Zadumana świtem... (haibun)
Chłodne wrześniowe powietrze rzeźwiło płuca. Szłam leśną ścieżką po dywanie z wilgotnego mchu. Poszukiwałam ciszy. Spokoju. Wytchnienia. Las powoli się wybudzał. Spowity resztkami nocnej mgły, odzwierciedlał mój własny, wewnętrzny chaos. Słyszałam każdy jego oddech. Współgrał z moim. Nagle korona drzew przerwała biel mroku, a pomiędzy pnie wbił się pierwszy, ostry promień wschodzącego słońca. Zastygłam. W mojej piersi zamarł cały nagromadzony ciężar. Przede mną, rozpięte między dwoma starymi dębami, unosiło się misterne tkackie dzieło. Wyglądało niesamowicie. Jakby newidzialni projektanci pracowali nad nim przez całą noc, tkając z ciszy najdelikatniejszą koronkę. Miliony mikroskopijnych kropelek rosy, uwięzionych w tym kruchym splocie, złapały słoneczne światło. I w jednym mgnieniu cała przestrzeń między drzewami eksplodowała milionem diamentowych rozbłysków. Srebro mieszało się ze złotem, a lekki powiew wiatru wprawiał sieć w delikatny taniec. Czyste olśnienie. Stałam zahipnotyzowana pięknem ulotnej chwili. Czułam, jak wraz z porannym chłodem odpływa ze mnie monotonia życia. Zrozumiałam, że największy ład i najszczersze odpowiedzi rodzą się w absolutnej ciszy. Z nitek, których na co dzień nie zauważamy.
mglisty poranek
błysk pomiędzy drzewami
świat tkany rosą
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania