Zamieć
Noc wespół z zamiecią uszyły czarny jak otchłań materiał, którym przykryły sklepienie. Śnieżne kryształy, które białym puchem pokryły ziemię i gęsto usiane drzewa, mieniły się jak diamenty od powoli gasnącej latarnii. Ślady zanikały w tak szybkim tempie, że jedynie skrzypiący dźwięk podłoża pozwalał stwierdzić obecność następujących po sobie ociężałych kroków.
-Dalej Zośka... - mruknął męski głos. -Idziemy!
Klacz znacznie zwalniała aż wreszcie przestała reagować na dalsze polecenia i runęła prosto na warstwę białego puchu.
Kaźmir, zrozumiawszy sytuację, sporzał na nią z żalem w oczach i począł kroczyć dalej.
Jego rany stawały się coraz bardziej bolesne. Każdy krok wymagał niewyobrażalnie silnej woli.
Niewiele ponad 200 metrów od końskiego truchła latarnia buchnęła jeszcze ostatnim tchnieniem i zgasła. Mężczyznę ogarnęła zupełna ciemność: ciemność tak mroczna, że nie powstydziłby się jej nawet sam czart; nie przestawał on jednak iść. Wszak była to jedyna rzecz, która jeszcze utrzymywała go przy życiu. Cudem omijał kolejne, zaszyte w czarnej mgle drzewa.
Gdy duch zaczął powoli poddawać się ciału - a nie wiadomo jak długo już podążał - zauważył on przed sobą coś, co przypominało niewielki płomień światła, jakby niewielkie ognisko rozpalone tylko po to, by podjąć desperacką próbę rozgrzania i rozświetlenia oziębłej jaskini nieba i ziemi.
Kierunek marszu był oczywisty. Im bliżej znajdował się on źródła światła, tym bardziej zaczynąło przypominać ono niewielkie, prostokątne okienko.
Była to stara, drewniana chata, w której zdawał się przebywać jakiś człowiek. Wycieńczony, zaczął pukać do drzwi, w nadziei, że zostaną mu one otwarte. Nikt jednak nie odpowiadał. Nie było również słychać żadnych kroków. Ktoś jednak musiał być w środku; światło nie mogłoby palić się samo z siebie. Kto zresztą odważyłby się opuścić ciepłe cztery ściany w taką zawieruchę?
Irytacja wraz z każdym kolejnym uderzeniem w drzwi zaczęła narastać. Ciało Kaźmira było zziębnięte; każda jego kończyna zdążyła nabyć odmrożeń i chciała dać za wygraną nieokiełznanemu żywiołowi. Jego wola, kierowana już w tym momencie ogromnymi pokładami gniewu, wciąż nie pozwalała mu się poddać.
Z impetem, wykorzystując resztki swoich sił, wyważył drzwi, wtargnął do środka, wyjął miecz ze skórzanej pochwy i wycelował jego czubek prosto w tył głowy siedzącego przy stole Starca, który nawet nie drgnął.
-Pomóż mi!, albo zginiesz! - ryknął, będąc całym pokrytym we krwi.
Po tych słowach można było jedynie usłyszeć dźwięk upadającego na ziemię metalu i tępego uderzenia masywnego ciała o grunt - dało ono za wygraną.
Kaźmir otworzył oczy. Wejście było znów zamknięte; jego uzbrojenie leżało tuż obok niego. Starzec natomiast ponownie siedział przy stole, odwrócony tyłem do niego. Zapisywał on coś w grubej księdze przy świetle niewielkiej świecy i akompaniamencie pękającego drewna w piecu. Rycerz mógłby jednak przyznać, że widzi, jak gdyby znacznie jaśnieszy i cieplejszy blask bił prosto z głowy Starca.
-Kim jesteś? - wydusił.
Nie uzyskał on jednak żadnej odpowiedzi. Obydwoje przebywali długi czas w ciszy. Szalejący na zewnątrz chaos zdawał się nie mieć w żaden sposób wstępu do środka. Teraz mężczyzna zdał sobie właśnie sprawę, że jego całe ciało zostało opatrzone.
-Dlaczego mi pomogłeś? Chciałem cię zabić... - pytał, próbując wydobyć jakiekolwiek informacje. - Co to za miejsce? - jednak nie uzyskał on nawet westchnięcia. Słyszał jedynie dźwięk posuwającego się po kartach księgi pióra nasączonego czerwonym atramentem.
-Co robisz? - próbował dalej; na darmo.
Po kolejnej, długiej chwili milczenia Kaźmir ponownie się odezwał:
-Dlaczego się nie odzywasz? Dlaczego nie otworzyłeś mi drzwi, gdy kołatałem?
Wtedy nieoczekiwanie Starzec zapytał:
-Kto powiedział, że drzwi nie były otwarte? Jego głos był pewny i spokojny. Odłożył on pióro i wstał, by podejść do pieca. Dorzucił on trochę drewna i zdjął z niego niewielkie naczynie z gotującą się w środku substancją. Wziął również kawałek chleba; podał wszystko leżącemu i z powrotem zasiadł przed księgą. Kaźmir nie zdążył przyjrzeć się jego twarzy. Spojrzał na jedzenie i powoli zaczął je spożywać.
Smak substancji był gorzki i pikantny.
-Co to jest? - spytał z wyraźnym grymasem na twarzy, chcąc co prędzej odstawić napój.
-Wypij. - stanowczo i łagodnie odrzekł Starzec.
Ranny mężczyzna zawachał się. Przemógł się jednak i dokończył zawartość kielicha, później, zagrywszy posmak słodkim chlebem, zasnął.
Trudno powiedzieć, jak długo spał. Noc wszelako jeszcze nie minęła. Spojrzał w stronę stołu, na którym paliła się jeszcze końcówka świeczki. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Zauważył, że teraz Starzec klęczy tuż przed niewielką ikoną. Nie był jednak w stanie dojrzeć czyją.
Był jedynie w stanie usłyszeć, że Starzec mówi coś pod nosem, w języku, którego znał tylko pojedyńcze słowa.
Zauważył, że ogień tlący się na końcówce świeczki zdawał się powoli przygasać. Nie dlatego, że kończył się sam knot. Przyciemniać zdawała się go jakaś nowa światłość. Światłość jaśniejąca niespotykanym blaskiem; blaskiem tak jasnym, jak gdyby zaraz patrzącego miał oślepić, blaskiem tak ciepłym, że samo spoglądanie rozgrzewało ciało...
Spojrzał ponownie na Starca. Widział teraz, jak jego oczy płoną silnym, żywym, lecz kojącym ogniem. Nie mógł oderwać wzroku. Czas zdawał się nie istnieć. Usłyszał on tylko:
-Ne timeas! - to znaczy: "nie lękaj się".
Wtedy zerwał się z łóżka.
Był już ranek.
W chacie nie było żadnego śladu po Starcu. Ta z kolei bardziej przypominała rozpadającą się ruderę, niż ciepły dom, w którym, mógłby przysiąc, przebywał jeszcze tej nocy. Dziurawy dach i nieszczelne okna wpuszczały do środka świerze powietrze i śpiew ptaków. Na zewnątrz spod grubych warstw śniegu powoli przebijała się zielona trawa.
Jego ciało było w pełni zdrowe i czyste.
Zalany łzami, ucałował złoty krucyfiks, który cały ten czas zwisał na jego piersi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania