniowieczu, choć zapewne już wcześniej żyli tam ludzie. W każdym z nich znajdował się kiedyś zamek. W jednym rezydował Wielki Szpitalnik Zakonu Krzyżackiego, drugi był Letnią Rezydencją Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego, trzeci z kolei był zamkiem biskupim. (przypis - Wielki szpitalnik zakonu krzyżackiego, (niem. der Oberstspittler) – zarządzał szpitalami oraz krematoriami, których było w państwie zakonnym – mniejszych i większych – kilkaset. Był także komturem elbląskim, gdańskim i gniewskim. W przeciwieństwie do innych wielkich urzędników zwolniony był z
dokładnego raportowania swoich wydatków, ponieważ dzięki temu mógł swobodnie praktykować miłosierdzie.) Dzięki tak prominentnemu i bliskiemu, ale jednocześnie dalekiemu sąsiedztwu, bo trudno orzec, czy piętnaście kilometrów do każdego z miast to blisko, czy daleko, wiatr historii omijał miejscowość. Wszystkie wielkie, średnie i te nawet małe wydarzenia działy się zawsze gdzieś obok. Czasem pojawiały się wydarzenia przypadkowe, o których mówiło się w miejscowości latami. Raz przyjechał biskup kościoła ewangelickiego na całą Polskę. Było to co najmniej ćwierć wieku temu, kiedy kościół był jeszcze na tyle młody, że mógł obchodzić swoje setne urodziny. Biskup zjadł grochówkę, kaszankę z grilla i drożdżówkę z wiśniami, wypił kawę, porozmawiał i pożartował z ludźmi i pojechał. Społeczność lokalna
wspominała przez lata, jak to mogła z biskupem kościoła pogadać. Wprawdzie biskup taki nie do końca oryginalny, wiadomo, ale jednak biskup kościoła. Jest biskup kościoła, więc się liczy.
Wcześniej, gdzieś w latach osiemdziesiątych, choć trudno dokładnie określić rok, ale kiedy Komuna udawała jeszcze, że trzyma się mocno, miejscowość została wytypowana przez partyjnych prominentów, na miejsce Wojewódzkiego Święta Radości. Czymże owo Święto Radości miało być, trudno już dociec. Niektórzy mieszkańcy pamiętają szczególną atrakcję - spadochroniarzy, lądujących na boisku piłkarskim położonym w lesie. Samo boisko, a raczej leśny kompleks sportowy został na okoliczność Święta odnowione przez Partię. „Za Niemca” był to ośrodek wypoczynkowy z domkami i kompleksem sportowym. Przed Świętem Radości całość przez Partię została przebudowana, czyli domki rozebrano, a w przypadku kompleksu sportowego ograniczono się tylko do odmalowania białych linii i ławek, a następnie pooddzielano wszystko od siebie płotami: odkryty basen, boiska asfaltowe (tenis, siatkówka,
koszykówka), które po zdjęciu siatek, pełniły rolę płyty dla wielkiej sceny umieszczonej tuż
obok) oraz pełnowymiarowe boisko piłkarskie.
Czas płynie tu inaczej. Zupełnie jakby zwolnił do maksimum, bo zatrzymać się przecież nie może. Nie chodzi o jakąś senną, wiejską, czy małomiasteczkową atmosferę. On tu po prostu płynie wolniej, nie przejmując się tym, co jest poza miejscowością. Zupełnie naturalnie mieszkańcy wypracowali też swój dość szczególny podział czasu. Pierwszy, główny podział, to: Przed Wojną, Komuna i - aż do teraz – Kapitalizm. Przed Wojną dzieliło się na – Kiedyś, co mieściło w sobie wszystkie epoki historyczne do mniej więcej tysiąc dziewięćset czternastego roku, Pierwszą Wojnę Światową i okres Dwudziestolecia Międzywojennego. Natomiast Druga Wojna Światowa, ta wielka cezura światowa trwająca niecałe sześć lat nazywana była krótko – za Niemca.
Komuna, z kolei dzieliła się na Powojnie, Komunę i lata osiemdziesiąte. Powojnie to z grubsza czas Bieruta. Komuna, w zależności od kontekstu wypowiedzi mogła oznaczać albo cały okres Komuny od końca wojny do końca lat osiemdziesiątych, albo ścisły okres Komuny, który zamykał się w podziale mniejszym: Gomółka, Gierek, Jaruzelski. Przy czym Jaruzelski był okresem też umownym. Owszem, był w nim zawarty okres Stanu Wojennego, zaliczany do okresu Komuny w ścisłym znaczeniu czasowym, ale jednak Jaruzelski to lata osiemdziesiąte, więc komuna schyłkowa i nieśmiało już raczkujący Kapitalizm.
Z Kapitalizmem sprawa była zawsze prosta i nie stwierdzono tu specjalnie większych problemów nazewniczo-czasowych. Podział był zawsze oczywisty: Lata osiemdziesiąte, Lata dziewięćdziesiąte i Dwudziesty Pierwszy wiek, określany czasem jako czas internetu, czas komórek lub czas smartfonów.
Zdawano sobie sprawę z upływu czasu. W jakiś niewytłumaczalny sposób czas zmieniał swój stan z teraźniejszego na przeszły, ale już nie bardzo wiedziano, jak się to dzieje. Raczej wyczuwano. Podobnie miała się sprawa ze zmianą czasu z przyszłego, na teraźniejszy, ale w tym akurat przypadku w ogóle nie zwracano na to zjawisko uwagi. Może właśnie dlatego, że czas przeszły bardziej niepokoił, niż przyszły. Może ze względu na jego nieustanne nawarstwianie się, przyrastanie niczym słoje w drzewie, gdzie każdy człowiek, dom, bądź przedmiot, to osobne drzewo wykrojone w jego materii. Każde takie drzewo trwa w swoim miejscu i gromadzi swoje historie. Pojawiają się nowe słoje, a warstwy już istniejące mają tendencje do niespodziewanego, samoistnego przyrastania, pogrubiania i przeplatania z innymi.
Kościół bez dzwonów podobno nie jest prawdziwym kościołem. Tak mówią, ale czy to prawda? Na pewno jest kościołem cichym, w którym to cisza, w pewnym sensie, przejmuje funkcję dzwonów. Jeśli nie ma dzwonów, ten moment przed rozpoczęciem uroczystości, te dosłownie kilka sekund, zanim ksiądz zaintonuje pierwsze takty pieśni przeznaczonej na dany dzień, to krótkie nabożne milczenie, niczym bezruch przed burzą, potrafi dzwonić ciszą. Czasem, kiedy w kościele bez dzwonów ma rozpocząć się liturgia, mieszkańcy takiej wsi, ci niewierzący, nie chodzący do kościoła i niepraktykujący, nie wiedzieć czemu w tym właśnie momencie zerkają na zegarki na ścianach, nadgarstkach i w telefonach, z tą niewypowiedzianą wiedzą i zrozumieniem, że w kościele właśnie coś się zaczyna.
Kościół miał dwa razy po dwa dzwony, i raz jeden. Pierwszy raz Kościół dostał dwa dzwony tuż po wybudowaniu. Nie wiadomo kto, nie wiadomo dokładnie też kiedy i nie wiadomo za ile, dzwony te do Kościoła zakupił. Po wojnie dzwony zniknęły. Odnalazły się w tej miejscowości, gdzie kiedyś stał zamek będący Letnią Rezydencją Wielkiego Mistrza. Nawet nie wisiały na wieży, stały jedynie przed jakimś kościołem niczym wotum dziękczynne za bliżej niekreśloną łaskę niebieską. Dzwonów nie udało się odzyskać i zniknęły ponownie. Tym razem skutecznie.
Kolejne dzwony, pojawiły się już po odzyskaniu Kościoła, który Po Wojnie Za Komuny przez pewien czas, pełnił funkcję magazynu zbożowego. Po odzyskaniu przez parafian, wrócił do swojej pierwotnej funkcji. Wojna była dla niego łaskawa. Witraże za ołtarzem, mimo zawieruchy wojennej niszczącej wszystko z czym się zetknie, pozostały nienaruszone, ławki w Koście nie były połamane, a tylko zrzucone na stertę pod chórem, tak żeby można było w niezajętej przez nie przestrzeni składować worki ze zbożem. Niewielkie obtłuczenia chrzcielnicy, która i tak przed wojną była już nadniszczona, nadawały jej tylko ciekawszego wyglądu. Naczynia liturgiczne oraz krzyż, przechowane były przez całą wojnę w ogrodzie Starego Niemca w zakopanej w skrzyneczce wyłożonej miękkim zielonym suknem. Kiedy po śmierci Stalina, na fali łagodzenia przez Gomółkę chłodnych dość stosunków państwa i kościoła, Kościół wrócił do parafian, Stary Niemiec odczekał dla pewności jeszcze rok, i pewnej letniej, bezksiężycowej nocy odkopał skrzyneczkę wyłożoną zielonym suknem, w której leżały srebrny kielich i srebrna patena. Krzyż, drewniany, na srebrnym postumenciku, ukryty był w drewutni, w specjalnie wydrążonej belce. Jego również owej nocy wyjął Stary Niemiec z ukrycia.
Jakie mu tej nocy towarzyszyły emocje? Co myślał? Czy może płakał ze wzruszenia? I naczynia i krzyż, Niemiec przekazał księdzu w wielkiej tajemnicy, prosząc, aby ksiądz używał ich w Kościele, nie jako tych, które przetrwały wojnę, ale jako nowych, które ksiądz przewiózł z sobą z innej parafii. Wzruszony ksiądz w ramach podziękowania wystarał się o dwa dzwony. Nie były to oczywiście te, które pierwotnie wisiały w kościele. Teraz jeden był mosiężny, z herbem na płaszczu górnym, zatartym wprawdzie oraz z bardzo finezyjnie zdobionym wieńcem, ale z ładnym czystym dźwiękiem. (przypis - Zarówno płaszcz górny jak i wieniec są elementami, z których zbudowany jest dzwon, choć nie są to wszystkie elementy dzwonu). Drugi dzwon był ciut mniejszy, żelazny i bez zdobień. Oba dzwony bijące razem dawały ciekawy, asynchroniczny akord, ale razem używane był tylko przy specjalnych okazjach: chrzest, pogrzeb, lub Święto Żniw. Zwykłe niedzielne nabożeństwa uświetniane były tylko jednym dzwonem, tym żelaznym, o jasnym dźwięku, choć nie tak ładnym jak dźwięk dzwonu mosiężnego.
Oszczędzanie dźwięku w dzwonie mosiężnym trwało tylko do czasu, kiedy to dzwon został skradziony. Było to w latach dziewięćdziesiątych. Włamanie do Kościoła stwierdzono w sobotę około godziny trzynastej. Akurat tej soboty jedna z lokalnych drużyn piłkarskich, w sąsiedniej gminie podejmowała u siebie inną drużynę, która to z kolei wcześniej grała w najwyższej lidze, ale została rozwiązana podobno z przyczyn niezależnych, jak twierdzili prominentni działacze sportowi, którzy tej drużynie oddali serca, umysły i pięści. Musiała więc zaczynać od początku zmagania przez wszystkie tabele, baraże i spotkania wyjazdowe. Wcześniej około godziny dwunastej, malujący framugę drewnianego okna w remontowanym własnym sumptem domu, młody człowiek zobaczył przejeżdżające przez wieś trzy autobusy kibiców, zmierzające na mecz w sąsiedniej gminie. W każdym z autobusów, mniej więcej w środkowym oknie wystawione
były blade pośladki. Zupełnie jakby kibice w autobusie, chcieli pokazać, jak to wszystko mają w dupie, ale jedyne co osiągnęli, to: myśl młodego człowieka, po co pokazywać tyłek w miejscu publicznym, jego awersję w późniejszym życiu do piłki nożnej, oraz głośno wyartykułowane zdanie: „Właśnie ktoś pokazał mi dupę!”.
Fakt włamania został zgłoszony na policję. Ta z kolei nie specjalnie chciał podjąć jakiekolwiek czynności, ze względu na odbywający się mecz, który musieli zabezpieczać,
więc może po jego zakończeniu, ktoś podjedzie, i że na razie można zrobić tylko zgłoszenie. Niech pan zostawi dane. Jakie nazwisko? „Jak rzecznik prasowy rządu”, zażartował zgłaszający. Ten to zapewne niewinny „żart” sprawił, że pod kościołem pojawiło się dwóch techników kryminalistyki, w zaledwie piętnaście minut po zakończeniu rozmowy. Technicy mieli ze sobą sporych rozmiarów czarne walizki z metalowymi okuciami. Oględziny miejsca przestępstwa wykazały zniknięcie jednego mosiężnego dzwonu, jednego krzesła, podobno po wojnie ręcznie rzeźbionego, przez jakąś wiekową przedwojenną hrabiankę mająca artystyczne ambicje, oraz jeden mało istotny i nie używany, a stojący w zakrystii zestaw lichtarzy. Próba zdjęcia jakichkolwiek odcisków palców za pomocą odczynników znajdujących się w walizkach, nie dały żadnego rezultatu. Czynności operacyjne zakończono, nie znajdując sprawców. Zbieżność nazwisk z rzecznikiem prasowym rządu, która uruchomiła pierwotnie mechanizm mentalnego stanięcia na baczność policjanta przyjmującego zgłoszenie, następnie zgłoszenie zdarzenia do komendanta, a finalnie wysłanie techników kryminalistyki z walizkami i odczynnikami, również nie pomogła.
Od tej pory dzwon był tylko jeden.
Czy Bóg może na przykład doświadczać budynki tak jak ludzi? Czy nieszczęścia spadające na Kościół, jako budynek, miały by odpowiedniki w takich na przykład nieszczęściach Hioba? Jeśli tak, to Jakim nieszczęściem hiobowym byłaby kradzież kościelnego dzwonu? Czy złodzieja ruszyło sumienie i ukradł tylko jeden, ładniejszy i w jego ocenie cenniejszy? Może uznał, że w tak prostym kościele wystarczy prosty dzwon, a ten mosiężny jest zbyt bogaty na te proste modły, które się tu odbywają?
Jakim nieszczęściem na boskiej skali hiobowej byłby piorun kulisty? Pobiciem Hioba? Czy zniszczenie wnętrza kościoła może mieć swój odpowiednik w chorobie nerek, płuc, lub wątroby Hioba? W połowie lat osiemdziesiątych, Kościół został rażony gromem. Piorun kulisty jako boski znak z nieba? Może Bóg chciał w ten sposób powiedzieć coś na temat szalonego kapitalizmu, który wszędzie dookoła zaczynał się rozpędzać. Może chciał w ten sposób powiedzieć ludziom „Uważajcie, bądźcie ostrożni, nie nadawajcie pieniądzom niewłaściwych znaczeń”, a w stosownym momencie przypomnieć taką właśnie kościelną kradzieżą, „czy nie przed tym ostrzegałem”?
Piorun kulisty sporo zniszczył. Poobijał ściany, zostawiając osmolone miejsca po smagnięciach. Podobne ślady były również na sklepieniu kościoła. Co jednak wydało się wszystkim dziwne, a w sumie zapomniano o tej dziwności dosyć szybko, powybijane były tylko dolne części okien, poza oknami za ołtarzem, których pewnie w swojej furii Piorun nie zauważył. Zupełnie jakby miał wzrostu tylko trzy metry i mocy na zniszczenie okien, ale murów już nie, więc zniszczył to, co się dało, a ściany i sufit tylko wychłostał swoim biczem ognistym . Może Bóg na wszelki wypadek, żeby za bardzo się żywioł nie rozbrykał, celowo wysłał takiego niewielkiego Pioruna Kulistego?
Kościół w ciągu kilku lat wyremontowano własnymi siłami. Ławki nabrały wówczas koloru jasnego orzecha, zamiast starego, lakierowanego i lekko przybrudzonego surowego drewna. Dolne części okien, ich zniszczone do połowy ramy wymieniono na prostsze, już nie witrażowe, ale solidnie metalowe. Witraże za ołtarzem zabezpieczono na wszelki wypadek dodatkową siatką z zewnątrz. Ściany i sufity odmalowano białą farbą, zachowując przy tym wszystkie elementy złote, czy to stanowiące malowane kontury ścian, czy też będące literami gotyckimi o dziwnym, ornamentowym zdobieniu.
Największym kłopotem w remoncie Kościoła było sklepienie niebieskie znajdujące się bezpośrednio nad ołtarzem. Nie z powodu trudności z dobraniem odpowiedniego odcieniu błękitu, a z powodu miejsca. Jak do niego się dostać na taką wysokość? Jak ustawić rusztowania? A może zbudować jakoś platformę nad ołtarzem?
Sklepienie niebieskie nad ołtarzem uważane było przez parafian za jeden z najważniejszych elementów, ponieważ wiązała się z nim jedna z piękniejszych chwil w życiu Kościoła. Kościół i parafia były filiałem, czyli filią innego kościoła, stąd też nabożeństwa odbywały się w nim tylko raz w miesiącu. Wypracowaną nie wiedzieć kiedy, ale trwającą od lat zasadą był harmonogram nabożeństw: każda drugą niedzielę miesiąca o godzinie trzynastej. Odstępstwa od tej zasady były trzy: nabożeństwo ekumeniczne, nabożeństwo wielkanocne i zdarzenia wymuszone społecznie w harmonogramie czyli chrzest, ślub i pogrzeb. Ze względu na tak charakter peryferyjny, jeśli tak można określić filię, Kościół nie miał stałego Księdza, ten przyjeżdżał na nabożeństwa z innej parafii oraz organisty, który z kolei przyjeżdżał pociągiem z jeszcze innej parafii, ale położonej w równej odległości od miejscowości z Kościołem, co parafia księdza.
Kiedy organista, brał ślub w tym właśnie Kościele, kiedy wraz z żoną lub jeszcze prawie żoną, klęczeli przed ołtarzem, kiedy ksiądz kończył właśnie kazanie do wiernych o Trójcy wyrażonej w komunii pod dwiema postaciami, w tym właśnie momencie od sklepienia niebieskiego oderwała się jedna złota gwiazdka. Towarzyszył temu cichy, ledwie dosłyszalny zgrzyt, choć słyszalny tym bardziej, że nastąpił akurat w momencie skupionej modlitwą ciszy i akurat w kościele pozbawionym ozdób celowo, aby Słowo Boże głoszone nawet przez księdza o głosie słabiutkim niczym ćwierkania kopciuszka, miało odpowiednią akustykę i docierało do wiernych siedzących w ostatnich ławach.
Gwiazdka odczepiona od sklepienia spadła spokojnie, bez robienia wielkiego zamieszania w powietrzu i bez ewolucji wykonywanych przez takie choćby najzwyklejsze pióro. Nie leciała też i nie pacnęła niczym kometa w wersji miniaturowej, ciągnąc za sobą ogon z ceglanego pyłu sypiącego się z otworu w sklepieniu, gdzie była przyczepiona zwykłym gwoździkiem tapicerskim ze złotą główką. Spadła normalnie, najzwyczajniej w świecie pomiędzy troje ludzi przed ołtarzem.
Zdarzenie z czasem nabrało pewnej symboliki i było powtarzane przez parafian przy sytuacjach, które w ich mniemaniu powinny być uświetnione przez jakiś gest Boży, aby w ich sumieniu i oczach zdarzenie to miało odpowiednią wagę, a niestety Bóg, nie wiedzieć czemu, z niewyjaśnionych powodów, nie raczył uczynić nic. Małżeństwo pobłogosławione gwiazdą przez Kościół, przeżyło wspólnie ponad pół wieku, więc symbolika historii nabierała dodatkowego znaczenia z każdym rokiem, nie tylko pięknego gestu, ale i trwałości i szczęścia.
Jakim więc zdarzeniem na skali hiobowej byłaby historia z upadającą gwiazdą?
Kościół żył zawsze własnym rytmem, wyznaczanym w większym stopniu zmieniającą się przyrodą, niż upływającym czasem. Nabożeństwa odbywające się w co drugą niedzielę były niczym wskazówka metronomu wyznaczającego taktowanie, którego nie zmieniało nic. Rytm, przełamywany był od czasu do czasu dodatkowym akordem w postaci ślubu, chrztu, lub pogrzebu. Poza tymi nielicznymi zaburzeniami cyklu, czas płynął swoim niespiesznym rytmem, którego upływ najlepiej można było obserwować w zmniejszającej się z roku na rok ilości parafian.
Jeszcze w czasach schyłkowej komuny i początku kapitalizmu, w czasie, który można by umieścić na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy ludzie pamiętali jeszcze niedostatki komuny, potem dobrobyt Gierka, potem znowu niedostatki komuny, ale już inne i wiejące po woli europejskością, a przynajmniej nie wiejące beznadzieją, jeszcze wówczas do kościoła szeroką aleją, w każdą drugą niedzielę miesiąca, całymi grupami szli dorośli, starzy i młodzi. W ich kroku nie było dostojeństwa z jakim może kroczyć człowiek biskup, czy ksiądz, a jedynie świąteczność i niedzielność. Ta właśnie świąteczność i niedzielność wyrażała się w kwadratowych sylwetkach, spracowanych rękach i ubraniach, których czasy młodości dawno minęły. Były czyste, porządne, i kosztowały kiedyś sporo, co pomimo ich już nieaktualnego fasonu, przeznaczało je automatycznie w czasach nieustannego braku wszystkiego, jako ubranie
niedzielne.
Szli małymi grupami, bardziej rodzinami, niż przypadkowo dobrani. Prędkość poruszania się po alei wyznaczali ludzie starzy. To oni szli powoli. Część z nich podpierała się drewnianymi laskami, bardziej funkcjonalnymi, z lekkimi śladami wysłużenia, aniżeli stanowiącymi element prestiżu, elegancji, czy też statusu społecznego. W ich oczach już samo posługiwanie się laską, stanowiło pewien poziom uprzywilejowania, wynikający z wieku i mądrości życiowej. Bo mądrość życiowa zawsze powinna mieć dwie nogi i podparcie. Do nich swój krok dostosowywali dorośli w pełni sił, ale jeszcze nie starzy. Szli powoli z jednej strony dostosowując swoje kroki do prędkości najstarszej osoby w grupie, z drugiej zaś zwracając baczną uwagę na dzieci. Najmłodsze, niesione na rękach lub leżące w wózkach, jeszcze za małe, aby chodzić, większe z dziecięcą energią orbitowały dookoła wolno poruszającej się grup i ciekawiło je wszystko, a im bardziej dzień zdawał się słoneczny, tym dziecięca ciekawość i śmiałość do poznawania świata była większa. Rodzice tylko starali się nie tracić ich z pola widzenia, zachowując tempo kościelnej wędrówki.
Rodziny napływały do Kościoła. Część przychodziła szybciej, żeby jeszcze „przed kościołem podejść na cmentarz i zapalić świeczkę”. Jeśli ktoś nie miał świeczki, wystarczało zmówić modlitwę. Jeśli ktoś nie zmawiał modlitwy, wystarczyło złożyć ręce i zamknąć oczy na kilka chwil. To wystarczyło, bo każda z tych czynności okazywała szacunek do zmarłych, a on jest ważny, bo czy w ogóle bylibyśmy jeszcze ludźmi jeśli nie okazywalibyśmy szacunku zmarłym?
Punktem spotkań było wejście do kościoła: podest ułożony z kamieni o ostrych nieregularnych kształtach, nad nimi schody z ciosanych równo kamiennych bloków, nad nimi wielkie, dębowe drzwi. Tympanon był prosty, zdobiony symbolem albo wschodzącego, albo zachodzącego słońca, okolonego napisem o finezyjnych gotyckich literach. Za komuny, kiedy jeszcze wyłącznie Niemcy z powodu Drugiej Wojny Światowej uważani byli za przyczynę wszelkiego zła na Świecie, choć z drugiej strony zawsze pozostawał jakiś sentyment do ich pruskiego drylu, zmyślności technologicznej i solidności, kiedy język niemiecki nasączony „umlałtami” znali wyłącznie nieliczni, bo nauczyli się go „za Niemca”, lub jeszcze wcześniej, tylko oni byli w stanie przeczytać zdobione, gotyckie litery wycięte w drewnie nad wschodzącym lub zachodzącym słońcem: „Pokój niech będzie z wami”.
Drzwi z czasem się wykrzywiły i zaczęły sprawiać trudności w zamykaniu. Co kilka lat trzeba było poprawiać ich mocowanie, obserwując przy okazji z przerażeniem jak grube, kute, niemieckie zawiasy, pod wpływem czasu i rdzy stają się coraz cieńsze, a ceglany mur dookoła miejsca, gdzie były osadzone, pęka.
Punkt spotkań należał do mężczyzn i mieścił się na schodach. Kobiety i dzieci, po dokonaniu wymaganych grzecznością powitań i wymianie uścisków rąk, wchodziły do kościoła. Przed wejściem mężczyźni rozmawiali. Rozmawiali o tym, co słychać. O pogodzie. O cenach zboża i cenach trzody chlewnej. O polityce. I czasem, gdy któryś z mężczyzn unosił się w emocjach, zazwyczaj wywołanych jakimś politycznym zdarzeniem, masyw kościoła skutecznie łagodził rozpędzonego dyskutanta-harcownika, jakby chciał powiedzieć, to nie czas i miejsce na takie rozmowy, to nie czas i miejsce na takie emocje.
Kiedy chłopiec dochodził do tego etapu swojego życie, że nudziły go rozmowy kobiet w Kościele, zaczynał dołączać do stojących przed kościołem mężczyzn. Działo się to naturalnie, bez pośpiechu, zupełnie jakby ten etap dorastania, był kolejnym krokiem na drodze rozwoju natury. Wychodzisz oto młody człowieku spod opieki matki i trafiasz pod opiekę ojca, musisz mu więc towarzyszyć we wszystkim, aby się uczyć, nawet jeśli są to tylko grzecznościowe i niezobowiązujące rozmowy o wszystkim i o niczym, z nich też można czerpać naukę, zatem słuchaj i się ucz, ale odpowiadaj tylko, kiedy cię pytają. W ten sposób właśnie młodzi mężczyźni wchodzili w świat dorosłych. Słuchając z początku ich rozmów, chłonąc każde słowo, wyłapując niedopowiedzenia i słowa klucze, mówiące czasem więcej niż same słowa, uczyli się. Uczyli się, kiedy coś wypada powiedzieć i co można powiedzieć. Uczyli się, w którym momencie można zabrać głos, a kiedy należy milczeć. Z czasem rozumieli coraz więcej z otaczającego ich świata i kiedy już podrośli na tyle, że mieli coś do powiedzenia, choćby nawet z racji wieku, dołączali do rozmów jako pełnoprawni dyskutanci.
Dziewczynki przechodziły tą samą drogę edukacji w dorosłość, tylko przy mniejszym akompaniamencie słów, w Kościele, wśród kobiet i tych, których nogi potrzebowały już odpoczynku. W Kościele odbywało się to ciszej i w większym skupieniu.
Naturalny porządek rzeczy wypracowany w rutynie czasu i pokryty kurzem tradycji.
Comiesięczne spotkania, swoją regularnością wyznaczały puls Kościoła. Wszystkie tłumione złości, żale i smutki, które każdy przynosił z sobą, bo nie mógł się ich samoistnie pozbyć w domu, wszystkie te przedkościelne rozmowy, spacer aleją ze świadomością, że oto droga wiedzie do wprawdzie do Kościoła, ale za nim jednak jest cmentarz, czyli koniec wszystkiego, powodowały, że człowiek wchodził skurczony, pomniejszony, jakby Bóg włożył mu na plecy ciężar, pod którym jeszcze nie upadał, ale już ledwo stał. I tam w tym surowym Kościele następowało zdjęcie tego wielkiego ciężaru z serca, jakby serce chciało wyrzucić na zewnątrz wszystkie smutki, wysprzątać półki i powiedzieć: „Teraz poukładaj wszystko raz jeszcze i zobacz, że Świat nie jest aż taki straszny, prawda?
Rok kościelny dzielił się na dwie, mniej więcej równe części. Jedna z nich, przeznaczona była dla Boga, druga dla ludzi. Pierwsza rozpoczynająca się adwentem, a kończąca niedzielą Trinitatis czyli Świętem Trójcy, nazywana była Świąteczną, bo każda niedziela w tej części roku była jakimś świętem. Choć najważniejsze były dwa – Boże Narodzenie i Wielkanoc. Druga nazywana była Bezświąteczną, co nie do końca odpowiadało prawdzie, ponieważ ta część też miała swoje święto, choć tylko jedno – Święto Żniw.
Boże Narodzenie wraz z adwentem, otwierało cykl roku kościelnego.
Kiedy jeszcze zimą w Kościele odbywały się nabożeństwa, na kamiennej chrzcielnicy przy ołtarzu ustawiano Wieniec Adwentowy - symbol wyczekiwania Bożego Narodzenia. Każda z jego czterech czerwonych świec, symbolizowała jedną adwentową niedzielę. Z czasem Kościół się zestarzał, czy może raczej doczekał tego sędziwego wieku, gdzie mógł bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia zapadać w zimowy sen. Zmniejszające się z każdym rokiem grono parafian, pewnej wyjątkowo mroźnej zimy, przeniosło się na okres najsroższych grudniowych mrozów do zaimprowizowanej w domu parafialnym kaplicy. Wieniec Adwentowy ustawiono wprawdzie na ołtarzu, ale nie wzbudzał on już tak majestatycznego i surowego wrażenia jak w Kościele. Zyskał natomiast wcześniej niedostrzegalną iskrę ciepła. Przytulność pomieszczenia kaplicy wydatnie pomagała temu nowemu wrażeniu: rozleniwiające ciepło bijące od nagrzanej szyby kominka, za którą płonęły poznaczone sękami bukowe polana, adwentowe pieśni, które nigdy się nie spieszyły, bo jeszcze nie czas na pośpiech, skoro jest czas wyczekiwania.
Grudniowe mrozy minęły, ale nabożeństwa w domu parafialnym zostały już do końca zimy. W kolejnym roku „Na zimę” przeniesiono się „na wszelki wypadek”. Mrozów w prawdzie nie zapowiadano, ale wiadomo, lepiej chuchać na zimne. Później Kościół zaczął zapadać już regularnie w zimowy sen, przerywany na krótkie chwile nagłymi wydarzeniami wymagającymi jego obecności.
Wielkanoc, a dokładnie Wielki Piątek – zawsze próbowała przejąć palmę pierwszeństwa nad Bożym Narodzeniem. Odwieczna walka o wyższość jednych świąt nad drugimi, sprowadza się w istocie do pytania: ważniejsze są narodziny, czy ważniejsza jest śmierć?
Wielkanoc, tak jak Boże Narodzenie - Wieniec Adwentowy, miała też swój atrybut – Krzyż zasłonięty kirem. W ten jeden dzień w roku, będący w istocie pamiątką śmierci człowieka, ludzie jakoś nie byli w stanie patrzeć na największy symbol swojego Człowieczeństwa, symbol efektu zbiorowej psychozy ludzi oparty na krwi i nieszczęściu jakiegoś zamęczonego torturami biedaka, świadczący bardziej o upadku Człowieka, niż jego Zbawieniu. Krzyż, sam w sobie, był symbolem wyjątkowo mocnym i sugestywnym. Ciężko o symbol mocniejszy, nawet jeśli potrzebny do uświetnienia Wielkiego Piatku. Problem ten rozwiązano zasłaniając go kirem – czarnym suknem symbolizującym żałobę. Krzyż, którego nikt nie widzi, ale są wyraźne jego zarysy i wiemy, że tam jest, zyskuje nowego znaczenia.
Zwyczaj zasłaniania krzyża kirem nie wynikał z ustalonych i narzuconych zasad życia wspólnoty Kościoła. Był tradycją lokalną. Powstał z przenikania się przyzwyczajeń mieszkańców. „Przed wojną” i „za Niemca” większość była protestantami, mniejszość katolikami, żydzi stanowili zerowy odsetek społeczny i nawet ich nie zauważano, choć na
przykład „do Żyda” szło się coś sprzedać. „Po wojnie” i „za komuny„ proporcje się odwróciły: więcej było katolików, a protestanci stanowili mniejszość, Żydów nadal nie było, choć nadal „do Żyda” chodziło się coś sprzedać. W kapitalizmie, ilości wszystkich wspólnot zaczęły się zmniejszać w sposób widoczny: katolików było mało, protestantów jeszcze mniej, a żydów nadal tyle co nic, choć już nikt nie pamiętał, czemu „do Żyda” chodziło się coś sprzedać.
Pomimo dbałości o podtrzymywanie tradycji w najczystszej postaci, tak jak przekazali im ją przodkowie, selekcyjne sito zbudowane z pamięci, tradycji i doktryny kościelnej nie było do końca szczelne i najbardziej widocznym przejawem przenikania się wpływów i tradycji było właśnie zasłanianie krzyża czarnym suknem podczas wielkopiątkowego nabożeństwa. I wszystkim wydawało się to zupełnie naturalne.
A może Bóg tworząc oba święta, celowo zrobił ludziom psikusa i nie wskazał, które ze nich Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, są ważniejsze? Może potrzebował tylko czegoś do wyznaczenia granic w czasie od… do… i te dwa święta nadawały się do tego idealnie,
tylko ludzie nie zrozumieli i zaczęli w nich szukać nowych znaczeń?
Oprócz osadzenia w czasie, oprócz duchowej symboliki, dzięki krzyżowaniu się tradycji, wszystkie trzy święta: Wielkanoc, Boże Narodzenie i Święto Żniw wykształciły także inne atrybuty . Parafianin zjadając pączka, uczciwego pączka, nadzianego wiśniami, rodzynkami lub powidłami, usmażonego w oleju, obsypanego cukrem pudrem, zagrzanego w piekarniku i podanego do kawy po nabożeństwie wie, że to niedziela w okolicach tłustego czwartku, czyli prawie koniec roku kościelnego.
Początek roku wyznaczały natomiast pierniki, przygotowywane tylko raz w roku w adwencie. Ich przepis w sposób iście homerycki, jedna kucharka przekazywała drugiej. Tradycja greckich aojdów w gastronomiczno-religijnym wydaniu. Jednak nawet jeśli pierniki wykonane były najdokładniej z recepturą, nawet jeśli jedna kucharka z drugą, konsultowały ze sobą podczas pieczenia każdy gram mąki, cukru, miodu i przypraw korzennych, ich pierniki smakowały jak dwa różne.
Zdaniem kucharek na smak pierników wpływ miały trzy rzeczy, których nie dało się zmienić: woda, miód i piekarniki. Woda, bo każda kucharka miała w kranie wodę z innego ujęcia, miód, bo każdy był z innej pasieki, a piekarnik, bo wiadomo, że z piekarnikami to tak jak z ludźmi, każdy ma swój charakter, może być podobny, ale jednak inny.
Zdaniem parafian, którzy wiedzieli, że to nieprawda, ale jednak bardzo chcieli w to wierzyć, kwestia smaku pierników wynikała z ich kształtu. Pierwotne miały kształt serca, księżyca, lub dziwacznego ptaka na jednej nóżce, i wycinane były z ciasta starymi poniemieckimi foremkami. Każdy ozdobiony paskiem cienkiego, uprażonego migdała, za wyjątkiem pierników w kształcie ptaków, które miały dwa migdały: mniejszy symbolizujący oko i większy skrzydło. Z czasem doszły dodatkowe kształty: kwiat ozdobiony trzema migdałami lub jednym, czy też gwiazda mała i gwiazda duża, każda z jednym migdałem. Zawsze jednak najważniejsze były trzy podstawowe kształty.
Kucharki miały częściową rację w sprawie składników, bo wiedziały, że smak jest jak dobrze zbudowany akord. Zmiana jednego dźwięku w akordzie powoduje powstanie innego akordu, lub akordu, którego nie da się słuchać. Użycie wody o innym smaku zmienia oczywiście smak całego dania. Niektórzy uważali, że smak, to kwestia foremek, te stare poniemieckie były najlepsze, nowe to już nie to samo. Tajemnicą, która miała jednak faktyczny wpływ na smak pierników, było porządne, ręczne wyrobienie ciasta, gdzie obowiązywała jedna zasada „aż się będzie świeciło”. Potem jednak dodawano „…czoło od potu przy mieszaniu ciasta”.
Boże Narodzenie ze swoimi piernikami i Wielkanoc ze swoimi pączkami otwierały i zamykały część świąteczną roku, poświęconą Bogu. Część bezświąteczną natomiast, poświęconą ludziom, wyznaczały te same święta, ale w odwrotnej kolejności.
A może ten podział roku, wynikał z prawideł natury, niczego innego? Część świąteczna to zima i wiosna, kiedy nie ma potrzeby tak wytężonej pracy, jak latem i jesienią?
Wiśnie, śliwy, jabłka, grzyby, jagody, maliny, zboże, kukurydza, ziemniaki. To wszystko samo się nie zbierze. To wszystko wymaga wysiłku i trudu, który włożony odbija się w smaku jej owoców. A sama praca bez odrobiny wytchnienia, aby móc chociaż cieszyć się jej owocami, jest pozbawionym sensu trwaniem. Radość życia człowieka powinna objawiać się między innymi w konsumowaniu owoców swojej pracy.
Święto Żniw było takim wytchnieniem, a przy okazji podziękowaniem Bogu za plony i modlitwą o dobry kolejny rok. Obok ołtarza stawiano kompozycję z warzyw: dynia, marchewka, cukinia, papryka, kapusta, pomidory, buraczki,… Tylko i wyłącznie to, co każdy mógł wyhodować w ogrodzie. Na ołtarzu zaś stawiano paterę z owocami zebranymi z sadów: śliwki, jabłka, gruszki. Owoce egzotyczne: banan, cytryna, czy pomarańcza, kiedy już ich dostępność stała się czymś oczywistym, nigdy nie dostąpiły tego zaszczytu. Nie były stąd. Nie rosły na tutejszej ziemi, nie piły tutejszej wody i nie było w nich nawet jednej kropli potu Tutejszego. Jakże więc tak, taki owoc miałby się znaleźć na ołtarzu? Owszem, ktoś zadał sobie trud i sprowadził te banany, cytryny i pomarańcze z jakiegoś egzotycznego kraju, ale one były obce i nie miały w tej ziemi korzeni.
Na ołtarzu znajdował się też bukiet wygrzanych letnim słońcem zbóż: jęczmień, pszenica, i żyto o które bywało na polach coraz trudniej oraz duży, okrągły bochen chleba.
W ten jeden jedyny dzień w roku, komunia, której udzielano pod dwiema postaciami: opłatka oraz wina, symboli ciała i krwi, zmieniała nieznacznie swoją formułę i opłatek zastępowano prawdziwym chlebem. Wcześniej, przed nabożeństwem chleb ustawiano na ołtarzu na drewnianej tacy przykrytej białą, haftowaną serwetą.
Po zakończeniu uroczystości, wszyscy zebrani szli do domu parafialnego na kawę i ciasto i gdzie poświęcone owoce, poświęcone warzywa i poświęcony chleb były dzielone. Nie zdarzyło się nigdy, aby przy tym podziale nastąpiły jakiekolwiek kłótnie. Nikt nie unosił głosu. Każdy: młody, dorosły czy stary, miał prawo powiedzieć, że chce kawałek chleba, pomidora, albo kilka orzechów laskowych. Może ktoś chciał dynię, a może pora, czy marchewki? Dla każdego starczyło. Tak samo, jak dla każdego zawsze starczało kolorowych kanapek, które w ten jeden jedyny dzień w roku gościły na stole zamiast ciasta.
W ten jeden, jedyny dzień w roku Stwórca pozwalał ludziom na ingerencję w potrójny Boski Porządek liczb, który ustanowił. Ale oczywiście w ograniczonym zakresie.
II
Chrzest odbywał się dokładnie w południe w ostatnią niedzielę sierpnia. Dzień był słoneczny, ale przesuwające się na niebie chmury nie pozwalały zapomnieć, że nie jest to pełnia lata. Dni już nie tak upalne, jak jeszcze w lipcu, a i chmury wydawały się jakoś bardzie skłębione, zupełnie jakby zaczynał się w nich właśnie proces przygotowania deszczu i śniegu na nadchodzące miesiące. Co chwilę któraś zasłaniała słońce i powstający na ziemi cień przynosił, wrażenie chłodu będącego zapowiedzią nadchodzącej jesieni, a może i zimy.
Uroczystość była skromna i składała się tylko z chrztu. Nie towarzyszył temu żaden dodatkowy rytuał. Chrzest był ciekawy, bo podwójny. Dzieci było dwoje, a ich Matki były
siostrami. Jedna z nich, już rok wcześniej ochrzciła w Kościele swoje pierwsze dziecko. Wówczas być może jakiś refleks światła przykleił się jej do oka, zmuszając do nieustannego myślenia o Kościele w sytuacjach najmniej oczekiwanych? A może ten właśnie refleks światła siedział sobie w tym oku cichutko do czasu, kiedy już wiedziała, że ponownie jest w ciąży i wtedy, w nocy, zupełnie naturalnie odkleił się od oka i szybując w mroku i ciszy opadł na sercu tworząc w ten sposób pragnienie? Być może tak właśnie było? Najciekawszy był jednak fakt, że obie matki pochodziły z Namibi.
Namibia jest jednym z najrzadziej zaludnionych państw świata. Obok Republiki Południowej Afryki trzy miliony ludzi mieszka w kraju o powierzchni niecałego miliona kilometrów kwadratowych. Daje to jakieś trzy, może trzy i pół człowieka na kilometr kwadratowy. To mało, dużo, a może wystarczająco? Chiny dla przykładu mają około stu pięćdziesięciu ludzi na kilometr kwadratowy, Indie ponad czterystu trzydziestu, Monako nawet i dwadzieścia tysięcy na kilometr kwadratowy.
Dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa Namibii to chrześcijanie, siedem procent to endemiczne religie lokalne, pozostałe trzy procent – wszystkie pozostałe. Chrześcijanie to protestanci - siedemdziesiąt procent, katolicy - dwadzieścia procent, dziesięć procent, obejmuje wszystkie inne niezależne kościoły. Zupełnym przypadkiem miejscowość, w której przyszły na świat obie matki, znajduje się w linii prostej od Kościoła dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć kilometrów.
Na uroczystość przyjechał niewielki bus oraz dwa samochody osobowe. Bus z matkami, ojcami i dziećmi zaparkował przed bramą wjazdową, z kolei auta osobowe podjechały, aż pod sam kościół, chociaż nie tak blisko jak stojący już tam samochód księdza. Jednym przywieziony został chromy dziadek jednego z chrzczonych dzieci, dla którego przejście przy pomocy kul całej alei byłoby niemożliwe. W drugim rodzina drugiego dziecka, ale z dzieckiem wymagającym szczególnej opieki.
Pod kościół podjechać miał prawo ksiądz i każdy, kto chciał dostać się do niego, a nie miał na tyle siły, by bez niczyjej pomocy pokonać długą aleję. Wszelkie inne argumenty, uważane były za afront i arogancję, która była niemile widziana. Coś jak publiczne zadzieranie nosa. Jakby taki osobnik mówił swoim zachowaniem, mi wolno bo jestem równiejszy i mogę naruszyć zasady. Choć w istocie w oczach ludzi było z reguły na odwrót.
Matki ubrane w białe, skromne sukienki, czarne niczym smoła włosy ozdobiły wiankami z białych kwiatów, co dodatkowo podkreślało ich egzotyczność. Omamiony obrazem wzrok, sugerował głowie, że za moment odbędzie się jakiś egzotyczny rytuał, nie zaś zwykły chrzest.
Rodziny zebrały się przed kościołem na tradycyjną, choć w ich wydaniu nieświadomie niezmierzoną rozmowę. Ktoś przywitał przybyłych i powiedział, że pogoda idealna na taką uroczystość, że ani za ciepło, ani za zimno. Zapytano o drogę, jak się jechało i chwilę później oba wózki dziecięce prowadzone przez matki, zostały wstawione na najwyższy stopień schodów i kościół swoim wejściem zaczął powoli wchłaniać przybyłych.
Od drzwi wejściowych Kościoła, do prawie samego ołtarza prowadził zielony dywan, z obu stron pilnowany przez równe rzędy ławek w kolorze jasnego orzecha. Po lewej stronie, patrząc na ołtarz od strony wejścia, zwykle siadali parafianie o starych korzeniach, ci, którzy albo byli ochrzczeni w Kościele, albo ci, którzy już tak długo do niego chodzili, że uznawani byli za swoich. Po prawej stronie siadali parafianie młodsi, którzy napłynęli, albo goście zaproszeni na uroczystość. Kiedy jeszcze kościół cieszył się większym zainteresowaniem, kiedy bywało w nim więcej parafian, ten podział był widoczniejszy i większość nabożeństw odbywała się z parafianami, którzy siedzieli wyłącznie po lewej stronie kościoła. Prawa była pusta.
Po latach rozbisurmanionego w otaczającym świecie, nie do końca dobrze rozumianą kapitalistyczną wolnością, społeczeństwa, tradycja ta trwała nadal. W jakiś niewyjaśniony sposób, ludzie wchodząc do Kościoła instynktownie kierowali się w lewo lub w prawo, zupełnie jakby przy wejściu otrzymali numer miejsca, na którym maja usiąść. I chociaż, wydawało się tak, że jakoś częściej, zdarzało się, że ludzie ignorowali boski porządek rzeczy i siadali gdzie popadnie, to było to tylko wrażenie. Wykuta w ogniu kościelnej tradycji zasada, nie była taka łatwa do zmiany. Zwłaszcza jeśli miałyby zmieniać ją incydenty.
Chrzest, pomimo posmaku pewnej egzotyki – ciemna skóra matek, Nubia, dwoje dzieci - był skromną, rodzinna uroczystością, który zgromadził trzy osoby spoza niej: fotografa, dzwonnika i księdza. Pierwszy przyszedł dzwonnik, otworzył bramę wjazdową, kościół i zapalił świece. Fotograf, przybył jako drugi. Był jednym z tych optymistów, którzy uważali, że jeśli ze wszystkimi porozmawiają i trochę się pośmieją, ludzie się przed nimi otworzą. Trzeci zjawił się ksiądz. Fotograf i dzwonnik przywitali się na schodach z nowo przybyłym, który następnie zniknął w kościelnym wejściu. Fotograf dalej rozmawiał z dzwonnikiem na tematy niezobowiązujące, pogoda, koniec wakacji, jak się żyje, by za moment przejść do tematów technicznych i że zlecenie które dostał, jest o tyle trudne, że ciężko będzie złapać dobry balans czerni i bieli. Nie spotkało się to z oczekiwanym przez fotografa zrozumieniem ze strony dzwonnika, ponieważ zabrzmiało to jak metafora, kompletnie nie na miejscu, nie zaś istotny techniczny problem wart uwagi. Później, kiedy dzwonnik z chóru obserwował uroczystość, widział, jak fotograf pomiędzy ludźmi porusza się z taką samą gracją, z jaka próbował przed kościołem niezobowiązująco rozmawiać. Niewiele brakowało, a zirytowany ksiądz ochrzciłby aparat, nie zaś jedno z dzieci.
Dzwony w Kościele wyznaczają początek i koniec uroczystości.
Ten na początku uroczystości, który nawołuje do rozpoczęcia, ma jeszcze jedną funkcję, porządkową. Jego użycie wywołuje ciszę i skupienie wśród zgromadzonych, bo oto już zaraz się zacznie. Wzrok w ciszy kieruje się w stronę ołtarza, gdzie czeka ksiądz w todze.
Początek i koniec uroczystości w kościele wyznaczają dzwony.
Zupełnie jak początek i koniec życia ludzkiego. Rodzisz się, żyjesz i umierasz. Naturalny cykl życia.
Dzwonnik stojąc na chórze, wysoko ponad zgromadzonymi w ławkach, przyglądał się chaosowi ostatnich przygotowań i ustaleń, gdzie kto ma stać, jak podejść do chrzcielnicy, kto najpierw, a kto potem. Spojrzał na zegarek, punkt trzynasta. Wspiął się po drewnianych, lekko spróchniałych schodach do części wieżowej, gdzie wisiał sznur i zaczął dzwonić. Dźwięk, jak zawsze, wprowadził porządek w ten chaos na dole.
Wszyscy umilkli i chrzest się zaczął.
Dzwonnik zaś podjął decyzję, że nie będzie dzwonił na zakończenie chrztu.
„Niech ten jeden dzwon, dzwon symbolizujący rozpoczęcie waszego życia, będzie przywitaniem ode mnie. Dzwon przy pogrzebie niech ofiaruje wam już ktoś inny.”
Część II
Rzekomo ilu trzeba znać ludzi, aby znać wszystkich na świecie?
Poszkodowany:
„Jechałem rowerem zgodnie z przepisami, prawą stroną jezdni. Kiedy zacząłem się zbliżać
do przejścia dla pieszych, zacząłem zwalniać, bo do przejścia zbliżali się też piesi, którym
trzeba ustąpić. Kiedy się zatrzymałem, jakieś trzy metry od przejścia, potrąciło mnie z tyłu
to białe BMW. Albo na mnie najechał - nie wiem, to pan władza już sam lepiej określi. I to
w sumie w zasadzie tyle.”
Świadek zdarzenia:
„Ja wszystko widziałem, panie władzo. Ten pan jechał rowerem i jak się zatrzymał przed pasami, żeby tych tu przepuścić, to ten z tyłu tym białym BMW: łup, w ten rower. Może i
tylko koło pogięte, ale wyglądało groźnie. Rower przednim kołem w górę, dobrze, że chłopak stanął prawidłowo przed pasami, bo bliżej, jeszcze, ktoś by zginął.”
Strażnik miejski:
„Stefan, jest kłopot… no tak, chodzi o tą stłuczkę na pasach… no dokładnie. Podeślij chłopaków z lodówką. … Co?... Nie, na szczęście żadnych rannych. Ale wiesz, jest kłopot… no …Weź, błagam, nie pierdol Stefan. Mamy kurwa kłopot. To TO białe BMW. No, dawaj tu chłopaków i to migiem”
Gazeta:
„Wczoraj w godzinach przedpołudniowych, w okolicach ulicy Temidy, rowerzysta, wykorzystując podstępnie przepisy ruchu drogowego, wymusił wypadek na białym BMW. Kierowcy auta, na szczęście nic się nie stało. Narzędzie ataku zostało zabezpieczone. Rowerzysta został zatrzymany i osadzony w areszcie do wyjaśnienia.”
Medium społecznościowe:
„Widzieliście jak rowerzysta bryknął, kiedy go auto stuknęło? Gdyby stał ciut bliżej pasów to byłby pierwszy rowerowy jeździec, który stworzyłby bezgłowego pieszego. I podobno w tym białym BMW, siedział Senator. Akcja piękna, choć trochę szkoda rowerzysty.”
Sędzia
„Za nadstosowanie się do zasad ruchu drogowego i tym samym narażenie innych uczestników ruchu na niebezpieczeństwo, skazuję pana na karę trzech lat pozbawienia wolności.”
Premier
„(…) Nie pozwólmy, aby fejkowi rowerzyści dyktowali nam, jak mamy żyć, żeby oszukiwali
nas, żeby podstępnie czyhali …?"
Więzień
„… zamknęli cię za stosowanie się do przepisów ruchu?”
Część III
„Ziemia ojców ma tę moc, która im po nocach nie da słodko spać”
Bóg
KLUCZ
Drogi czytelniku. Jeżeli dotarłeś do tego miejsca, zakładam, że mój trud pisarski nie poszedł na marne. Mogę tylko żywić nadzieję, że ci się podobało. Na koniec pozostawiłem jeszcze jedną niespodziankę: klucz do odczytania tej mikropowieści, który towarzyszył mi przy jej pisaniu. Nie jest on łatwy do uchwycenia. Klucz pozwala jednak spojrzeć na całość z innej perspektywy. Jeśli jeszcze go nie odkryłeś, możesz wybrać dwie drogi: krótszą, lub dłuższą. I obie drogi są dobre.
Droga krótsza, to objaśnienie autora, które przeczytasz na następnej stronie. Umieściłem je tam celowo, abyś nie podglądał i sam zadecydował, co chcesz zrobić. Odwrócić stronę i tam je znajdziesz.
Droga dłuższa, natomiast, do której zachęcam, to samodzielne odkrycie symboliki. Tutaj podpowiem tylko tyle: spójrz na to, co przeczytałeś z perspektywy dosłownego potraktowania tytuł prze autora.
„Zabawy w Boga” to tytuł dosłowny. Autor bierze zastany porządek Świata i go zmienia. Układa po swojemu, a zatem bawi się w Boga.
Pierwsza część, „Komu bije dzwon” jest opisem miejsca na Ziemi, w którym panuje Boski Porządek. Sprowadza się on - w bardzo dużym uproszczeniu - do liczby trzy. Kiedy uważnie przyjrzysz się tekstowi, zobaczysz, w ilu miejscach jest ona poukrywana. Aleja-Kościół-Cmentarz to podział podstawowy od którego wychodzimy i który co raz bardziej się zagęszcza. Można też patrzeć na ten podział jak na alegorię ludzkiego życia:
Narodziny= Aleja, Kościół=Życie, Cmentarz=Śmierć.
Każde z tych miejsc ma swoje atrybuty: aleja -kowaliki, cmentarz - mrówki, kościół - muchy. Są trzy święta i każde z nich ma również swój symbol. Są trzy historie związane z kościołem odwzorowane na skali hiobowej. Nawet podział czasu, przy bliższej analizie, widać, że dzieli się na trzy.
Podział inny niż TRZY, w tym wypadku na DWA, jest zastrzeżony wyłącznie dla Stwórcy. „(…) potrójny Boski Porządek liczb, który ustanowił.”
Autor jest jednak arogancki. Cały ten porządek postanawia zaburzyć i poukładać po swojemu. Postanawia zabawić się w Boga i w swojej bezczelności dopisuje drugi akapit do historii Kościoła. Bierze na tapet chrzest – trudno o wymowniejszy symbol początku - i zmienia ustalony Porządek Rzeczy związany z dzwonami. Decydując o tym ,ile ma być dzwonów, stawia się tym samym w miejscu Stwórcy.
Autorowi jest jednak mało i swoją arogancję posuwa dalej. Do tego stopnia, że do Części Pierwszej, dopisuje Część Drugą. Tam „próbuje” przedstawić ułożony przez siebie świat. Ale, czy to za sprawą boskiej ingerencji, czy to za sprawą nieudolności autora, świat ten jest mocno niedoskonały. Historia toczy się odwrotnie, niż w części pierwszej, nie zagęszcza się, nie wychodzi z szerokiego spektrum potrójnych symboli, żeby zbiec się w postaci liczby dwa na końcu. Autor wprowadza w „swojej części” liczbę… osiem, którą ukrywa też w tekście.
Podobno „wystarczy znać osiem osób, aby znać wszystkich ludzi na świecie”. Ta część składa się z ośmiu mini rozdziałów, z których każdy, mniejszy o osiem słów, przedstawia inny punkt widzenia i moment przedstawianej historii. W swoim wydźwięku jest jednak ona odwrotna do tej w części pierwszej. Nie ma tu szczęśliwego zakończenia. Może dlatego, że Autor to nie Stwórca, i to co stworzy nie będzie doskonałe? Mieć możliwość tworzenia, malowania obrazów za pomocą słów, nie oznacza, że stworzony przez Autora świat będzie podobny do Boskiego. Prawdopodobnie, będzie jego nieudolną imitacją.
Część Trzecia, bez tytułu, jest natomiast żartem ze strony Stwórcy, który jak widać nie zaakceptował faktu, że ktoś inny niż ON będzie zaburzał „potrójny Boski Porządek liczb, który ustanowił”.
„Zabawy w Boga” mają jeszcze jedną, interesującą, literacką płaszczyznę. „Komu bije dzwon” - tytuł powieści Hemingwaya - tu jest zaledwie tytułem rozdziału, a więc mamy swoiste „pomniejszenie”. Tematyka opowiadania jest też odwrotna od tematyki powieści Hemingwaya. U Hemingwaya jest wojna, brutalność, krótki czas akcji (około siedemdziesiąt godzin) oraz psychologicznie złożone postacie. Tu mamy statyczność, momentami wręcz sielskość, wojna jest zaledwie znacznikiem w czasie, brak psychologizowania, a sam czas zamknięty jest w wiekach, nie godzinach. Mało tego, autor okrasił tekst przypisami, czymś u Hemingwaya raczej nie spotykanym. Można je spotkać natomiast u Davida Forstera Wallace’a, który, zmieniając ich funkcję, zrobił z nich swój znak rozpoznawczy. Sprowadził je do funkcji mikrofabuł. Pokazują wątki poboczne, lub doopowiadają inną historię, która pewnie przypomniała mu się później, już w trakcie redakcji tekstu. Dlatego też tytuł Drugiej Części celowo zaczyna się od słowa „Rzekomo…” i został skonstruowany w taki, nie inny sposób, ponieważ jest nawiązaniem do tytułu książki Wallace’a „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy nie zrobię”.
W Części Drugiej dostajemy „nową formę” tekstu prozatorskiego, powiedzmy „opowiadanie redukcyjne” - każda kolejna część jest krótsza o osiem słów. Nawiązuje to do Wallace’a, który również „swoimi przypisami stworzył nową formę” struktury tekstowej. Autor jednak zabiera mu jego znak rozpoznawczy – przypisy – i obdarowuje nimi inny tekst, nawiązujący swoim tytułem do klasyki „bez przypisów”.
Jak już bawić się w Boga, to bawić się na całego.
Mam nadzieję, że po tych wyjaśnieniach, tekst, który przeczytałeś, nabrał w twoich oczach innych kolorów. Jeśli chcesz, bogatszy już o wiedzę: „Co autor miał na myśli?”, możesz przeczytać całość drugi raz. Może autor celowo tak skonstruował całość, żeby trzeba było przeczytać to DWA RAZY?
Komentarze (5)
Nie wolno bawić się w Boga.Jak czytam że obecny podręcznik do religii został tak skonstruowany że wymaga się od dzieci by same oceniły zasadność wykonywania zabiegu ,,in vitro " to mnie skręca Po co obarczać dzieci sprawami dorosłych i jak dziecko ma ,,uzasadnić że on vitro jest moralne lub nie moralne"? To jakiś absurd .
Kiedy czytam o lipach to przypomina mi się jak z franciszkanami uroczyście wszyscy razem sądziliśmy lipy przy kościele.Jedna lipa nosi imię Aniela a druga Franciszek
W ogóle kiedy byłam nastolatką to sądziłam drzewa w lesie i zbierałam nasiona do szkółki lenej .Mój tato był leśnikiem.
Kiedy Papież Jan Paweł II posadził pamiątkowego dęba na Kaplicówce, podczas pielgrzymki do Polski, to okazało się że chwilę później ten dąb został skradziony.Tato z kolegami pojechali i posadzili w to miejsce nowego dęba, nikt nie wie że to nie ten ...a dąb papieski ? Mam nadzieję że gdzieś tam sobie rośnie .
Uwielbiam czytać i starych kościołach ,klasztorach i zamkach.Mam na tym punkcie totalnego fioła.
Jest na Słowacji taki Zamek ,,Viglaś* którego tablica nosi rodowe nazwisko mojej babci ze strony ojca.
Na początku zamek należał do Templariuszy i był po prostu Klasztorem ,potem władze królewskie czy tam książęce mu go po prostu odebrały .Szkoda ..:-(
in vitro"*
sadziliśmy*
leśnej*
Tekst ciekawy.Sporo przemyśleń mi się nasuwa .
Przepraszam za literówki ...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania