Zagubieni w snach

Słońce powoli topiło się na horyzoncie. Laguna granatowiała, a powietrze przesycone zapachem egzotycznych kwiatów rozbrzmiewało jednostajną pieśnią cykad.

 

Stałem na piasku, zapatrzony w fale rozbijające się o rafę koralową. Było mi cudownie. Nie pamiętałem, kiedy przyjechałem w to miejsce ani jak długo tu przebywałem. Nie zastanawiałem się nad tym. Czas zdawał się nie istnieć, a świat kończył się tam, gdzie morze dotykało nieba.

 

Instynktownie poczułem jej obecność.

 

Stała za moimi plecami.

 

Nie musiałem się odwracać, żeby wiedzieć, że to ona.

 

Znałem jej zapach, ciepło dłoni, sposób, w jaki odgarniała włosy z twarzy. Znałem nawet jej milczenie. Była piękna, niepowtarzalna, była moja. I chociaż nie potrafiłbym powiedzieć, od jak dawna ją znam, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że kocham ją bardziej niż kogokolwiek na świecie.

 

Odwróciłem się.

 

Uśmiechała się.

 

Podała mi swoją smukłą dłoń gestem tak jednoznacznym, że nie potrzebowaliśmy słów.

 

Wyciągnąłem rękę.

 

Nasze palce niemal się zetknęły.

 

— Jacek! Jacek, obudź się!

 

Głos dobiegł z bardzo daleka.

 

— Jacek! No przecież spóźnisz się!

 

Próbowałem go zignorować.

 

— Już, no już wstaję, cholera! Taki sen...

 

Otworzyłem oczy.

 

Nade mną stała matka.

 

— Za pięć szósta! Ile razy mam cię budzić?

 

Przeciągnąłem zdrętwiałe ciało z niechęcią. Jeszcze przez chwilę próbowałem zatrzymać obraz dziewczyny, ale jej twarz rozpływała się w pamięci, jakby ktoś powoli wymazywał ją z niewidzialnego płótna.

 

Pozostało uczucie.

 

Dziwna, bolesna tęsknota.

 

Za kimś, kogo przecież nie znałem.

 

---

 

Miasto dopiero budziło się do życia. Było szaro, chłodno, a na ulicach panował ten szczególny rodzaj porannej ciszy, który zna każdy człowiek zmuszony wstawać przed świtem.

 

Za chwilę w fabryce miała rozpocząć się pierwsza zmiana.

 

Matka miała rację. Znowu się spóźnię.

 

Przyspieszyłem kroku.

 

Na skrzyżowaniu dostrzegłem znajomą sylwetkę brygadzisty.

 

— Co jest, do stu piorunów, Jacuś! Taka twoja mać! — usłyszałem jego charakterystyczne powitanie.

 

Uśmiechnąłem się pod nosem.

 

Nie zdążyłem odpowiedzieć.

 

Przeraźliwy pisk opon rozdarł poranną ciszę.

 

Szary mercedes zatrzymał się tuż przede mną.

 

Stałem pośrodku jezdni, sparaliżowany. Przez moment nie rozumiałem, co się wydarzyło. Widziałem tylko maskę samochodu, od której dzieliło mnie może kilkanaście centymetrów.

 

— Człowieku, czy pan oszalał?!

 

Starszy, szczupły mężczyzna wysiadł z samochodu i podszedł do mnie.

 

— Nic się panu nie stało?

 

Nie odpowiedziałem.

 

Bo właśnie wtedy zobaczyłem ją.

 

Siedziała obok kierowcy.

 

Dziewczyna z mojego snu.

 

Nie podobna.

 

Nie przypominająca jej.

 

Ta sama.

 

Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Na jej twarzy malowały się strach i niedowierzanie.

 

Czułem, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.

 

Przecież jeszcze kilkanaście minut wcześniej staliśmy razem nad laguną. Pamiętałem jej uśmiech, wyciągniętą dłoń, ciepły piasek pod stopami.

 

A teraz siedziała w samochodzie.

 

Prawdziwa.

 

Tak blisko, że wystarczyłoby podejść i otworzyć drzwi.

 

— Czy pan mnie słyszy? — zapytał mężczyzna.

 

Nie odrywałem od niej wzroku.

 

Ona również patrzyła tylko na mnie.

 

— Jeśli nic się panu nie stało, to może pozwoli nam pan odjechać?

 

Powoli zszedłem z jezdni.

 

Mercedes ruszył.

 

Dziewczyna odwróciła głowę, patrząc na mnie przez tylną szybę.

 

Stałem nieruchomo, dopóki samochód nie zniknął za zakrętem.

 

Nie rozumiałem niczego.

 

A jednak wiedziałem, że to się wydarzyło.

 

---

 

Niebo kapało błękitem.

 

Leżałem na złotym piasku, a ona spoczywała obok mnie, z głową opartą na moich piersiach. Jej czarne włosy rozsypały się na mojej skórze. Delikatnie przesuwałem po nich palcami.

 

Z daleka dobiegał szum oceanu.

 

Nie wiedziałem, gdzie jesteśmy.

 

Nie miało to żadnego znaczenia.

 

Uniosła głowę.

 

Spojrzała na mnie.

 

W jej oczach było tyle czułości, że poczułem dziwny ucisk w gardle.

 

Wiedziałem, że zaraz coś powie.

 

Nachyliła się.

 

— Bilety do kontroli!

 

Otworzyłem oczy.

 

Przede mną stał konduktor.

 

— Bilety do kontroli! — powtórzył, tym razem głośniej.

 

Przez chwilę patrzyłem na niego z niedowierzaniem.

 

— Panie, pan to ma ale sen — zacharczał z rozbawieniem.

 

Zanurzyłem dłoń w kieszeni spodni i podałem mu bilet.

 

Pociąg stał pośrodku szczerego pola.

 

— Dlaczego stoimy? — zapytałem.

 

— A bo to ja wiem? Pewnie jakiś problem na przejeździe. Legitymację pan ma?

 

— Nie mam.

 

— Jak to nie ma?

 

Nie słuchałem już dalszego wywodu.

 

Spojrzałem przez okno.

 

I wtedy zobaczyłem szarego mercedesa.

 

Stał przed zamkniętym szlabanem.

 

Ten sam samochód.

 

Nie mogłem się pomylić.

 

Przycisnąłem twarz do szyby.

 

Obok kierowcy siedziała dziewczyna.

 

Ona.

 

Znowu ona.

 

Odwróciła głowę.

 

Nasze spojrzenia spotkały się przez szybę wagonu.

 

Zobaczyłem, jak gwałtownie prostuje się w fotelu.

 

Wiedziała.

 

Byłem pewien, że mnie rozpoznała.

 

— Proszę pana, legitymacja! — ponaglił konduktor.

 

Nie odwróciłem się.

 

Pociąg szarpnął i powoli ruszył.

 

Mercedes zaczął znikać z pola widzenia.

 

Patrzyłem za nim tak długo, jak mogłem.

 

— Proszę pana!

 

— Nie mam legitymacji! — wybuchnąłem.

 

Konduktor spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

 

— To będzie kara.

 

Nie obchodziło mnie to.

 

Przed chwilą po raz drugi zobaczyłem dziewczynę, która przychodziła do mnie we śnie.

 

A ona patrzyła na mnie tak, jakby również nie potrafiła uwierzyć własnym oczom.

 

---

 

Ocean szumiał usypiająco.

 

Wiatr bawił się kosmykami moich włosów.

 

Wiedziałam, że nie wolno mi się bać.

 

Obejmował mnie mocno, przyciskając do szerokiej piersi. Los rzucił mnie w jego ramiona, a ja nie chciałam się już z nich uwolnić.

 

Przeciwnie.

 

Przytuliłam się mocniej.

 

Czułam bicie jego serca.

 

Było mi dobrze.

 

Tak dobrze, jakby wszystkie moje dotychczasowe lęki nagle przestały istnieć.

 

Nie wiedziałam, kim jest.

 

Nie znałam jego imienia.

 

A jednak kochałam go.

 

Nie potrafiłabym powiedzieć dlaczego.

 

Po prostu wiedziałam.

 

— Małgorzata! Małgoś, wstawaj, dziecko!

 

Otworzyłam oczy.

 

Głos matki wyrwał mnie z najpiękniejszego snu.

 

— Ojciec czeka w samochodzie!

 

Ubierałam się w pośpiechu.

 

Nie było już czasu na makijaż.

 

Przez chwilę stałam przed lustrem, próbując przypomnieć sobie jego twarz.

 

Pamiętałam oczy.

 

Uśmiech.

 

Ramiona.

 

I to niezwykłe poczucie bezpieczeństwa, którego nie doświadczałam przy nikim innym.

 

Westchnęłam.

 

Gdyby nie te egzaminy...

 

Zbiegłam po schodach.

 

Ojciec siedział już za kierownicą.

 

— No, nareszcie!

 

Wsiadłam do samochodu.

 

Szary mercedes ruszył.

 

Patrzyłam przez okno, myśląc o chłopaku ze snu.

 

Nagle rozległ się przeraźliwy pisk opon.

 

Szarpnęło mną tak gwałtownie, że niemal uderzyłam głową o przednią szybę.

 

Ojciec zaklął.

 

— Co za idiota!

 

Spojrzałam przed siebie.

 

Na jezdni stał młody mężczyzna.

 

Serce zamarło mi w piersi.

 

To był on.

 

Chłopak z mojego snu.

 

Nie mogłam oddychać.

 

Ojciec wysiadł z samochodu i zaczął coś do niego mówić.

 

Nie słyszałam ani słowa.

 

Patrzyłam tylko na jego twarz.

 

Te same oczy.

 

Te same włosy.

 

To samo spojrzenie.

 

Widziałam, że on również mnie rozpoznał.

 

Ale skąd?

 

Przecież nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.

 

A może jednak?

 

Świat zawirował mi przed oczami.

 

— Małgosia! Co tobie? Małgosia!

 

Ojciec wrócił do samochodu.

 

Nie odpowiedziałam.

 

Kiedy ruszyliśmy, odwróciłam głowę.

 

Chłopak wciąż stał na chodniku.

 

Patrzył za nami.

 

Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku.

 

Dopiero gdy zniknął za zakrętem, opadłam na fotel.

 

Błędny rycerz.

 

Psia krew.

 

---

 

Noc rozpaliła niebo w podzwrotnikowy neon.

 

Laguna pogrążyła się w srebrzystym milczeniu.

 

Byłam z nim.

 

Znowu.

 

Wołał mnie swoim melodyjnym głosem, a ja szłam ku niemu, nie zastanawiając się, skąd znam drogę.

 

Przypomniałam sobie nagle słowa matki.

 

Przeznaczeniu nie wolno się bać. Nie wolno mu się przeciwstawiać.

 

Ale przecież to nie ja wybierałam.

 

Nie ja.

 

---

 

— Małgosia, chcesz kawy?

 

Ojciec delikatnie szarpnął mnie za ramię.

 

Otworzyłam oczy.

 

Siedzieliśmy w samochodzie.

 

W dłoniach trzymał termos.

 

Zapach gorącej kawy wypełnił wnętrze mercedesa.

 

— Proszę — powiedział, podając mi kubek.

 

Piłam małymi łykami.

 

Nie mogłam przestać myśleć o chłopaku.

 

Od tamtego poranka na ulicy jego twarz pojawiała się w mojej pamięci nieustannie.

 

Teraz już wiedziałam, że istnieje naprawdę.

 

Ale dlaczego przychodził do mnie we śnie?

 

Dlaczego czułam, że znam go od zawsze?

 

Samochód powoli zbliżał się do przejazdu kolejowego.

 

Szlaban zaczął opadać.

 

Ojciec zatrzymał mercedesa.

 

Pociąg nadjeżdżał z lewej strony.

 

Patrzyłam bezmyślnie na przesuwające się wagony.

 

Nagle zobaczyłam twarz w jednym z okien.

 

To był on.

 

Znowu.

 

Patrzył prosto na mnie.

 

Kubek wypadł mi z dłoni.

 

Gorąca kawa rozlała się po fotelu.

 

— Małgosia! Co ty wyprawiasz?!

 

Nie słyszałam ojca.

 

Widziałam tylko chłopaka przyciśniętego do szyby wagonu.

 

Pociąg powoli ruszał.

 

Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie.

 

Potem zniknął.

 

Został tylko stukot kół i zapach rozlanej kawy.

 

Ojciec klął cicho pod nosem.

 

A ja siedziałam nieruchomo.

 

Bałam się.

 

Nie jego.

 

Bałam się tego, co działo się ze mną.

 

---

 

Kołysaliśmy się lekko w hamaku zawieszonym pomiędzy dwiema palmami.

 

Dotykał mojego policzka.

 

Mimowolnie uśmiechnęłam się.

 

Przecież on wcale nie jest zły.

 

Przecież go kocham.

 

Po niebie szybował samotnie biały ptak.

 

Boże, jaki on jest wolny.

 

Niebo na zachodzie pociemniało.

 

Zbliżał się sztorm.

 

Przytuliłam się mocniej.

 

Byłam bezpieczna.

 

---

 

— Małgośka, znowu marnujesz pogodę!

 

Otworzyłam oczy.

 

Ojciec stał w drzwiach pokoju hotelowego.

 

— Może byś wreszcie poszła na plażę? Prześpisz całe wakacje!

 

— Tak, tato.

 

Odpowiedziałam machinalnie.

 

Jeszcze przez chwilę leżałam nieruchomo, próbując zatrzymać wspomnienie snu.

 

Potem wstałam.

 

Za oknem świeciło słońce.

 

Był piękny dzień.

 

Postanowiłam pójść na plażę.

 

---

 

Od rana było gorąco.

 

Leżałem na piasku, a Paweł od dłuższego czasu opowiadał mi o jakiejś dziewczynie poznanej poprzedniego wieczoru.

 

Nie słuchałem.

 

Patrzyłem na wodę.

 

Myślałem o niej.

 

O dziewczynie ze snów.

 

O szarym mercedesie.

 

O jej spojrzeniu przez szybę pociągu.

 

Nie potrafiłem znaleźć żadnego rozsądnego wyjaśnienia.

 

A przecież zawsze uważałem się za realistę.

 

Nie wierzyłem w przeznaczenie, tajemnicze znaki ani w historie o duszach, które spotykają się po wielu wcieleniach.

 

Teraz nie byłem już niczego pewien.

 

— Jacek, słuchasz mnie w ogóle? — zapytał Paweł.

 

Nie odpowiedziałem.

 

Bo właśnie wtedy ją zobaczyłem.

 

Stała.

 

Kilkadziesiąt metrów ode mnie, tuż przy brzegu, tam gdzie spienione fale rozlewały się po piasku.

 

Wiatr rozwiewał jej włosy.

 

Serce zabiło mi mocniej.

 

Nie mogłem się pomylić.

 

To była ona.

 

Ta sama dziewczyna, którą widywałem w snach. Ta sama, która siedziała obok starszego mężczyzny w szarym mercedesie. Ta sama, którą dostrzegłem później przez okno pociągu.

 

Przez chwilę nie mogłem się poruszyć.

 

Przecież to niemożliwe.

 

Przetarłem oczy.

 

Zamknąłem je na moment i otworzyłem ponownie.

 

Nadal tam stała.

 

Zrobiłem krok w jej stronę.

 

Potem drugi.

 

Jakby przeczuwając moją obecność, odwróciła głowę.

 

Nasze spojrzenia się spotkały.

 

Zobaczyłem, jak jej twarz nagle blednie.

 

Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, z niedowierzaniem tak wielkim, że przez moment sam zacząłem wątpić we własne zmysły.

 

Ona też mnie poznała.

 

Byłem tego pewien.

 

Nie wiedziałem tylko, skąd.

 

Zatrzymałem się.

 

Dzieliło nas może dziesięć kroków.

 

Chciałem coś powiedzieć, ale nie potrafiłem.

 

Jak zapytać nieznajomą dziewczynę, dlaczego od tygodni przychodzi do mnie we śnie? Jak powiedzieć jej, że pamiętam jej dotyk, śmiech i pocałunki, chociaż nigdy naprawdę jej nie spotkałem?

 

Zrobiłem jeszcze jeden krok.

 

Cofnęła się.

 

W jej oczach pojawił się strach.

 

Nie przed mną. Przed czymś, czego oboje nie potrafiliśmy zrozumieć.

 

— Poczekaj... — wydusiłem.

 

Odwróciła się i pobiegła.

 

Przez chwilę patrzyłem, jak oddala się wzdłuż plaży. Wiatr unosił jej włosy, a stopy pozostawiały na wilgotnym piasku ślady, które natychmiast zabierały fale.

 

Mogłem pobiec za nią.

 

Nie zrobiłem tego.

 

Stałem nieruchomo, dopóki nie zniknęła za zakrętem promenady.

 

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że po raz pierwszy od wielu tygodni nie musiałem zasypiać, żeby ją zobaczyć.

 

Istniała.

 

Naprawdę istniała.

 

---

 

Małgorzata nie pamiętała, jak wróciła do hotelu.

 

Weszła do pokoju, zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami.

 

Oddychała szybko.

 

To był on.

 

Nie miała najmniejszej wątpliwości.

 

Chłopak z jej snów.

 

Ten, z którym spacerowała po plażach, których nigdy wcześniej nie widziała. Ten, którego ramiona znała tak dobrze, jakby obejmowały ją od lat. Ten, którego pocałunki pamiętała nawet po przebudzeniu.

 

Widziała go już wcześniej.

 

Najpierw na ulicy, kiedy ojciec omal nie potrącił go samochodem.

 

Potem przy przejeździe kolejowym, kiedy czekali przed zamkniętym szlabanem, a on patrzył na nią z okna przejeżdżającego pociągu.

 

Za każdym razem tłumaczyła sobie, że to przypadkowe podobieństwo. Że wyobraźnia płata jej figle. Że człowiek, którego tak często widuje we śnie, zaczął pojawiać się również w jej codziennych skojarzeniach.

 

Ale dzisiaj?

 

Dzisiaj stał przed nią na plaży.

 

Patrzył dokładnie tak samo jak w snach.

 

A kiedy zrobił krok w jej stronę, poczuła znajome drżenie serca.

 

I uciekła.

 

Teraz nie potrafiła sobie tego wybaczyć.

 

Dlaczego uciekłam?

 

Przecież tyle razy marzyłam, żeby go spotkać.

 

Podeszła do okna.

 

Morze rozciągało się aż po horyzont. Nad wodą zbierały się ciemne chmury.

 

Przyłożyła dłoń do szyby.

 

— Kim ty jesteś? — wyszeptała.

 

Nie oczekiwała odpowiedzi.

 

A jednak gdzieś głęboko czuła, że ją zna.

 

---

 

Nie spałem tej nocy.

 

Leżałem z otwartymi oczami, wsłuchując się w szum morza i odległe głosy ludzi wracających z nocnych lokali.

 

Paweł dawno zasnął.

 

Kilka razy próbowałem zamknąć oczy, ale za każdym razem widziałem ją na plaży.

 

Jej twarz.

 

Przerażenie.

 

Ten jeden moment, kiedy spojrzeliśmy na siebie i świat jakby zatrzymał się w miejscu.

 

Nie wiedziałem już, co jest snem, a co rzeczywistością.

 

Dotychczas wszystko było proste. Zasypiałem i spotykałem dziewczynę, którą kochałem. Budziłem się i zostawała mi po niej tęsknota.

 

Teraz wiedziałem, że gdzieś w tym samym mieście oddycha, chodzi, rozmawia z ludźmi. Być może właśnie zasypia.

 

A może również nie może zasnąć?

 

Ta myśl nie dawała mi spokoju.

 

Czy ona też mnie śni?

 

Czy pamięta te same miejsca?

 

Czy wie, że w moich snach byliśmy szczęśliwi?

 

Wstałem i podszedłem do okna.

 

Nad morzem zaczynało świtać.

 

Po raz pierwszy od wielu tygodni nie chciałem zasnąć.

 

Chciałem ją odnaleźć.

 

---

 

Następnego dnia pogoda się załamała.

 

Od rana padał deszcz. Najpierw drobny, niemal niewidoczny, później coraz gęstszy, aż w końcu całe wybrzeże zniknęło za szarą zasłoną wody.

 

Wiatr wyginał palmy, targał markizami kawiarni i przewracał puste kosze na plaży.

 

Kurort opustoszał.

 

Paweł próbował namówić mnie na wyjście do jakiegoś baru, ale nie miałem ochoty.

 

— Co jest z tobą, Jacek? — zapytał w końcu. — Od wczoraj chodzisz jak zaczarowany.

 

Nie odpowiedziałem.

 

Bo co miałem mu powiedzieć?

 

Że zakochałem się w dziewczynie, którą znałem ze snów?

 

Że spotkałem ją naprawdę, a ona uciekła?

 

Że być może całe moje dotychczasowe życie było tylko oczekiwaniem na kogoś, kogo nawet nie potrafię nazwać?

 

— Idź sam — powiedziałem.

 

Wyszedł, wzruszając ramionami.

 

Zostałem sam.

 

Przez dłuższą chwilę siedziałem przy oknie, patrząc na deszcz spływający po szybie.

 

W końcu nie wytrzymałem.

 

Włożyłem lekką kurtkę i wyszedłem.

 

Nie zabrałem parasola.

 

Nie wiedziałem, dokąd idę.

 

Po prostu musiałem wyjść.

 

---

 

Małgorzata od rana chodziła po pokoju.

 

Ojciec zaproponował, żeby zeszli na obiad, ale odmówiła.

 

Nie była głodna.

 

Nie potrafiła myśleć o niczym innym poza wczorajszym spotkaniem.

 

Wciąż widziała chłopaka stojącego na plaży.

 

Pamiętała jego spojrzenie.

 

Nie było w nim zdziwienia człowieka, który zobaczył ładną dziewczynę.

 

Było rozpoznanie.

 

Tak patrzy się na kogoś, kogo utraciło się dawno temu i kogo już nigdy nie spodziewało się zobaczyć.

 

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wrócić w to samo miejsce.

 

Ale przecież nie mogła wiedzieć, czy jeszcze tam będzie.

 

A jeśli go spotka?

 

Co mu powie?

 

Że śni o nim od miesięcy?

 

Że zna jego ramiona, choć nigdy jej nie obejmował?

 

Że czasem budzi się z płaczem, ponieważ sen się skończył?

 

Podeszła do lustra.

 

Spojrzała na własne odbicie.

 

— Zwariowałaś, dziewczyno — powiedziała cicho.

 

Ale nie uwierzyła sobie.

 

Włożyła sweter, zarzuciła kurtkę i wyszła z pokoju.

 

Nie powiedziała ojcu, dokąd idzie.

 

Nie wiedziała tego nawet sama.

 

---

 

Deszcz padał coraz mocniej.

 

Szedłem pustą promenadą, mijając zamknięte sklepy z pamiątkami, kawiarnie i restauracje, w których jeszcze wczoraj trudno było znaleźć wolny stolik.

 

Teraz wszędzie było pusto.

 

Woda spływała po schodach prowadzących na plażę. Wiatr szarpał gałęziami drzew. Gdzieś w oddali grzmiało.

 

Nie czułem zimna.

 

Myślałem tylko o niej.

 

Zastanawiałem się, czy powinienem był pobiec za nią wczoraj. Czy nie zmarnowałem jedynej szansy, jaką dał mi los.

 

Może już wyjechała.

 

Może nigdy więcej jej nie zobaczę.

 

Zatrzymałem się przy niewielkim placu, z którego odchodziły dwie wąskie uliczki.

 

Jedna prowadziła do portu, druga w stronę hoteli.

 

Przez chwilę nie wiedziałem, którą wybrać.

 

I wtedy zobaczyłem kogoś w oddali.

 

Samotną postać idącą z przeciwnej strony.

 

Dziewczynę.

 

Szła powoli, z pochyloną głową, osłaniając twarz przed deszczem.

 

Nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie pewien gest.

 

Odgarnięcie włosów z policzka.

 

Znałem ten gest.

 

Widziałem go setki razy.

 

W snach.

 

Serce zaczęło mi walić.

 

Nie.

 

To niemożliwe.

 

Przecież nie może się zdarzyć drugi raz.

 

Postać zbliżała się.

 

Widziałem już jej twarz.

 

To była ona.

 

---

 

Małgorzata dostrzegła mężczyznę niemal w tej samej chwili.

 

Stał na środku pustej promenady, przemoczony, nieruchomy.

 

Zatrzymała się.

 

Przez moment chciała zawrócić.

 

Tak jak wczoraj.

 

Ale tym razem nie mogła.

 

Nie chciała.

 

Patrzyła na niego i nagle zrozumiała, że właśnie przed tym spotkaniem uciekała przez cały czas.

 

Nie przed nieznajomym.

 

Przed własnymi uczuciami.

 

Przed czymś, czego nie potrafiła wyjaśnić.

 

Zrobiła krok.

 

Potem drugi.

 

On również ruszył w jej stronę.

 

---

 

Szliśmy ku sobie powoli.

 

Nie było już nikogo wokół.

 

Tylko deszcz, wiatr i szum morza dochodzący zza budynków.

 

Zatrzymaliśmy się naprzeciw siebie.

 

Była tak blisko, że widziałem krople deszczu spływające po jej rzęsach.

 

Patrzyła na mnie.

 

Nie mówiłem nic.

 

Nie potrafiłem.

 

Bałem się, że jedno słowo zniszczy tę chwilę.

 

Że nagle obudzę się w swoim łóżku i znowu zostanie mi tylko wspomnienie.

 

Widziałem, że ona również się boi.

 

Jej usta drżały.

 

Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.

 

A potem stało się coś niezwykłego.

 

Strach zaczął ustępować.

 

Nie dlatego, że znaleźliśmy odpowiedzi.

 

Przeciwnie.

 

Nie rozumieliśmy niczego.

 

Ale nagle przestaliśmy potrzebować wyjaśnień.

 

Patrzyłem na nią i czułem, że znam tę twarz od zawsze.

 

Może spotkaliśmy się kiedyś w innym życiu.

 

Może nasze dusze rozpoznały się wcześniej niż nasze ciała.

 

Może sny były tylko drogą, którą musieliśmy przebyć, żeby odnaleźć się tutaj.

 

Nie wiedziałem.

 

Ona uniosła głowę.

 

Spojrzała mi prosto w oczy.

 

I powiedziała cicho:

 

— Mam na imię Małgorzata.

 

Tylko tyle.

 

Nie zapytała, kim jestem.

 

Nie powiedziała, że mnie zna.

 

Nie wspomniała o snach.

 

A jednak w tych czterech słowach zawarła wszystko.

 

W jednej chwili zrozumiałem.

 

Zrobiłem ostatni krok i objąłem ją.

 

Przytuliła się do mnie tak naturalnie, jakby robiła to od lat.

 

Nie było w tym geście niepewności pierwszego spotkania.

 

Była ulga.

 

Ogromna, niewytłumaczalna ulga dwojga ludzi, którzy po bardzo długiej rozłące wreszcie się odnaleźli.

 

Poczułem jej policzek przy swoim.

 

Jej dłonie na plecach.

 

Zapach mokrych włosów.

 

Zamknąłem oczy.

 

I nagle przypomniałem sobie wszystkie nasze sny.

 

Laguna.

 

Zachodzące słońce.

 

Ciepły piasek.

 

Hamak kołyszący się pomiędzy palmami.

 

Jej śmiech.

 

Jej pocałunki.

 

Wszystko było prawdziwe.

 

Nie wiedziałem tylko, w jaki sposób.

 

Przytuliłem ją mocniej.

 

Nie pytałem.

 

Nie musiałem.

 

Przez chwilę miałem wrażenie, że gdzieś daleko, poza granicami czasu, ktoś właśnie zamknął księgę, której ostatnia strona została napisana wiele lat temu.

 

A może dopiero teraz zaczynała się nasza historia?

 

Deszcz powoli ustawał.

 

W oddali, pomiędzy chmurami, pojawił się wąski pas światła.

 

Małgorzata uniosła twarz.

 

Uśmiechnęła się.

 

Znałem ten uśmiech.

 

Od zawsze.

 

---

 

Wysoko nad morzem biały ptak rozpostarł skrzydła.

 

Uniósł się ponad fale i poszybował ku zachodzącemu słońcu.

 

Nie wiedział, dokąd leci.

 

Nie wiedział, co czeka go za horyzontem.

 

Ale nie musiał wiedzieć.

 

Był piękny.

 

Był wolny.

 

Był szczęśliwy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Grisza 2 godz. temu

    Czytając odniosłem wrażenie, że oglądam wyrwane sceny z kilkudziesięciu różnych filmów. Wszystko to już gdzieś widziałem. Taka swoista kompilacja.

  • Starszy Woźny 2 godz. temu

    https://www.youtube.com/watch?v=N-ov0Hxw_zQ

  • Marabut 2 godz. temu

    Piękne dzięki.

  • Lumi 2 godz. temu

    Marabut tęsknota za niezwykłym uczuciem 🌻

  • Grafomanka 2 godz. temu

    Gdzieś tak, po połowie może, zaczęło mnie nużyć to opowiadanie... strasznie rozciągnięte

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania