Zamknąć rozdział
Poniedziałek
Stał przed budynkiem walącego się GS-owskiego sklepu i uważnie czytał informację z kartki przylepionej do drzwi, których w połowie nie było. We wsi miał powstać Groszek, jako odpowiedź na liczne skargi mieszkańców sołectwa i okolic. Bo wszędzie daleko, po chleb, po pieluchy, po wódkę, po aspirynę i coś do jej popicia, na przykład wódkę. No to w końcu mieli dostać ten wymarzony psia go mać Groszek. I nasz pyzaty, ale ambitny Jędrzej Koza zamierzał na tym zarobić.
Wtorek – dwa miesiące później.
Urocza ekspedientka, Karolina, na oko czterdziestoletnia wprowadziła naszego koziego druha w meandry obsługi małego, wiejskiego sklepu. Sama w takim pracowała, ale sporo dalej. Tymczasem Jędrzej zatrudnił się w nowym, pięknym Groszku, w swojej wiosce, a wraz z nim na dziale mięsnym pracowała taka stara rura, co nawet jej nazwiska nie znał. Ale paskudna była i na tym się skupcie.
– Klient lubi uśmiech, ale też nie za dużo. W rozsądnych ilościach. I nie grzeb w nosie przy ludziach, rozumiesz?
Jędrzej pokiwał głową. A czego miał, kurna mać, nie rozumieć? Miał dwadzieścia pięć lat, za sobą kilka dorywczych robótek na budowach, przy wycinaniu chaszczy w rowach, czy obsłudze doraźnej koncertu gminnego, kiedy to zjechali do okolicy samiusieńkie Golce. O skończonej zawodówce z wyróżnieniem nawet nie wspominał.
– Uczyłeś się obsługiwać kasę fiskalną?
– Jasne, znam kod na kajzerki, jestem najlepszy.
Karolina uśmiechnęła się, ale bardziej z obowiązku. To jego pierwszy dzień, pomyślała. Nie będzie mu dokładać stresu.
Pierwszy, ale najwidoczniej nie ostatni, bo Jędrzej poradził sobie całkiem dobrze jak na żółtodzioba. A klientów nie brakowało. Wszyscy z koszykami pełnymi zakupów ciągnęli do kasy. A do tego szybka klientela po jedno piwko albo paczkę fajek. Na fajrancie Jędrek był zadowolony i cholernie zmęczony. Na razie miał pracować co drugi dzień, bo ktoś załatwił pół etatu jakiejś swojej psiapsi na miesiąc. Ale mógł w końcu pochwalić się znajomym stałym zatrudnieniem. A te patałachy, co dalej dorabiali jak jakiś plebs, mogli mu co najwyżej pucować adidasy, te z przeceny 50%.
Tego samego dnia – wieczór
Wieczór był ciepły i przyjemny. Jędrek szedł poboczem w stronę przystanku autobusowego. W dłoni trzymał butelkę piwa, mocno schłodzoną. Co jakiś czas przekładał ją z ręki do ręki. W międzyczasie myślał też, któremu z ziomali zaśmiać się w twarz jako pierwszemu i dodatkowo dobijał komary stacjonujące na przedramionach.
Murowany przystanek wyłonił się za zakrętem. Stał pod latarnią, która rzucała nań żółte światło, w którym tańczyło wszelakie latające robactwo. Jędrek wyostrzył wzrok. Wydawało mu się, że na przystanku nikogo nie ma. Do tego ta cisza. Żadnych rozmów. Był spóźniony, więc Alek i Witek powinni na niego już dawno czekać.
Nie przyszli? Jędrek nie chciał w to wierzyć. Ale tak było. Tylko on i cisza wokoło. Zabalowali? Wyjął komórkę i wyszukał numer do Witka. Po kilku sygnałach załączyła się poczta głosowa. Do Alka nawet nie próbował, bo gość rozbił swój telefon jakiś czas temu, a że z kasą u niego krucho, musiał obejść się na razie smakiem.
Usiadł na ławce i otworzył piwo. Wydoił na raz prawie wszystko, zostawiając dwa łyki na potem. Jeszcze nigdy nie wykruszyli się na umówione spotkanie. Jędrek myślał o tym, ale nie za długo. Tak z kwadrans. Potem dopił piwo i wrócił do domu. Uznał, że następnego dnia pójdzie osobiście do Witka. Mieszkali w jednej wiosce. Alek zresztą też.
Następnego dnia – środa.
– Jędrek! Wejdź, herbaty zrobię!
Matka Witka wręcz wciągnęła go do domu. Usiadł więc na krześle w kuchni, ale odmówił czegokolwiek. Przeszedł do sedna.
– Jest Witek?
– A co ty Jędrek nie wiesz?
Chłopak spojrzał na kobietę pytająco.
– Witek już z nami nie mieszka. Robotę dostał w mieście.
Jędrek poczuł, jak kiszki zaczynają morderczy taniec zazdrości. Ten patałach? Robotę w mieście?
– Jak to? Gdzie teraz mieszka?
– A na blokach, w mieszkaniu po ciotce. Będzie chciał kiedy odkupić.
– Aha. Nic nie mówił.
Kobieta trochę posmutniała. Jakby wiedziała, że ten moment nadejdzie, ale nadal łudziła się na jego odwlekanie.
– Wiesz, Jędrek, Witek chce zacząć od nowa. Tak zupełnie. Zerwał kontakty ze wszystkimi starymi znajomymi.
– Ale my przecież jak przyjaciele byliśmy.
– No wiem, wiem, ale… a zresztą, i tak byś się dowiedział pewnie. Powiedział mi, że ty to jesteś łajza i tylko go w dół ciągniesz. Miałam ci nie mówić, ale ja jestem kobieta uczciwa, katolicka. Sam wiesz.
Podziękował i otępiały wyszedł z domu. Miał przed oczami obraz kumpla, jak powtarza mu te słowa sam, prosto w twarz. Kobieta coś jeszcze do niego mówiła, lecz chłopak słyszał jedynie szum, jak w rozregulowanym radiu.
Środa – po południu.
Siedzieli na przystanku z Alkiem. Pili piwo. Atmosfera była raczej beznadziejna. Alek mało mówił, Jędrek dużo pił. Cztery browce, setkę czystej. Jutro miał być znowu w robocie. Ale nie wiedział, czy znajdzie siły.
– Rozmawiałeś z nim? – zapytał Jędrek.
Alek nie był chętny do odpowiedzi. Chyba nawet żałował, że tu przyszedł. Ale nie mógł tak jak Witek, bez słowa.
– Ja też wyjeżdżam. Jutro.
Jędrek cisnął butelką setki o asfalt.
– Zostaje sam?
– Już za długo marnujemy sobie życie tutaj, chłopie. Bez perspektyw to wszystko.
– Co ty pieprzysz? Masz tu wszystko. Spokój, znajomych, rodzinę.
– Jaki spokój? Codziennie jakieś burdy w obejściach, u sołtysa u sąsiada mojego. Wczoraj wzywali niebieskich. Niewesoło tu i w ogóle ani trochę spokoju. Jutro jadę do miasta, na wynajmkę. Magazynier w biedrze.
– Stać cię na wynajem?
– Rodzice pomogą na razie, a jak odłożę to już poleci.
Jędrek poczuł, że blednie. Przed oczami przeleciały mu wszystkie dobre wspomnienia sprzed lat. Już nie kolorowe, czarno-białe, oddalająca się przeszłość.
– Też znalazłem pracę. Na razie na pół etatu, w naszym Groszku.
Alek poklepał kumpla po plecach.
– Czyli każdy idzie w swoją stronę. To dobrze.
– Też nie będziesz już ode mnie odbierał?
Alek upił trochę piwa i westchnął.
– Kupię komórkę i będę dzwonił. Może się spotkamy w mieście. Zrób sobie prawo jazdy. Ja już zacząłem kurs, bo na pekaesy nie ma co liczyć.
Niebo pobladło. Klucz gęsi przeleciał po nim, kiedy Jędrek obserwował powolnie sunące nad dachami chmury. Wieś niewesoła, niespokojna? Dla niego była wszystkim.
– Witek nie chce ze mną gadać.
– Ze mną też nie. Powiedział, że jestem spoko, ale on teraz idzie wyżej.
– Mnie podobno nazwał łajzą.
– Skąd wiesz?
– Matka mi jego powiedziała.
– Nie umie trzymać buzi na kłódkę.
– No, nie tylko w rozmowie.
Zaśmiali się i po chwili, kiedy znowu nastała cisza, Alek wstał i wyrzucił puszkę po piwie do kosza. Zwykle ciskali nimi w krzaki.
– Co ty robisz? – zapytał zdziwiony Jędrek.
– Pora dorosnąć, chłopie.
Podał kumplowi rękę i odszedł w stronę domu. Jędrek nadal siedział na ławce z puszką piwa w jednej i nieotwartą w drugiej dłoni. Ciężko mu było pozbyć się dawnych nawyków, tej tutejszej tożsamości, prawie tak mocno zakorzenionej jak kolejne awantury u sąsiadów i innych. One też były już dla niego tłem, nie zwracał na nie uwagi. Nigdy. Czy chciał to teraz zmienić?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania