Zakazana
Twoje włosy spadają jak zasłony,
palą mnie w gardle,
kiedy przechodzisz obok, pachnąc
śniegiem i popiołem.
Jestem owadem przyciągniętym do lampy –
płonę, trzepoczę,
udaję, że ból to tylko kurz w oczach,
że moje ręce nie drżą, gdy dotykasz książki,
której później nie mogę zamknąć.
Twoje imię rośnie we mnie jak chwast,
krztuszę się nim we śnie,
plączę warkocze słów, których nikt nie powinien usłyszeć.
Zakopuję je pod językiem,
ale korzenie przebijają policzki.
Każda twoja nieobecność to rana –
rozwiera się, jakby ciało wiedziało
o mojej zdradzie.
W lustrze widzę potwora,
dziecko z sercem zbyt ciężkim,
jakby ktoś wlał w nie rtęć.
Modlę się, żebyś była zwykła,
żebyś nie błyszczała jak szkło w ziemi,
nie kroiła mnie samym spojrzeniem.
Ale ty wracasz, znowu wracasz,
a ja staję się popiołem,
którego nie mogę od siebie odgarnąć.
Komentarze (5)
Zakopujesz splątane warkocze pod język?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania