Żałobna Narzeczona. Romantyczny kryminał w starym stylu
W 1830 roku zmarła w Niedzicy na Spiszu kobieta, którą w okolicy nazywano Żałobną Narzeczoną. Opowiadano o niej przez wiele następnych lat. Mówiono, że nosiła latem i zimą czarne ubranie. Nikt nie zauważył, żeby czymkolwiek cieszyła się lub z jakiegoś, nawet błahego powodu, uśmiechała się do ludzi. Swoją twarz często zasłaniała czarną chustą, która nosiła zawsze na głowie i to niezależnie od pogody i pory roku. W prawie każdą niedzielę i w świąteczne dni widziano, jak klęczała na cmentarzu przy pewnym grobie i zalewała się łzami. Ludzie na wsi już od lat przestali ją pocieszać i zwracać na nią uwagę.
- Najlepiej będzie, jak pozostawimy ją jej własnemu smutkowi i rozpaczy, bo i tak nic nie pomoże — powiadali mieszkańcy.
Jej los nie zasłużył na zapomnienie, ale też jest jakby ostrzeżeniem dla innych. Historia ta jest krótka, smutna, lecz prawdziwa.
Niedzica w jednej części rozciąga się w dolinie, a w drugiej leży na wzgórzu. Na tym wzgórzu stał mały drewniany domek, a w nim mieszkał Janek, młodzieniec, który od wielu lat był sierotą i utrzymywał się z wypasania owiec, a czasami pomagała mu rodzina.
Gdy już miał dwadzieścia lat zaczął się rozglądać za dziewczynami w nadziei, że pewnego dnia spotka właśnie taką, z którą ożeni się i zamieszka w swojej chatce. Od pewnego czasu Janek ciekawymi oczami spoglądał w stronę doliny, gdyż tam w jednym z domów widział często dziewczynę o jasnych włosach i dużych czerwonych ustach. Od lat wiedział, kim ona jest, ale ostatnio, gdy już panna dorosła, zapragnął ją bliżej poznać w nadziei spełnienia swoich marzeń o ożenku. Była to Halinka, zwykła góralska córka, podobna trochę do innych, lecz wyróżniająca się wesołym uśmiechem. Janek czynił wiele, aby zdobyć jej serce, robił dla niej różne ozdoby z drewna, jak koraliki na rzemieniu, zbierał dla niej leśne owoce i grzyby, a nawet, chociaż czasami, pomagał jej w gospodarstwie. Wszystkie jego wysiłki zaowocowały. Pewnego dnia Halinka z uśmiechając się, podała mu czule rękę, a był to zwykły góralski znak wśród zakochanych i od razu Janek zrozumiał, że to najwyższy czas, aby dać na zapowiedzi. Z kościelnej ambony już trzy razy głoszono zapowiedzi, a w domu szykowano się do wesela.
Nieubłagany los, który nie w sposób zmienić, pozazdrościł szczęścia młodym, jak błyskawica i grzmot burzy zamienił wszystko w tragedię.
Pewnego razu Janek poszedł daleko w góry, bo musiał odnaleźć kilkanaście zagubionych owiec, co zresztą często zdarzało się wśród pasterzy, zwłaszcza tym, których nie stać było na pomocników przy wypasie. Zabrał z sobą małą strzelbę, trochę suszonego mięsa, suchary i kwartę gorzałki. Halince powiedział, że za dwa, a może trzy dni wróci do domu.
W tym też czasie ojciec tej dziewczyny, stary góral Władek, również poszedł w góry, ale razem ze swoim sąsiadem, kłusownikiem, zwanym Wilczym Józkiem, znanym z bijatyk i pijaństwa. Mieli oni zamiar upolować zwierzynę. Ponieważ w okolicy nie było jej za wiele, zatem udali się na stronę słowacką, w lasy, do których raczej nie powinni mieć wstępu, a tym bardziej tam polować. Także tam zabronione było wszelkiego rodzaju noszenie ze sobą broni – takie było prawo i takie zwyczaje. Posiadanie broni przez obcych na tym terenie uznawano jednoznacznie zamiar kłusownictwa, a za to można było otrzymać ciężką karę.
Władek i Wilczy Józek wiedzieli, co im grozi, pełni obaw i lęku maszerowali po obcym leśnym gruncie. W pewnej chwili zauważyli, że naprzeciwko w krzakach zaczaił się coś. Myśleli, że to jakieś zwierze, więc jednocześnie, bez rozwagi i namysłu wystrzelili w tę stronę. Strzały okazały się celne, ale też i śmiertelne, lecz kule trafiły nie w zwierze, ale w pierś słowackiego strażnika lasów, który krzyknąwszy z bólu i przerażenia padł martwy na ziemię. Dwaj nasi górale wystraszyli się tego, co zrobili i uciekli.
Na leśnym szlaku po stronie słowackiej maszerował też Janek. Dziwnym zbiegiem okoliczność usłyszał owe wystrzały i zaciekawiony pobiegł w tamtą stronę. Gdy zobaczył leżącego i okrwawionego strażnika, podniósł jego głowę, rozpiął ubranie i sprawdził, czy żyje. W ten rozległy się jakieś głosy i pobiegło do niego dwóch innych strażników.
- To ty go zabiłeś, wiemy to na pewno – krzyczeli. Związali ręce Jankowi i zabrali go z sobą do miasteczka. Tam zamknięto nieszczęśnika w areszcie i sprawę oddano w ręce sędziego śledczego.
Upłynęło już kilka dni od czasu, jak Janek poszedł w góry. Halinka martwiła się z każdym dniem coraz bardziej, lecz pewnego dnia otrzymała ona list. Napisał go Janek z aresztu na Słowacji. Z tego listu dowiedziała się o przyczynach uwięzienia i o tym, że grozi mu najstraszniejsza kara. Przeczytawszy to dziewczyna, zemdlała i padła na podłogę jakby porażona piorunem. Dwa dni leżała ona zrozpaczona w łóżku, a trzeciego dnia, była to niedziela, postanowiła wszystkie swoje troski zamienić na modlitwę w kościele. Jak wróciła do domu, to zastała ojca w kuchni siedzącego przy stole i śpiącego. Cicho przeszła do swojej izby. W ten rozległ się znajomy głos i do kuchni wszedł Wilczy Józek.
- Jesteś sam? – zapytał, zwracając się do Władka groźnym tonem.
- Tak, całkiem sam. Dziewczyna jest jeszcze w kościele, a pachołek poszedł do karczmy – odpowiedział zaspany Władek.
- To ty go zastrzeliłeś, ty jesteś winny – krzyknął wściekły Wilczy Józek.
- Nie masz racji, lepiej będzie, jak sobie pójdziesz, ale za nim to zrobisz, to przeczytaj ten list. To napisał Janek, on jest w areszcie. Tu jest mowa o dwóch kulach w piersi strażnika. Ta druga to była twoja. Wiesz o tym dobrze i dręczysz mnie tym kłamstwem. Ty też jesteś winny – powiedział smutno Władek.
Odgłosy kłótni w kuchni usłyszała Halinka i przerażona rzuciła się na łóżko, głośno szlochając. Ojciec zrozumiał, że dziewczyna jest w domu i że usłyszała rozmowę. Przerażony podszedł do niej.
- Halinka, musisz mi wybaczyć! Ja tego nie zrobiłem celowo, wystraszyłem się, myślałem, że to zwierzę, bo tak długo szukaliśmy czegoś do upolowania – powiedział zmartwionym głosem. – Jestem twoim ojcem, a przecież nie chciałabyś, abym skończył na szubienicy. Oprócz tego dobrze wiesz, co mówi czwarte przykazanie o czci do ojca i matki.
- Nie zdradzę cię, jestem jedyną twoją córką – powiedziała zrozpaczona.
Przez kilka następnych dni leżała Halinka w łóżku jakby chora, ciągle szlochając i błagając niebiosa o łaskę.
Upragniona łaska nie nadchodziła, tylko ból i cierpienie miotały dziewczyną i wyciskały łzy z oczu. Jej umysł i myśli krążyły między czwartym przykazaniem a zapowiedziami ślubu, między słowem danym ojcu a miłością do Janka.
Serce nie zniosło tego cierpienia, dziewczyna postanowiła udać się na Słowację, do aresztu, w którym więziono jej ukochanego. Po całym dniu marszu dotarła do słowackiego miasteczka. Wpuszczono ją do celi, jednakże na krótko. Smutny i zrozpaczony Janek objął swoją ukochaną i tak złączeni uściskiem miłości i rozpaczy płakali oboje.
- Halinka, teraz wiem, co oni ze mną zrobią, lecz jestem niewinny. Nie mam żadnego wyjścia i żadnej ucieczki spod ciosu kata — powiedział smutnym głosem Janek.
- Mój kochany, wiem, że jesteś niewinny jak anioł, wiem o tym dobrze, wiem jeszcze więcej… Mógłbyś zostać uniewinniony, lecz ja nie mogę zdradzić mojej tajemnicy, to byłoby grzechem i bluźnierstwem przeciw czwartemu przykazaniu – zapłakała dziewczyna.
- Przecież możemy być szczęśliwi – cichym i czułym głosem szepnął jej do ucha.
- Już nigdy nie będziemy szczęśliwi, nigdy! Jest przecież czymś strasznym umierać w tak młodym wieku, lecz jeszcze gorzej jest żyć z takim ciężarem, jaki ja niosę w swoim sercu. Mój ojciec i Wilczy Józek zastrzelili tego strażnika. Wiem, bo usłyszałam ich rozmowę – wybuchła płaczem dziewczyna.
- Och! Ty biedna, ty nieszczęśliwa bardziej niż ja sam – zawołał młodzieniec.
- Teraz już wiesz wszystko, możesz być wolny, ale ja nie spocznę spokojnie, będzie mnie dręczyć sumienie, rozpacz i ból z powodu niedotrzymania słowa wobec ojca. To będzie najcięższe i sprowadzi na mnie przekleństwo niebios, że ojca swego doprowadziłam dna szubienicę, że nie dotrzymałam nakazanej przez niebiosa czci dla rodziców – powiedziała Halinka i zapłakanymi oczami spojrzała na Janka, mając jakby nadzieję, że los się odmieni.
Oboje zamilkli i w tej ciszy jedynym odgłosem było bicie ich serc, złączonych bólem i rozpaczą.
- Moja najdroższa, ofiaruję ci pokój duszy i czyste sumienie, bo prawdziwa miłość ma swoją cenę i zawsze najwyższą. Widocznie za moją muszę taką zapłacić – powiedział Janek, upadł na kolana i zaczął się modlić. – Bądź szczęśliwa, żyj spokojnie, dam ci cały mój skromny majątek, a ty pochowasz mnie w naszym kraju, na cmentarzu wśród naszych dobrych ludzi… - nie dokończył, bo stukając kluczami, otworzył drzwi strażnik więzienny, oznajmiając, że czas wizyty minął i gwałtownym ruchem wyprowadził Halinkę z celi.
- Nie zapomnij o mnie, módl się zawsze nad moim grobem – zawołał na koniec Janek zalany łzami.
Za kilka dni miał zostać wykonany wyrok. Halinka jeszcze raz spotkała się z Jankiem, lecz w obecności innej osoby, bo tak nakazywało prawo. Ich pożegnanie rozrywało serca, a wśród innych obecnych ludzi wzbudzało współczucie, lecz nikt z nich nie znał prawdy.
Halince nie pozwolono oglądać kaźnie Janka z obawy przed wybuchem gniewu ludzi. Nie pozwolono jej spojrzeć na jego zwłoki, które przykrywały czarne tkaniny i to osobno, bo ścięta głowa leżała oddzielona od reszty, a po mieczu katowskim spływała powoli krew.
Minął już roku od tego wydarzenia, a Wilczy Józek rozpił się jeszcze bardziej i pewnego razu wracając pijany z karczmy, spadł w górach śmiertelnie do przepaści. Władek zaś trapiony wyrzutami sumienia i chorobą dogorywał na łożu śmierci. Proboszcz z Niedzicy w obecności dwóch świadków spisał zeznanie umierającego, który pod przysięgą na Krzyż Święty powiedział, że to on i Wilczy Józek zastrzelili strażnika, a Janek był niewinny. Od tego czasu wielu ludzi zatrzymywało się przy grobie nieszczęsnego Janka, ale najczęściej klęczała przy nim owa dziewczyna, którą nazywano Żałobną Narzeczoną.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania