Zacisze-Świat

Tekst powstał w ramach zabawy NSzO

 

***

Otaczała go szarość. Parasol szarych chmur, żelbetonowe płyty blokowisk, na które widok miał z okna pokoju, nawet gdy spojrzał w dowód osobisty, widział tam szarość – dokładniej Dariusza Szarego, który za dwa dni będzie obchodzić dwudzieste trzecie urodziny. Zdjęcie też było szare. Gdy je robił, miał krótkie włosy i pokaźny zarost, więc na fotce wyszedł jak facet z nie do końca dobrymi intencjami i nie do końca polskim pochodzeniem. Teraz nosił bujniejszą czuprynę, zaczesywaną do tyłu, jak naleśnik i lekki zarost, jedynie podkreślający wyraziste kości policzkowe.

Krzesło zaszurało delikatnie po drewnianej podłodze pamiętającej czasy towarzysza Gierka i jego błogosławionych kredytów. Darek podszedł do szafy i wyciągnął z niej zielony podkoszulek z wielkim białym napisem CROPP na samym środku. Uznał, że rzadko z niego korzysta, a dzisiaj przydarzyła się okazja, bo razem z Kacprem mieli zawitać do kręgielni, która ostatnio przeszła modernizację i już nieco mniej zaciągała prostym, topornym zalążkiem kapitalizmu z początku lat 90-tych. A skoro kręgle, to musi być luźna koszula. Wyszamotał się z wieszakiem, na którym wisiała ta pomarańczowa. Przez moment zobaczył w myślach groteskowy obraz siebie ubranego w same szare ciuchy i stojącego na tle osiedla, gdzie mieszkał. Miejscowi mogliby go wtedy pomylić z jakimś nowym pomnikiem na chwałę… może młodzieży polskiej?

Starzy byli w robocie, więc nawet nie próbował hamować, gdy wybiegał z pokoju. Wziął cztery dni wolnego, bo nadawali pierwsze ciepłe dni od dawna i chciał je wykorzystać. Wyszedł z mieszkania i zbiegł po klatce schodowej na sam dół. Sześć pięter. Nie ufał windom, odkąd raz utknął w takowej na ponad godzinę. Zresztą była szara, jak wszystko, co otaczało Darka Szarego.

Spojrzał w niebo. Miał wrażenie, że trafił na jedne krótki moment, gdy spomiędzy chmurnej szarzyzny wyłonił się skrawek błękitu. Uznał, że to znak. Miał zamiar spędzić resztę dnia na dobrej zabawie, a potem, kto wie, może skończyć jutrzejszym rankiem, pod budą z kebabem, nieprzytomny z rzygowinami obok, w których pływają kawałki baraniny na cienkim? Potruchtał na przystanek, gdzie czekał kolejne kilka minut, nim nadjechał właściwy autobus. Numer dwieście jeden. Na przednim wyświetlaczu numeracja wyglądała jakoś dziwnie, inaczej niż zazwyczaj. Liczby nie były tylko pikselami, ale sprawiały wrażenie, jakby ktoś namalował je tam farbą z dbałością o szczegóły i idealne wykończenie.

Kierowca za to wyglądał normalnie. Tak jak większość. Pokaźny brzuch od kierownicy dzieliło coraz mniej centymetrów. Darek skasował bilet i usiadł mniej więcej na środku. Był jednym z dwóch pasażerów. Nie uważał, że to normalna sytuacja. Zwykle o tej godzinie widywał co najmniej kilku więcej i nie zawsze te same twarze. Zanim zdążył przeanalizować tę myśl dokładniej, autobus ruszył gwałtownie. Automat miał spory uślizg, więc przegubowym wężem bujnęło, jakby coś uderzyło go w tył.

Na miejsce miał cztery przystanki, w tym Plac Wolnych Związków Zawodowych. Nie lubił tej okolicy, szczególnie osiedla „Lotnicy”, gdzie mieszkał Marian – pijaczyna często zapuszczający się pod bloki Darka, gdzie żebrał od ludzi, a dla tych, co nie chcieli dawać, szykował gonitwę z kuchennym nożem. Czasami Marian wsiadał do autobusu, gdy był w nim Darek i wtedy się zaczynało – rozmowa, przy której pierwszy dialog z przyszłą teściową to nawet nie bułka z masłem, a kruszyna.

Tym razem Mariana nie było. W sumie, czy to jego prawdziwe imię? Mniejsza. Najważniejsze, że drzwi autobusu zamknęły się. Do środka wsiadła tylko jakaś babinka z laską i małą torbą. Miała na sobie szary, a jakże, płaszcz i ciepły beret tego samego koloru, choć na zewnątrz temperatura oscylowała w granicach osiemnastej kreski. Darek czuł, że świat podskórnie chce mu uświadomić, że do końca dni będzie oglądał tylko szarość, wyprane z kolorów pejzaże i twarze ludzi wyzute z emocji. Kiedyś nawet lubił swoje osiedle. Miał tam paru znajomków, ze dwie-trzy fajne dziewczyny. Czasami je jeszcze widywał w towarzystwie napompowanych teściem goryli. Wtedy nie były już tak fajne, ale nadal nadrabiały ekspozycją tylną i przednią. Ale z biegiem lat coraz więcej obrazów we wspomnieniach pokrywała szarość. Osiedle „Astronautów” powinni przemianować na Osiedle Taniej Srajtaśmy.

Autobus zatrzymał się nagle. Nawet nie. On po prostu stanął dęba. Droga hamowania wynosiła zero metrów i tyle samo centymetrów. Ludzie w środku pochylili się do przodu. Darek tylko cudem nie wyrżnął w słupek, na którym zamocowany był biletomat. Jakoś dziwnym przeczuciem spojrzał w stronę babinki. Wyglądała dobrze. Trzymała się kurczowo poręczy przed sobą. Laskę ukryła między kolanami.

– Mają państwo dużo szczęścia! – ogłosił kierowca. – Przystanek Zacisze-Świat.

Darek nie znał tej nazwy. Zgodnie z rozkładem powinni zatrzymać się na przystanku Stawy Raczkowe.

– Chłopaku, co cię niepokoi? – spytał kierowca, widząc, jak Darek nerwowo ogląda się na wszystkie strony.

– Jeszcze pan pyta? Nie znam tego miejsca. Gdzie jesteśmy?

– Już mówiłem. Przystanek Zacisze-Świat.

– Wybudowali go w dwa dni? Jeszcze we wtorek go nie było.

Kobieta siedząca bliżej przodu wstała z miejsca i podeszła do wyjścia. Na to kierowca otworzył je i uśmiechnął się życzliwie w jej stronę. Wymienili spojrzenia.

– Dziękuję – powiedziała, po czym wyszła na zewnątrz i… zniknęła.

Ulica była pusta. W oddali majaczyły zarysy jakichś domów, ale wszystko spowijała dziwna mgła. Gęstniała z sekundy na sekundę.

– Proszę jechać dalej – poinstruował Darek.

– Na pewno? Dariuszu Szary, jesteś tego pewien.

Na te słowa chłopak zaniemówił. Zamrugał jedynie oczami ze zdziwienia. To rozbawiło babinkę, która również skierowała się do wyjścia.

– To już? – spytała.

– Jak najbardziej – odrzekł kierowca. – Tu aż chce się żyć!

Darek uważnie przyglądał się staruszce. Wychodziła powoli, podtrzymując cały ciężar ciała na drewnianej lasce. Gdy przestąpiła próg autobusu, mgła pochłonęła ją w jednym momencie.

– To jak, Darek? No dawaj. Chciałeś spędzić ten dzień najlepiej, jak tylko się da. No to masz. Wszystko podane na tacy, wystarczy wyciągnąć rękę po swoje.

– Ale… o co tu chodzi?

– Dobra, inaczej. Dam ci jeden dzień, jesteś młody, pierwszy przed czterdziestką, któremu się trafiło Zacisze. Dwanaście godzin, a potem wybór, wracasz albo zostajesz. Choć z mojego doświadczenia ci powiem, że nikt nie wraca. Każdy chce tu żyć.

Darek poczuł, że bebechy zaciskają mu się w supeł. Nie mógł wymówić ani jednego słowa. Patrzył jedynie tępo w lustro, gdzie odbijała się twarz kierowcy. Nadal był na niej ten sam życzliwy uśmiech.

– Gwarantuje ci to, a mam tu coś do powiedzenia, w końcu otwieram wam drzwi.

– Co tam jest?

– Nikt nie wie, bo nikt nie wrócił, by opowiedzieć. Taka już magia Zacisza. Wchodzisz, zostajesz. Spróbuj. Może i dla ciebie to będzie miejsce, w którym chcesz żyć.

Przez kilka kolejnych chwil w głowie Darka Szarego przewijały się obrazy wspomnień gnijących w szarości. Jeden zlepek, dobrych i złych. Wszystko jednakowo szare, bez wyrazu, bez przyszłości. Nie chciał tego. Nawet nie zdążył zorientować się, gdy wstał i stanął przed drzwiami. Te rozsunęły się. Odwrócił głowę w stronę kierowcy.

– Będę mógł wrócić?

– Pewnie, masz moje słowo.

Nie wrócił. Nigdy. To było miejsce, gdzie chciał żyć. Zacisze-Świat.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • 00.00 5 miesięcy temu
    Coś go zeżarło, mgła wyssała do szpiku kości i tyle z tego zacisza. 😉
    Było interesująco, droga w zaświaty. Zawiodłam się, że nie było więcej wstrząsów po tym jak wysiadł, ta druga strona ma potencjał na drugą część.
  • Pomidor 5 miesięcy temu
    Może i tak, może i druga część jest warta świeczki. Dzięki ;)
  • Domenico Perché 5 miesięcy temu
    Ciekawy tekst. Faktycznie mógłby być ciąg dalszy.

    5
  • Pomidor 5 miesięcy temu
    No to może coś pomyślę :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania