Zabójcza intryga - Rozdział 1
Dwa dni wcześniej...
- Hej, Sam! Poczekaj!
Odwróciłam się i ujrzałam biegnącego w moją stronę Bena. Chłopak miał czarne jak węgiel włosy, wiecznie potargane i w nieładzie, a skórę w kolorze kawy z mlekiem. Jego oczy były niezwykłe, jedno zielone, a drugie intensywnie niebieskie.
Był moim najlepszym przyjacielem, ale również zabójcą. Tak samo jak ja. W końcu dobiegł do mnie, szeroko uśmiechnięty.
- A ty co się tak szczerzysz?
- No bo widzisz, moja droga Sam. Właśnie uświadomiłem sobie, że jestem od ciebie o wiele przystojniejszy i mądrzejszy.
Uniosłam jedną brew i spojrzałam na niego dobitnie.
- Z tym drugim to bym polemizowała.
- Hahaha! Jak zawsze. No dobra, ale teraz tak na poważnie. Mamy zadanie, zbieraj się.
To oznaczało ucieczkę z lekcji. Co bardzo mi pasowało, ponieważ teraz miałam mieć chemię. Pani miała mnie pytać ze względu na to, że byłam zagrożona, a ja się oczywiście nie nauczyłam. Popatrzyłam na chłopaka w jego dwukolorowe oczy i uśmiechnęłam szeroko.
- Ratujesz mnie, Ben.
- Naprawdę? Od czego?
- Od publicznej śmierci.
Odwzajemnił uśmiech, ruszyliśmy w stronę wyjścia. Wyszliśmy zza rogu, wpadając prosto na panią Collins - nauczycielkę od chemii. ,,No, skąd ona się tu wzięła?! Z podłogi wyrosła?''.
- Wybieracie się gdzieś? - spytała oschłym tonem.
- Emm... My... - zatkało mnie dosłownie. Sytuacje uratował Ben.
- Tak! Jesteśmy wolontariuszami w pobliskim schronisku i dostaliśmy informację, że mamy się stawić na zbiórkę żywności.
- O tej godzinie?
- To bardzo wyjątkowa sytuacja, proszę pani.
- Wyjątkowa, mówisz? - zmierzyła mnie spojrzeniem, od którego dostałam ciarek. - Hmm.. No dobrze, idźcie.
- Dziękuję, proszę pani. Do widzenia!
Wyminęliśmy ją i wyszliśmy ze szkoły.
- Jesteś niesamowity! Ratujesz mnie już drugi raz.
- No wiem. Musimy się pośpieszyć i tak jesteśmy już spóźnieni, Sam.
Pobiegliśmy na obrzeża miasta, gdzie głównie mieściły się przedwojenne budynki. Skierowaliśmy się w stronę jednego z budynków, który nie różnił się niczym od pozostałych. Był opuszczony oraz bardzo stary, wręcz rozpadający się, a więc idealny na kryjówkę dla zabójców.
Weszliśmy tylnymi drzwiami i zeszliśmy po schodach do ogromnego pomieszczenia podobnego do sali balowej. Było tutaj jak zwykle głośno. Wszędzie porozstawiane były namioty, ale jeden rzucał się w szczególności. Był wyższy od pozostałych w kolorach czerwieni i czerni. Na boku widniał symbol Gildii - dwa skrzyżowane sztylety, a pomiędzy nimi czaszka.
Rozejrzałam się dookoła. Nie wyglądało by cokolwiek się zmieniło. Po prawej mężczyźni robili zakłady i siłowali się na ręce. Nieopodal kucharz szykował już obiad dla wszystkich zgromadzonych.
Natomiast po mojej lewej słyszałam głośne wiwaty i krzyki oburzenia. To właśnie tam odbywały się płatne walki. Kobiety i mężczyźni, oczywiście tylko Ci, którzy mieli już prawowity tytuł Zabójcy, próbowali własnych sił między sobą. Uwielbiałam oglądać te walki, w większości dlatego, że były efektowne, a w mniejszości, że można było nauczyć się paru przydatnych chwytów.
- Mamy stawić się u Dowódcy - w głosie Bena dosłyszałam nutę przerażenia. Nie dziwiło mnie to. Szef był przerażający, ale lepiej było stanąć z nim twarzą w twarz niż uciekać. Ludzie zazwyczaj nie żyli długo po tym drugim.
- No to chyba powinniśmy się pośpieszyć. Nie możemy pozwolić mu czekać. A tak w ogóle ty wiesz o co chodzi?
- Podobno został złapany kolejny zdrajca. Zabił trzech naszych podczas próby ucieczki. Nic więcej nie wiem. Jedyne co jeszcze mogę Ci powiedzieć to, to, że mamy być przy egzekucji
Wzdrygnęłam się. Egzekucje nie były szybkie. Zawsze wykonywał je Dowódca. Najpierw bił dotkliwie ofiarę, ale tak żeby nie straciła przytomności, po czym torturował na różne sposoby. Obcinał palce, posypywał rany solą lub obdzierał żywcem ze skóry.
Za każdym razem, gdy widziałam egzekucje, miałam później w nocy koszmary. Podobno miało to przygotowywać przyszłych zabójców na dalsze życie. Nie rozumiałam tylko w jaki sposób.
Doszliśmy do namiotu, odsunęliśmy płachtę i weszliśmy do środka. Znajdowały się tam cztery osoby. Mój mistrz Eric - facet o niezwykłym poczuciu humoru. Miał szare, przewiercające na wylot spojrzenie oraz ciemnobrązowe włosy. Jego specjalnością było skradanie się i walka sztyletami. Drugą osobą był mistrz Bena, Chris - niski mężczyzna o piwnych oczach oraz uśmieszku chytrego lisa. Widać było, że specjalizował się w kradzieży, ale potrafił również zabijać, jeśli doszło co do czego.
Najbardziej zauważalną osobą był Dowódca. Był mężczyzną o pokaźnej muskulaturze, a jego czarny kombinezon zabójcy podkreślał to jeszcze bardziej. Na klatce piersiowej znajdowały się liczne noże do rzucania. Przy pasie posiadał dwa sztylety oraz miecz, który mógł posiadać wyłącznie Szef Gildii. Jego oczy były czarne pozbawione wszelkiej wesołości i litości, a twarz zdobiły liczne blizny, które nadawały mu jeszcze groźniejszy wygląd.
Spojrzałam na ofiarę. Młody chłopak przywiązany do krzesła. Nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia, gdyby nie podniósł głowy. Usłyszałam jak stojący obok mnie Ben wciąga gwałtownie powietrze. W tym samym momencie żołądek podszedł mi do gardła.
To krzesła przywiązany był Daniel - mój brat.
Komentarze (2)
- Hej, Sam! Poczekaj!
(bez entera)
Odwróciłam się i ujrzałam biegnącego w moją stronę Bena. Chłopak miał czarne(,) jak węgiel włosy, wiecznie potargane i w nieładzie, a skórę w kolorze kawy z mlekiem. Jego oczy były niezwykłe, jedno zielone, a drugie intensywnie niebieskie.
(bez entera)
Był moim najlepszym przyjacielem, ale również zabójcą. Tak samo jak ja. W końcu dobiegł do mnie, szeroko (bez entera, tylko spacja)uśmiechnięty.
(bez entera)
- A ty(,) co się tak szczerzysz?
- No bo widzisz, moja droga Sam. Właśnie uświadomiłem sobie, że jestem od ciebie o wiele przystojniejszy i mądrzejszy.
Uniosłam jedną brew i spojrzałam na niego dobitnie.
- Z tym drugim to bym polemizowała.
- Hahaha! Jak zawsze. No dobra, ale teraz tak na poważnie. Mamy zadanie, zbieraj się.
To oznaczało ucieczkę z lekcji.(Kuźwa! Że co proszę? Zabójca chodzi do zwykłej szkoły? No proszę cię...) Co bardzo mi pasowało, ponieważ teraz miałam mieć chemię. Pani miała mnie pytać ze względu na to, że byłam zagrożona, a ja się oczywiście nie nauczyłam. Popatrzyłam na chłopaka(,) w jego dwukolorowe oczy i uśmiechnęłam szeroko.
- Ratujesz mnie, Ben.
- Naprawdę? Od czego?
- Od publicznej śmierci.
Odwzajemnił uśmiech, ruszyliśmy w stronę wyjścia. Wyszliśmy zza rogu, wpadając prosto na panią Collins - nauczycielkę od chemii. ,,No, skąd ona się tu wzięła?! Z podłogi wyrosła?''.
- Wybieracie się gdzieś? - spytała oschłym tonem.
- Emm... My... - zatkało mnie dosłownie. Sytuacje uratował Ben.
- Tak! Jesteśmy wolontariuszami w pobliskim schronisku i dostaliśmy informację, że mamy się stawić na zbiórkę żywności.
- O tej godzinie?
- To bardzo wyjątkowa sytuacja, proszę pani.
- Wyjątkowa, mówisz? - zmierzyła mnie spojrzeniem, od którego dostałam ciarek. - Hmm.. No dobrze, idźcie.
- Dziękuję, proszę pani. Do widzenia!
Wyminęliśmy ją i wyszliśmy ze szkoły.
- Jesteś niesamowity! Ratujesz mnie już drugi raz.
- No wiem. Musimy się pośpieszyć i tak jesteśmy już spóźnieni, Sam.
Pobiegliśmy na obrzeża miasta, gdzie głównie mieściły się przedwojenne budynki. Skierowaliśmy się w stronę jednego z budynków(nich), który nie różnił się niczym od pozostałych. Był opuszczony oraz bardzo stary, wręcz rozpadający się, a więc idealny na kryjówkę dla zabójców.
Weszliśmy tylnymi drzwiami i zeszliśmy po schodach do ogromnego pomieszczenia podobnego do sali balowej. Było tutaj jak zwykle głośno. Wszędzie porozstawiane były namioty, ale jeden rzucał się w szczególności. Był wyższy od pozostałych w kolorach czerwieni i czerni. Na boku widniał symbol Gildii - dwa skrzyżowane sztylety, a pomiędzy nimi czaszka.
Rozejrzałam się dookoła. Nie wyglądało(,) by cokolwiek się zmieniło. Po prawej mężczyźni robili zakłady i siłowali się na ręce. Nieopodal kucharz szykował już obiad dla wszystkich zgromadzonych.
Natomiast po mojej lewej słyszałam głośne wiwaty i krzyki oburzenia. To właśnie tam odbywały się płatne walki. Kobiety i mężczyźni, oczywiście tylko Ci(ci), którzy mieli już prawowity tytuł Zabójcy, próbowali własnych sił między sobą. Uwielbiałam oglądać te walki, w większości dlatego, że były efektowne, a w mniejszości, że można było nauczyć się paru przydatnych chwytów.
- Mamy stawić się u Dowódcy - w głosie Bena dosłyszałam nutę przerażenia. Nie dziwiło mnie to. Szef był przerażający, ale lepiej było stanąć z nim twarzą w twarz(,) niż uciekać. Ludzie zazwyczaj nie żyli długo po tym drugim.
- No to chyba powinniśmy się pośpieszyć. Nie możemy pozwolić mu czekać. A tak w ogóle(,) ty wiesz o co chodzi?
- Podobno został złapany kolejny zdrajca. Zabił trzech naszych podczas próby ucieczki. Nic więcej nie wiem. Jedyne co jeszcze mogę Ci(zwroty grzecznościowe w opowiadaniach piszemy z małej litery) powiedzieć to, to, że mamy być przy egzekucji(.)
Wzdrygnęłam się. Egzekucje nie były szybkie. Zawsze wykonywał je Dowódca. Najpierw bił dotkliwie ofiarę, ale tak żeby nie straciła przytomności, po czym torturował na różne sposoby. Obcinał palce, posypywał rany solą lub obdzierał żywcem ze skóry.
Za każdym razem, gdy widziałam egzekucje(byłam świadkiem tych tortur), miałam później w nocy koszmary(taaa, no i co z tego, że jest płatnym zabójcą, nie?). Podobno miało to przygotowywać przyszłych zabójców na dalsze życie. Nie rozumiałam tylko w jaki sposób.
Doszliśmy do namiotu, odsunęliśmy płachtę i weszliśmy do środka. Znajdowały się tam cztery osoby. Mój mistrz Eric - facet o niezwykłym poczuciu humoru. Miał szare, przewiercające na wylot spojrzenie oraz ciemnobrązowe włosy. Jego specjalnością było skradanie się i walka sztyletami. Drugą osobą był mistrz Bena, Chris - niski mężczyzna o piwnych oczach oraz uśmieszku chytrego lisa. Widać było, że specjalizował się w kradzieży, ale potrafił również zabijać, jeśli doszło co do czego.
Najbardziej zauważalną osobą był Dowódca. Był mężczyzną o pokaźnej muskulaturze, a jego czarny kombinezon zabójcy podkreślał to jeszcze bardziej. Na klatce piersiowej znajdowały się liczne noże do rzucania. Przy pasie posiadał dwa sztylety oraz miecz, który mógł posiadać wyłącznie Szef Gildii. Jego oczy były czarne pozbawione wszelkiej wesołości i litości, a twarz zdobiły liczne blizny, które nadawały mu jeszcze groźniejszy wygląd.
Spojrzałam na ofiarę. Młody chłopak przywiązany do krzesła. Nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia, gdyby nie podniósł głowy. Usłyszałam(,) jak stojący obok mnie Ben wciąga gwałtownie powietrze. W tym samym momencie żołądek podszedł mi do gardła.
To krzesła przywiązany był Daniel - mój brat."
Sory, ale raczej nie przemyślałaś tego, co opisujesz... Jeżeli dziewczyna jest najprawdopodobniej w liceum, to wnioskuję, że musiało minąć kilka lat, by została zabójcą, a co za tym idzie, musiała zacząć gdzieś najpóźniej w wieku 15-16 lat. No nie powiesz mi, że ktoś tak młody byłby w stanie kogoś zabić. A oglądanie tych egzekucji najpewniej zniszczyłoby ją psychicznie...
Błędów też jest dość sporo.
Zostawiam słabiutkie 2
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania