Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ZABIERACZ: PROLOG. (całe opowiadanie gore)

ZABIERACZ: PROLOG.

(całe opowiadanie gore)

 

PROLOG

 

Większość, zupełnie zwyczajnych ludzi, nie wyobraża sobie, że zostaną pozbawieni czegokolwiek: zwłaszcza wówczas, gdy uznają to za własność przynależną im, z przyczyn, których, najczęściej:.. sami nie są w stanie jasno, jednoznacznie sprecyzować. Co jednak wstrząśnie ich osobowościami, w stopniu umożliwiającym im pojęcie, że nie wszystko uważane przez nich samych, za ich samych siebie: zawsze, a przynajmniej: stanowiąc jednolitą całość... należy do nich?..

 

Ile z mrocznych, wiejskich wieczorów, można nazwać dostatecznie nawiedzonymi, aby z przyczyn czysto paranormalnych: przestały wzbudzać odrazę?: nabytą, jakby ideą własnego istnienia ku temu, zwyczajną... nudą?: wie zapewne każdy, borykający się z tym na codzień, rdzenny mieszkaniec. Ona, z tego powodu: pogrążona w odmętach nieświadomości, usiłowała odnaleźć zrozumienie, zawieszając wzrok w ścianie płomieni, z zamierzenia: mających dawać jej ku temu zarówno obecny wieczór, jak i resztę dzisiejszej nocy. Jako rodowita Warszawianka, nie wyobrażała sobie, jak musi wyglądać, gdy blask stałby się taflą, uświadamiającą jej, z jakiego powodu entuzjazm ku poznaniu jej imienia, nie pozwala znaleźć momentu, na spokojne zebranie myśli. Zatem, jako niby zupełnie zwyczajna Aśka, postanowiła, według niej: aż nazbyt zwyczochraną czupryną, będącą uprzednio szykownie upiętą fryzurą, skutecznie zniechęcić pozostałych. Niestety. Zupełnie bezskutecznie, ponieważ mimo, iż postanowiła spędzić czas ze swoją kuzynką i ich przyjaciółkami, kierowane do szczupłej, wysokiej blondynki: tematy kolejnych rozmów, zdawały się nie zaznać spokoju... co najmniej do świtu. Postanowiła nie sprawiać wrażenia knąbrnej, odpowiadając zawsze, gdy zwrócono się do niej, nawet wówczas, gdy rozglądając się wokół, objęła ramionami swój pokaźnych rozmiarów biust, czując, iż mimowolne, elektryczne uczucie strachu, przechodząc przez całe jej ciało, zaczęło jakby zasilać irracjonalne spekulacje, a przecież:.. był to tylko zwyczajny, opuszczony od ponad wieku, przeciętny, wiejski cmentarz. Znajdując się za granicą, wyznaczoną linią drzew zagajnika, uważanego za starszy od samej wsi, tkwił w jego mroku, jakby usiłując przemawiać szeptem pobliskiego strumienia. Jej wielkie, brązowe oczy, odbijając migoczący blask płomieni, zdradziły wyrwanie jej umysłu z przerywnika, będącego klepnięciem w ramię. Wzdrygając się, niemal wstała na równe nogi, dostrzegając obok swojego policzka, rozpromienioną kolejnym, oczywiście " nie za mocnym " piwem, twarz jej kuzynki, która zerkając na nią z udawaną, uroczą powagą, kontynuowała uprzednio podjęty wątek:

 

- ... bo właśnie na tym to polega, że on tak może cię, wiesz: " zabierać ". - co stwierdziwszy, cmoknęła Aśkę w policzek - i... nie chodzi o to, że jej, o: najpierw zabrałby bluzę, a następnie... cóż... - zauważywszy, przytuliła kuzynkę, niepostrzeżenie ujmując jej spore piersi i podnosząc je ku górze.

 

Pomimo gromkiego wybuchu śmiechu, odpychając od siebie Kamilę, zaczęła poprawiać swój biust w staniku, nie mogąc jednocześnie nie zaspokoić własnej dociekliwości:

 

- Kamilko. O czym Ty właściwie pierniczysz?: moja ukochana, wcześniej trzeźwa Upiorzyco?!. - co skwitowała wskazaniem palcem na kuzynkę, jasno dającym odczuć, iż za kolejny żart: przestanie być miłą wobec niej osobą.

 

- No jak co?: seksowna Blondyno... przecież mówię, że o Zabieraczu. Więc... nie wiem: masz coś przeciwko może?.. - spytała ją udając konserwatywną Kamila.

 

- Alee... co?.. - spytała ją Aśka, zupełnie nie zauważając, że pozostałe trzy dziewczyny, przyglądają im się, trwając w niemym oczekiwaniu.

 

- Ehh... - westchnęła Kamila, z rezygnacją zwieszając głowę - więc: jeszcze raz... Bo zobacz:.. sąsiadka mówiła mi, że w tej... wiosce, zanim zabito ją ostatnią dechą, zakazano pewnego... hmm... obrzędu?.. jakiegoś rytuału?.. sama nie wiem, jednak: chodziło o to, że można przywołać, wiesz: " coś ", co odda Ci wszystkie kosztowności, z którymi zostali pochowani na tym cmentarzu ludzie, od kiedy powstał pierwszy z grobów, aż do ostatniego pochówku... Jednak... rozumiesz:.. " nie za darmo "..

 

- Kamila! Co Ty pierniczysz?! - spytała ją już zupełnie poważnie Aśka - chcesz mi wmówić, że mam się zacząć puszczać, żeby piwsko ci się nie skończyło?! Czy jak?!

 

- Nie, nie. Słuchaj, laska - rozpoczęła uspokajającym tonem Kamila, obejmując ją konsternacyjnie - tu nie chodzi o drobne na piwo, w zamian za " drobną uprzejmość ".. bo ten, kuźwa, sama nie wiem: duch?:. nie zabiera na " miły odpoczynek z tyłu samochodu ".. a... podobno: kawałki ciała. No, sąsiadka powiedziała, że strzępy... jednak!: to już chyba ckliwa dramaturgia...

 

- Że?!: Co?!. - wykrzyknęła zszokowana Aśka - do handlu organami mnie namawiasz?!: czy jak ci odwaliło?!.

 

- Dalej nie jarzysz... - Kamila aż klepnęła się z rezygnacją, własną dłonią, z długimi, delikatnymi palcami i paznokciami pomalowanymi na czarno, w twarz - jak to, rozumiesz: " wywołasz ":. zawsze, gdy Cię spotka: zabierze Ci kawałek ciała. Nie wiem:.. wytnie, odgryzie... mniejsza z tym. Tak będzie, aż nie weźmiesz w dłoń ostatniej kosztowności, którą znajdziesz... z tego powodu, możesz... zostać istną Jubilerką, jednak... zanim to nastąpi:.. coś, może, dosłownie:.. rozerwać cię na strzępy... co gorsza:.. wiesz: zupełnie... nie odrazu.

 

- Dobra... - westchnęła Aśka, zbywając ją wzgardliwym machnięciem dłonią - to możemy, ten, no... " wywoływać ": żebyś miała zajęcie, pozwalające ci przestać usiłować mnie przestraszyć, żebym zaczęła piszczeć, jak dekadę młodsza...

 

- Więc, Dwudziecho... kopiesz pierwsza. - co stwierdzając, klepnęła ją w plecy, jakby dla nadania złudnej otuchy, Kamila.

 

- Co?!; Jak?!. Gdzie kopię?!. - spytała zdezorientowana zaskoczeniem Aśka.

 

- Może... zaraz zemdlejesz... - zaczęła z miną niewiniątka Kamila - jednak... najpierw, musimy " dotknąć drzewa, które nie pozwala mu zostać ".. a tak się składa, że... to żadne z tych tutaj. Boo... tym " drzewem ": jest wieko trumny, o:.. w tamym grobie, a co gorsza:.. spoczywa na jego dnie, więc... tak, wiesz: " dzisiaj ":. jakbyś była uprzejmą...

 

- Kamila. - rozpoczęła uspokajającym tonem Aśka - czy ty mi właśnie powiedziałaś, że mam rozkopać grób, aż do wieka trumny:.. rękoma?!: jasna brunetko?!.

 

- Szczerze?.. - spytała Kamila, chociaż z wyrazem twarzy niewiniątka, jednak: nie sprawiając wrażenia chcącej kłamać - Noo... tak. Dokładnie. I musimy w pięć, jak tu jesteśmy: zdążyć do świtu, więc:.. możee... tak, wiesz:.. " nał! "..

 

Aśka nawet nie zdawała sobie sprawy, jak mimowolne przerażenie, podświadomie ją szokując, rozwarło jej oczy, zastygając wszelkie słowa w jej bezwolnie rozwartych, miękkich ustach, pozwalając jedynie na bezgłośnie, potwierdzające skinienie głową.

 

ROZDZIAŁ I

 

Stos poprzerastanych mchem kamieni, majacząc w migotliwym blasku ognia, sprawiał wrażenie nie tyle zapomnianego, co oczekiwania. W przeciwieństwie do otaczających go w nierównych odstępach, cienistych sylwetek, od dawna mógł znać zarówno swój los, jak i przeznaczenie. Choć do północy pozostała jeszcze godzina, sam wyraz zrozumienia tej sytuacji, zmroził każdą z postaci w niemym oczekiwaniu: nie tyle na dalszy rozwój wydarzeń, jak odwagę, mogącą stanowić co innego, poza zwykłym niebytem. Aśce, jak myślała: nie jako jedynej, wydało się to irytującą niepewnością, w stopniu pozwalającym jej zarówno na włączenie latarki w telefonie, jak i objęcie jej światłem niewzruszenie wznoszącego się nad grobem obelisku, choć nadszargniętego zębem czasu, mimo wszystko: w dalszym ciągu posiadającego swą zabytkową, jak zauważyła: przenikliwie upiorną, postać. Masywny, kuty w wapieniu krzyż, choć przechylony wielodekadowym zapadnięciem się w cmentarnej ziemi, powykruszaną z uwiecznionych zdobną, gotycką czcionką liter inskrypcją, nadal głosił swą treścią, jednoznacznie:.. Ludmiła. Nie mając zupełnie świadomości, z jakiego powodu wybór padł właśnie na nią, zdała sobie sprawę, iż jej grób... jest zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie jeszcze kilka kwadransów uprzednio: prowadziły miłe, kobiece, towarzyskie spotkanie... przez myśl przeszło jej, czy to nie głupie, iż własne, doczesne życie: postanowiła wieść wśród zmarłych, zwłaszcza:.. w takowej odsłonie. Pogrążona w momencie tych przemyśleń, o mało nie wypuściła z dłoni telefonu, niemal odskakując na dźwięk głuchego, ciężkiego stuku. Otrząsając się z dezorientacji, uświadomiła sobie, że jej kuzynka, wraz z trzema " wiejskimi dziewuchami ", nie chcąc tracić czasu na zbyteczny romantyzm, z uporem odrzuca na pobliską, stale zwiększającą swą objętość stertę: kolejne, nagrobne kamienie. Jak na osobę ważącą pięćdziesiąt kilogramów, przy niespełna metrze osiemdziesiąt wzrostu: uprzednie dwa mocne piwa, zdawały się jej w tym nie przeszkadzać. Kierując jasny snop światła w świeżo odsłoniętą powierzchnię, ściągnęła usta, przyglądając jej się ze szczerym zdumieniem. Od zawsze, jako grób: rozumiała głęboką dziurę w ziemi, którą wypełniała najpierw trumna, a następnie ona sama: co najmniej do poziomu gruntu cmentarza, na którym stała. Tym bardziej zdziwiło ją, że był grób: dokładnie ten, który zamiast podłużnej górki ziemi, miał na powierzchni kamienie... pod którymi, jak ustaliła skupiając wzrok w półmroku: spoczywała jakaś... tkanina? Wyglądając na mocną, jak żagiel statku, choć wyblakła plamami, zamiast zbutwieć: postanowiła pozostać tajemniczą w dawnej krasie. Choć, tak na prawdę: sama nie wiedziała, co o tym myśleć, postanowiła podjąć jedyną z możliwości, chowając telefon do kieszeni bluzy, a nie dostrzegała w tym nic innego, jak bezuczuciową konieczność ujrzenia, z czym właściwie dane jest jej się spotkać.

 

Niespełna trzy kwadranse. Tyle potrzebuje pięć niemal dwudziestolatek, na przerzucenie o kilka metrów, co szczerze wprawiło każdą z nich w osłupienie: solidnej, nie przekłamanej tony, zaokrąglonych nurtem pobliskiego strumienia, kamieni. Jak dane im było widzieć: sięgały one zaledwie, może dwadzieścia centymetrów w głąb grobu, spoczywając na pofalowanej niewiadomą płaszczyzną, płachcie. Świecąc na jej powierzchnię, ze wszelkich, możliwych stron, latarkami telefonów, wymieniały między sobą spostrzeżenia. Jakby na nią patrzyły: niechybnie sprawiała wrażenie usłanej na kracie... jakimś... ogrodzeniu... albo, jak padło z westchnieniem rezygnacji: " na kolejnej tonie tego dziadostwa, tylko: jakby cegieł... nie wiem ".. Chociaż sama tkanina, sprawiała wrażenie czarnej, w latach swojej świetności, tak obecnie: wyglądała, dosłownie jak całun nieśmiało rozpraszanego miejscami mroku... który wzbił w powietrze, od strony kamiennego krzyża, znaczącą chmurę drobnej, żwirowej ziemi, wydając przy tym furgotliwy, głuchy odgłos: powodujący krótką serię niskich, przepełnionych przerażeniem pisków, zmieniających się mimowolnie w popłochliwy jazgot przerywany wyścigiem o pierwszeństwo ku jedynej ścieżce, stanowiącą drogę ucieczki. Panika została przerwana gromkim wybuchem śmiechu, który osłupiałą Aśkę, jak mu za to podziękowała: zwrócił rzeczywistości. Drżącą dłonią namacując w kieszeni telefon, oprócz mienia do siebie pretensji, o bezsensowne rozładowywanie baterii nie wyłączeniem latarki, chciała jedynie poznać źródło owego, histerycznego chichotu. Kamila, obejmując obelisk, zanosiła się nim w najlepsze, z tego powodu, usiłując ustać na nogach: ponad płótnem, rzuconym u stóp zmarłego: śpiącym snem wiecznym: w zdobionej trumnie, spoczywającej wewnątrz przeżartej rdzą, nitowanej z grubych, żelaznych sztab... klatki. Nieregularne, półkuliste łby nitów, choć średnicy doczesnej pięciozłotowej monety, sprawiały wrażenie chcących rozsypać się w pył. Same sztaby klatki, choć niegdyś grube na centymetr i szerokie na " chłopskie dwa palce ", obecnie wyglądały na coś ogryzionego przez istotę, żywiącą się metalem. Czarna, matowa patyna, tkwiąca w tysiącach wżerów, kontrastowała z rudą całością. Nie to ją jednak zszokowało, ponieważ: sama trumna, sprawiała wrażenie bardziej " przyniesionej na cmentarz i zabezpieczonej klatką przez zmianą tego stanu rzeczy ", niż... zwyczajnego pochówku. Co więcej: od wewnątrz, mniej więcej w centralnym jej punkcie, spoczywała nad nią przywiązana zzieleniałym, grubym drutem do tej kraty... dziwna, nie ustępująca mu odcieniami zieleni, jakby... tuba. Wpatrywała się niemo w całokształt, uświadamiając sobie, że, tak na prawdę: kiedykolwiek nie widziała nieboszczyka, zwłaszcza... pochowanego, co najmniej... wiek uprzednio: w miejscu, które, obecnie: stało się realizacją jej doświadczeń. Odetchnęła głęboko, przekonując się w myślach, że... to tylko zbutwiałe drewno, które choć skrywa makabryczną zawartość, jako obecne... jest jedynie dziwne: tkwiąc wewnątrz kraty. Nic ponadto. Dlatego odrywając od niego wzrok, zdała sobie sprawę, iż wokół... panuje przenikliwa cisza. Nasłuchiwała jej, chcąc dostrzec jej przyczynę, gdy głośny, metaliczny brzęk, sprawił, że podświadomie robiąc krok w tył, upadła na plecy, powodując pogrążenie cmentarza jedynie w przygasającej łunie ogniska.

 

- Teraz... to nie ja... - wymamrotała z twarzą sparaliżowaną strachem, Kamila.

 

Pozostałe dziewczyny, zamarły w bezruchu. Aśka, przeklinając pod nosem, podparła się łokciami, usiłując odszukać swój telefon, co okazało się banalnym, skoro leżał latarką zwróconą w niebo, dosłownie: obok niej. Podnosząc się, ujęła go w dłoń, drugą usiłując otrzepać z ziemi tył swoich krótkich, jeansowych spodenek. Nie chcąc zobaczyć na nich efektu upadku, ponownie oświetliła tajemniczy grób. Jedyną różnicą, jaką dostrzegła, była jedna ze sztab, dokładnie ta, do której drutem przywiązana była owa, tajemnicza tuba. Może przy takiej erozji metalu nie powinno być to dziwnym, jednak: sztaba pękając, uniosła ją ponad wieko trumny, dzierżąc na zaostrzonym nieregularnym pęknięciem, odgiętym, przeżartym wiekowym milczeniem, solidnym odcinku. Widok ten, mimowolnie pogłębił jej oddech, gdy zdała sobie sprawę, iż do złamania takiego, żelaznego złomu... potrzeba siły, która... przewyższała je wszystkie, podsumowane. Usiłując nie zdradzać tego kamienną twarzą, skierowała latarkę na Kamilę, usiłując naśladować spokojny ton:

 

- Ty... Warren' owa... - zaczęła, dając sobie preludium żartu czas, na dobranie odpowiednich słów - po jeden: zobacz, czy ściągniesz tą, nie wiem:.. tubę?: pudełko?:.. z tego... szpicu, nie?.. a po dwa: my słit gotik czik: co tam dalej było z tym, no... rytuałem?.. czy tam... obrzędem.

 

Kamila potrzebowała kilkunastu sekund, aby się otrząsnąć, przytaknąć i w blasku ogniska, zacząć próbować poluźnić ciasno owinięty wokół przedmiotu drut, który jedynie: jakby usiłował doczyszczać się w jej dłoniach z długiego zapomnienia. Ciągnąc tubę w obie strony, usiłowała na tyle zluzować oplot, aby zwyczajnie ściągnąć przedmiot, jednak... po kilku minutach szarpaniny, co dziwne: bardziej odgięła samą żelazną sztabę, niż poluzowała zaśniedziały metal. Dopiero po niespełna kwadransie, dało się słyszeć ciche, metaliczne postukiwanie, przy każdym z szarpnięć. Co więcej: sam przedmiot, choć ze znacznym oporem, postanowił zacząć pozwalać się przesuwać, w kierunku zaostrzonego, żelaznego końca. Nie przerywając swych starań, Kamila lakonicznie zaczęła wyjaśniać kuzynce:

 

- No... teraz... już niewiele trzeba. Bo wystarczy... dotknąć wieka... I...uważać na siebie... zbierając fanty... Boo...

 

Nie zdążyła jednak dokończyć, ponieważ oplot zsuwając się niespodziewanie, zarówno uwolnił przedmiot, jak i wyrwał z jej ust sykliwie siarczyste przekleństwo, a następnie, krótki jęk bólu. Kurczowo zaciskając dłoń w pięść, przez zamknięte oczy, nie mogła widzieć, jak purpurowe krople jej krwi, skapują na zbutwiałe wieko, ze strużki brnącej coraz dalej w kierunku jej nadgarstka.

 

- Japierniczę... - wyszeptała Aśka, stając szybkim susem przy kuzynce - jeszcze cię będę musiała zszywać... bo tutaj, to raczej... niestety:.. pogotowie nie dojeżdza... - czym odgryzając się, klepnęła ją triumfalnie w plecy.

 

- No bardzo śmieszne, cipo... - odsyknęła jej Kamila - jednak... zrobię ci na złość... i jeszcze nie umrę. - co zauważając, udała, iż skaleczoną dłonią chce pogłaskać ją po policzku, w odpowiedzi na co, zobaczyła uroczo okazany jej przez Aśkę środkowy palec, dlatego... obie parsknęły śmiechem.

 

Chcąc zarówno zaznać odpoczynku, jak i spokojnie pomyśleć, ponownie zasiadły przy kałuży żaru, gorączkowo rozglądając się za pozostałym drewnem. Kolejne, żwawe strugi dymu, po krótkim momencie, ustąpiły miejsca płomieniowi, skąpującego je swym blaskiem. Jak zwykle, jedynym plecakiem na całej " imprezie ", był sportowy plecak Aśki, w którym, po krótkiej naradzie, spoczął boleśnie pozyskany, ciemnozielony przedmiot. Ponadto, nie chciały, aby ich trud pozostał daremny, dlatego kolejno odchodziły od ogniska, aby dotknąć wieka trumny, po czym: wracały na miejsce. Ostatnią, była Sylwia. Rudowłosa, błękitnooka, zawsze uśmiechnięta dziewusz, która pomimo figury modelki, postanowiła nie być zadufaną w sobie jędzą. Jako odwieczna pasjonatka kryminologii, dobrowolnie zobowiązała się " rzucić na to okiem ", ponieważ " jak to możliwe ".. przekraczało granice ich pojmowania, pomimo rozważeń kolejnych możliwości. Chcąc rozładować nieco napięcie, zaczęła udawać, że poprawia pospiesznie makijaż jak prezenterka przed wejściem na wizję, po czym, udała się w stronę majaczącego w ciemnościach obelisku. Spojrzenia pozostałych przestały być w niej utkwione, gdy zrozumiały, że od dobrych pięciu minut, przygląda się w blasku latarki, ze wszystkich stron, zaostrzonemu, będąc odgiętym, żelaznemu elementowi.

 

- E. Holmes'owa... - zawołała w jej kierunku Ania: chyba najbardziej jasnowłosa, zielonooka dwudziestolatka, jaką nosił świat - zmarłaś tam?!: czy jak... - co spowodowało zbiorowy, stonowany chichot.

 

- No. - zawołała w odpowiedzi Sylwia, nie przerywając oględzin - too... jest pęknięte, jednak... nie " tak normalnie ".. bo wygląda, jakby ktoś to złamał... tak odrazu: jeb!: żeby... było ostre... kuźwa... tylko... gdyby to mogło okazać się możliwe, to od energii... ten pierniczony złom musiałby zaświecić... jak to ognisko...

 

Natchnięta tą myślą Sylwia, wpadła na pomysł, aby dla pewności... wykluczyć takową ewentualność. Zbliżając dłoń do obu z ostro złamanych powierzchni, uznała, że... są zasadniczo chłodne. Chropowate pęknięcie, choć sprawiające wrażenie dematerializacji solidnego metalu, własną temperaturą, nie odbiegało od reszty. Ujęła zatem w dłoń zarówno odstający pod kątem koniec, jak i jego poziomą kontynuację, zauważając, iż własną siłą... nie jest nawet w stanie wprawić ich w drgania, ani nawet odgiąć, a co dopiero... wyłamać, z nitowanej przez kowala całości. Nie chcąc zrobić sobie krzywdy, stabilnie oparła dłoń na poziomym, zaostrzonym kawale żelaza. Od kiedy tutaj przyszła, usilnie ignorowała uczucie, że nie tyle jakby " ktoś ją obserwuje... i to wcale nie jej przyjaciółki ".. bardziej martwiło ją, jakby przeczucie, iż... stanie się coś złego. Z tego powodu postanowiła osłonić dłonią ową ostrą krawędź, a nad powyższą, bardziej pionową: nie nachylać się ponad nią, nauczona kinematografią grozy, iż wówczas utrata równowagi... kończy się makabrą. Wykonując głęboki wydech, prawą dłonią, jako ostatnia: dotknęła wilgotnego, zbutwiałego wieka, ani na moment nie przestając trzymać się kraty. Sama nie wiedziała, czego się spodziewała, ponieważ wbrew jej spekulacjom:.. nie stało się cokolwiek nadzwyczajnego, pomimo wstrzymanego nerwowo w płucach oddechu. Przeciągle wypuszczając powietrze, cofnęła dłoń z powierzchni drewna, otwierając usta, aby poinformować o tym przyjaciółki. Niestety, uniemożliwił jej to krótki, metaliczny trzask, wybrzmiewający wibrującym pośród spowijającej ją czerni ciszy echem, w akompaniamencie mokrego chrupnięcia, od czego... zrobiło jej się ciemno przed oczami. Szok, jaki to spowodowało, postawił ją na równe nogi, chociaż... doskonale czuła, że aby się odwrócić... wbrew sobie: zupełnie nie ma siły, a jedynym, na co może się zdobyć, jest chwiejne stanie w miejscu, pośród narastających mdłości, gdy wirujący wokół niej świat, zdawał się pogrążać w ciemności, napawającej ją pogłębiającą się obojętnością.

 

- Yyy... co ona tam tak stoi?.. modli się, nie wiem:.. lunatykuje... tylko zasnęła?.. czy jak? - spytała rzeczowo Aśka, skupiając wzrok w ciemność - ponadto... co tak dziwnie jebło?: jak wtedy, tylko... jakby coś, kuźwa... rozpaprało się na asfalcie... nie?..

 

Te słowa spowodowały, że pozostałe dziewczyny utkwiły w niej nieme spojrzenia, machinalnie, niczym marionetki, przenosząc je na stojącą przy grobie, spowitą mrokiem Sylwię, uświadamiając sobie, iż każda z nich, słyszała to dostatecznie realnie, aby nie uznać za traumatyczne echo brzmiące jedynie w ich umysłach. Jako pierwsza, Ania podjęła niepewnym tonem:

 

- Ho... Holmes' owa... azymut na piekło... - co pozostało zupełnie bez odzewu, powodując serię kolejnych nawołań.

 

Wszystkie, zaczęły ją kolejno wołać, nie wiedząc kiedy: jedna przez drugą... aż zamilkły uciszone gestem dłoni Ani, aby mogły usłyszeć nieregularne, jakby stawiane w wybiórczych odstępach czasu, lekkie kroki, łamiące swoją delikatnością sporadyczne, suche gałązki na drodze, nierówno szurając, stawiane jakby nazbyt ciężko, po ubitej, porośniętej cmentarną trawą i chwastami ziemi. Każda z nich, skupiona, wpatrywała się w kierunek, z którego dochodziły ich uszu, przy czym Kamila zaczęła się zastanawiać: czemu, do jasnej cholery, tam jest tak ciemno, skoro wcześniej... blask ogniska oświetlał tamto miejsce, a ponadto... jak to możliwe, że... ona tam poszła w niespełna pół minuty, a po kilku minutach drogi powrotnej... zaszła tak daleko, jakby wlekła za sobą ten upiorny, kamienny krzyż... nawet już zaczęła na oślep chcieć zwrócić uwagę Aśki klepnięciem, aby ją o to zapytać, jednak... chociaż wierzch jej dłoni trafił akurat na sporą, usytuowaną koronkowym stanikiem w miejscu, pierś kuzynki, przestało to być koniecznym, ponieważ z mroku, stawiając powolne, nierówne, jakby uwiecznione poklatkowo kroki, chwiejnie wyłoniła się szczupła, wysoka sylwetka, a im bardziej się zbliżała, zostawiając za sobą nieregularnie nakapany ślad, tworzący sporadyczne, krwawe linie, tym bliższe krzyku były one wszystkie. Wykonując zaledwie trzy, rozsiane w obie strony kroki, nareszcie dane jej było stanąć w blasku płomieni, przy czym... każda z nich, wolałaby, aby uprzednio to ognisko zgasło, ponieważ oprócz bladości nie ustępującej Kostusze i podkrążonych oczu, nadających w blasku ognia jej niegdyś uroczej, uśmiechniętej buzi wyraz nie ustępujący pustym oczodołą ludzkiej czaszki... było o wiele gorzej. Musiała mieć tego jakąkolwiek świadomość, ponieważ zanim bezwładnie runęła do przodu, wyciągnęła w stronę przyjaciółek ociekającą krwią dłoń, z ziejącą raną, jak dostrzegły w panice: przebiegającą poziomo przez połowę jej śródręcza, zwieszając mały i serdeczny palec jako mętnożółte odłamki kości, tkwiące w poszarpanych mięśniach, pośród pasm przeciętej skóry. Sylwia, choć nie przytomna z powodu utraty krwi, nie słyszała przenikliwego akompaniamentu piskliwego krzyku jej przyjaciółek, niosącego się przez chłodną, sierpniową, nie dla wszystkich spokojną noc.

 

ROZDZIAŁ II

 

Płomień, choć kojąc blaskiem strach przed nieznanym w mroku, zdawał się nie tyle być bliskim sercu ciepłem, jak wręcz namacalnym uczuciem obecności, które, aby móc zaistnieć, było zmuszone trawić kolejne, nic nie znaczące aspekty codzienności. Chociaż, pozornie przejawiając tym uprzejmość, fakt ten pozwalał bardziej odczuć, że mimo wszystko, chyli się ona ku końcowi, a wraz z nią, jedyna możliwość dostrzeżenia w tym czegokolwiek. Co gorsze: nie wiedziały nawet, co to takiego, więc gdyby mogły się tym nie przejmować, zapewne tak właśnie byłoby. Niestety: jeżeli nawet, to zdecydowanie nie teraz. Sam doczesny fakt, skłonił każdą z nich do nie tyle walki z lękiem, jak zrobienia czegokolwiek: pomimo jego przenikliwej natarczywości. Czymkolwiek zatem było, w prymitywny sposób spajając w całość, możliwe, że pasujące do siebie strzępy, wraz z co większymi, mniej lub bardziej jednolitymi kawałkami: zdawało się tworzyć całość, uwiązaną pasmami garderoby ku kilku prostopadłym do sobie wzajemnie patykom, jako opatrunek, przesiąknięty krwią w takim stopniu, iż postanowił zatrzymać ją dla siebie, nie pozwalając ujrzeć światła płomieni, wydostając się na zewnątrz. Co zdawało im się zdumiewającym: z oczu Sylwii, choć skrytych pod powiekami, strugi łez, nieprzerwanie, postanowiły nie przestać dawać otuchy spierzchniętej, cmentarnej ziemi. Mogło jej to przynosić jakąkolwiek ulgę, owszem. A jeżeli tak było: okazywała to jedynie przechodzącym przez jej twarz grymasem bólu, któremu towarzyszyło ciche, bezwolne pojękiwanie. Zimna, blada cera, jakby złośliwie, nie pozwalała zapomnieć o powadze sytuacji. Pamięć ta, choć pragnąca zaznać świtu, obecnie: przejawiała się jako pukle rudych włosów, przytulonych łzami do wyraźnie zarysowanych kości policzkowych, a co będąc najbardziej bolesnym:.. nic ponadto.

 

Mrok przed jej oczami, zdawał się ustępować, a jako zaledwie cienista mgła, pozwolił jej na zrozumienie, że jedynie ból, jest w stanie trzymać ją przy życiu, utwierdzając w przekonaniu, iż uczucie ciężkiej duszności w klatce piersiowej, jakkolwiek tego nie zmieni. Co więcej: nie mogła ponadto, zasadniczo nic. W miarę odzyskiwania świadomości, rozumiała coraz bardziej, że właściwie:.. to chyba szpital. Mogło tak nie być, owszem. I gdyby metaliczne, przenikliwe uczucie zimna nie przylgnęło do całej powierzchni tyłu jej ciała, zapewne: żyłaby właśnie... tą świadomością. Usiłując ją zrozumieć, uznała, że palcami prawej dłoni, może poruszać normalnie, gdy jej lewe ramie, nie pozostając zbyt oddalone od jej wzroku, spoczywając na pobliskim, srebrnego blasku stoliku, było wyznaczoną skomplikowanym układem stelaży chirurgicznych plątaniną nierównych pasm tkanek, dających jej do zrozumienia dotkliwie kłującymi falami tępego, przenikliwego bólu, że kolejność ich wzajemnego zszycia ze sobą, nie może być przypadkową. Z tej odległości, zdziwiło ją, że tam, gdzie kości śródręcza powinny wieść ku opuszkom palców, w nie same: wpleciony był złoto błyszczący, na tyle gruby, aby go ujrzeć, zwyczajny drut. Przyjęła tą świadomość zaledwie jednym, bezsilnym szlochem szczerego przerażenia, rozumiejąc jednocześnie, że ciężkie uczucie duszności w jej klatce piersiowej, to nic innego, jak medyczne pasy bezpieczeństwa. Nie chciała tego rozumieć inaczej, jak strugami łez, spływającymi po wierzchu jej kości policzkowych, aby na wysokości uszu, przeradzać się w kolejne, mokre stuknięcia o metalową powierzchnię. Czując w ustach metaliczny smak, chciała zetrzeć go z powierzchni podniebienia językiem, czując jedynie obcy jej kształt, zupełnie to uniemożliwiający. Rzędy jej równych, białych zębów, zaczęły go rytmicznie przygryzać, jakby powołane ku temu drżącym przerażeniem, a choć zdawał się nieznacznie ustępować pod ich naporem, ponadto: pozostał niewzruszonym. Mimo wszystko, postanowiła się opanować, a w jej umyśle widniał obraz: postaci, stanowiącej mrok, jednak: o zgrozo:.. nie bezpodstawnie. Dziesięciocalowy, kolejowy gwóźdź, obracając się wokół własnej osi w czarnej materii, zawisł nad konstrukcją, stanowiącą jej lewe śródręcze. Na jej szczęście, jego przeszycie na wylot zardzewiałą stalą, nie okazało się dla niej bardziej potwornym, wobec uprzedniego wypadku. A zanim garść grubych kryształków soli kamiennej wysypując się na całokształt, dała jej odczuć, iż ból postanowił spalać ją żywcem, zdołała aż wyrwać z własnych płuc wrzask najszczerszego przerażenia, przesyconego cierpieniem: zdecydowanym, aby jej nie opuszczać.

 

Krzyknęły obie. Sylwia wtulając się kurczowo, z szeroko otwartymi przerażeniem oczami, w Aśkę, ona sama natomiast: jako wyraz zaskoczenia, że jej przyjaciółka, odzyskując przytomność, jednocześnie usiadła z pozycji leżącej, jak i przylgnęła do niej stanowczo, kurczowo obejmując, podczas wypłakiwania fali własnego przerażenia, mamrocząc przy tym niezrozumiale. Było to dla niej szokujące, zwłaszcza wówczas, gdy Sylwia odsuwając się od niej, możliwe, że nieświadomie, ściskała w zdrowej dłoni spory, zardzewiały, kuty gwóźdź, ponadto: nieznacznie otwierając usta w blasku ogniska, wypchnęła z nich językiem monetę, która bezwiednie szurnowszy o jej zęby, odbiła się bezwładnie od jej dekoltu, co spowodowało, że kakafonia krzyków, tym razem: wcale nie należała do którejkolwiek z nich obu. I dlatego, tylko je obie przeraziła świadomość, że pozostały same, podczas nie poddanej ich świadomości ucieczce, której, możliwe, że jedynie tylko z tego powodu: nie zaznały wspólnie.

 

ROZDZIAŁ III

 

Każdemu zdarza się odczuć, iż bywa zwyczajnie rozdartym. Z tego powodu, wszyscy, których dotknął takowy stan rzeczy, nie przeczą, iż skoro tak właśnie jest: każdorazowo okazuje się, co najmniej: równie bolesnym. Nie koniecznie jednak przejawia się uczuciem fizycznego rozdarcia, powodującym prześladowanie swędzeniem, na tyle uporczywym, by odczuwać je świadomością nicości: zwłaszcza w tym miejscu, którego obecnie: mianem przeszłości: dotyczy. Zrywając się na nogi, z tego powodu, postanowiła uspokoić przyjaciółkę, jednocześnie przyjmując do świadomości, że aby dotyczyło to wszystkich: musi jednocześnie pobiec w trzech różnych kierunkach, pozostając na miejscu. Jak na ironię, Aśka przypomniała sobie o niemal całkowicie rozładowanej bezmyślnością, baterii jej własnego telefonu. Chciałaby, żeby bardziej, niż ma to obecnie miejsce, przeraziła ją okoliczność widnienia dwóch kresek w skali pięciu, przy czym: uznała to za najmniejszy powód do zmartwień. Pośród nocy, niosącej oddalający się w różne strony, odgłos panicznie stawianych kroków, jej uszu, gdy one same ustały, zaczęły dobiegać także inne dźwięki, co przeraziło ją najbardziej: nie wszystkie będące bliskimi naturze wiejskiego, niezbyt sporej powierzchni, lasku. Chciała zdobyć się na odwagę, wystarczającą, aby zdecydować, czy ma zamiar przekonać się, co właściwie je powoduje. Zwłaszcza obecnie, gdy jedyną możliwością odciążenia jej umysłu, było zawieszanie spanikowanego wzroku na twarzy przyjaciółki, zdającej się momentami być usypianą odczuwanym bólem. Owszem, oprócz samej siebie: nie odpowiadała tutaj za kogokolwiek. Jednocześnie: nie chciała, aby z tego powodu, komukolwiek stała się krzywda. Czując drętwienie kolan, ułożyła półprzytomną Sylwię, zwróconą twarzą do ognia, na zapomnianej, cmentarnej ziemi, po czym sięgnęła po jedne z pozostałych, niezbyt grubych polan, pozwalając, aby ogień trawił je doszczętnie, podczas gdy pierwszy z jej kroków był nie tyle przemyślanym, co przesiąkniętym zdrowym rozsądkiem.

 

Zmierzała donikąd. Chcąc jedynie być jak najdalej. Od czego właściwie?: nie wiedziała zupełnie. A jeżeli nawet od samej siebie, dlatego: od własnego przerażenia, okazało się być to dla niej pozbawionym racji poświęcenia uwagi. Nie myślała o tym zupełnie. Nie zastanawiała się także, dlaczego właściwie, ból ponad kostkami obu nóg, popchnął ją z impetem na coś powodującego rozsiane pasmami, bratnie mu ogniska. Nie rozumiała, dlaczego czuje, iż unosi się nad ziemią. Wzdrygając się epileptycznie, dała upust własnej nieświadomości, otwierając oczy. Przerażenie, uderzyło jej umysł z impetem ciężarówki, ponieważ leżała na przeżartej erozją klatce, zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ponad mokrym, zbutwiałym drewnem trumny. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ją to szokuje, gdy zupełnie podświadomie, uniosła obolałą twarz, usiłując znaleźć punkt podparcia dla dłoni. Górujący ponad nią obelisk, obejmując swymi ramionami całe jej pole widzenia, zdawał się być kwintesencją spowijającego ją mroku. Zapierając się obiema rękoma, zwiesiła głowę, chwytając kurczowo przeżarte rdzą sztaby, dając sobie moment na zebranie sił, pozwalających jej unieść, w ten sposób, obolały tułów. Czuła, iż ramiona, jak i reszte jej ciała, wstrząsa uporczywe drżenie wysiłku. Chiała dodać sobie odwagi, postanawiając nie otwierać oczu, oby utkwić spojrzenie w wieku, dzielącym ją od cmentarza. Nie chciała myśleć, jakich właściwie doznała urazów, a jedynym, czego miała świadomość, był bolesny nimi fakt, że gdyby tak mogło nie być: nie czułaby czegokolwiek. Wykonując kilka szybkich wdechów, mocniej zacisnęła na tkwiącej w ziemi sztabie nie skaleczoną dłoń, niechętnie puszczając ją drugą, usiłując w mroku odszukać dla niej oparcie, jednocześnie przesuwając się niezdarnie w dół. Mogło to nawet okazać się skutecznym, a zanim doświadczyła tej skuteczności, poczuła na plecach uderzenie, o tyle dziwne, iż łudząco pozbawione cielesnej doczesności, a mimo tego, na tyle silne, aby cisnąć jej ciało z głuchym impetem metalicznego łupnięcia, wyciskającego oddech z jej płuc, powrotnie na żelazną konstrukcje, dzielącą ją od wiecznego odpoczynku.

 

Ból starł sen z jej powiek. Kamila czuła, iż jest przytomna, ponieważ zaciskając szpony na karku i policzku nie pozwalał jej uznać inaczej. Nieznacznie poruszając ramionami, zauważyła, że nie może zrobić czegokolwiek więcej. Czując bolesny ucisk pod lewym oczodołem, zaraz pod okiem, zrozumiawszy własną bezsilność, wzniosła bezsilnie wzrok. Oprócz odcieni czerni, zdawało się jej, iż dostrzega na jej tle, nieco jaśniejszy, paraboliczny kształt, którego, jak nawet sztab pod sobą, nie była w stanie dosięgnąć. Przez zamglony wzrok, zdała sobie sprawę, że w umyśle słyszy jazgot, co odczuwa realnie, jako sporadyczne drgnięcia powierzchni, która obecnie ją utrzymywała. Nie rozumiała tego zupełnie, pomimo, iż była przekonana, że powtarza się. Nie uznała tego za istotne. Nie mogła przecież wiedzieć, że ciężki, rzeźbiony w kamieniu obelisk ponad nią, w ten sposób oznajmia, iż dostojnie się ku niej pochyla, zanim nonszalancko postanowił utulić obejmującymi świat ramionami, jej nieświadomą tego potylice. Tylko dlatego nie odczuła, że kamienny krzyż, własnym impetem oparł się na ostro złamanym końcu żelaznej sztaby, niczym igła gramofonu na winylowej płycie, groteskowo przeszywającej kość policzkową Kamili, żeby dać mu ku temu okazję, zdobioną purpurowymi szarfami, bezwiednie spływającymi po butwiejącej płaszczyźnie.

 

Cisza zapadła niespodziewanie: szybko. Jedynym, co odważyło się w tym przeszkadzać, było metaliczne kliknięcie. Cichy, urwany brzęk, dzięki któremu niezbyt cienki, srebrny łańcuch, zsunął się pospiesznie z masywnego, kamiennie zimnego ramienia, pozwalając sobie na miłe lądowanie w bezwładnie wspartej o żelazo dłoni Kamili, co mogłoby ją ucieszyć... gdyby obecnie: dane jej było żyć, nawet pośród krzepnącej kałuży jej własnej krwi.

 

Czuła, iż na jej plecy, runęła cała doczesna rzeczywistość. Dlatego się obudziła, ponadto: nie czując gruntu pod stopami. Właściwie: oprócz tępego, rozdzierającego bólu kończyn, nie czuła właściwie nic. Przyjmując to do świadomości, pozwoliła, aby przerażenie uniosło jej powieki. Oprócz płomienia, tańczącego blaskiem w spowijającym ją mroku, czuła przenikliwe uczucie gorąca, jakby została powoli podsmażana, ziejącym z czeluści piekielnej skwarem. Nie on jednak wydawał z siebie bulgotliwe, wzbudzające odrazę odgłosy. Tłuste bąble, mlaszcząc rytmicznie, pękały niewiele dalej pod nią. Usiłując się od nich odsunąć, zrozumiała, że nie jest to możliwe, z powodu nierównych kajdan, utrzymujących przy jej nadgarstkach i kostkach łańcuchy. Szamocząc się szaleńczo, w próbie ich ściągnięcia, zrozumiała, że jeśli tego dokona: zwyczajnie wpadnie do wrzącej, bulgoczącej pod nią mazi. Na samą myśl o tym, uspokoiła się niespodziewanie, przestając kończynami wykonywać jakiekolwiek ruchy, aby temu zapobiec. Przyniosło to zamierzony efekt. Do momentu, gdy jej umysł, zanim przyjął do świadomości zmianę położenia, przeszył jej ciało zlewającymi się ze sobą dźgnięciami żrącego jej układ nerwowy bólu, w akompaniamencie głośnego plusku. Nie miała czasu, aby zrozumieć, że spore, wypełnione płynem bąble na jej skórze, zanim zaczęła ona dlatego odpadać wraz z tkanką mięśniową, powoduje obecne gotowanie jej ciała żywcem: we wrzącym, ludzkim tłuszczu, nie tylko wytapianym w ten sposób z niej samej, barwiąc się na coraz bardziej nasyconą, szkarłatną barwę. Niedługo później: nie czuła już nic, kojona obojętnością, tulącą ją pośród gęstniejącego mroku.

 

Usiłowała zdusić dłońmi łkający na jej twarzy żal, wsparty na ramieniu przerażenia, co powodowało nierówne drżenie snopu światła latarki telefonu. Już zdążyła doskonale to pojąć. Nie chciała jednak, aby stało się jej bliskie, nawet na moment. Tylko dlatego podeszła kolejny krok, wyciągając drżącą dłoń w kierunku bezwładnego ciała jej zmarłej kuzynki. Odetchnęła głęboko, dodając sobie otuchy, podczas zbierania się na odwagę, po czym szybkim gestem ujęła w palce spoczywający w zakrwawionej dłoni stygnących zwłok, srebrny łańcuch, aby upychając zdobycz w kieszeni bluzy, odwracając się odejść.

 

ROZDZIAŁ IV

 

Blask płonącego za nią ogniska pozwalał, aby podczas biegu, mogła nie potknąć się o wrośnięty w ziemię odłam kamienia, zdający się chcieć zniweczyć jej dalszą ucieczkę. Zwinnym susem postawiła na nim jedną z luźno zawiązanych trampek, aby balansując na jego nierównej powierzchni, móc zeskoczyć z drugiej strony, co wydało jej się przerażającym: w litą czeluść nie przeniknionego mroku. Nie miała czasu, aby rozważyć, co może ją tam czekać, a gdy zrozumiała, że warto było o tym pomyśleć, zmierzała właśnie w tę stronę, zarówno bezpowrotnie, jak szczerze nie chcąc, aby było jakkolwiek inaczej. Gdy zrozumiała, że znajduje się w powietrzu nienaturalnie długo ponad niespełna sekundę, z wyrazem przerażonego zdziwienia na twarzy, spojrzała w dół, zdając sobie sprawę, iż spadanie z wysokości kilku metrów w odmęty niewiadomego, wcale nie jest jednym ze zwyczajnych kroków. Ku jej zdziwieniu, od opuszków palców stóp, aż do bioder, nie poczuła, pomimo wstrząsającego nią impetu kontaktu z empiryczną materią, jakichkolwiek objawów złamań. Być może dlatego, że od miednicy, aż pod klatkę piersiową, uderzyło ją przeraźliwie rozdzierające uczucie, które po kilku sekundach, naprzemiennie powodując mdłości z początkowymi objawami utraty przytomności, spowodowało, iż zaczęła bezwiednie przebierać w powietrzu nogami, jakby chcąc którymkolwiek z kolejnych kopnięć nieistnienia, oddalić od siebie własną mękę. Czując nie znane jej łaskotanie, jakby dotyk czegoś jednocześnie mokrego, jak stygnącego z własnego ciepła, mimowolnie dotknęła wewnętrznej powierzchni swojego smukłego uda, czując, iż roztarła na nim coś... lepkiego, jednak... nie odrazu sprawiającego takowe wrażenie. Pomimo, iż każdy ruch powodował kolejne fale bólu, eksplodujące między jej pępkiem a klatką piersiową, zbliżyła dłoń do oczu, skupiając na niej wzrok w ciemności. Jedynym, co dostrzegła, okazało się być... że jest jakby ciemniejsza, w porównaniu z jej nadgarstkiem. Nic ponadto. Wykonując serię szybkich wdechów, postanowiła objąć ramionami epicentrum odbierającego jej zmysły bólu, zdającego się wypełniać jej płaski brzuch. Już jednak lekki dotyk wystarczył, aby cofnęła ramiona, niczym ptak chcący wzbić się do lotu. Przez własne ciało, poczuła wewnątrz niego nienaturalną twardość, zupełnie, jakby miała zaszytą w nim puszkę farby w aerozolu. Każdy, nawet najlżejszy dotyk tego miejsca powodował tak zniewalające ukłucie bólu, iż wolała bezwiednie być zawieszona go odczuwając w powietrzu, zamiast pogłębiać, dociekliwie ustalając jego przyczynę. Czując, że mdłości przybrały na sile, zamknęła oczy, pozwalając, aby świat wirował w jej cierpiącym umyśle. Uznała, iż to pomocne: czując, że pomimo tkwiącego w jej wnętrzu niewiadomego bytu, całe jej ciało obraca się na nim, gdy on sam, rozdzierając jej wnętrze, krótkimi szarpnięciami, sprawia wrażenie zagłębiającego się w nią coraz bardziej, powodując kolejną falę niewyobrażalnych katuszy. Z czasem, stało się to dla niej niemiłym, jednak... groteskowo normalnym. Nawet wówczas, gdy przy kolejnym z szarpnięć, z jej ust chlusnęła krew, zalewając jej brodę, aby swobodnie ściekać po szyi i dekolcie, przez brzuch, aż po owym wybrzuszeniu, skąd po jej biodrach, spontanicznymi strużkami uzyskiwała możliwość wsiąkania aż w jej zwisające bezsilnie w powietrzu trampki. Mimo neurotycznego cierpienia, uśmiechnęła się złowieszczo, pozwalając, aby mrok gęstniał na jej twarzy. Nie rozumiała tego uczucia. Nawet wówczas, gdy zacisnęło cieniste szpony na jej uroczej buzi, brutalnym gestem posyłając w kierunku gruntu jej zerwane ciało: wraz ze sporym odłamem grubej, wyschniętej gałęzi, tkwiącym w jego wnętrzu, od momentu, gdy zbliżył się do jej serca, impetem upadku. Na własne nieszczęście, o ziemię, uderzyła najpierw biodrami. Ku jej zdziwieniu, ból uszedł z niej punktowo, gdzieś ponad pępkiem, zalewając jej wzrok ciemnością. Gdy kolejno po nich runęły jej plecy i tył głowy, nie mogła już zacząć krzyczeć. Nawet na widok zakrwawionego kawału drewna, niewzruszenie sterczącego z jej brzucha, podczas, gdy razem z krwią, nieświadoma czegokolwiek, traciła życie.

 

Aśka nie miała sił na cokolwiek, a była zmuszona wrzucić ostatnie polana w czeluść płomieni. Czuła, iż nawet to ją przerasta. Jak na ironię, zapłakanymi oczyma objęła śpiącą Sylwię, która poduszką, mianowała jej plecak. Postanowiła dać jej spokój. To nawet lepiej, że spała, i nie jest dziwnym, że ściskany przez nią w dłoni zardzewiały, kuty gwóźdź, pozwolił jej poczuć się na tyle bezpieczną, iż zdołała zasnąć. Sama, była wycieńczona. Nie tyle fizycznie, co skatowana psychika zaczęła płatać jej figle, nakazując szeptem, aby podniosła z ziemi zczerniałą, oklejoną drobnym piaskiem monetę. Kolejny z szepczących w jej umyśle głosów, wskazał jej kierunek, wyznaczony majaczącym w łunie kształtem przywodzącym na myśl połamaną skorupę żółwia. Nakazywał, aby tam poszła. Jednak za moment. Nie teraz, gdy opierając o własne udo prymitywnie owiniętą dłoń przyjaciółki, usiłowała poluźnić węzły kolejnych pasów tkaniny, tworzących prowizoryczny opatrunek: na tyle szpetny, iż uniemożliwił jej wejście z nim do Zaświatów. Ku jej zdziwieniu, nie zdążył on zaschnąć, przylegając boleśnie do rany, a im bardziej go odwijała, tym większym przerażeniem napawała ją własna, skonsternowana dociekliwość. Oprócz usztywnienia patykami, nie mogły zrobić nic więcej... a przecież: dłoń jej przyjaciółki, była obecnie pozszywana, przesiąkniętą krwią dratwą. Uznała, że nie jest w stanie tego zrozumieć, kolejno wyciągając z kieszeni bluzy telefon, dość gruby, srebrny łańcuch, jak zauważyła: posiadający równie masywną, owalną przywieszkę, a także zczerniałą, srebrną monetę: układając je na boku śpiącej Sylwii. Niestety, aby zdjąć bluzkę, z której postanowiła zrobić bandaże, musiała najpierw ściągnąć bluzę, co orzeźwiło ją kojącym uczuciem chłodu. Poprawiając pokaźny biust w staniku, wzdrygnęła się, ubierając ją z powrotem, sięgając po telefon, jak i pozostałe przedmioty, była przeświadczona, że ich miejsce, jest właściwie... tylko w jej kieszeni.

 

Tępe odczucie impetu na jej policzku, zaczęło ścierać z jej oczu sen. Jakby nie lubiąc czekać, zagościło także z przeciwległej strony. Powieki Ani, choć ospale, zaczęły brnąć ku górze, pozwalając jej zielonym oczom ujrzeć nic innego, jak przerażający ją obraz. Nie wiedziała dlaczego, jednak siedziała obecnie na przeciwko ogromnego, czarnego zwierciadła, które poza jej własnym odbiciem: przykutej żelaznymi obręczami kajdan do podłokietników wysokiego, rzeźbionego w czarnym hebanie krzesła, szamoczącej się bezradnie na jego siedzisku, podczas bezowocnych prób uzyskania wolności. Właściwie, pod pośladkami, czuła zaledwie jedną, niezbyt szeroką sztachetę, a mimo wszystko, nie była w stanie się uwolnić. Jedynym, co mogła zrobić, było gorączkowe wierzganie bosymi stopami w otaczającym ją mroku. Nic ponadto. Jedynym, co wyłoniło się z niego, była... właściwie: kula, o średnicy nie wykraczającej poza cztery palce, jednak... nie to było w niej dziwnym. Ów przedmiot zdawał się bowiem stanowić całość wraz z błyszczącym metalicznie prętem, na którym wisiał niewzruszenie, trzymany przez mroczną czeluść. Spodziewając się nieuniknionego uderzenia, przestała odrywać stopy od miejsca, gdzie powinno znajdować się podłoże, jednocześnie: zupełnie nie odczuwając jego obecności, ze wzrokiem utkwionym w owej kuli, aż wydało jej się, że jej powierzchnia, zaczęła zmieniać barwę. Najpierw na ciemną purpurę, której ogniska zlewając się, zaczęły jaśnieć aż w pomarańcz. Zjawisko to, owszem: było dla niej zadziwiającym, jednak szybko je zrozumiała, czując na twarzy rosnącą temperaturę, której źródłem, bez wątpienia: była rozpalająca się nieznaną siłą, utkwiona na pręcie, żelazna kula przed nią. W jakim celu?: nie miała pojęcia. Jej lewe kolano podskoczyło nagle, gdy niespodziewanie poczuła gęstniejącą wokół jej kostki materię. Nie zdążyła nawet spojrzeć, co spowodowało takowe uczucie, jako owijający się wokół jej kostki chłód, gdy jej noga została podniesiona ku górze z taką energią, że jej biodra zawisły centymetr ponad sztachetą siedziska. Szok spowodowany tym zajściem, zaczął ustępować rwącym bólem od pachwiny, przez miednicę, aż do lędźwi. Pośród kolejnych, płytkich oddechów, chciała zrozumieć z tego cokolwiek, co się z nią dzieje?: po co to wszystko... miała nawet kilkadziesiąt sekund, aby się nad tym zastanowić. Zrozumiała to dopiero wówczas, gdy poczuła żar, zbliżający się do wejścia jej pochwy. Nie zdążyła nawet pomyśleć o proteście, gdy zasyczał w zetknięciu z jej łonem. Wydając z siebie przeciągły, przeraźliwy wrzask, uznała, że to już koniec. Najgorsze: ma już za sobą... jednak, nie było tak. Ponieważ paraboliczny nacisk żaru na jej łonie, nie stygnąc, napierał mocniej, aż cierpienia przysparzała jej coraz większa powierzchnia, nieznacznie się przy tym obracając, pośród jej kolejnych krzyków, tak gęstych, że zdawały się zlewać w jedną, nieregularną całość, podczas gdy czuła, jakby wnętrze jej brzucha, wraz z całym podbrzuszem, palił żrący kwas. Nie rozróżniała już poszczególnych aspektów własnej gehenny. Tak bardzo, że odkasłując ściskający jej płuca bezdech, odważyła się spojrzeć w dół. Gdy jej umysł zrozumiał, że jej macicę wypełnia rozżarzone, kuliste żelazo, pchając się ku górze, aż objawia nad jej pępkiem wybrzuszony krwiak, krzyknęła najbardziej przeraźliwie, z głębi duszy, jak była w stanie się na to zdobyć. Zupełnie podstawnie, ponieważ pchana mrokiem kula, rozrywając jej brzuch, uderzyła w jej rozwarte krzykiem usta, wybijając zęby, podczas wyłamywania dolnej szczęki, zagłębiając się w jej gardle. Oprócz impetu, Ania zdążyła jeszcze odczuć, iż jej wnętrze płonie, a mimo, że w akompaniamencie poskwierkiwania, z jej nozdrzy uniosły się cienkie smużki gęstych, mętnoszarych par... nie mogła już o tym wiedzieć, jak o fakcie bicia jej własnego serca.

 

Aśka patrzyła na nią z góry. Nawet nikłe światło wystarczyło, aby widok niezmiernie rudych włosów, rozwiał w niej jakiekolwiek złudzenia. Nie chcąc podzielić jej losu, skierowała snop światła na zapomniany głaz, dzielący ją od skraju kilkumetrowego urwiska, dno którego porastały wyschnięte, młode drzewa, jakby sama natura postanowiła odebrać im życie. Odetchnęła z ulgą, gdy na przerośniętej w pęknięciach mchem, powierzchni głazu, dostrzegła srebrny kolczyk z osadzonym w nim bursztynem, wyeksponowany na zczerniałym, okrągłym kształcie. Sięgając po niego, zaczęła się nienawidzić. Czując jednak w dłoni nikłe zimno ciężaru kilkudziesięciu gramów srebra, bezwiednie wyzbyła się go, pozwalając mu upaść ze stłumionym brzękiem, w kieszeni jej bluzy, po czym, wybuchając niekontrolowanym szlochem... ruszyła w drogę powrotną.

 

ROZDZIAŁ V

 

Żaneta, od najmłodszych lat, nienawidziła pośpiechu, a ten zakamarek jej osobowości, był z nią w takim stopniu nie rozłącznym jak brak chęci wyzbycia się siebie samej. Owszem. Dała się ponieść impulsowi, dlatego na widok twarzy Sylwii, zwyczajnie spanikowała, jak zresztą każda z nich. Uznała, że nie tyle z powodu strachu przed nią samą, a wizerunkiem, który w niej dostrzegły. Nie kwestionowanie, jeżeli nie piękną: była zwyczajnie przeciętną dwudziestolatką. Jednak... czy przeciętnym jest całkowity zanik źrenic i zmętnienie tęczówek, nadające spojrzeniu ilustrację aparycji Zaświatów: jeżeli nawet poza nimi, to na tyle rzeczywistą, iż nawet kwitnąca róża w dłoni, a co dopiero kawał żelastwa, skłaniają tym widokiem do biegu w nieznane, celem ratowania własnego życia. Tak właśnie zrobiła, jednak: zaledwie przekraczając mrok wsparty pionowo linią drzew, uznała to za zbyt karkołomny przejaw, aby widzieć w nim ratunek, pomimo tego, co dane było jej zobaczyć uprzednio. Możliwe nawet, że tylko dlatego jeszcze żyła, co dotarło do niej przechodzącym ją dreszczem, powodującym, iż zwolna zmierzając w stronę, jak sądziła: ubitej kołami maszyn rolniczych drogi, zaczęła poluźniać supeł, spinający kraciastą koszulę na jej brzuchu. Sporadycznie podnosząc wzrok przed siebie, czuła, iż nie tyle zmierza, co błądzi, pośród jaśniejszych pasm ciemności. Mając okazję o tym nie myśleć, usiłowała rozwiązać nieustępliwy węzeł, tak prosty jak zechciał być niepowtarzalny własnym rozwiązaniem, zwłaszcza pod okolicznościowym wyborem, niekorzystnym jak niniejszy. Po kilku kolejnych krokach, wyraził on jednak kapitulację, pozwalając otulić jej się ramionami, rozcierając je, aby choć trochę dodać sobie sił. Właściwie, przyłapała się na notorycznym spoglądaniu obok, czując, że ktoś ma jej cokolwiek ważnego do przekazania, przy czym, zawsze, gdy nieświadomie z tego powodu spojrzała w którąkolwiek ze stron: tam nie było kogokolwiek. Co wydało jej się najdziwniejszym, uczucie to pojawiało się sporadycznie, po czym opuszczało ją: wraz z uczuciem obecności, nie mającej miejsca. Czuła się dokładnie tak, jakby spotkała kogoś jej znajomego, kto zamiast ją powitać, minowszy bez słowa, zupełnie o niej zapomniał. Jak obecnie, co szczerze ją zirytowało. Miała tego dość. W każdej sekundzie coraz bardziej, dlatego postanowiła się nie odwracać, a ponadto: zwyczajnie stanąć w miejscu. Nasłuchiwanie kroków, jakichkolwiek odgłosów ruchu, czegokolwiek nie przyniosło. Absolutnie nic. Z wyjątkiem rażącego uczucia czyjejś obecności za jej plecami, tak realnej, że zdawało jej się, że czuje oddech mroku na własnym karku.

 

- Taki chuj... już zobacz, jak przed tobą uciekam, bo sama sobie wmawiam, że muszę... - syknęła przez ściśnięte zęby Żaneta.

 

Szczerze nie oczekiwała jakiejkolwiek odpowiedzi. Co zresztą, przez kilkanaście, zdających jej się trwać nienaturalnie długo sekund, było w pełni uzasadnionym. Nie jednak wówczas, gdy łomoczące szaleńczo serce, chciało się wyrwać z jej klatki piersiowej, gdy za plecami usłyszała cichy, oschły chichot, zdający się dobiegać zewsząd jednocześnie, choć chcąc go usłyszeć na prawdę: rozchodził się on echem jedynie w jej umyśle, powodując mimowolne drżenie jej dłoni, wraz z odczuwalnie gęstniejącą atmosferą, jakby to coś, czymkolwiek było: doskonale o tym wiedziało. Tak na prawdę. Była śmiertelnie przerażona. Tak bardzo, iż tłumiąc we własnej świadomości neurotykę tegoż uczucia, dała jej upust dopiero wówczas, gdy chichot za jej plecami wybrzmiewając powtórnie, szepnął jej do ucha tym samym, oschłym tonem:

 

- Wiiiooo...

 

Po czym zupełnie empirycznie odczuła, pomimo braku czyjejkolwiek obecności, iż na jej niewielkim, krągłym pośladku, bezosobowym klepnięciem zaciska się nieludzko szponiasta dłoń. To wystarczyło. Ruszyła biegiem na oślep, naprzemiennie spoglądając za siebie, często jednocześnie lawirując między spękanymi, niemo tkwiącymi drzewami, których bezczelne konary nie szczędziły wymierzania szyderczych razów jej twarzy. Nie chciała upaść, pogrążając się w mrocznej nicości. Postanowiła dlatego sprawdzić, czy jest jakikolwiek powód, aby przed czymkolwiek uciekać, jednak nie chcąc stać się tego ofiarą, gdyby tak było, dlatego... zupełnie nie zwalniając. Uznała, że za kilka kroków może się zatrzymać, jednak, zdecydowanie wcześniej, odczuła przesuwający się jednocześnie po jej klatce piersiowej i plecach ucisk, równolegle klinujący bolesnymi, tępo pulsującymi pasmami jej prawy policzek wraz z tyłem głowy w czymkolwiek, co pozwoliło jej jedynie na wymachiwanie ręką przed sobą, gdzie drugiej, nie była w stanie umieścić, jakby ciemność uznała, iż koślawa oś symetrii jej ciała, jest wyznacznikiem przemierzania docześnie ziemskiego padołu. Jej oddech, wciśnięty do wewnątrz gorączkowo pracujących płuc, sprawiał, iż czując nieprzeciętną, jakby balonowatą lekkość, postanowiła się uspokoić. Zwłaszcza, gdy spostrzegła, jak wcześniej przelotnie zauważyła, że cokolwiek, z wyjątkiem paniki, zupełnie jej nie zagraża. Zaznając przebłysku spokoju, uznała za słuszne sprawdzić, co właściwie ją unieruchomiło, a wytężając wzrok w ciemności, mogła tego dokonać jedynie namacalnie, po krótkim namyśle rozumiejąc, że... obecnie: wbiegła w przęsło ogrodzenia z takim impetem, iż utknęła w nim, zaklinowując się na dobre. Jedyną możliwością, na jaką wpadła, było mozolne przeciskanie się między kutymi w żelazie sztachetami, których najprawdopodobniej ozdobny ornament, pogłębiał boleśnie jej klaustrofobiczną świadomość własnego położenia, gdzie jedynym punktem przyłożenia jakiejkolwiek siły, okazało się kurczowe wyciąganie ramienia w mrok. Nie działało zupełnie. Mimo ciągłych niepowodzeń, postanowiła spróbować po raz ostatni, zdziwiona, że tym razem: jej ramię uzyskało tak stabilny punkt oparcie, że bez względu na własną wolę, nie była go w stanie cofnąć.

 

- Co do chu... - rozpoczęła szeptem.

 

Ostatni w jej życiu wulgaryzm nie miał jednak okazji paść na całą niewiedzę świata doczesnego, gdy jej ramie, szarpnięte z niewyobrażalną siłą, przeciągnęło ją na stronę wolności, kiedy towarzyszące mu zgniecenie jej czaszki, spowodowało chlust krwi z jej nosa i ust, co jeszcze zrozumiała, wraz z zalewającym ją żarem bólu uczuciem, które wraz z koszulą i jeansami, zerwało skórę z przodu i tyłu jej ciała. Żebra łamiąc się, przebiły zarówno jej płuca, jak i pozostałe narządy wewnętrzne, miejscami pozostając widoczne, w plamach równo startej tkanki mięśniowej, ostatkiem jej sił, poruszając się rytmicznie, gdy krztuszona własną krwią, otrzymała od śmierci kilka ostatnich oddechów. Upadając zwróciła się bezwładnie w stronę cmentarnego ogrodzenia, z głuchym impetem tuląc śródleśną ściółkę, dlatego ostatnim, co zobaczyła, była jej aksamitnie delikatna skóra, niknąca w mroku, zupełnie tak samo, jak jej własne życie, stanowiąc wyrwany z kontekstu jej samej, nie należący do niej, zwyczajny strzęp tkanki. Niestety. Jak ona sama. I na własne szczęście: umarła. Zanim zaczęła o tym myśleć.

 

Aśka słyszała ich doskonale. Kazali jej przecież zatrzymać się. Dlatego włączyła latarkę telefonu, której blask, sprzeciwiając się ciemności, tym razem, nie pozwolił jej podejść bliżej, niż wyznaczyła to granica przęsła, zdobiona stygnącym szkarłatem, jakby ktoś został powierzony przewiezieniu przez Styks, podczas próby jej odnowienia. Nazbyt wyraźnie ujrzała, kim był... zwlekając wzrok ze zgniecionych, odartych ze skóry zwłok, dostrzegła na ułożonym z ciosanych kamieni i zaprawy fundamencie ogrodzenia, leżący w rozpryśniętej ku jej stronie kałuży krwi, z tego powodu, sprawiający wrażenie zwyczajnego skrzepu, przedmiot. Dopiero, gdy przyglądając mu się pozbawiona emocji od niespełna minuty, rozpoznała w nim zdobioną, srebrną bransoletkę, z obrzydzeniem po nią sięgnęła. Zarówno to tej brei, truchła... jak i samej siebie. Do czego zdążyła już przywyknąć, jak do kolejnych udań się w drogę powrotną. Co napełniało ją zgrozą... niestety: jednej nocy.

 

ROZDZIAŁ VI

 

Śniło jej się, że spada. Jak na ironię, nie dane jej było zaznać kresu, rozpryskującego jej ciało na dnie spokoju. Jeżeli nawet wcale tak nie było, usilnie postanowiła nie brać tego pod uwagę, dając się ponieść przemijającej w umyśle czerni. Gdyby mogła dokonać czegokolwiek więcej, możliwe, że postąpiłaby inaczej. Jednak, tak właśnie było. Czym właściwie? Nie zdążyła pojąć. Powracająca świadomość, napełniła jej płuca w tak pokaźnej objętości, że właściwie... chwyciła je w szpony, kolejnym uczuciem pozbawionego woli bezdechu. Nie rozumiała, dlaczego nie ma to dla niej znaczenia, chcąc odwrócić wzrok od otaczających ją zewsząd ścian. Było to możliwe jedynie, przez mistyczne spojrzenie w nieboskłon, który, ku jej zdziwieniu: jako sklepienie, stanowiło litą ścianę płomieni, tańczących w racjonalnie niemożliwej ku temu płaszczyźnie. Wywarło to na Żanecie wrażenie, mimowolnie nakazujące utkwienie zmrożonego przerażeniem wzroku tam, gdzie miała nadzieję, iż znalazła oparcie dla stóp. Owszem. Stała niezaprzeczalnie stabilnie, jak spostrzegła: pośród ubitych odłamków zmąconych piaskowymi odcieniami minionych wieków, kości. Czy ludzkich? Chciała to zrozumieć, nie mogąc przestać kontemplować ich ostro zszarganych, parabolicznych osobliwości. Co jednak było tylko pretekstem, do usilnych prób utrzymania równowagi, gdy odczuła, że wszystko zaczyna, coraz bardziej, bujać się, niczym seledynowa morska toń, przechodząc w czerniejący granat, chcąca zdobić własne dno, jednym z wielu wraków smutnej, ledwo skleconej łajby. Dzieląca ją od ścian odległość powodowała, iż jedynym, czym mogła zadbać o własny ratunek, było niezdarne stawianie kroków, równoważących bieżące odchyły rzeczywistości. Jeżeli Taniec Umarłych może ich nie dotyczyć: tak właśnie mogło sprawić wrażenie, do momentu, gdy tracąc równowagę, upadła na kolano, niczym zawodowa modelka, pod którą zarwał się cienki obcas delikatnego obuwia. Przerosło to jej oczekiwania, umieszczając garść ostrych odłamów pod jej skórą, co jeszcze pogłębiło tarcie jej ciała, uniemożliwiające jej odzyskanie równowagi, kolejnym bezlitosnym wahaniem. Zanim poczuła, iż bezwładnie przewaliła się na przeciwległą stronę, od jej lewego kolana, aż po kostkę, odarte ze skóry mięśnie, ulegały takiej samej destrukcji, jak zdobiący je uprzednio aksamit. Po drugim lądowaniu z mokrym uczuciem zdających się trwać nieskończenie szarpnięć, przestała je liczyć zupełnie. Może nawet w momencie, gdy odczuła, iż cierpienie... nie zechce jej opuścić: wtulając w swą pozbawioną uczuć, wydającą się nienaturalnie twardą, głębię. Nie obchodziło jej już, ile właściwie jej, stanowi obecnie nią samą. Jak się spodziewała, może oby więcej, niż jej się wydawało. Przy wielu z kolejnych upadków, przed oczami migały jej przecież coraz bardziej skąpane w szkarłacie strzępy... i modliła się, podczas przerywników uderzających jej zębami o siebie, przy każdym z kolejnych łupnięć, aby... to już nie była ona. Wówczas wszystko ustało. Usiłowała oddychać, jęcząc bezumysłowo w bolesnej agonii. Przestała czuć siebie, a jedyne, dlaczego o tym wiedziała, płonęło w jej przerażonym spojrzeniu. Nawet, gdy ten nieznany jej twór stanowczo zamarł, pokracznie przedrzeźniając geometrię, pod kątem pozwalającym na nic więcej, jak odsłonięcie szkieletu, zdobiąc go nierówno ciętymi, niczym przez poddanego działaniu psychozy, nadpobudliwego chirurga, najrozmaitszymi, wlokącymi się za nim bezwiednie, kształtami. Zamknęła oczy, czując, iż krajanka jej ciała uzyskuje lekkość, powodującą podświadome uczucie nieustannie płynącego nacisku. Na swoje szczęście, tylko do momentu, gdy zetknęła się morderczym impetem ze ścianą ognia, witającą serdecznie... namiętnością zgniecenia jej czaszki, z głuchym, donośnym chrupnięciem. Pozwoliła zatem odejść własnej świadomości, bez układania na beżowo purpurowej, miękkiej poduszce: stanowiącej do niedawna mózg, spoczywający w jej dziewczęcej główce, co napawa żałością, niestety: z nią samą, jako żarliwie połączona breja, jak na złość: posiadająca do niedawna uczucia.

 

Tylko godzina... to niby nie długo, jednak: nie to ją przerażało. Miała zaledwie godzinę, aby zrozumieć, jak właściwie stąd odejść, gdy nadejdzie ku temu czas. Już niedługo. Nawet ogień to rozumiał, przygasając, jakby odchodził w dal, nie chcąc inaczej. Nie czuła chłodu, a złapała się na uporczywym postukiwaniu rzędami równych, schludnie białych, zgrabnych zębów. Utkwiwszy potulny katatonią wzrok na śpiącej u jej stóp Sylwii, walczyła ze sobą, aby nie puścić się biegiem przez mroczną, szczerze przerażającą ją gęstwinę. Rozumiała, że byłoby to ostatnim, czego dokonałaby w życiu, nie tylko swoim, ale jeszcze skutego nieświadomością, przydzianego w nasyconą, miedzianą barwę, umysłu. Czym to jest?.. Czego chce?.. Te pytania zawsze śmieszyły ją w filmach. Aż do teraz. Bo gdy zdecydowanie przestały, wraz z maską naiwności, uśmiechniętą rzucaniem w siebie wzajemnie popcornem, zdarły z jej twarzy dawny zdrowy, pozbawiony znaków choroby psychicznej, wyraz. Obecnie: to już nie ona. A jednak musi zrobić coś, czego jako dawna osoba, zupełnie sobie nie wyobrażała, a mimo wszystko: okazało się być jej życiem. Także w momencie zastanowienia nad nim, gdy poczuła kłujące, brutalne uderzenie bolesnego punktu na swojej lewej piersi, powodujące, iż świat przed jej oczyma, zaczął mdło ciemnieć. Każde uderzenie serca, napawało ją wybuchającym w jej klatce piersiowej bólem, powodując odejście sił, stanowiące bezwładne zwieszenie jej ramion, nie pytające tym o zgodę jej woli. Nawet wówczas, gdy drobna, delikatna dłoń ujęła jej kark. Żyła jeszcze wówczas, gdy dłoń należąca do Sylwii, pchnęła jej brnące w bezwład ciało, na przygasające ognisko. Mogła odczuć płomienie, goszczące wewnątrz niej, ostatnim, syczącym krwawo pośród nich oddechem.

 

Sylwia wyszarpnęła kolejowy gwóźdź z jej piersi, jakby zajmowała się tym od dawna. Oblizując go lubieżnie, delektowała się smakiem krwi, wzbogaconym rdzawo metaliczną nutą. Podnosząc z ziemi plecak, postanowiła zabrać jedynie srebro, czując przejaw podniecenia, że właśnie okrada zmarłą, ponadto: nie skalaną piekłem, a nawet: chcącą ją dlatego uratować. Brzęk zczerniałych bibelotów o jej metrykę rodową, zapieczętowaną w salomonowym metalu, nawełniał jej umysł spełnieniem. Dokonała zapłaty. Czekając, aż tłuszcz z twarzy Aśki podnieci ogień, nie mniej, niż ją samą: z gracją powierzyła plecak ogniu: ekscytując się wrzaskiem potępionych dusz, wybrzmiewającym z jego otchłani. Za tyle nieskalanych ofiar, mogła doczekać świtu: żyjąc, a przecież... aby opuścić Zaświaty, trzeba dokonać poświęceń... Prawda?

 

EPILOG

 

Zamknąwszy oczy, zebrała się w sobie, aby odkryć jakiekolwiek uczucia. Zupełnie bezskutecznie, dlatego odetchnąwszy z ulgą, uśmiechnęła się złowieszczo. Czuła się spełniona. Uroczo zaciskając usta w seksownie niewinny wyraz, zawiesiła knąbrne, pełne pogardy spojrzenie, w zwłokach swojej niegdysiejszej przyjaciółki, która obecnie zdawała jej się być tak nie potrzebną, iż nawet ogień postanowił to docenić, jedynie częściowo ujmując jej popiersie zwęglonym ornamentem, znaczonym nieregularną siecią szkarłatnych rys, kontrastującym z na wpół upieczonym jego dotykiem, ludzkim mięsem. Nie była obecnie dla niej czymkolwiek więcej, dlatego postanowiła okazać akt miłosierdzia, z przepełnioną obrzydzeniem pogardą na nią splunąwszy, krzywiąc grymas twarzy, gdy jej mroczną świadomość, polizał parszywy syk.

 

- Co za pierdolony chlew... - zauważyła, z politowaniem odgarniając z policzka niesforny pukiel miedziano rudych włosów - właściwiee... too... - zaczęła popadać w zastanowienie, uroczo wskazując własne myśli palcem, spoglądając w ich odmęty poprzecznie - moje drogie:.. czas posprzątać ten plugawy burdel... tak!: to najlepsze rozwiązanie! Więc... - ton jej głosu wskazywał na szczere przemyślenia - O!, już wiem! - ucieszyła się Sylwia.

 

Zwracając się w kierunku lasu z gracją Harcerki, wyciągnęła przed siebie nie owiniętą pasmami szmat dłoń, zaciskając pięść, aby móc uściślić wskazaniem delikatnym palcem, czego właściwie dotyczy skryte za jej powiekami zło.

 

- Jeednaa... świnkaa... - zaczęła mamrotać pod nosem - iii... koleejnaaa... świnkaa... - odetchnęła, nie przerywając skupienia - doo... kolacjii... zasiaadaa... szorstkaa... rodzinka...

 

Pomimo słodyczy przesyconej złem, jej głos przerodził się w niski szept, którym zdawało się przemawiać nie tyle kilka głosów, co wszystkie potępione dusze. Jej ramię opadając bezwładnie, jakby machinalnie otworzyło jej oczy. Puste, mętne spojrzenie, tkwiło w śródleśnych zaroślach, jakby w oczekiwaniu na przyjęcie przez stwórcę. Podły uśmiech ponownie współgrał w jej obliczu z obojętnością. Zwłaszcza wówczas, gdy z zarośli wybiegł ogromny, możliwe, że nawet dwustukilowy dzik. Pochrumkując natarczywie z głową utkwioną w cmentarnej ziemi, zdawał się węszyć, co jakiś czas podnosząc ociekający śliną ryj, jakby dla upewnienia się, czy zmierza we właściwym kierunku. Owszem, nie mylił się, pośród swojej zwierzęcej krzątaniny, dlatego dane mu było zacisnąć szczęki na przestygłej łydce Kamili. Musiał być z tego powodu niezmiernie szczęśliwy, żując miękkie mięso, wraz z młodzieńczymi kośćmi. Pomimo, iż zewsząd zaczęło dobiegać uporczywe pochrumkiwanie, sporadycznie mieszane z trzaskami kruszonych zębiskami kości i dziwnym mlaskaniem, Sylwia była spokojna, wiedząc, iż dla jej gości, nie zabraknie strawy na dzisiejszej, makabrycznej uczcie, aż do ostatniego, najmniejszego kęsa, dlatego troskliwie cmoknęła na widok dwóch szczeciniastych zwierząt, rozdzierających między sobą przywleczony z lasu korpus, co wydało jej się dziwne, ponieważ doskonale wiedziała, że ten gatunek głodnych gości, najczęściej: posila się w miejscu podania posiłku.

 

- Cóż... - wypowiedziała z wyrozumiałym westchnięciem - Przecież... " bierzcie i jedzcie z tego wszyscy ".. czy nie? - co skwitowała ordynarnym parsknięciem.

 

Dla głodnego stada niespotykanie masywnych, szczeciniastych przyjaciół, spożycie zwłok czterech młodych, bardzo smakujących im dlatego kobiet, to zaledwie kilka kwadransów, po upływie których, najedzeni odchodząc, pozostawili po sobie jedynie plamy krwi, jakby stanowiące wystawne talerze. Oprócz tego, nie pozostało już cokolwiek. Niebo zmieniając barwę z ciemniejącej szarości na wzbogacający ją, wpadający w czerń granat, rwąc podmuchami mroźnego wiatru cisze, wypowiedziało potwierdzenie grzmotem, który jakby zawoławszy gniew chmur, nakazał im ronić rześkie łzy, na ziemski padół. Zanim runęły swoim żalem na dobre, pojedyncze krople rozcieńczając szkarłat, zabierały go w głąb ziemi. Rozumiejąc to doskonale, odeszła, kierując kołyszące jej biodrami kroki, w czas własnego istnienia, które zwane inaczej, zostało spisane " przyjściem zmarłych, aby żywych sądzić ", a jak sama uważała:.. zupełnie nie bezpodstawnie.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania