Żach cz. I
Rozalia obudziła się przez przeszywające uczucie niepokoju. Nie to, że niepokój był dla niej jakoś szczególnie niezwykłym stanem, a raczej stał się częścią jej codzienności, ale przez ostatnie kilka dni to okropne uczucie znacznie nabrało na sile i powoli przejmowało kontrolę nad jej życiem.
Nie miała już nawet energii, żeby wstać z łóżka. Więc leżała nieruchomo, patrząc w ciemny sufit i czuła tylko gorące łzy, cieknące po policzkach.
Czeka ją kolejny dzień pełen trwogi, napięcia i lęku. Znowu będzie próbowała udawać, że jest w porządku, ale nawet starsza pani z uniwersyteckiej szatni zauważyła jej stan. Nigdy nie umiała kłamać.
No może oprócz tego jednego razu.
W pokoju panował płytki półmrok. Słońce wschodziło coraz później z każdym przebiegającym jesiennym dniem, a Rozalia budziła się jeszcze przed świtem i nie była w stanie zasnąć. Zapomniała wieczorem włączyć ogrzewanie, więc kłujące zimno wiało ze strony okna, zabierając resztki ciepła spod cienkiej kołdry.
Poczuła dreszcze biegnące po skórze. Powoli podniosła się z łóżka, drżąc z zimna i niepokoju. Podłoga okazała się lodowata, jakby szron z zewnątrz pokrywał również mieszkanie. Dziewczyna niepewnym, chwiejnym krokiem wyszła do małej kuchni. Tam było jeszcze zimniej, ale przez niezasłonięte okno do środka wpadało światło rodzącej się zorzy. Otworzyła szafkę i wyciągnęła swój ulubiony kubek z misiem Paddingtonem.
Patrzyła pustym wzrokiem na cieknącą z kranu wodę, która powoli zaczynała przelewać się przez krawędź kubka. Stała, jak gdyby w osłupieniu, nie ruszając się i bezradnie patrząc na lodowaty strumień, nieubłagalnie biegnący przez duszne powietrze.
Dźwięk klaksonu z zewnątrz wyrwał Rozalię z apatycznego spokoju. Odsunęła kubek i zakręciła wodę. Gdy piła, szkło dzwoniło o zęby.
Za oknem z okropnymi krzykami miotały się ptaki, prawie niewidoczne za ścianą drzew, przesłaniających widok. Te niepokojące, trwożne dźwięki źle działały na napięte nerwy dziewczyny. Ciemne niebo powoli przemieniało się w szare, a gdzieś za pasem drzew rozpadało się jak gdyby zarzewie pożaru, rzucającego różowe i żółte blaski na ponure chmury koloru asfaltu.
Rozalia poczuła ciężar w klatce piersiowej, gdy patrzyła na te potężne kolosy obłoków, które wydawały się wisieć nad miastem, niczym miecz Damoklesa, przytłaczając jego ognie swoim groźnym milczeniem.
Nagle zadzwonił telefon. Kubek z hukiem rozleciał się na kawałki, uderzając o zimną podłogę kuchni. Dziewczyna stała zmrożona. Telefon ciągle dzwonił. Rozalia machinalnie wzięła go z blatu i spojrzała na ekran. Dzwoniła, oczywiście, mama.
Telefon w końcu zamilkł. Nie zamierzała odbierać. Mama jej i tak nie zrozumie. Już od paru lat widziały się tylko na święta i chyba żadna z nich nie narzekała na taki układ. Para miłych, ale sztampowych fraz, hojnych, ale nieprzemyślanych prezentów, nic nie znaczących rozmów… A potem tylko pustka, która prawie nie ciążyła. W sercu Rozalii matka zajmowała niepokojąco mało miejsca. Bo cała pozostała przestrzeń należała do babci.
Babcia, babcia… Najbardziej wpływowa osoba w jej życiu, budziła zarazem straszliwy lęk. Rozalia nigdy nie mogła zrozumieć, czy tak naprawdę kiedykolwiek kochała babcię. Bo trudno kochać osobę, która zniszczyła ci życie.
Zmarła trzy lata temu w domu opieki. Rozalia nie pojawiła się na pogrzebie i nigdy nie odwiedziła jej mogiły. Nie czuła takiej potrzeby. Śmierć babci chyba stała się dla niej ulgą.
Ale teraz, bez uprzedzenia, tego pochmurnego jesiennego poranka, uderzyła ją myśl, że potrzebuje odwiedzić jej grób. Ta chęć przyszła samoistnie i na dobre osiadła w umyśle Rozalii. Z jakiegoś powodu dziewczyna była pewna, że niepokój nie ustąpi, jeśli nie posłucha tego wewnętrznego głosu, który natarczywie wzywał ją na podlaski cmentarz. Nie rozumiała, skąd taka potrzeba, ale nie mogła się jej oprzeć.
Za dziesięć minut bilet do Białegostoku był kupiony, a Rozalia w pośpiechu ubierała się, aby zdążyć na poranny pociąg. Jakby przez mgłę widziała swoje odbicie w lustrze, które czemuś miało rozczochrane, kilka dni nie myte włosy, bladą spiętą twarz i dziwnie puste szare oczy.
Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi mieszkania i zbiegła po ciemnych, zapleśniałych schodach na parter, skąd wyrwała się na świeże, zimne powietrze, pełne zapachu rozkładających się liści i mokrego asfaltu.
Przechodnie z ciekawością spoglądali na młodą, dość sympatyczną dziewczynę, szybkim krokiem idącą po pustej mrocznej ulicy ze łzami w oczach i rozwianymi przez wiatr ciemnymi falowanymi włosami, które w nieładzie unosiły się nad wychudzoną, przerażoną twarzą. Pod jej oczami zaległy cienie, a ręce konwulsyjnie zaciskały się w pięści.
Słońce wschodziło coraz wyżej, na co wskazywał biały okrąg, unoszący się na powierzchni czarnych, nabrzmiałych chmur. Brązowe, żółte i czerwone liście zrywały się ze skrzywionych, zamarzłych gałęzi, tworząc wichry, zamiatające pokryte kałużami chodniki.
Gdy Rozalia dotarła na dworzec, do odjazdu pociągu pozostawało sześć minut. Dziewczyna w ostatnim momencie wskoczyła do wagonu i zmęczona, ale z ironiczną satysfakcją, spadła na swoje miejsce. Siedziała koło okna, więc jak najszybciej odwróciła się w jego stronę, aby uniknąć nieprzyjemnych dla niej rozmów z sąsiadami.
Naprzeciwko niej siedziała starsza pani, która lata świetności miała już dawno za sobą. Rozalia zdążyła zauważyć pomarszczoną, wścibską twarz, prawie całkowicie przykryte opadającymi powiekami mętne, jasno-niebieskie oczy, jakby wykonane z nieprzezroczystego szkła, pofarbowane na kolor fioletowej kapusty rzadkie, puszące się włosy i złote zęby, błyszczące za cienkimi wargami z wiecznie opuszczonymi kącikami. Dziewczyna znała ten typ starszych pań i przewidywała, zresztą słusznie, że niedługo będzie cieszyła się względnym spokojem i ciszą.
Najgorsze oczekiwania Rozalii spełniły się już po kilku minutach, kiedy rozpędzony pociąg wyjechał za miasto, jasną strzałą mknąc przez pola i łąki w kierunku wschodniej granicy. Emerytka zaczęła niespokojnie kręcić się na swoim siedzeniu, szukać czegoś w swojej obszernej torebce i wreszcie odezwała się skrzeczącym, wysokim głosem:
- A do jakiej pani stacji jedzie?
Rozalia z niesmakiem oderwała wzrok od przelatujących za szybą pejzaży i odpowiedziała sucho i krótko:
- Do końcowej.
Jej ton wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie chce kontynuować rozmowy. Próbowała powstrzymywać histerycznych śmiech albo płacz, nie chcąc pokazać swojego stanu przed nieznajomą kobietą i próbując uniknąć zbędnych pytań, które jeszcze bardziej wyprowadziłyby ją z równowagi. Lecz starsza pani wyraźnie zignorowała niechęć Rozalii i kontynuowała rozmowę bez jej udziału.
- Oj, tak daleko! Marnie pani wygląda! To wszystko ta praca! Przecież pewnie pani pracuje, co? Teraz to nawet młodziutkie dziewczęta myślą tylko o karierze. Za moich czasów to kobieta w domu siedziała, a mężczyzna pracował. No i tak być powinno. Teraz to ten zgniły zachód próbuje zepsuć nasze młode pokolenie! Koszmar! Kto przecie dzieci rodzić będzie, jak baby siedzą w pracy? Dziatki to prze najważniejsze, co kobieta w życiu mieć może. Mi tak matka moja zawsze mówiła: „Kobieta, Jadwisiu, winna dziatki rodzić i mężowi pomagać, bo tak Pan Bóg każe”. Jadę właśnie do córeczki mojej, Bożenki. Przykładna, ja pani powiem, żona. Piątkę dzieci urodziła, za mąż dobrze wyszła - człek porządny, choć pije czasem, ale któż teraz wypić nie lubi? A jak już i obije, to ja uważam, że to pewnie zasłużyła. No a jak i nie, to prze mężczyzna on i jest mężczyzna, porywczy charakter! Jak bije, to kocha - tak mi zawsze matka mówiła. Tak i Bożence mojej powtarzam, jeśli żalić się zaczyna: „Kobieta powinna mężowi być posłuszna, kochać go i szanować, a grzechy i krzywdę mu przebaczać”. Mówi, że dziatki też czasem pobije, no ale ja myślę, że bez bicia to dzieci na porządnych ludzi wychować się nie da. Teraz to mówią, że z dziećmi trzeba miękko, że nawet już klapsa dać nie można! Ale ja pani powiem: bzdura! Nasze dziady i pradziady przecie bili dzieci, a nikomu żadna krzywda się nie działa. Wyrośliśmy na uczciwych, porządnych ludzi. A te łajzy i obiboki, co teraz rosną, to przecie wszystko przez to, że rodzice, kiedy trzeba było, to nie postawili ich na miejsce. Te wszystkie nowoczesne psychologie to bzdura! Każdemu wmówią, że coś z nim nie tak. Mojej Bożence też tam jakaś psycholożka coś w głowie namieszała. Szarlatanka! To przecież w głowie się nie mieści, żeby babie mówić, że powinna męża rzucić! Namawiała ją ta głupia kwoka, żeby rozwód wzięła! Jezu Chryste! Rozwód! To po prostu się nie mieści w głowie! Długo się wtedy do Maryi modliłam o jej duszę, by ją na dobrą drogę naprowadziła. Sama też jej mówię, że jeśli rozwód weźmie, to ja już jej za córkę mieć nie chce. Kto to widział, takie cuda na kiju: baba chce odejść od męża! I za co? Mówi, że pije - kto dziś nie pije! Bije - no i co, zaciśnij zęby i milcz! Ludzie nie muszą wiedzieć, co się tam u was dzieje. Wszystko musi w rodzinie zostać, a nie że przed każdym przechodniem robisz z siebie ofiarę. Strach pomyśleć, co sąsiedzi o niej gadają! No ale Maryja wstawiła się za biedną grzesznicą i uratowała jej nieśmiertelną duszę. Ona rozwodu jednak nie wzięła. Dzięki Bogu za to! Wnuki już dorosłe, z domu się powyprowadzały. Może prawnuków się doczekam, jak Pan Bóg da! A ja tu nawet zdjęcie mam mojej Bożenki! Zaraz pani pokażę!
Kobieta przerwała swoją niekończącą się historię i zaczęła energicznie wywracać zawartość do torebki do góry nogami. Po chwili z twarzą triumfatora wyciągnęła stamtąd trochę pogięte zdjęcie i dumnie zaprezentowała je zmieszanej Rozalii.
Ze zdjęcia patrzyła przedwcześnie zestarzała kobieta o siwych włosach. Na jej twarzy widniały głębokie zmarszczki, których przyczyną na pewno nie był uśmiech. Ramiona garbiły się pod nierzucającą się w oczy bluzką, głowa chyliła się ku piersi, kąciki ust były opuszczone, tak samo jak u jej matki. Cała twarz miała wyraz bezgranicznej pokory, przez którą dało się zauważyć głęboki smutek i lęk. Jej niebieskie, patrzące lekko w dół oczy były jak gdyby zasłonięte przegrodą, przez którą nie przedostawały się żadne uczucia.
„Biedna…” - pomyślała Rozalia, czując, jak ciarki przeszywają jej ciało. Ta kobieta była widocznie nieszczęśliwa, ale nie tylko to zmroziło dziewczynę. Bardzo jej kogoś przypominała.
Babcię.
Tak samo zgarbione plecy, uciekający wzrok i to samo ciężkie, przytłaczające wrażenie, które wywarła na Rozalii, gdy zobaczyła ją po raz pierwszy.
Starsza pani wydawała się nie rozumieć jej nastroju i dalej się uśmiechała. Schowała zdjęcie do torby i na chwilę zamilkła, patrząc w okno, za którym już zrobiło się jasno. Lecz chmury nie ustąpiły, a wręcz przeciwnie, zapełniały niebo aż po horyzont. Pola, pełne mokrej zamarzniętej ziemi, rozciągały się po obie strony torów.
Rozalia czuła się, jakby ją opluto. Ta kobieta tak spokojnie może mówić o tak strasznych rzeczach, uśmiechając się, jakby mówiła o pogodzie! Nagle dziewczyna spytała się z pozoru spokojnym, ale trochę drżącym głosem:
- Wierzy pani w Boga?
Emerytka aż zadławiła się powietrzem. Jej źrenice poszerzyły się prawie na całą tęczówkę. Po chwili wykrztusiła z oburzeniem:
- Co to za pytanie? Oczywiście, że tak! Co niedzielę chodzę do kościoła, modlę się regularnie! Jestem przykładną katoliczką!
Twarz Rozalii wykrzywiła się w kwaśnym uśmiechu.
- A gdzie pani pójdzie po śmierci?
Rozmówczyni miała taki wyraz twarzy, jakby zaraz miała paść na zawał.
- Skąd takie pytanie?! Skąd miałabym wiedzieć? To Pan Bóg zadecyduje.
- Ale jak pani myśli? - nie odpuszczała Rozalia.
Kobieta przybrała wyraz twarzy, odpowiedni dla średniowiecznej świętej.
- Jeśli będzie ze mną łaska boża, weźmie mnie do siebie, do nieba. Ksiądz w naszej parafii wie, że ja to zawsze na mszy jestem, spowiadam się co tydzień, świeczki stawiam i postu przestrzegam. Nie ma mnie Pan Bóg za co nie wziąć do nieba! Nawet ksiądz nasz, człek porządny, tak mówi.
- Tak samo porządny, jak mąż pani córki? - z goryczą spytała się dziewczyna.
- Nie no, co pani, przecież ksiądz to nawet od wójta porządniejszy jest! - odpowiedziała kobieta, znowu nie zauważając szpilki.
Rozalia usiadła prościej i uważnie spojrzała na emerytkę. Ta kobieta była tak pewna swojej bezgrzeszności, że ta pewność całkowicie ją zaślepiała. Chyba naprawdę wierzyła, że to, co robi, jest zgodne z jej religią.
- A myśli pani, że w niebie przyjmują tych, którzy nie maja litości dla bliźniego?
Kobieta odrzekła z pełną powagą:
- Nie sądzę, a czemu panią to interesuje?
Rozalia wybuchnęła histerycznym śmiechem. Ta głupia starucha nie widzi niczego, czego widzieć nie chce. Dziewczyna wypuściła całe napięcie ostatnich dni w tym lodowatym, wysokim śmiechu, który przeraził jej sąsiadkę. Odrzuciła głowę do tyłu i śmiała się, a jej ciało trzęsło się w koszmarnych spazmach. Z pewnością wyglądała jak opętana, bo kiedy napad minął, zobaczyła przez lejące się łzy jak poły kurtki kobiety, która siedziała naprzeciwko, znikają w korytarzu. Z innych wagonów wyglądały zakłopotane i zdziwione twarze, niektóre wyrażające zatroskanie, a inne ciekawość. Dziewczyna szybko przeprosiła łamiącym się głosem i znowu odwróciła się do okna, próbując powstrzymać kolejny atak histerii.
Była na siebie strasznie zła. Nie trzeba było dawać woli uczuciom. Zachowała się jak głupia i niedojrzała histeryczka. Co ludzie pomyślą?
Uderzyło ją to, że to ostatnia myśl nie należała do niej. Przecież ją, Rozalię, nigdy nie obchodziło, co kto o niej pomyśli. W takich względach należała do młodego pokolenia, na które tak żaliła się starsza pani. To była myśl, którą raczej mogła wyrazić jej babcia. „Z każdym dniem” – pomyślała z przerażeniem - „chcąc nie chcąc, staję się coraz bardziej do niej podobna”.
Relacje w jej rodzinie ogólnie nie należały do najlepszych, ale relacja jej matki z babcią zostawiała najwięcej do życzenia. Mama zawsze, gdy rozmowa w jakiś sposób zmuszała ją do wspomnienia babci, zamykała się w sobie na kilka minut albo i godzin. Nigdy o niej nie opowiadała, więc większość osób, które ją znały, były pewne, że jest półsierotą. Rozalia w dzieciństwie nie mogła zrozumieć, czemu nie może poznać swojej drugiej babci i czemu ta wizja tak przeraża jej mamę.
Zrozumiała potem. Wtedy, gdy było już za późno.
Jak potem sobie uświadomiła, matka jednak czuła duże wyrzuty sumienia z powodu tego, że jej mama nie może poznać wnuczki. Tak, wtedy to były jeszcze wnuczki. Więc pewnego lata, gdy musiała wyjechać w podróż służbową, pełna nieokreślonych obaw, jej matka odwiozła córki do wsi na Podlasiu, gdzie do tej pory mieszkała tajemnicza babcia Alesia.
Rozalia do teraz dobrze pamiętała moment, w którym po raz pierwszy ją zobaczyła. Po długiej i nudnej podróży pociągiem, wyczerpującej przejażdżce autobusem wiejskim, który wydawał się rozpadać na składowe, jadąc po wyboistej gruntowej drodze, i spacerze przez gorący, cienisty las, wreszcie dotarły do niedużej wioski w kilka uliczek, która była z trzech stron otoczona przez puszczę. Matka widocznie czuła się niekomfortowo, znowu trafiwszy w miejsce, z którego tak wcześnie uciekła z myślą, że nigdy, za nic nie wróci.
Przeszły przez wioskę, łapiąc zaciekawione spojrzenia zgrzybiałych starców, wegetujących na podgniłych ławkach pod obdartymi ścianami chat. Wreszcie doszły do domku, nienoszącego śladów życia. Ogród za płotem był zarośnięty bujnymi chwastami, bluszcz wspinał się na ściany i dach chaty, pokrywając je grubym ciemno-zielonym dywanem. Na to, że w domu ktoś żyje, wskazywała alejka wiodąca przez bujną florę do dużych drzwi z częściowo oblazłą farbą oraz strużka czarnego dymu o nieprzyjemnym zapachu, unosząca się z komina.
Matka zastygła przed furtką, położywszy rękę na klamce. Nie mogła zdecydować się na ostatni krok, po którym nie będzie odwrotu. Siostry złapały się za ręce, w przerażeniu patrząc na złowieszczy dom, w którym miały spędzić następne trzy tygodnie.
Wtedy bardzo powoli, prawie teatralnie, drzwi domku się otworzyły i w przejściu ukazała się sylwetka starszej kobiety. Przestąpiła wysoki próg i powoli, z trudem zeszła po schodkach. Skierowała się w stronę gości i na jej twarzy pojawił się trochę smutny, ale szeroki uśmiech.
Matka też się fałszywie uśmiechnęła i otworzyła furtkę. W ich przywitaniu z babcią nie było nic naturalnego. Ledwo się uścisnęły i od razu odeszły na dystans kilku kroków. Napięcie między nimi było niemal widoczne w jasnym letnim powietrzu. Dużo bardziej szczere było przywitanie babci z wnuczkami, których nigdy dotąd nie widziała.
Ale Rozalia stała w osłupieniu, nie słysząc słów nowej babci. Była tak bardzo zaskoczona jej wyglądem, że nie była w stanie wykrztusić ani słowa. Jej wygląd nie zdziwiłby nikogo innego, bo był zupełnie normalny. I właśnie to wydało się takie dziwne dziewczynce, która oczekiwała zobaczyć kobietę podobną do Baby Jagi lub innej czarownicy: czarne, rozczochrane włosy, krzywe, ostre zęby, długi nos z brodawką i małe złośliwe oczka. Taką ją sobie wyobrażała, próbując wytłumaczyć sobie, czemu mama tak nie lubiła o niej rozmawiać. Ale była to tylko niezbyt wysoka starsza kobieta o cienkich bordowych włosach oraz pokrytej zmarszczkami szerokiej twarzy, która świadczyła o jej ciężkim i smutnym życiu. Nie wzbudziłaby w nikim szczególnych emocji – setki takich twarzy migają nam codziennie przed oczami i żadna z nich nie zostaje w pamięci.
Wkrótce mama wyruszyła z powrotem do miasta. Być może uciekała tylko przed własnymi wspomnieniami i poczuciem winy, które ponownie wdarły się w jej życie wraz z wilgotnym bagiennym powietrzem. A może przed czymś dużo bardziej przerażającym... Przed wyjściem długo uciskała córki, jakby w ostatniej próbie obronienia ich przed czymś, o czym miała tylko oddalone pojęcie. Nie wiedziała, że jednej z nich już nigdy więcej nie zobaczy.
Kasia… Rozalia tak za nią czasami tęskniła. Tęskniła za latami, kiedy miała starszą siostrę, choć wtedy uważała, że byłaby szczęśliwsza, gdyby tej siostry nigdy nie było na świecie. Nie pamiętała już dobrze jej twarzy. Nie lubiła oglądać starych zdjęć - po co roztrząsać przeszłość, jeśli wszystko, co z tego wynika, to powrót bolesnej pustki, która nigdy do końca nie zniknie?...
Gdy Kasia zostawiła ten świat, miała tylko dwanaście lat. Rozalia była od niej trzy lata młodsza, więc mogła już w pełni zrozumieć, co się stało. Jednocześnie była jeszcze zupełnym dzieckiem z ogromną wrażliwością, co nadało pewien tok wydarzeniom po śmierci Kasi.
Rozalia potrząsnęła głową: „Stop! Już, dosyć tego rozmyślania.” Myślenie o Kasi bolało jeszcze zbyt mocno, choć minęło już czternaście lat od tego straszliwego dnia, gdy nabyła pełne i tak wyczekiwane prawo do mówienia: „Jestem jedynaczką”.
Pociąg zbliżał się do Białegostoku. Rozalia nie miała ze sobą żadnego bagażu, więc siedziała na swoim miejscu do ostatniej chwili, patrząc na dziwnie znajome ulice, które mijał pociąg. Gdy wreszcie wagony zatrzymały się przy platformie, dziewczyna wyszła na betonowy placyk, a następnie na miasto, które spotkało ją ponurą szarością budynków i nieba.
Pogoda zrobiła się jeszcze mroczniejsza niż rano. Chmury koloru stali ciągnęły się aż do horyzontu, na ulicy panował półmrok, zbierało się na deszcz. Wiatr wył w gałęziach kasztanów, a kałuże nabrały koloru chmur, różniąc się od nich tylko brązowymi plamami mokrych liści. Złowieszcze krakanie rozbrzmiewało w ciężkim powietrzu, które kłębiło się płatami mlecznej mgły w rogach brudnych zaułków.
Rozalia wsiadła w autobus tej samej linii, co prawie piętnaście lat temu. Tym razem pojazd był w mniej opłakanym stanie, ale wyboiny na drodze zrobiły się tylko większe, więc efekt wychodził ten sam: na każdym większym wgłębieniu jakaś siła rzucała pasażerów w górę i nielitościwie wgniatała w siedzenie. Po dwóch godzinach takiej jazdy Rozalia pożałowała, że pomysł, by odwiedzić grób babci, kiedykolwiek przyszedł jej do głowy.
Nareszcie dziewczyna dotarła do przystanku pośrodku pola, na którym wyszła sama. Na wszystkie strony rozciągały się pola i lasy, reprezentując potęgę przyrody, która potrafi przetrwać nawet w piekle wojny, klęski i postępu cywilizacji, z których ostatni to jej najgroźniejszy przeciwnik. Te nienaruszone, dzikie i wolne przestworza napawały umysł Rozalii dziwną, niewysłowioną miłością i tęsknotą, które ściskały jej wnętrzności, gdy rozglądała się wokół, a jej oczy widziały krajobraz jej praojców.
Idąc wąską, krętą ścieżką, przemierzającą dziki las, Rozalia myślała nie o osadnikach, którzy jako pierwsi oswoili te nieprzystępne tereny, nie o chłopach, którzy musieli nieustannie walczyć z puszczą, która zawsze pragnęła odebrać należące do niej ziemie, nie o partyzantach, którzy znaleźli w tej samej puszczy śmierć albo zbawienie, a o babci, takiej prozaicznej w tej chwili babci Alesi... To przez nią okazała się tutaj po raz pierwszy, a teraz i drugi. Przez nią i przez niego.
Ostatnie słowa babci, która umarła na nowotwór w jednym z białostockich domów opieki, wprawiły w zakłopotanie personel i rodzinę, i szybko uznano je za nonsens, który wypowiedziała starsza schorowana kobieta na łożu śmierci. Tylko Rozalia zrozumiała prawdziwy sens tych słów, i to, co zrozumiała, wzbudziło jej okropny niepokój. Babcia Alesia, umierając, wyszeptała z przerażeniem: „On ma twarz tego milicjanta…”. Nikt nie był w stanie zgadnąć, kim jest ten tajemniczy on, o którym kobieta wspomniała w ostatnich chwilach swojego życia.
Rozalia wiedziała. I wiedziała dużo więcej, niż by chciała.
Po raz pierwszy usłyszała o Żachu trzeciego dnia ich z siostrą pobytu u babci na wsi. Był wieczór, słońce dopiero co zaszło i miękki, ciepły półmrok otaczał dom ze wszystkich stron. Ze wschodu nadciągała czerń nocy, świerszcze przytulnie grały swoją prostą melodię, a we wsi zapalały się światełka okien, przytłumione lekkimi firankami, powiewającymi na delikatnym wietrze.
Kasia już poszła na górę, chcąc dłużej poczytać przed snem. Babcia Alesia sprzątała po kolacji, a mała Rozalia bawiła się nową piękną lalką, którą niedawno dostała na urodziny. Dziadek jeszcze nie wrócił od sąsiada, zresztą dziewczynki prawie go nie poznały - był zamknięty w sobie, pochmurny i zawsze dziwnie poważny. Babcia chyba trochę się go bała, co nie umknęło oczom Rozalii.
Nagle rozległ się huk i odłamki talerza rozleciały się po drewnianej podłodze. Rozalia ze strachem odwróciła się w stronę źródła dźwięku i zobaczyła babcię, patrzącą pustym, przerażonym wzrokiem w kąt, gdzie nie było niczego nadzwyczajnego.
Babcia wyszeptała cichym, przerywającym się głosem:
- On-on tu jest… Czego ty chcesz? Odejdź! - przeszła na przerażony, bezradny krzyk, - Odejdź!
Schowała twarz w drżących dłoniach i odwróciła się lekko od tego kąta, w którym kogoś widziała. Przestraszona Rozalka usłyszała cichy konwulsyjny płacz, wydobywający się z za pomarszczonych palców.
Dziewczynka podbiegła do babci i przytuliła ją najmocniej, jak potrafiła. Jedyne, co teraz było dla niej ważne, to uspokoić, pocieszyć i obronić babcię przed tym, co kryło się we mroku. Stała tak w ciszy, wtulając się w babcię i czekając, aż jej strach minie.
Za kilka minut babcia zabrała drżące dłonie od pobladłej twarzy i usiadła na krześle, z trudem panując nad własnym ciałem. Jej dolna warga drżała, a ręka odruchowo wykonywała znak krzyża w stronę kąta. Opustoszałe i nagle pociemniałe oczy patrzyły na wnuczkę, nie widząc jej.
Rozalia zaczęła cicho łkać ze strachu. Zachowanie babci Alesi, które na początku wzbudziło tylko współczucie i chęć pomocy, zaczynało być coraz bardziej niepokojące i niewytłumaczalne. Coś lodowatego zaczęło wpełzać do wnętrza jej ciała i zamrażać dziewczynkę od środka.
W końcu do babci wróciło panowanie nad sobą. Przełknąwszy z trudem, popatrzyła już prawie normalnym wzrokiem na bliską histerii Rozalię. To sprawiło, że twarz kobiety przyjęła wyraz mocnego zdziwienia i zatroskania. Najwidoczniej przez cały ten czas nie zdawała sobie sprawy z obecności wnuczki.
- Rozalka, kochana, chodź tu do babci! Nie martw się, wnusia, z babcią już wszystko dobrze! – przyciągnęła ją do siebie i mocno ją przytuliła, całując po włosach, - Moja kochana, aniołeczku ty mój, tak się przestraszyłaś! Wszystko już dobrze! Wybacz mi, starej, moja kochana, że cię babcia tak zmartwiła! Głupia, stara, przywidziało mi się Bóg wie co…
Ostatnie słowa wypowiedziała bardzo niepewnym i fałszywym tonem, przez co Rozalia, która, pocieszona powrotem babci do normalności, zdążyła się trochę uspokoić i znowu stała się ciekawskim dzieckiem, podniosła wzrok na babcię i cicho się spytała:
-A co tam widziałaś, babciu?
Babcia Alesia wzdrygnęła się całym ciałem. Nagle zesztywniała i odsunęła się od wnuczki. Rozalka poczuła, że nastrój babci błyskawicznie się zmienił, że całe jej ciało się spięło, a oczy, wcześniej ciepłe i pełne miłości, przesłoniły się mętną, ale szorstką powłoką. Oceniające spojrzenie babci przebiegło po lekko przestraszonej twarzy wnuczki. Podniosła się z trudem i podeszła do okna, gdzie na parapecie stał słoik z wodą święconą.
Spryskała wodą ze słoiczka ciemne kąty chaty. Podeszła do Rozalki, która z ciekawością patrzyła na jej działania, i zamoczywszy palec w wodzie święconej, namalowała jej krzyż na czole, mamrocząc modlitwę w dziwnym języku. Dopiero potem dziewczyna dowiedziała się, że to był starosłowiański.
Przez następne kilka minut babcia Alesia cicho szeptała modlitwy, zwróciwszy się twarzą ku ikonom, które stały w czerwonym kącie. Ten kąt był dla Rozalki dużo bardziej przerażający niż ten, który stał się przyczyną wydarzeń tego wieczora.
Potężne, surowe, mroczne i pociemniałe od czasu i dymu oblicza świętych groźnie patrzyły z podgniłych ramek, wartościując i prowadząc nieskończony sąd nad ludźmi, znajdującymi się w skrzyżowanym ogniu ich płomiennych spojrzeń. Nawet Matka Boska, namalowana na największej ikonie, stojącej pośrodku, miała ponury i pełny bólu wyraz twarzy, a w jej rysach, zastygłych na ciemnym drewnie, Rozalia zawsze widziała cień strachu, który był wszechobecny i był pewnego rodzaju tłem wszystkich ikon w domu babci Alesi. Wzrok tej świętej panny budził lęk i przytłaczał jednocześnie. Wyglądała jak męczennica, choć w rękach trzymała swoje dziecko - święte dziecko, człowieka Boga, wybawcę świata od grzechów- ale chyba nie czuła, że świat jest warty zbawienia.
Babcia odwróciła się od ikon, jeszcze raz się przeżegnała i usiadła z powrotem. Wyglądała tak, jakby się na coś zdecydowała. Coś widocznie ją gryzło i próbowało się z niej wyrwać, a ona postanowiła dać temu ujście.
-A ty tam nic nie widziałaś, aniołeczku? - spytała się drżącym głosem.
Kiedy dziewczynka stanowczo zaprzeczyła, odetchnęła z widoczną ulgą.
-Niech Bogu za to będą dzięki! Twoja matka też go nie widzi. Nigdy mi nie wierzyła, że on jest. A ty mi wierzysz, kochana? - z nagłym niepokojem zapytała babcia, zaglądając w twarz Rozalki, - Tylko jej nie mów, że ci o nim opowiadałam. To będzie nasz mały sekret, dobrze?
Dziewczynka szybko pokiwała głową, bo jej dziecięca ciekawość pragnęła wiedzieć wszystko, a zwłaszcza to, o czym nie wie mama. Nikt jej w porę nie nauczył, że bywają złe tajemnice. Babcia Alesia szybko oblizywała suche wargi, wykręcała swoje kościste, pomarszczone palce i cała dygotała.
-On do mnie czasem przychodzi. Ot tak stoi sobie w kącie. Po prostu stoi. Zawsze plecami. Nigdy nie widzę jego twarzy. Jak tylko jestem spokojna, jak tylko o nim zapominam, to on od razu się zjawia.
-Ale kto, babciu? - z niecierpliwością małego dziecka spytała się Rozalka.
-Żach. - babcia wzdrygnęła się całym ciałem i obejrzała się za siebie, jakby bała się być usłyszana albo coś przywołać. Jej strach przeszedł również na Rozalkę, która jakimś szóstym zmysłem zrozumiała, że to imię będzie prześladowało ją przez długie lata.
-A jaki on jest, babciu?
Kobieta znowu drgnęła, a jej wzrok skierował się w przestrzeń. Szukała tam czegoś. Jej czoło pokryły głębokie zmarszczki, które pojawiają się na twarzy starszych osób, które sobie coś przypominają.
-Taki wysoki jest, chudy, tylko koście mu zewsząd sterczą. Szary taki stoi, pod sam sufit, a jeszcze się garbi - głos babci Alesi drżał i robił się coraz cichszy z każdym słowem, - Zawsze plecami. Ja nie wiem czy-czy on ma twarz…
Babcia z trudem przełknęła i powiedziała tak cichym głosem, że prawie nie było jej słychać:
- I mówi czasem do mnie. Każe mi robić rzeczy… Jak ja nawet nie chcę i wiem, że źle robię, jego słuchając, i tak słucham i robię.
Niepokój kobiety osiągnął swoje apogeum. Znowu się bezradnie przeżegnała, po jej pobladłej i nagle zestarzałej twarzy pobiegły strużki mętnych łez. W końcu załkała na głos, kołysząc się na krawędzi taboretu i schowawszy twarz w dłoniach.
- Za jakie grzechy? No za jakie? Boże wszechmogący, co ja takiego zrobiłam? Czemu ty mnie tak karzesz? Czemu?!
Ostatnie pytanie, rzucone w przestrzeń w ostatniej próbie pogodzenia się z Bogiem, babcia Alesia już wykrzyknęła. Nagle zerwała się z taboretu z szaleńczą, chorą energią. Rzuciła się do czerwonego kąta, złapała ikonę Matki Boskiej, trzymającej Jezuska i w straszliwej furii cisnęła ją pod nogi. Oczom przerażonej Rozalii ukazała się zupełnie inna osoba, z przekleństwami na ustach depcząca nogami ikonę i dziwacznie wymachująca rękami.
Dopiero wtedy Rozalka zrozumiała, skąd był strach w oczach jej mamy.
Kontynuacja w cz. II
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania