Żach

Rozalia obudziła się przez przeszywające uczucie niepokoju. Nie to, że niepokój był dla niej jakoś szczególnie niezwykłym stanem, a raczej stał się częścią jej codzienności, ale przez ostatnie kilka dni to okropne uczucie znacznie nabrało na sile i powoli przejmowało kontrolę nad jej życiem.

Nie miała już nawet energii, żeby wstać z łóżka. Więc leżała nieruchomo, patrząc w ciemny sufit i czuła tylko gorące łzy, cieknące po policzkach.

Czeka ją kolejny dzień pełen trwogi, napięcia i lęku. Znowu będzie próbowała udawać, że jest w porządku, ale nawet starsza pani z uniwersyteckiej szatni zauważyła jej stan. Nigdy nie umiała kłamać.

No może oprócz tego jednego razu.

W pokoju panował płytki półmrok. Słońce wschodziło coraz później z każdym przebiegającym jesiennym dniem, a Rozalia budziła się jeszcze przed świtem i nie była w stanie zasnąć. Zapomniała wieczorem włączyć ogrzewanie, więc kłujące zimno wiało ze strony okna, zabierając resztki ciepła spod cienkiej kołdry.

Poczuła dreszcze biegnące po skórze. Powoli podniosła się z łóżka, drżąc z zimna i niepokoju. Podłoga okazała się lodowata, jakby szron z zewnątrz pokrywał również mieszkanie. Dziewczyna niepewnym, chwiejnym krokiem wyszła do małej kuchni. Tam było jeszcze zimniej, ale przez niezasłonięte okno do środka wpadało światło rodzącej się zorzy. Otworzyła szafkę i wyciągnęła swój ulubiony kubek z misiem Paddingtonem.

Patrzyła pustym wzrokiem na cieknącą z kranu wodę, która powoli zaczynała przelewać się przez krawędź kubka. Stała, jak gdyby w osłupieniu, nie ruszając się i bezradnie patrząc na lodowaty strumień, nieubłagalnie biegnący przez duszne powietrze.

Dźwięk klaksonu z zewnątrz wyrwał Rozalię z apatycznego spokoju. Odsunęła kubek i zakręciła wodę. Gdy piła, szkło dzwoniło o zęby.

Za oknem z okropnymi krzykami miotały się ptaki, prawie niewidoczne za ścianą drzew, przesłaniających widok. Te niepokojące, trwożne dźwięki źle działały na napięte nerwy dziewczyny. Ciemne niebo powoli przemieniało się w szare, a gdzieś za pasem drzew rozpadało się jak gdyby zarzewie pożaru, rzucającego różowe i żółte blaski na ponure chmury koloru asfaltu.

Rozalia poczuła ciężar w klatce piersiowej, gdy patrzyła na te potężne kolosy obłoków, które wydawały się wisieć nad miastem, niczym miecz Damoklesa, przytłaczając jego ognie swoim groźnym milczeniem.

Nagle zadzwonił telefon. Kubek z hukiem rozleciał się na kawałki, uderzając o zimną podłogę kuchni. Dziewczyna stała zmrożona. Telefon ciągle dzwonił. Rozalia machinalnie wzięła go z blatu i spojrzała na ekran. Dzwoniła, oczywiście, mama.

Telefon w końcu zamilkł. Nie zamierzała odbierać. Mama jej i tak nie zrozumie. Już od paru lat widziały się tylko na święta i chyba żadna z nich nie narzekała na taki układ. Para miłych, ale sztampowych fraz, hojnych, ale nieprzemyślanych prezentów, nic nie znaczących rozmów… A potem tylko pustka, która prawie nie ciążyła. W sercu Rozalii matka zajmowała niepokojąco mało miejsca. Bo cała pozostała przestrzeń należała do babci.

Babcia, babcia… Najbardziej wpływowa osoba w jej życiu, budziła zarazem straszliwy lęk. Rozalia nigdy nie mogła zrozumieć, czy tak naprawdę kiedykolwiek kochała babcię. Bo trudno kochać osobę, która zniszczyła ci życie.

Zmarła trzy lata temu w domu opieki. Rozalia nie pojawiła się na pogrzebie i nigdy nie odwiedziła jej mogiły. Nie czuła takiej potrzeby. Śmierć babci chyba stała się dla niej ulgą.

Ale teraz, bez uprzedzenia, tego pochmurnego jesiennego poranka, uderzyła ją myśl, że potrzebuje odwiedzić jej grób. Ta chęć przyszła samoistnie i na dobre osiadła w umyśle Rozalii. Z jakiegoś powodu dziewczyna była pewna, że niepokój nie ustąpi, jeśli nie posłucha tego wewnętrznego głosu, który natarczywie wzywał ją na podlaski cmentarz. Nie rozumiała, skąd taka potrzeba, ale nie mogła się jej oprzeć.

Za dziesięć minut bilet do Białegostoku był kupiony, a Rozalia w pośpiechu ubierała się, aby zdążyć na poranny pociąg. Jakby przez mgłę widziała swoje odbicie w lustrze, które czemuś miało rozczochrane, kilka dni nie myte włosy, bladą spiętą twarz i dziwnie puste szare oczy.

Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi mieszkania i zbiegła po ciemnych, zapleśniałych schodach na parter, skąd wyrwała się na świeże, zimne powietrze, pełne zapachu rozkładających się liści i mokrego asfaltu.

Przechodnie z ciekawością spoglądali na młodą, dość sympatyczną dziewczynę, szybkim krokiem idącą po pustej mrocznej ulicy ze łzami w oczach i rozwianymi przez wiatr ciemnymi falowanymi włosami, które w nieładzie unosiły się nad wychudzoną, przerażoną twarzą. Pod jej oczami zaległy cienie, a ręce konwulsyjnie zaciskały się w pięści.

Słońce wschodziło coraz wyżej, na co wskazywał biały okrąg, unoszący się na powierzchni czarnych, nabrzmiałych chmur. Brązowe, żółte i czerwone liście zrywały się ze skrzywionych, zamarzłych gałęzi, tworząc wichry, zamiatające pokryte kałużami chodniki.

Gdy Rozalia dotarła na dworzec, do odjazdu pociągu pozostawało sześć minut. Dziewczyna w ostatnim momencie wskoczyła do wagonu i zmęczona, ale z ironiczną satysfakcją, spadła na swoje miejsce. Siedziała koło okna, więc jak najszybciej odwróciła się w jego stronę, aby uniknąć nieprzyjemnych dla niej rozmów z sąsiadami.

Naprzeciwko niej siedziała starsza pani, która lata świetności miała już dawno za sobą. Rozalia zdążyła zauważyć pomarszczoną, wścibską twarz, prawie całkowicie przykryte opadającymi powiekami mętne, jasno-niebieskie oczy, jakby wykonane z nieprzezroczystego szkła, pofarbowane na kolor fioletowej kapusty rzadkie, puszące się włosy i złote zęby, błyszczące za cienkimi wargami z wiecznie opuszczonymi kącikami. Dziewczyna znała ten typ starszych pań i przewidywała, zresztą słusznie, że niedługo będzie cieszyła się względnym spokojem i ciszą.

Najgorsze oczekiwania Rozalii spełniły się już po kilku minutach, kiedy rozpędzony pociąg wyjechał za miasto, jasną strzałą mknąc przez pola i łąki w kierunku wschodniej granicy. Emerytka zaczęła niespokojnie kręcić się na swoim siedzeniu, szukać czegoś w swojej obszernej torebce i wreszcie odezwała się skrzeczącym, wysokim głosem:

- A do jakiej pani stacji jedzie?

Rozalia z niesmakiem oderwała wzrok od przelatujących za szybą pejzaży i odpowiedziała sucho i krótko:

- Do końcowej.

Jej ton wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie chce kontynuować rozmowy. Próbowała powstrzymywać histerycznych śmiech albo płacz, nie chcąc pokazać swojego stanu przed nieznajomą kobietą i próbując uniknąć zbędnych pytań, które jeszcze bardziej wyprowadziłyby ją z równowagi. Lecz starsza pani wyraźnie zignorowała niechęć Rozalii i kontynuowała rozmowę bez jej udziału.

- Oj, tak daleko! Marnie pani wygląda! To wszystko ta praca! Przecież pewnie pani pracuje, co? Teraz to nawet młodziutkie dziewczęta myślą tylko o karierze. Za moich czasów to kobieta w domu siedziała, a mężczyzna pracował. No i tak być powinno. Teraz to ten zgniły zachód próbuje zepsuć nasze młode pokolenie! Koszmar! Kto przecie dzieci rodzić będzie, jak baby siedzą w pracy? Dziatki to prze najważniejsze, co kobieta w życiu mieć może. Mi tak matka moja zawsze mówiła: „Kobieta, Jadwisiu, winna dziatki rodzić i mężowi pomagać, bo tak Pan Bóg każe”. Jadę właśnie do córeczki mojej, Bożenki. Przykładna, ja pani powiem, żona. Piątkę dzieci urodziła, za mąż dobrze wyszła - człek porządny, choć pije czasem, ale któż teraz wypić nie lubi? A jak już i obije, to ja uważam, że to pewnie zasłużyła. No a jak i nie, to prze mężczyzna on i jest mężczyzna, porywczy charakter! Jak bije, to kocha - tak mi zawsze matka mówiła. Tak i Bożence mojej powtarzam, jeśli żalić się zaczyna: „Kobieta powinna mężowi być posłuszna, kochać go i szanować, a grzechy i krzywdę mu przebaczać”. Mówi, że dziatki też czasem pobije, no ale ja myślę, że bez bicia to dzieci na porządnych ludzi wychować się nie da. Teraz to mówią, że z dziećmi trzeba miękko, że nawet już klapsa dać nie można! Ale ja pani powiem: bzdura! Nasze dziady i pradziady przecie bili dzieci, a nikomu żadna krzywda się nie działa. Wyrośliśmy na uczciwych, porządnych ludzi. A te łajzy i obiboki, co teraz rosną, to przecie wszystko przez to, że rodzice, kiedy trzeba było, to nie postawili ich na miejsce. Te wszystkie nowoczesne psychologie to bzdura! Każdemu wmówią, że coś z nim nie tak. Mojej Bożence też tam jakaś psycholożka coś w głowie namieszała. Szarlatanka! To przecież w głowie się nie mieści, żeby babie mówić, że powinna męża rzucić! Namawiała ją ta głupia kwoka, żeby rozwód wzięła! Jezu Chryste! Rozwód! To po prostu się nie mieści w głowie! Długo się wtedy do Maryi modliłam o jej duszę, by ją na dobrą drogę naprowadziła. Sama też jej mówię, że jeśli rozwód weźmie, to ja już jej za córkę mieć nie chce. Kto to widział, takie cuda na kiju: baba chce odejść od męża! I za co? Mówi, że pije - kto dziś nie pije! Bije - no i co, zaciśnij zęby i milcz! Ludzie nie muszą wiedzieć, co się tam u was dzieje. Wszystko musi w rodzinie zostać, a nie że przed każdym przechodniem robisz z siebie ofiarę. Strach pomyśleć, co sąsiedzi o niej gadają! No ale Maryja wstawiła się za biedną grzesznicą i uratowała jej nieśmiertelną duszę. Ona rozwodu jednak nie wzięła. Dzięki Bogu za to! Wnuki już dorosłe, z domu się powyprowadzały. Może prawnuków się doczekam, jak Pan Bóg da! A ja tu nawet zdjęcie mam mojej Bożenki! Zaraz pani pokażę!

Kobieta przerwała swoją niekończącą się historię i zaczęła energicznie wywracać zawartość do torebki do góry nogami. Po chwili z twarzą triumfatora wyciągnęła stamtąd trochę pogięte zdjęcie i dumnie zaprezentowała je zmieszanej Rozalii.

Ze zdjęcia patrzyła przedwcześnie zestarzała kobieta o siwych włosach. Na jej twarzy widniały głębokie zmarszczki, których przyczyną na pewno nie był uśmiech. Ramiona garbiły się pod nierzucającą się w oczy bluzką, głowa chyliła się ku piersi, kąciki ust były opuszczone, tak samo jak u jej matki. Cała twarz miała wyraz bezgranicznej pokory, przez którą dało się zauważyć głęboki smutek i lęk. Jej niebieskie, patrzące lekko w dół oczy były jak gdyby zasłonięte przegrodą, przez którą nie przedostawały się żadne uczucia.

„Biedna…” - pomyślała Rozalia, czując, jak ciarki przeszywają jej ciało. Ta kobieta była widocznie nieszczęśliwa, ale nie tylko to zmroziło dziewczynę. Bardzo jej kogoś przypominała.

Babcię.

Tak samo zgarbione plecy, uciekający wzrok i to samo ciężkie, przytłaczające wrażenie, które wywarła na Rozalii, gdy zobaczyła ją po raz pierwszy.

Starsza pani wydawała się nie rozumieć jej nastroju i dalej się uśmiechała. Schowała zdjęcie do torby i na chwilę zamilkła, patrząc w okno, za którym już zrobiło się jasno. Lecz chmury nie ustąpiły, a wręcz przeciwnie, zapełniały niebo aż po horyzont. Pola, pełne mokrej zamarzniętej ziemi, rozciągały się po obie strony torów.

Rozalia czuła się, jakby ją opluto. Ta kobieta tak spokojnie może mówić o tak strasznych rzeczach, uśmiechając się, jakby mówiła o pogodzie! Nagle dziewczyna spytała się z pozoru spokojnym, ale trochę drżącym głosem:

- Wierzy pani w Boga?

Emerytka aż zadławiła się powietrzem. Jej źrenice poszerzyły się prawie na całą tęczówkę. Po chwili wykrztusiła z oburzeniem:

- Co to za pytanie? Oczywiście, że tak! Co niedzielę chodzę do kościoła, modlę się regularnie! Jestem przykładną katoliczką!

Twarz Rozalii wykrzywiła się w kwaśnym uśmiechu.

- A gdzie pani pójdzie po śmierci?

Rozmówczyni miała taki wyraz twarzy, jakby zaraz miała paść na zawał.

- Skąd takie pytanie?! Skąd miałabym wiedzieć? To Pan Bóg zadecyduje.

- Ale jak pani myśli? - nie odpuszczała Rozalia.

Kobieta przybrała wyraz twarzy, odpowiedni dla średniowiecznej świętej.

- Jeśli będzie ze mną łaska boża, weźmie mnie do siebie, do nieba. Ksiądz w naszej parafii wie, że ja to zawsze na mszy jestem, spowiadam się co tydzień, świeczki stawiam i postu przestrzegam. Nie ma mnie Pan Bóg za co nie wziąć do nieba! Nawet ksiądz nasz, człek porządny, tak mówi.

- Tak samo porządny, jak mąż pani córki? - z goryczą spytała się dziewczyna.

- Nie no, co pani, przecież ksiądz to nawet od wójta porządniejszy jest! - odpowiedziała kobieta, znowu nie zauważając szpilki.

Rozalia usiadła prościej i uważnie spojrzała na emerytkę. Ta kobieta była tak pewna swojej bezgrzeszności, że ta pewność całkowicie ją zaślepiała. Chyba naprawdę wierzyła, że to, co robi, jest zgodne z jej religią.

- A myśli pani, że w niebie przyjmują tych, którzy nie maja litości dla bliźniego?

Kobieta odrzekła z pełną powagą:

- Nie sądzę, a czemu panią to interesuje?

Rozalia wybuchnęła histerycznym śmiechem. Ta głupia starucha nie widzi niczego, czego widzieć nie chce. Dziewczyna wypuściła całe napięcie ostatnich dni w tym lodowatym, wysokim śmiechu, który przeraził jej sąsiadkę. Odrzuciła głowę do tyłu i śmiała się, a jej ciało trzęsło się w koszmarnych spazmach. Z pewnością wyglądała jak opętana, bo kiedy napad minął, zobaczyła przez lejące się łzy jak poły kurtki kobiety, która siedziała naprzeciwko, znikają w korytarzu. Z innych wagonów wyglądały zakłopotane i zdziwione twarze, niektóre wyrażające zatroskanie, a inne ciekawość. Dziewczyna szybko przeprosiła łamiącym się głosem i znowu odwróciła się do okna, próbując powstrzymać kolejny atak histerii.

Była na siebie strasznie zła. Nie trzeba było dawać woli uczuciom. Zachowała się jak głupia i niedojrzała histeryczka. Co ludzie pomyślą?

Uderzyło ją to, że to ostatnia myśl nie należała do niej. Przecież ją, Rozalię, nigdy nie obchodziło, co kto o niej pomyśli. W takich względach należała do młodego pokolenia, na które tak żaliła się starsza pani. To była myśl, którą raczej mogła wyrazić jej babcia. „Z każdym dniem” – pomyślała z przerażeniem - „chcąc nie chcąc, staję się coraz bardziej do niej podobna”.

Relacje w jej rodzinie ogólnie nie należały do najlepszych, ale relacja jej matki z babcią zostawiała najwięcej do życzenia. Mama zawsze, gdy rozmowa w jakiś sposób zmuszała ją do wspomnienia babci, zamykała się w sobie na kilka minut albo i godzin. Nigdy o niej nie opowiadała, więc większość osób, które ją znały, były pewne, że jest półsierotą. Rozalia w dzieciństwie nie mogła zrozumieć, czemu nie może poznać swojej drugiej babci i czemu ta wizja tak przeraża jej mamę.

Zrozumiała potem. Wtedy, gdy było już za późno.

Jak potem sobie uświadomiła, matka jednak czuła duże wyrzuty sumienia z powodu tego, że jej mama nie może poznać wnuczki. Tak, wtedy to były jeszcze wnuczki. Więc pewnego lata, gdy musiała wyjechać w podróż służbową, pełna nieokreślonych obaw, jej matka odwiozła córki do wsi na Podlasiu, gdzie do tej pory mieszkała tajemnicza babcia Alesia.

Rozalia do teraz dobrze pamiętała moment, w którym po raz pierwszy ją zobaczyła. Po długiej i nudnej podróży pociągiem, wyczerpującej przejażdżce autobusem wiejskim, który wydawał się rozpadać na składowe, jadąc po wyboistej gruntowej drodze, i spacerze przez gorący, cienisty las, wreszcie dotarły do niedużej wioski w kilka uliczek, która była z trzech stron otoczona przez puszczę. Matka widocznie czuła się niekomfortowo, znowu trafiwszy w miejsce, z którego tak wcześnie uciekła z myślą, że nigdy, za nic nie wróci.

Przeszły przez wioskę, łapiąc zaciekawione spojrzenia zgrzybiałych starców, wegetujących na podgniłych ławkach pod obdartymi ścianami chat. Wreszcie doszły do domku, nienoszącego śladów życia. Ogród za płotem był zarośnięty bujnymi chwastami, bluszcz wspinał się na ściany i dach chaty, pokrywając je grubym ciemno-zielonym dywanem. Na to, że w domu ktoś żyje, wskazywała alejka wiodąca przez bujną florę do dużych drzwi z częściowo oblazłą farbą oraz strużka czarnego dymu o nieprzyjemnym zapachu, unosząca się z komina.

Matka zastygła przed furtką, położywszy rękę na klamce. Nie mogła zdecydować się na ostatni krok, po którym nie będzie odwrotu. Siostry złapały się za ręce, w przerażeniu patrząc na złowieszczy dom, w którym miały spędzić następne trzy tygodnie.

Wtedy bardzo powoli, prawie teatralnie, drzwi domku się otworzyły i w przejściu ukazała się sylwetka starszej kobiety. Przestąpiła wysoki próg i powoli, z trudem zeszła po schodkach. Skierowała się w stronę gości i na jej twarzy pojawił się trochę smutny, ale szeroki uśmiech.

Matka też się fałszywie uśmiechnęła i otworzyła furtkę. W ich przywitaniu z babcią nie było nic naturalnego. Ledwo się uścisnęły i od razu odeszły na dystans kilku kroków. Napięcie między nimi było niemal widoczne w jasnym letnim powietrzu. Dużo bardziej szczere było przywitanie babci z wnuczkami, których nigdy dotąd nie widziała.

Ale Rozalia stała w osłupieniu, nie słysząc słów nowej babci. Była tak bardzo zaskoczona jej wyglądem, że nie była w stanie wykrztusić ani słowa. Jej wygląd nie zdziwiłby nikogo innego, bo był zupełnie normalny. I właśnie to wydało się takie dziwne dziewczynce, która oczekiwała zobaczyć kobietę podobną do Baby Jagi lub innej czarownicy: czarne, rozczochrane włosy, krzywe, ostre zęby, długi nos z brodawką i małe złośliwe oczka. Taką ją sobie wyobrażała, próbując wytłumaczyć sobie, czemu mama tak nie lubiła o niej rozmawiać. Ale była to tylko niezbyt wysoka starsza kobieta o cienkich bordowych włosach oraz pokrytej zmarszczkami szerokiej twarzy, która świadczyła o jej ciężkim i smutnym życiu. Nie wzbudziłaby w nikim szczególnych emocji – setki takich twarzy migają nam codziennie przed oczami i żadna z nich nie zostaje w pamięci.

Wkrótce mama wyruszyła z powrotem do miasta. Być może uciekała tylko przed własnymi wspomnieniami i poczuciem winy, które ponownie wdarły się w jej życie wraz z wilgotnym bagiennym powietrzem. A może przed czymś dużo bardziej przerażającym... Przed wyjściem długo uciskała córki, jakby w ostatniej próbie obronienia ich przed czymś, o czym miała tylko oddalone pojęcie. Nie wiedziała, że jednej z nich już nigdy więcej nie zobaczy.

Kasia… Rozalia tak za nią czasami tęskniła. Tęskniła za latami, kiedy miała starszą siostrę, choć wtedy uważała, że byłaby szczęśliwsza, gdyby tej siostry nigdy nie było na świecie. Nie pamiętała już dobrze jej twarzy. Nie lubiła oglądać starych zdjęć - po co roztrząsać przeszłość, jeśli wszystko, co z tego wynika, to powrót bolesnej pustki, która nigdy do końca nie zniknie?...

Gdy Kasia zostawiła ten świat, miała tylko dwanaście lat. Rozalia była od niej trzy lata młodsza, więc mogła już w pełni zrozumieć, co się stało. Jednocześnie była jeszcze zupełnym dzieckiem z ogromną wrażliwością, co nadało pewien tok wydarzeniom po śmierci Kasi.

Rozalia potrząsnęła głową: „Stop! Już, dosyć tego rozmyślania.” Myślenie o Kasi bolało jeszcze zbyt mocno, choć minęło już czternaście lat od tego straszliwego dnia, gdy nabyła pełne i tak wyczekiwane prawo do mówienia: „Jestem jedynaczką”.

Pociąg zbliżał się do Białegostoku. Rozalia nie miała ze sobą żadnego bagażu, więc siedziała na swoim miejscu do ostatniej chwili, patrząc na dziwnie znajome ulice, które mijał pociąg. Gdy wreszcie wagony zatrzymały się przy platformie, dziewczyna wyszła na betonowy placyk, a następnie na miasto, które spotkało ją ponurą szarością budynków i nieba.

Pogoda zrobiła się jeszcze mroczniejsza niż rano. Chmury koloru stali ciągnęły się aż do horyzontu, na ulicy panował półmrok, zbierało się na deszcz. Wiatr wył w gałęziach kasztanów, a kałuże nabrały koloru chmur, różniąc się od nich tylko brązowymi plamami mokrych liści. Złowieszcze krakanie rozbrzmiewało w ciężkim powietrzu, które kłębiło się płatami mlecznej mgły w rogach brudnych zaułków.

Rozalia wsiadła w autobus tej samej linii, co prawie piętnaście lat temu. Tym razem pojazd był w mniej opłakanym stanie, ale wyboiny na drodze zrobiły się tylko większe, więc efekt wychodził ten sam: na każdym większym wgłębieniu jakaś siła rzucała pasażerów w górę i nielitościwie wgniatała w siedzenie. Po dwóch godzinach takiej jazdy Rozalia pożałowała, że pomysł, by odwiedzić grób babci, kiedykolwiek przyszedł jej do głowy.

Nareszcie dziewczyna dotarła do przystanku pośrodku pola, na którym wyszła sama. Na wszystkie strony rozciągały się pola i lasy, reprezentując potęgę przyrody, która potrafi przetrwać nawet w piekle wojny, klęski i postępu cywilizacji, z których ostatni to jej najgroźniejszy przeciwnik. Te nienaruszone, dzikie i wolne przestworza napawały umysł Rozalii dziwną, niewysłowioną miłością i tęsknotą, które ściskały jej wnętrzności, gdy rozglądała się wokół, a jej oczy widziały krajobraz jej praojców.

Idąc wąską, krętą ścieżką, przemierzającą dziki las, Rozalia myślała nie o osadnikach, którzy jako pierwsi oswoili te nieprzystępne tereny, nie o chłopach, którzy musieli nieustannie walczyć z puszczą, która zawsze pragnęła odebrać należące do niej ziemie, nie o partyzantach, którzy znaleźli w tej samej puszczy śmierć albo zbawienie, a o babci, takiej prozaicznej w tej chwili babci Alesi... To przez nią okazała się tutaj po raz pierwszy, a teraz i drugi. Przez nią i przez niego.

Ostatnie słowa babci, która umarła na nowotwór w jednym z białostockich domów opieki, wprawiły w zakłopotanie personel i rodzinę, i szybko uznano je za nonsens, który wypowiedziała starsza schorowana kobieta na łożu śmierci. Tylko Rozalia zrozumiała prawdziwy sens tych słów, i to, co zrozumiała, wzbudziło jej okropny niepokój. Babcia Alesia, umierając, wyszeptała z przerażeniem: „On ma twarz tego milicjanta…”. Nikt nie był w stanie zgadnąć, kim jest ten tajemniczy on, o którym kobieta wspomniała w ostatnich chwilach swojego życia.

Rozalia wiedziała. I wiedziała dużo więcej, niż by chciała.

Po raz pierwszy usłyszała o Żachu trzeciego dnia ich z siostrą pobytu u babci na wsi. Był wieczór, słońce dopiero co zaszło i miękki, ciepły półmrok otaczał dom ze wszystkich stron. Ze wschodu nadciągała czerń nocy, świerszcze przytulnie grały swoją prostą melodię, a we wsi zapalały się światełka okien, przytłumione lekkimi firankami, powiewającymi na delikatnym wietrze.

Kasia już poszła na górę, chcąc dłużej poczytać przed snem. Babcia Alesia sprzątała po kolacji, a mała Rozalia bawiła się nową piękną lalką, którą niedawno dostała na urodziny. Dziadek jeszcze nie wrócił od sąsiada, zresztą dziewczynki prawie go nie poznały - był zamknięty w sobie, pochmurny i zawsze dziwnie poważny. Babcia chyba trochę się go bała, co nie umknęło oczom Rozalii.

Nagle rozległ się huk i odłamki talerza rozleciały się po drewnianej podłodze. Rozalia ze strachem odwróciła się w stronę źródła dźwięku i zobaczyła babcię, patrzącą pustym, przerażonym wzrokiem w kąt, gdzie nie było niczego nadzwyczajnego.

Babcia wyszeptała cichym, przerywającym się głosem:

- On-on tu jest… Czego ty chcesz? Odejdź! - przeszła na przerażony, bezradny krzyk, - Odejdź!

Schowała twarz w drżących dłoniach i odwróciła się lekko od tego kąta, w którym kogoś widziała. Przestraszona Rozalka usłyszała cichy konwulsyjny płacz, wydobywający się z za pomarszczonych palców.

Dziewczynka podbiegła do babci i przytuliła ją najmocniej, jak potrafiła. Jedyne, co teraz było dla niej ważne, to uspokoić, pocieszyć i obronić babcię przed tym, co kryło się we mroku. Stała tak w ciszy, wtulając się w babcię i czekając, aż jej strach minie.

Za kilka minut babcia zabrała drżące dłonie od pobladłej twarzy i usiadła na krześle, z trudem panując nad własnym ciałem. Jej dolna warga drżała, a ręka odruchowo wykonywała znak krzyża w stronę kąta. Opustoszałe i nagle pociemniałe oczy patrzyły na wnuczkę, nie widząc jej.

Rozalia zaczęła cicho łkać ze strachu. Zachowanie babci Alesi, które na początku wzbudziło tylko współczucie i chęć pomocy, zaczynało być coraz bardziej niepokojące i niewytłumaczalne. Coś lodowatego zaczęło wpełzać do wnętrza jej ciała i zamrażać dziewczynkę od środka.

W końcu do babci wróciło panowanie nad sobą. Przełknąwszy z trudem, popatrzyła już prawie normalnym wzrokiem na bliską histerii Rozalię. To sprawiło, że twarz kobiety przyjęła wyraz mocnego zdziwienia i zatroskania. Najwidoczniej przez cały ten czas nie zdawała sobie sprawy z obecności wnuczki.

- Rozalka, kochana, chodź tu do babci! Nie martw się, wnusia, z babcią już wszystko dobrze! – przyciągnęła ją do siebie i mocno ją przytuliła, całując po włosach, - Moja kochana, aniołeczku ty mój, tak się przestraszyłaś! Wszystko już dobrze! Wybacz mi, starej, moja kochana, że cię babcia tak zmartwiła! Głupia, stara, przywidziało mi się Bóg wie co…

Ostatnie słowa wypowiedziała bardzo niepewnym i fałszywym tonem, przez co Rozalia, która, pocieszona powrotem babci do normalności, zdążyła się trochę uspokoić i znowu stała się ciekawskim dzieckiem, podniosła wzrok na babcię i cicho się spytała:

-A co tam widziałaś, babciu?

Babcia Alesia wzdrygnęła się całym ciałem. Nagle zesztywniała i odsunęła się od wnuczki. Rozalka poczuła, że nastrój babci błyskawicznie się zmienił, że całe jej ciało się spięło, a oczy, wcześniej ciepłe i pełne miłości, przesłoniły się mętną, ale szorstką powłoką. Oceniające spojrzenie babci przebiegło po lekko przestraszonej twarzy wnuczki. Podniosła się z trudem i podeszła do okna, gdzie na parapecie stał słoik z wodą święconą.

Spryskała wodą ze słoiczka ciemne kąty chaty. Podeszła do Rozalki, która z ciekawością patrzyła na jej działania, i zamoczywszy palec w wodzie święconej, namalowała jej krzyż na czole, mamrocząc modlitwę w dziwnym języku. Dopiero potem dziewczyna dowiedziała się, że to był starosłowiański.

Przez następne kilka minut babcia Alesia cicho szeptała modlitwy, zwróciwszy się twarzą ku ikonom, które stały w czerwonym kącie. Ten kąt był dla Rozalki dużo bardziej przerażający niż ten, który stał się przyczyną wydarzeń tego wieczora.

Potężne, surowe, mroczne i pociemniałe od czasu i dymu oblicza świętych groźnie patrzyły z podgniłych ramek, wartościując i prowadząc nieskończony sąd nad ludźmi, znajdującymi się w skrzyżowanym ogniu ich płomiennych spojrzeń. Nawet Matka Boska, namalowana na największej ikonie, stojącej pośrodku, miała ponury i pełny bólu wyraz twarzy, a w jej rysach, zastygłych na ciemnym drewnie, Rozalia zawsze widziała cień strachu, który był wszechobecny i był pewnego rodzaju tłem wszystkich ikon w domu babci Alesi. Wzrok tej świętej panny budził lęk i przytłaczał jednocześnie. Wyglądała jak męczennica, choć w rękach trzymała swoje dziecko - święte dziecko, człowieka Boga, wybawcę świata od grzechów- ale chyba nie czuła, że świat jest warty zbawienia.

Babcia odwróciła się od ikon, jeszcze raz się przeżegnała i usiadła z powrotem. Wyglądała tak, jakby się na coś zdecydowała. Coś widocznie ją gryzło i próbowało się z niej wyrwać, a ona postanowiła dać temu ujście.

-A ty tam nic nie widziałaś, aniołeczku? - spytała się drżącym głosem.

Kiedy dziewczynka stanowczo zaprzeczyła, odetchnęła z widoczną ulgą.

-Niech Bogu za to będą dzięki! Twoja matka też go nie widzi. Nigdy mi nie wierzyła, że on jest. A ty mi wierzysz, kochana? - z nagłym niepokojem zapytała babcia, zaglądając w twarz Rozalki, - Tylko jej nie mów, że ci o nim opowiadałam. To będzie nasz mały sekret, dobrze?

Dziewczynka szybko pokiwała głową, bo jej dziecięca ciekawość pragnęła wiedzieć wszystko, a zwłaszcza to, o czym nie wie mama. Nikt jej w porę nie nauczył, że bywają złe tajemnice. Babcia Alesia szybko oblizywała suche wargi, wykręcała swoje kościste, pomarszczone palce i cała dygotała.

-On do mnie czasem przychodzi. Ot tak stoi sobie w kącie. Po prostu stoi. Zawsze plecami. Nigdy nie widzę jego twarzy. Jak tylko jestem spokojna, jak tylko o nim zapominam, to on od razu się zjawia.

-Ale kto, babciu? - z niecierpliwością małego dziecka spytała się Rozalka.

-Żach. - babcia wzdrygnęła się całym ciałem i obejrzała się za siebie, jakby bała się być usłyszana albo coś przywołać. Jej strach przeszedł również na Rozalkę, która jakimś szóstym zmysłem zrozumiała, że to imię będzie prześladowało ją przez długie lata.

-A jaki on jest, babciu?

Kobieta znowu drgnęła, a jej wzrok skierował się w przestrzeń. Szukała tam czegoś. Jej czoło pokryły głębokie zmarszczki, które pojawiają się na twarzy starszych osób, które sobie coś przypominają.

-Taki wysoki jest, chudy, tylko koście mu zewsząd sterczą. Szary taki stoi, pod sam sufit, a jeszcze się garbi - głos babci Alesi drżał i robił się coraz cichszy z każdym słowem, - Zawsze plecami. Ja nie wiem czy-czy on ma twarz…

Babcia z trudem przełknęła i powiedziała tak cichym głosem, że prawie nie było jej słychać:

- I mówi czasem do mnie. Każe mi robić rzeczy… Jak ja nawet nie chcę i wiem, że źle robię, jego słuchając, i tak słucham i robię.

Niepokój kobiety osiągnął swoje apogeum. Znowu się bezradnie przeżegnała, po jej pobladłej i nagle zestarzałej twarzy pobiegły strużki mętnych łez. W końcu załkała na głos, kołysząc się na krawędzi taboretu i schowawszy twarz w dłoniach.

- Za jakie grzechy? No za jakie? Boże wszechmogący, co ja takiego zrobiłam? Czemu ty mnie tak karzesz? Czemu?!

Ostatnie pytanie, rzucone w przestrzeń w ostatniej próbie pogodzenia się z Bogiem, babcia Alesia już wykrzyknęła. Nagle zerwała się z taboretu z szaleńczą, chorą energią. Rzuciła się do czerwonego kąta, złapała ikonę Matki Boskiej, trzymającej Jezuska i w straszliwej furii cisnęła ją pod nogi. Oczom przerażonej Rozalii ukazała się zupełnie inna osoba, z przekleństwami na ustach depcząca nogami ikonę i dziwacznie wymachująca rękami.

Dopiero wtedy Rozalka zrozumiała, skąd był strach w oczach jej mamy.

Napad złości skończył się tak samo szybko i niespodziewanie, jak się zaczął. Podniesione w gniewie ręce babci błyskawicznie opadły, nogi zatrzymały świętokradzki taniec, ramiona znowu się zgarbiły. Po paru sekundach nie zostało ani śladu po szatańskim ogniu w jej głęboko posadzonych oczach. Zachwiała się i oparła o ścianę jedną ręką, podczas gdy drugą przesłoniła usta, rozwarte w przerażonym zdziwieniu. Przesunęła dłonią po twarzy, jakby próbowała zdjąć niewidzialną pajęczynę.

Zsunęła się po ścianie, coś niezrozumiale szepcząc i wbijając w przestrzeń puste spojrzenie. Rozalka siedziała na taborecie, sparaliżowana strachem. Słyszała tylko bębnienie krwi w skroniach i swój płytki, przyspieszony oddech. Piękna lalka leżała na podłodze, rzucona i zapomniana. To był pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz, gdy dowiedziała się, co robi z człowiekiem atak paniki.

Dziecko nie powinno tego wiedzieć. Nie powinno.

Przez huk własnego serca Rozalka usłyszała nieskończenie daleki dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Następnie do jej uszu dotarł stuk kroków, które nagle się zatrzymały parę metrów od dziewczynki. Potem gniewny krzyk i gruchot ciężkich butów. Przed rozkojarzonym spojrzeniem Rozalki przeleciał duży człowiekopodobny kształt i rzucił się do siedzącej na podłodze babci.

Rozalka niezbyt dobrze pamiętała, co działo się dalej. W jej pamięci został tylko pełny złości i o dziwo, strachu, krzyk dziadka, jakaś szarpanina, moment, w którym dziadek, nie zważając na jej ból, ciągnął ją za rękę po schodach i wpychał do pokoju, w którym stało jej łóżko, oraz prawie nowa lalka, zgnieciona ciężkim butem, która leżała na podłodze, bezradnie rozrzuciwszy ręce. Jednak dobrze pamiętała, że Kasia na ten moment, gdy jej siostra wpadła do pokoju, już spokojnie spała.

Śpij, Kasiu i niech ziemia będzie ci puchem… Teraz już się nie obudzisz od biegnących po twarzy promieni słońca ani od świergotu ptaszków, budujących gniazda pod dachem. Obudzą się tylko trąby na Sąd Ostateczny. A teraz, dopóki świat mieni się kalejdoskopem lat, śpij spokojnie, jak tego wieczoru, gdy twoja siostra po raz pierwszy zobaczyła prawdziwe zło.

Wtedy mała Rozalka nie mogła zrozumieć, kogo boi się bardziej: babci, dziadka czy Żacha, ale dobrze rozumiała, że jej świat już nigdy nie będzie taki sam.

Rozalia wybudziła się ze swoich myśli. Wokół niej potężną ścianą wznosił się czarny, mokry las. Runo leśne wydzielały ciężki, odurzający zapach opadłych liści, zmieszanych z igłami sosen i wilgotną ziemią. Ścieżka czasem znikała w gąszczu kłujących krzaków i brunatnych paproci. Gdyby nie kapiąca z gałęzi woda i szum wiatru w koronach drzew, w puszczy panowałaby martwa cisza. Żaden ptak czy zwierzę nie naruszało groźnego spokoju, roztaczającego się pod surowymi sylwetkami konarów, przesłaniających ciemno-szare niebo.

Za jakiś czas drzewa stały się rzadsze i cieńsze. W prześwitach między nimi ukazały się długie strugi czarnego dymu, unoszące się w oddali. Potem dołączył ostry zapach palącego się torfu. Rozalia uśmiechnęła się krzywo. Chyba w tej wiosce na końcu świata nikt nigdy nie słyszał o ekologii. Szła dalej, dopóki las nie rozstąpił się, z niechęcią wypuszczając swoją potencjalną ofiarę na dużą polanę na skraju puszczy, na której stały rzędy pochylonych i wrośniętych w ziemię chat.

Dziewczyna nagle stanęła w miejscu. Na chwilę zaparło jej dech w piersiach, gdy spojrzała na tę dziką, porzuconą przez świat i cywilizację wieś, która zupełnie się nie zmieniła nawet po upływie czternastu lat. Czas wydawał się zatrzymać tu, gdzie nie docierało nic ze świata, który tak dynamicznie kroczył naprzód, depcząc po drodze wszystko, co trafiało pod jego owinięte kablami wysokiego napięcia nogi. Ta wioska jednak ze spokojnym, pogrążonym we śnie stoicyzmem stawiała czoła wszelkim przejawom postępu. Rozalia była pewna, że czterdzieści czy nawet sześćdziesiąt lat temu oczom przypadkowego przechodnia czy wędrowcy ukazywał się ten sam obraz, co jej teraz. Pewnie za sto lat, nawet gdyby cały świat miał się zawalić, spalić w ogniu wojen czy upaść pod naciskiem mściwej przyrody, ta wieś na skraju puszczy nadal stałaby tu, pogrążona w sennym spokoju dalekiej przeszłości. Tu ludzie żyli wspomnieniami, w pewnym momencie dołączając do ich gromady i ich bliscy, siedząc wieczorami na ganku, rozmyślali o nich, próbując zobaczyć ich błysk w gwiazdach, prawie zawsze przesłoniętych przez chmury.

Rozalia szła główną ulicą wsi, ostrożnie rozglądając się na boki. Kiedy spotykała się wzrokiem z pustym, mętnym spojrzeniem któregoś ze starych mieszkańców, szybko odwracała głowę, udając, że nie czuję ich spowolnionej uwagi, która ciężkim gniotem leżała na jej plecach, gdy przemierzała wieś, szukając kogoś, kto mógłby pomóc jej odnaleźć drogę na cmentarz. Dziewczyna widziała tylko nieruchomych starców, którzy wyglądali na zupełnie głuchych i ślepych, parę kur, biegających po ulicy bez nadzoru i wydziobujących zapomniane ziarna z zastojałego błota, kilka starych leniwych psów na zardzewiałych łańcuchach, z niechęcią pobarkujących na idącą ulicą nieznajomą, oraz skrzywione, rozpadające się domki, ogrodzone niskimi płotami z brakującymi deskami, które z pewnością nie zatrzymałyby żadnego złodzieja. Ale nikt w tej wiosce nie dopuściłby się kradzieży - pewnie nawet nie byłby na tyle sprawny fizycznie.

Nagle coś dotknęło ramienia Rozalii. Dziewczyna podskoczyła w miejscu i z impetem się obróciła, w strachu rozglądając się za zakłócicielem spokoju. Tuż za nią stała wysoka, wychudzona starsza kobieta o wydłużonej, ostrej twarzy. Przez jej pokryte głębokimi zmarszczkami czoło biegła długa biała blizna, ściągająca napiętą skórę twarzy. Jej pożółkłe, siwe włosy nie były ukryte pod chustą, która swobodnie spadała na jej kanciaste, chude ramiona. W całej jej twarzy było coś ptasiego, a jej czarne, błyszczące oczy wbijały się w Rozalię, pożerając ją z dziką, mroczną ciekawością. Jej ruchy były szarpane, niepewne, ale wszystkie wykonywane z nadmiarem wrzącej wewnętrznej energii, która tryskała jej z oczu, częściowo przesłoniętych przez kataraktę.

Kontrast, który stanowiła z tym cichym miejscem, pełnym wciągającego w głąb, niczym bagno, spokoju, na moment odebrał dziewczynie mowę. Kobieta wykonała w jej stronę kolejny nagły, nienaturalny ruch, jakby ktoś szybko pociągnął za nitki, przyczepione do jej kończyn, rzucając ją naprzód.

- No dzień dobry, panienko, witamy z powrotem w naszym skromnym miejscu! Przecież ja panienkę kojarzę. Wnuczka baby Alesi, co tam przy samej puszczy mieszkała - jej głos brzmiał dziwnie, ale zarazem znajomo. Miała trudno wychwytywany akcent, zwyczajny w tym regionie.

Jej stwierdzenie zszokowało dziewczynę. Gdy ostatnim razem opuściła tę wieś, miała zaledwie dziewięć lat i od tego momentu jej twarz zmieniła się niemal całkowicie: jej rysy się wyostrzyły, uwydatniły się kości policzkowe, a jej oczy utraciły cały dziecięcy blask i niewinność, którą zastąpił głuchy, stłumiony lęk. Kobieta jak gdyby przeczytała myśli Rozalii i ze złowieszczym uśmieszkiem kontynuowała:

- Ten sam zapach. Zapach strachu.

Na jej twarzy namalowało się zadowolenie, gdy dziewczyna mocno się wzdrygnęła.

- Nie wiem, kogo się teraz panienka tak boi. Wtedy to tak, babcia, dziadek, to rozumiem, ale teraz? Sumienie panienkę gryzie? Coś chyba nie było tak prosto z tą sprawą, co? Przecież Leszek by nic takiego w życiu nie zrobił! Policja uwierzyła, bo im tak łatwiej było, ale my to naiwni nie jesteśmy!

Zamilkła i spojrzała na Rozalię z iskierkami w oczach.

- A panienka przecież wie, jak to było. Prze panienka tam sama była, widziała, jak to mówią, na własne oczy. Czemu panienka nic w policji nie powiedziała?

Nozdrza Rozalii nagle się rozszerzyły w porywie gniewu.

- Zamilcz! - krzyknęła dziewczyna z histerycznymi nutami w głosie, - Nie twoja sprawa! Odczepcie się wszyscy ode mnie!

Martwa cisza, która zapadła po jej wybuchu, dzwoniła w uszach. Nawet apatyczny stary pies z ciekawością podniósł głowę, oderwawszy się od swojego ulubionego zajęcia - leżenia pod budą, położywszy łapy na łańcuch. Starsza kobieta odskoczyła od Rozalii, jakby ta uderzyła ją w twarz. Przybrała wygląd jadowitej żmii, którą ktoś potrącił gałęzią, i teraz, rozeźlona jeszcze bardziej, jest gotowa zrobić cokolwiek, żeby tylko jak najmocniej użądlić napastnika. Uśmiechnęła się krzywo i z udawanym współczuciem wyszeptała:

- Biedna dziewczynka… Taka sama jak babcia. Też chyba sprzedałaś duszę diabłu, co?

Rozalia pamiętała tylko, jak coś pociemniało jej w oczach, ale nie spadła, lecz pobiegła przed siebie, dalej i dalej, tylko żeby uciec z tego miejsca. W głowie było dziwnie pusto. Został tylko instynkt, który gnał ją naprzód, nie zważając na kłujący ból w boku. Mgła ścieliła się jej przed oczami, rozjaśniana niebieskimi błyskami, wirującymi i zmieniającymi się jak w kalejdoskopie.

Nagle Rozalia się zatrzymała. Przez niejasną powłokę zobaczyła skrzywione, pochylone ogrodzenie cmentarza, za którym ponurymi, nierównymi rzędami tłoczyły się popękane granitowe nagrobki, wymieszane z prostymi, pociemniałymi przez wilgoć krzyżami. Z ich ostrych, chwiejnych poprzeczek raz na jakiś czas zrywały się krople wody, i dźwięk ich kapania tonął w szumie otaczającej cmentarz puszczy.

Rozalia, próbując uspokoić rozszalałe serce i ciężko dysząc, niepewnie otworzyła niską furtkę, i duszna atmosfera śmierci otoczyła ją ze wszystkich stron. Szła ostrożnie, powoli, próbując nie nastąpić na jakiś zarośnięty mchem i trawą nagrobek, czający się pod kupami opadłych liści. Rozglądała się za mogiłą babci. Pewnie była w stosunkowo dobrym stanie, być może nawet posprzątana i uładzona - niedawno był dzień Wszystkich Świętych. Przed wzrokiem dziewczyny rozpościerała się dość duża przestrzeń, prawie cała wypełniona mogiłami, które, starzejąc się, stawały się jeszcze lepszym świadectwem tego, że każdego z nas czeka ten sam koniec.

Zauważyła zgarbioną, niewysoką postać, powoli, szurając nogami, idącą przez cmentarz w jej kierunku. Kiedy się zbliżyła, Rozalia zobaczyła pomarszczonego starca o rzadkich białych włosach, zmrużonych, prawie niewidzących oczach i dziwnie długich rękach, który szedł, lekko otworzywszy usta, przez co widoczne były braki w zębach. Gdy podszedł na odległość kilku kroków, odezwał się głośno, ale bardzo niewyraźnie:

- Witam panią! Pani to z miasta, bo ja pani nie kojarzę? Co tu panią do naszych głuchych miejsc sprowadza?

Rozalia ucieszyła się, że w końcu znalazła kogoś, kto może być w stanie jej pomóc.

- Dzień dobry panu! Ja szukam grobu baby Alesi… Nie wiem, jakie miała nazwisko - nagle dziewczynę uderzyła świadomość, jak mało wie o własnej babci, -We wsi, tu niedaleko, mieszkała. Zmarła około trzech lat temu. Może pan wie, gdzie to jest?

Starzec nagle się wzdrygnął i przeżegnał.

- Niepotrzebne to pani. Pani jeszcze młoda, panią sprawy starych nie powinny zajmować. Zło jest w tej ziemi… - powiódł wzrokiem po szarym, mrocznym cmentarzu, - i nie trzeba je budzić, jak śpi…

Rozalia mimowolnie zadrżała, tyle nieukrytego przerażenia było w napiętym, ściszonym głosie. Potrząsnęła głową, przeganiając duszącą, lepką i pełną strachu atmosferę, która nagle skrawkami pachnącej spalonym torfem mgły popłynęła nad cmentarzem, podnosząc krótkie włosy na głowie staruszka. Rzekła trochę ciszej, lecz z większą nawet niż poprzednio upartością:

- Ale ja muszę wiedzieć! Może mi pan pomóc, czy mam szukać sama? - w brzmieniu jej głosu już wyraźnie dało się wyróżnić nutki podenerwowania.

Starszy pan znowu obejrzał się za siebie. Jego niewytłumaczalne zachowanie zaczynało irytować dziewczynę, która z każdą sekundą coraz bardziej żałowała tego, że uległa dziwnemu sentymentowi, który pchał ją do tej wsi. Gdzieś w głębi serca zawsze wiedziała, że nie powinna była tego robić.

- Pani kochana, pani to chyba nie wie, kogo pani chce szukać… Za młoda pewnie pani jest, żeby tę sprawę pamiętać. To przecież z piętnaście roczków temu było, ja pani powiem. Straszne rzeczy… Nie powinna się pani w te sprawy mieszać… Ale ja już pani opowiem, jak to było, bo ja widzę, że pani to uparta jest.

Rozalia poczuła szpony mrozu, wkradające się do jej ciała od środka. Stała tak, nieruchomo patrząc w wyblakłe oczy starca, który mówił, mówił i mówił, zdradzając jej najbardziej skryte sekrety, których obrona pochłonęła jej całe dzieciństwo.

- To dawno już było… Pamięć u mnie już nie taka, jak wcześniej, ale takich rzeczy to, proszę pani, się nie zapomina. Baba Alesia, co tam przy lesie mieszkała, córkę miała, co od niej do miasta uciekła. I ja się jej nie dziwię. Wiedziała dziewka, co robiła, ale swoje córeczki urodziwszy, chyba żal i skruchę poczuła, że tak się z własną matką obchodzi. No i Alesia, jak to każda baba, umiała się ot tak pożalić, że człowiekowi od razu się ją pocieszyć chce. No i innym winę ich pokazywać też umiała. Dużo listów pisała do swojej Ewki, nie wiem jak jej adres znajdywała, bo ta nigdy nie odpowiadała, ale musiały siłę mieć te jej listy… Ech, Aleśka, Aleśka! Ładna kobita swego czasu była! Wszyscy u nas we wsi wpatrzeni w Alesię byli. Chłopcy za nią biegali, a nawet żonaci, grzech mówić, za nią się oglądali. No ale taka to już, proszę pani, natura człowieka. No a Aleśka lubiła taką uwagę, ale uczciwie się zachowywała i potem wierna swojemu Leszkowi była, jak za niego wyszła. Tylko już i wtedy dziwaczna czasem była. Ja wtedy młody byłem, głupi, ale i ja zauważałem, że czegoś się nasza Aleśka boi. Czasem ot tak zastygała i się w kąt patrzyła, jakby tam coś było, czego inni nie widzą. I gadała do siebie. Myślała chyba, że do tego z kąta gada, ale przecież nikogo tam nie było. Biedactwo! Ciężkie życie miała, może dlatego i od Boga się odwróciła. Ojca jej milicja zabrała, kiedy malutka była. Zesłali na Sybir, do obozu, a stamtąd mało kto wraca. No i on nie wrócił.

Rozalii nagle zakręciło się w głowie. Przed oczami stanął jej obraz babci, która cichym szeptem mówiła, siedząc przy łóżku Rozalki sierpniowego wieczoru, gdy deszcz z płaczem pukał w szyby:

- Ja go po raz pierwszy zobaczyłam po tym, jak po ojca mojego przyszli, - wzdrygnęła się, a jej twarz skamieniała, - Wtedy wieczór był, wrzesień, też deszcz strasznie padał. Milicjant do nas do chaty wszedł, matkę odepchnął, ojca na ziemię powalił i nogami… nogami go po brzuchu, po głowie bił, kopał, aż mu krew z ust lecieć zaczęła… Potem go za kołnierz podniósł, na wóz swój zaciągnął i odjechał, matkę i mnie po twarzach zdzieliwszy, gdy go bronić chciałyśmy. Nie widziałam już ojca nigdy. A za co? Za nic! Przecież on i winny niczego nie był! Ja przecież własnego ojca lepiej od tej milicji znałam! Nie był on- tak, nie był, a jak i był, w co nie wierzę, to go zmusili, zmusili! - babcia przeszła prawie na krzyk, zagryzła wargę i otarła z policzka nieproszoną łzę, - I wtedy on się zjawił. Zauważyłam go w kącie, kiedy matka leżała tam na podłodze, na wpół już martwa z bezradności, a ja ją podnieść próbowałam. Potem często się pojawiał, a to kiedy siostra zachorowała ciężko i zmarła, a to kiedy brata do wojska zabrali, a to kiedy matka się powiesiła… Ona, biedna, nie wytrzymała takiego życia - sama z czterema dziećmi, po dwie godziny sypiała, w polu pracowała, żeby tylko nas wykarmić. Potem, jak za mąż wyszłam, prawie się nie zjawiał. Ale jak Ewcię, matkę twoją, urodziłam, to co wieczór prawie koło jej kołyski stał. Dużo Ewci o nim mówiłam, no i dlatego chyba uciekła od nas. Obudziłam się po prostu pewnego dnia, a jej nigdzie nie ma, tylko liścik na stole. Serce mi, starej, pękło prawie przez nią. Ja przecież dla mojej matki to bym umarła, a ona… Przecież jak ja o nią dbałam, jak pieściłam… Chciałam ją tylko ochronić… Nigdy mnie nie rozumiała. Ale ty mnie rozumiesz, mój aniołeczku - babcia lekko, smutno się uśmiechnęła i pogłaskała Rozalkę po włosach.

Nie, to nie ręka babci, to wiatr bawił się lokami Rozalii, plącząc je w swoim dzikim tańcu. Staruszek mówił dalej, błyskając oczami, a jego głos tonął w zbitej ciszy cmentarza:

- Mówili, że podczas wojny ten jej ojciec w Wermachcie służył. Ja nie wiem, czy tak było, ale tak ludzie we wsi gadali. A nie ma, proszę pani, dymu bez ognia. On to zawsze był ponury, milczał tylko, a jak kto o Niemcach wspominał, w sobie się zamykał albo i wychodził won z chaty. No i jak go zabrali, to matka Aleśki zupełnie oszalała z żałoby po nim. Chodziła jak obłąkana, wzrok pusty, nawet dzieci własne ledwo poznawała przez pierwsze kilka tygodni. Potem wzięła się w garść, na polu znowu pracować zaczęła, tylko już nigdy taka sama nie była, jak i Aleśka zresztą. Potem dużo lat minęło, matka jej już wydawała się trochę przywyknąć do tego, że nawet mogiłki Wani nie będzie miała na pocieszenie, a potem nagle taki koszmar! Powiesiła się w stodole, a Aleśka sama, bez obojga rodziców została, musiała się rodzeństwem opiekować. Potem za mąż wyszła za Leszka, z którym ja kiedyś, gdyśmy małolaty jeszcze byli, na ryby razem chodziłem. Przyjaciel mój był najlepszy, Karasiem go zwaliśmy, bo oczy takie miał na wierzchu. O, jakie czasy wtedy były cudowne! O czym ja?... Ach tak, o Alesi. Córeczkę urodziła, Ewkę. Ciasno jej w naszym bagnie było, wolności, przygód chciała. No i od matki-dziwaczki też chciała się uwolnić. Ta jej ciągle o jakichś niestworzonych rzeczach opowiadała, no a dziewczyna mądra, zdolna była, to jej nie wierzyła albo wierzyć nie chciała. No i do miasta uciekła, czym serce Alesi jeszcze bardziej rozbiła. Pieniądze czasem wysyłała, ale co pieniądze, kiedy matka jej córkę koło siebie mieć pragnęła albo jakąś duszę bratnią, której by się zwierzyć mogła. Leszek, on taki nie był – posępny, cichy, czasem ją nawet przybić potrafił, jak melancholia mu na sercu ciążyła. No a potem wnuczki ich do nas przyjechały. Przed tym jedyny list od Ewki do matki przyszedł, a za dwa tygodnie już się u nas zjawiły. Pamiętam ten dzień, jak wczoraj. Ewki nie poznałem, bo już dwadzieścia lat minęło od tego, aż od nas wyjechała. Zupełnie już jak dama prawdziwa z miasta! A ja pamiętam, jak tu boso nad strumyk latała, buźka brudna cała, i piszczała tak do mnie: „Wujku Heńku! Wujku Heńku!”, a ja jej jabłka dawałem z moich jabłonek. Ech, nie ma już jabłonek, susza je ze dwadzieścia lat temu wykosiła… No ale o czym ja?... Ach, tak… Starsza dziewczynka taka trochę pulchniejsza, włosy ciemne, jak u młodszej, ale młodsza widocznie bardziej wrażliwą była naturą - cicha taka, spokojna, chuda jak wieszak. Kto by się wtedy spodziewał, jak to się potoczy?

Wzrok Rozalii popłynął, rozkojarzył się. Oparła się o krzyż, posępną figurą stojący po jej prawej stronie. Kasia, Kaśka, Kasieńka! Rozalia oddałaby cokolwiek, by znaleźć się na jej miejscu. By to właśnie młodsza siostra padła ofiarą straszliwej zbrodni, a nie włóczyła swoje marne istnienie w grząskim smutku i strachu. By to oczy Kasi patrzyły na ten szary świat, ścielący się pod jej nogami. Egoistyczne, czyż nie? Ale Rozalia już dawno przestała wierzyć w idylię altruistycznego społeczeństwa. Ciężka, zbyt ciężka warstwa ziemi przykryła grób, w którym leżała na zawsze dwunastoletnia Kasia, która stała się jej całym światem tylko jak jej zabrakło.

- Pani się źle czuje? - z zatroskaniem i niepokojem zapytał staruszek, zaglądając w twarz dziewczyny.

-Nie, nie, wszystko dobrze. Pan mówi dalej. - z jakąś masochistką satysfakcją czekała na koszmarny finał tej opowieści.

- No to tak. Pobyły te dziewczynki u Alesi ze dwa tygodnie, a pewnego wieczoru, chyba to sobota była… a nie, niedziela, bo do sąsiedniej wsi się na mszę wybrałem - coś się tam u nich strasznego stało. Wyszedłem na krzyki bab, które już się zbiegły, wchodzę do domu a tam - Jezu Chryste, niech jej dusza spoczywa w spokoju - starsza ta, Kasia bodajże, na podłodze leży. Martwa - tu starszy pan się wzdrygnął, przeżegnał się i cały sposępniał, - Alesia leży obok niej, nieprzytomna, a Leszek… Leszek, on stoi nad nimi, a w ręku- w ręku trzyma topór, którym oni drewno rąbali. Topór- topór we krwi cały. I ręce Leszka czerwone. Twarz miał pustą, taką, jakby nic się nie stało. A ta młodsza dziewczynka, ona tylko w kącie stała i się cała trzęsła, jak w febrze. Potem na policji Leszek się do wszystkiego przyznał, jakby sam na siebie wyrok podpisał. Tylko nie wyjaśnił nigdy, czemu to zrobił. Milczał cały czas i w areszcie, i w sądzie, i po wyroku. Na dożywocie go skazali, bo już kary śmierci nie było. Ale sędziowie podpisali mu jakby wyrok śmierci, bo po kilku miesiącach w celi się powiesił na kracie. Skąd on linę wziął, nie wiem, a może i kto pomógł mu życie sobie odebrać. W więzieniu takich jak on nie lubią, oj jak nie lubią! Alesia we wsi została, tylko już zupełnie była jakby nieżywa. Ewka się jej wyrzekła, i to ją zupełnie złamało. Chyba coś jej ciążyło na sumieniu. We wsi gadają, że to ona wnuczkę na tamten świat posłała, a Leszek tylko ją próbował obronić. Dlatego ja pani mówię, żeby pani jej grobu znaleźć nie próbowała. Niepotrzebne to teraz, w sprawach martwych grzebać. Co się stało, to się stało, pochowaliśmy ją na cmentarzu, no bo przecież tylko domysły mieliśmy, a to nie my, lecz Pan Bóg zadecyduje, czy ona godna zbawienia, ale ja uważam, że coś jednak było z Aleśką nieczysto. Ciągle po tym wszystkim we śnie gadała – tak mi żona moja, niech spoczywa w spokoju, opowiadała, bo ona z nią siedziała po nocach, bo myśmy się bali ją samą zostawić, żeby jeszcze czegoś nad sobą nie uczyniła. Mówiła ciągle o kimś, że jej coś kazał zrobić, a ona nie chciała. Podobno takim głosem przerażonym mówiła, że żona moja tylko się przeżegnywać mogła ze strachu. Potem widziano, że w jej domu żadnej ikony nie ma, tylko plamy na ścianie od tego, że tam długo stały. A w czerwonym kącie pajęczyna, kurz i świeczek tylko dziesiątki się palą. A ta druga dziewczynka… Ja nie wiem, co się z nią stało. Wiem tylko, że w policji milczała, jak niema. Oczy tylko miała takie puste i jakby przez ciebie patrzyła, w kąt ciągle, jakby tam stał kto. Chyba to z babci na nią przeszło, tak ja pani po- Panienko, co się dzieje? Niedobrze pani?

Rozalia już nie słyszała jego słów. Cicho zsunęła się w lepkie, rozmokłe błoto. Jej twarz dotknęła grząskiej ziemi, w nos uderzył koszmarny, ciężki zapach zgniłych liści i torfu. Pochylone krzyże zaczęły wirować jej przed oczami i w końcu otaczający świat pochłonęła czerń.

Świerszcze głośno śpiewały za oknem. Wiatr ucichnął i liście zastygły w przeźroczystym powietrzu, które powoli schładzało się w płytkim mroku, który zagęszczał farby bliżej horyzontu, gdzie chwilę temu utonęło słońce. Przeciągłe krzyki bocianów, ciągnących na południe, dodawały smutną nutę idylii, roztaczającej się nad zapomnianą wsią, spoczywającą na miękkim mchu puszczy.

Rozalka siedziała na parapecie, zwiesiwszy chude, posiniaczone od wiejskiego życia nogi i patrzyła na zewnątrz, tam, gdzie drzewa powoli roztwarzały się w głuchej ścianie lasu, gubiąc swoje kolory w głębokiej toni wieczornego mroku. Jej słuch przyjemnie łaskotał przygłuszony stuk drutów, na których babcia wiązała kolejną skarpetkę na zimę, która malowała się jako nieskończenie daleka. Kasia krzątała się gdzieś na górze. Wydawała się trochę unikać babci. W tym była dużo bardziej podobna do mamy niż Rozalka.

Wokół panowała cicha, spokojna harmonia, pochłaniająca smutki i niepokoje, których zresztą na tamten moment mało było w duszy dziewczynki. Cieszyła się ciepłem odchodzącego letniego wieczoru, jednego z ostatnich przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego, który wtedy był dla niej najgorszą wizją, wiszącą nad nią, niczym chmury nad listopadowym lasem.

Dziadek siedział w obdartym, wyblakłym fotelu w rogu, czytając Biblię, którą ostrożnie rozłożył na kolanach, i był pochłonięty lekturą, tak, jakby próbował w starej jak świat księdze odnaleźć tak samo stare i nienaruszalne prawdy, które ukoiłyby jego wiecznie podrażnioną starą duszę, która bez nich nie mogła znaleźć spokoju. Od lektury oderwało go pukanie w okno. Ostrożnie złożył księgę, wstał, zmarszczywszy się od bólu w kolanie i wyszedł z chaty, by porozmawiać z sąsiadem, który właśnie wrócił z miasta.

Cisza, która zapanowała w pokoju po jego wyjściu, nie trwała długo.

Najpierw uszu Rozalii dobiegł gruchot, donoszący się z piętra, a następnie cały dom napełniły dźwięki dudniących po deskach kroków, które narastały, stając się coraz bardziej podobne do grzmotów letniej burzy. Do pokoju wichrem wleciała Kasia, trzymając w ręku jakieś papiery, które szarymi skrzydłami trzepotały w powietrzu. Jej twarz była cała biała, tylko czerwone wypieki na policzkach i ogień w ciemnych oczach przemawiały za tym, że nie jest duchem, który zjawił się, by karać winnych za grzechy. Nie mogła złapać tchu, tylko z niedowierzaniem i jeszcze jakimś nowym uczuciem, podobnym do odrazy, patrzyła na babcię. Po chwili, gdy osłupiałe milczenie prawie przerwało się lawiną pytań, zdobyła się na wykrzyk:

- Czemu nam nie powiedziałaś?! Jakie-, co- jakim prawem?! Ty o tym wiedziałaś ten cały czas?! - babcia Alesia patrzyła na nią sparaliżowanym przez strach wzrokiem i nic nie mówiła. Może jeszcze nie wiedziała, o co chodzi?

-Tu-tu przecież jest list pradziadka do prababci! Czemu ty-, on przecież pisze, że był- że był w Wermachcie! Że słusznie go zesłali! Czemu nic nie powiedziałaś?! Przecież to jest to jest straszne! Twój ojciec był- on przecież był zbrodniarzem!

Druty wypadły z rąk babci Alesi, z lekkim stukiem uderzając o podłogę. Podniosła dłonie, drżące, jak liście na wietrze i zasłoniła nimi twarz. Spomiędzy palców wyrywały się słowa, których nie dało się zrozumieć. Jej ramiona opadały i podnosiły się, jej ciałem trzęsły spazmy. A Kasia dalej krzyczała – Boże, jak Rozalia chciałaby wtedy zmusić ją do milczenia! - :

- Ja nie chcę mieszkać w domu córki SS-Manna! Dzwonię do mamy! Ona się o wszystkim dowie! Nienawidzę cię! On był chory, i ty chyba też, jak to przed nami ukrywałaś!

Nagle babcia drgnęła, jakby ktoś uderzeniem bicza wyprowadził ją z apatii. Dziwnym, prawie błagającym wzrokiem spojrzała w kąt i powoli wstała. Fotel zaskrzypiał, rozprostowując sprężyny. Powoli, bardzo spokojnym głosem rzekła:

- Nigdzie się nie wybierasz.

Coś błysnęło w jej strasznych, zmętniałych oczach. Rzuciła się do rogu, w którym stał topór, zawsze przysłonięty do ściany, zawsze pod ręką… Dalej wszystko było jakby przez sen – dziki, koszmarny sen, z którego nie da się wyrwać.

Babcia milczała przez cały czas. Kasia, na odwrót, krzyczała tak, że drżały szyby w oknach. W tym krzyku wylała się cała gorycz, cały ból i cały strach świata, które nakryły dom swoją gęstą powłoką. Rozalka stała zmrożona w kącie i krzyczała razem z siostrą, i ich dusze zlały się wtedy po raz ostatni. Wraz z krzykiem ciało Rozalki opuściła cała dziecięca niewinność, jasna i ciepła nadzieja i wiara. One już nigdy nie powróciły. Czerwone krople płynęły po oknie, niczym łzy, a topór podnosił się i spadał – równomiernie, mocno, bezlitośnie. Stuk ciała, spadającego na drewnianą podłogę. Szum w uszach. Odgłos otwieranych drzwi, nawet nie otwieranych, tylko prawie wyrywanych z zawiasami. Okropny, długi i przeciągły krzyk dziadka. Znowu stuk - to chyba spadła babcia. A potem tylko mgła i wysoka pod sam sufit, szara i chuda istota w kącie…

Na policji milczała. Dziadek postanowił wziąć na siebie winę za zbrodnię babci, i Rozalka rozumiała, że nie może pozwolić jego poświęceniu pójść na marne. Zresztą mało wtedy sobie uświadamiała, co się dzieje wokół. Leki dobrze działały - jej myśli były tak spowolnione i ciężkie, że nie mogła długo się zastanawiać nad tym, co się stało, ani nad tym, co ma robić.

Już potem, po wielu miesiącach, gdy dziadek już został skazany, myślała o tym, czemu to zrobił. Zawsze był dla żony taki surowy, taki chłodny… Ale widocznie jednak w głębi serca bardzo ją kochał. Pewnie wiedział o Żachu, jeśli nawet we wsi o tym plotkowano. Rozumiał, jak ciężkie było jej życie i wiedział, że nigdy nie skrzywdziłaby wnuczki z własnej woli, i może dlatego tak chciał ją obronić. Jak się okazało, kosztem własnego życia.

Żach przemawiał do Rozalii tylko jeden raz. Wtedy, gdy krew szybkimi strumykami zbierała się w zniekształcone kałuże, a koszmarne krzyki umierającej siostry trzęsły domem i duszą małej Rozalki, w jej sparaliżowanym i zapełnionym bólem umyślę pojawił się dziwny, przygłuszony głos, który jednak wyraźnie wybijał się na tle fali paniki i cierpienia. Ten głos prawie szeptał, ale brzmiało to jak krzyk. Zimnym strumykiem do mózgu wpełzły słowa: „Milcz! Milcz! Nie chcesz chyba zabić własnej babci? Milcz, a nigdy jej nie znajdą. Milcz, nawet do końca świata i wtedy wszystko będzie dobrze.”

I milczała. Milczała, gdy zmęczony policjant pytał ją po raz setny, co się stało tego wieczora. Milczała, gdy mama, zalaną łzami, z trzęsącymi się wargami, przytulała ją i z rezygnacją w głosie błagała, by wyznała prawdę. Milczała nad skromnym grobem siostry, gdy pierwszy śnieg cienką warstwą pokrywał umarły świat, nie topiąc się na bladej, wykrzywionej w bólu twarzyczce Kasi. Milczała w sądzie, kiedy dziadek patrzył na nią bez żadnego wyrazu na twarzy, a sędzia czytał akt oskarżenia.

Tylko skinęła głową na pytanie śledczego. Jedno skinienie, które zabiło dziadka i darowało życie babci.

Czy czuła się winna? Oczywiście, że tak. Czy gdyby mogła cofnąć czas, coś by zmieniła? Raczej nie.

Życie za życie - to chyba uczciwa cena w oczach Boga. Jeśli on tam gdzieś jest.

Czasem Rozalia myślała, że lepiej by było, żeby to była nieprawda. Żeby wszystko, co słyszała w kościele, okazało się tylko złudzeniem. Nie chciała żyć po śmierci. Wiedziała, że niebo dla niej jest zamknięte, a piekło już przeszła na ziemi, więc ta wizja nie budziła w niej lęku. Jednak łatwiej by było po prostu zniknąć, roztworzyć się w ogromie Wszechświata, lecieć po ziemi lekkim wietrzykiem albo błyszczeć lśniącą gwiazdą z nieba, niż włóczyć nędzne istnienie w innym, nowym świecie, który może okazać się nie mniej okrutnym i niesprawiedliwym od tego, który odebrał wiarę Rozalii. Bo jeśli Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo, jak straszny musi on być? Jeśli pozwolił babci Alesi widzieć Żacha, ile okrucieństwa musi być w jego sercu?...

Drobne, zimne krople rozbijały się o policzek Rozalii. Las szumiał. Błoto nieprzyjemnie oblepiało twarz i wlewało kłujący chłód w wychudzone ciało. Ktoś trząsł ją za ramię, bezskutecznie próbując przewrócić na plecy. Powoli odwróciła ciężką, jakby odlaną z ołowiu głowę i oparła się na kiepsko słuchające się rozkazów mózgu dłonie. Z trudem usiadła i rozejrzała się wokół, z wdzięcznością pozwalając nasilającemu się deszczu zmyć brud ze swojej twarzy.

Dopiero teraz zauważyła stojącego koło niej staruszka, który, blady jak śmierć, pochylał się ku niej z zatroskaniem i strachem, które bardzo pasowały jego dobremu i miłemu obliczu. Wytchnął z ulgą, kiedy dziewczyna podała oznaki życia.

- Jezus, Maryja i wszyscy święci! Jak dobrze, że panienka już do siebie doszła! Już myślałem, żeby po pomoc do wsi biec. Co się panience stało? Słabo pani?

Rozalia powoli pokręciła głową, co sprawiło jej silny ból w okolicy skroni. Poczuła dławiące uczucie nudności, więc przestała i już tylko patrzyła się prosto na staruszka. On wyciągnął do niej długą, żylastą rękę.

- Ja pani pomogę wstać. Trochę jeszcze siły mam - uśmiechnął się niewesoło.

Rozalia skinęła i ostrożnie podniosła się z gleby z pomocą swojego nowego znajomego. Ziemia lekko chwiała się pod jej nogami, jak okręt, płynący przez błękitny bezkres oceanu.

- Na pewno nie trzeba po pomoc zawołać? Może panienka chora jest?

- Nie, nie… Nie trzeba. Dam radę. To-to nic. Już jest dobrze.

Dziewczyna wzięła głęboki oddech, próbując uspokoić rozszalałe serce, które pragnęło wyrwać się jej z piersi. Jeśli nie teraz, to nigdy.

- Może mi pan- może mi pan powiedzieć jeszcze jedną rzecz? To jest bardzo - bardzo ważne.

Staruszek spojrzał na nią z niepokojem, ale po chwili zastanowienia skinął.

- Może pan wie kto to- to znaczy… co to Żach?

Serce waliło w piersiach, jak młot pneumatyczny. Na twarzy emeryta zjawiło się zakłopotanie, które wkrótce zmieniło się niepewnością.

- Nie wiem, czy o to pani chodziło, ale po białorusku „żach” to strach. My tu dużo mamy Białorusinów, to i język nawet dobrze znam. Baba Alesia, o której pani pytała, to przecież też stamtąd jest. Oni się z rodziną tu przeprowadzili parę lat po jej narodzinach. Z matka tylko po białorusku gadała, ale sama to po polsku bez problemu też potrafiła. Teraz to nie w modzie stamtąd być, to ona udawała, że Polka, żeby problemu sobie nie narobić.

Lodowata ręka ścisnęła wyrywające się serce Rozalii. W głowie znowu zabębniła pulsująca krew. Jeśli to, co mówi ten pan, to prawda, wszystko maluje się w zupełnie innym świetle. Może to nie tajemniczy stwór, tylko… tylko co? Wytwór wyobraźni przerażonej dziewczynki, która przeżyła piekło po aresztowaniu ojca? Nie, nie, nie… To nie może być prawda.

Nagle Rozalia zrozumiała, tym razem w pełni, ostatnie słowa babci. Chyba pewnego dnia jednak ujrzała zawsze odwróconą od niej twarz. Czyżby jej Żach, jej strach, miał twarz milicjanta, który zabrał jej ojca? Dziewczyna zadrżała. Jaką w takim razie twarz ma jej Żach? I dlaczego babcia nigdy nie wyjaśniła, o co jej tak naprawdę chodziło?

Staruszek zauważył jej poruszenie i z ulitowaniem pokręcił głową. Deszcz stawał się coraz mocniejszy, i bębnienie ciężkich kropel po granitowych płytach nagrobków narastało, zwężając świat wokół Rozalii do rozmiarów cmentarza, który szumiał niczym drugi, drewniany i kamienny las. Chmury groźnie piętrzyły się nad głowami dwóch samotnych figurek, które z niechęcią stawiały opór atakom żywiołu.

- Panienko, chodźmy lepiej do mojej chaty. Ja mam dobry samowar, ogrzejemy się przy kominku, a potem i herbatki się napijemy. Taka z ziół jest dobra na nerwy. Tu się tak rozpadało, że strach patrzeć.

Strugi wody płynęły po jego starej twarzy, noszącej znamiona jego wszystkich nieprzespanych nocy i zbyt wczesnych zmartwień. Rozalia odrzuciła z oczu swoje namokłe, długie loki, lgnące do białej skóry i spojrzała na starca dzikim wzrokiem:

- Gdzie jest jej grób?

- Ale panienko-

- Powie pan czy nie?! Ja nigdzie stąd nie idę! - twarz Rozalii wykrzywiła się w grymasie bólu, tego starego jak ludzkość, jak świat, bólu, który rozdzierał serca ludzi wszystkich ras, wyznań i czasów, zawsze będąc gościem w domach z wieńcem żałobnym nad drzwiami.

- Dobrze, ja już pani powiem, jak pani tak chce. O tam, gdzie dwa wysokie krzyże, ot za nimi, przy samym płocie, on jest. Ja widzę, że pani nie przekonam, no ale lepiej niech pani sobie stąd idzie. Mrok nadchodzi w te strony…

Rozalia, które wytężała wzrok, szukając wskazanego miejsca, drgnęła na ostatnie słowa, wypowiedziane innym, niskim i ponurym tonem. Gdy odwróciła się do rozmówcy, zobaczyła tylko jego zgarbione plecy, oddalające się w stronę wsi i znikające w strumykach deszczu. Siwa głowa lekko kiwała się z boku na bok.

Po paru minutach bezowocnego błądzenia po cmentarzu, w końcu natknęła się na niski, już prawie niewidoczny pod dywanem opadłych liści nagrobek. Przykucnęła przy nim i drżącą ręką odsunęła na bok brązowe liście. Jakimś głębokim instynktem czuła, że to jest właśnie to, po co rozbudziła w sobie drzemiący koszmar. Przez głowę przemknęła się mimowolna myśl: „Widać, we wsi nikt za nią nie tęskni. Nowy nagrobek, a już prawie jak te stare, co mają po kilkadziesiąt lat”.

Na szorstkiej powierzchni płyty widniał wyblakły napis:

Alesia Iwanawna Mielnikawa

Алеся Iванауна Мельнiкава

1950-2023

Żadnej epitafii. Tylko duży napis, wyskrobany czymś ostrym w kamieniu płyty:

Tu leży potwór.

Litery krzywe, chylące się na różne boki, jak martwe drzewa w starym lesie. Na widok tych słów Rozalii zaparło dech w piersiach. Potwór… Potwór. Czy ona tak naprawdę była potworem? Może to tylko nieszczęśliwa, chora psychicznie kobieta, którą przerosła jej trauma, spotęgowana samobójstwem matki i ucieczką córki? Może do tej tragedii nie doszłoby, gdyby ktoś w porę zauważył, że „biedna Alesia” potrzebuje pomocy? Może gdyby sąsiedzi, zamiast rozpowiadać o niej plotki, zauważyli jej stan, Kasia i dziadek byliby żywi, a Rozalia nigdy nie zobaczyłaby Żacha w kącie? Może wtedy świat byłby odrobinę jaśniejszy, a Bóg nadal byłby obecny w jej sercu?

Ale dlaczego nigdy nie wyjaśniła jej, co oznaczało imię Żach? Dlaczego zostawiła ją sam na sam z potworem, którego istnienia nie mogła sobie wytłumaczyć? Być może babcia szukała dla siebie jakiejś wymówki, jakiejś przyczyny, czemu czasem jest jej tak źle? Może próbowała zrzucić odpowiedzialność za własne emocje i czyny na jakąś niestworzoną, nadludzką istotę, i kryła się za własna bezradnością wobec losu czy Boga? Nie mogła pozwolić innym zobaczyć w niej słabą, skrzywdzoną dziewczynkę, która tylko chciała, żeby ktoś ją obronił i pocieszył?...

Rozalia w głębokiej, dusznej zadumie schyliła się nad nagrobkiem. Deszcz lał się z rozwartych, nabrzmiałych chmur, w tańcu porywając ze sobą ostatnie liście brzóz. Grunt rozmókł, i wartkie strumienie toczyły się między pagórkami cmentarza. Monotonny szum deszczu kołysał do snu. Do wiecznego snu…

Nagle Rozalia poczuła jakby prąd, biegnący po kręgosłupie. Tyłem głowy odczuła, że ktoś za nią stoi. Już nawet wiedziała, kto to był.

Żach. O Boże, jaka już była zmęczona… Stał tam, za plecami. Tym razem twarzą do niej. Czuła to każdym nerwem swojego ciała. Wiedziała, że wystarczy się odwrócić, by zobaczyć jego twarz. Jednak ten prosty ruch był dla niej nie do wykonania. Stała na kolanach, zastygnięta, a deszcz spływał po jej policzkach, mieszając się ze łzami.

Jeśli teraz się odwróci, to będzie koniec. Koniec złudzeń, niepewności i domysłów, które jednak mogą być bezpieczniejsze od prawdy. Gdzieś w głębi serca już od dawna wiedziała, co skrywa przed nią Żach. Wiedziała, czyją on ma twarz.

Ostatnim, zdesperowanym wysiłkiem odwróciła się całym ciałem.

Nad chudą, szarą i śliską od deszczu sylwetką, na tle stalowego nieba, malowała się strasznie znajoma twarz.

Twarz babci Alesi.

* * *

Ocknęła się pośród ponurych nagrobków, a szare strugi tak samo lały się z ciężkich chmur. Jej umysł był dziwnie jasny. Wstała, nie czując nóg. Powoli ruszyła w stronę wyjścia ze cmentarza. Błoto chlupało pod nogami, a drzewa wokół chyliły czarne wymokłe gałęzie ku ziemi.

Wieś była pusta. Całe życie schowało się przed ulewą za ciepłymi prostokątami okien, i tylko Rozalia szła ulicą, nie zważając na bijące po twarzy potoki wody. Jakiś pies cicho zawył za płotem, i jego wycie utonęło w szumie deszczu.

Długo czekała na autobus pośród pola, które szarym dywanem rozrzuciło się po okolicy. Z rzadka czarne ptaki przelatywały z miejsca na miejsce, spychane na dół wzburzoną przyrodą. Horyzont skrywał się za gęstą, białą ścianą mgły.

Nie zapamiętała drogi powrotnej na dworzec. Pewnie ludzie dziwnie patrzyli się na do nitki wymokłą, bladą dziewczynę z pustym wzrokiem, ale Rozalia nie widziała nic dookoła. W jej głowie stał tylko obraz Żacha z twarzą babci.

Przecież już dawno, dawno wiedziała, jak to się skończy. Wiedziała, że zmyślone potwory nie istnieją, a jedynymi potworami są ludzie, którzy ja otaczają: babcia, dziadek, pradziadek, matka, a nawet ona sama… To wszystko jej wina, jej wina… Dlatego nigdy nie pojechała na grób babci i nigdy nie odwiedziła jej po tym strasznym dniu. Dlatego nigdy nie poszła do psychologa, nigdy nikomu nie opowiedziała o tym, co czasem widzi w kącie… Zresztą kto by w to uwierzył? W jej rodzinie, najwidoczniej, ukrywanie brudnych sekretów było wartością nadrzędną.

Teraz, gdy życie wszystko postawiło na miejsca, kiedy odebrano jej ostatnie złudzenia, nadszedł czas. Zbyt długo cierpiała. Zniosła tyle bólu, ile były w stanie udźwignąć jej chude ramiona.

W końcu ona przecież też umarła tamtego dnia.

Zostało tylko ciało, które więziło martwą duszę. Jedyne wyjście z tego koszmaru to pozbyć się jego również. Pozwolić umrzeć temu, co cudem ocalało, aby sprawiać tylko cierpienie.

Stała na platformie. Deszcz zalewał jej oczy, lecz ona już nie potrzebowała wzroku. Czuła po drżeniu powietrza, że zbliża się pociąg.

Lepsze już piekło.

Spojrzała w dalekie metalowe niebo.

- Nienawidzę cię.

Rzuciła się naprzód. Stuk kół, przeciągły sygnał. Krzyk z platformy. Przebłysk strasznego bólu. A potem ciemność.

I tylko uśmiech na bladych ustach.

A leżący na platformie telefon gra irytującą melodię, i na jego rozbitym ekranie świeci się napis: „Przychodzące połączenie od MAMA”.

 

* * *

 

Dziwne. Myślała, że w piekle jest gorąco. Ale przeciwnie, było chłodno i trochę duszno.

I nie aż tak ciemno. Raczej szaro.

Dziwne to piekło. Zbyt ciasne.

Zaledwie mały pokoik. Kurz pokrywa podłogę. Nie ma mebli, tylko krzesło, na którym siedzi. Pajęczyna w kątach.

I tu spędzi wieczność?!

W kącie za plecami ktoś stoi.

Ktoś szary i wysoki pod sam sufit.

Ktoś o imieniu… Żach.

To wszystko jej wina.

KONIEC

20.12.2025

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania