Zaksztuszenie
Na stole gra w karty obiad który drugim daniem się ksztusi,
Co cenne to chowa co bezwartościowe
Rozdaje, kto go ksztusi dokładniej, mielony czy schabowy?
Czym miłość ubrania że mnie zdarła.
Czy uciekamy przed niczym? Niczym wierzba na sośnie.
Jałowa krtań moja krzyczy na moje gardło rozdarte. I nie wiem kto żyje a kto wkrótce skona. Z żeber swych układam pasjansa. Nie mam już kości wogule same ścięgna w ruch mnie wprawiają. Wrzeszczę a milczę, stoję lecz siedzę. Gonitwa myśli na mego cyrku arenie wśród trybun z widzami... Wszystko to marne i szkoda mi o tym gadać do słupów. Tak jesteście mi jak słupy bo mnie nie słyszycie. O tym co mówię do was, do siebie. Marność nad marności szczyty, a w tej marności ogrom głupoty lecz mądrej głupoty, tobie to pewnie jakieś paradokse, mi to zwykłe gadanie. Duszę się od żygów bo znów przecholowałem z alkoholem, mi nie dane cierpieć ciągła radość mnie trapi i za nos wodzi. Kto widzi kto wie kto me żądzę rozpala. Co w trawie piszczy co w zbożu klnie. Czy to koniec?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania