Zanim odpowiesz
Dzień pierwszy – Torba
Halina obudziła się wcześniej niż zwykle, bo w mieszkaniu było za cicho.
Nie było kaszlu zza ściany, nie było szurania kapci po linoleum, nie było radia nastawionego za głośno na Jedynkę.
Leżała jeszcze chwilę, licząc pęknięcia na suficie.
W ten sposób pozwalała sobie jeszcze na odrobinę czasu na poukładanie myśli.
– Dziadku? – zawołała w końcu.
Nie odpowiedział od razu. Kiedy wstała i zajrzała do jego pokoju, zobaczyła go leżącego nieruchomo, z ręką zwisającą z łóżka. Oddychał ciężko, jakby każdy wdech był osobną decyzją.
– Już… wstaję – powiedział, choć nawet nie drgnął.
Kazimierz był listonoszem od bardzo dawna. Na tyle dawno, że ludzie na trasie znali go bardziej z kroku niż z twarzy. Mundur wisiał na tym samym gwoździu od lat, wyblakły, ale czysty. Czapka z daszkiem leżała równo na półce, jak zawsze.
Tego ranka nie sięgnął po żadną z tych rzeczy.
– Nie idziesz dziś? – zapytała ostrożnie Halina.
Kaszel odpowiedział za niego. Suchy, głęboki, taki, po którym długo nie da się złapać oddechu.
– Przejdzie – powiedział w końcu. – Musi przejść.
Halina usiadła na krześle i patrzyła, jak dziadek próbuje podnieść się na łokciu, po czym rezygnuje. Na stoliku stała niedopita herbata, zimna, z pływającym plasterkiem cytryny.
– Jak nie pójdziesz… – zaczęła, ale urwała.
Nie trzeba było kończyć.
Wiedzieli oboje.
Kazimierz zamknął oczy, jakby chciał odpocząć choć przez chwilę.
– Mogę pójść – powiedziała nagle Halina. – Ale nie z wszystkim. Tylko pilne. Reszta może poczekać do jutra.
Otworzył oczy i spojrzał na nią uważnie. Długo. Tak, jakby próbował zobaczyć coś więcej niż tylko dziewczynkę stojącą przy łóżku.
– Torba jest ciężka – powiedział spokojnie.
– Wiem. Dlatego tylko pilne. – Mówiła szybciej, niż myślała. – Znam trasę. Znam ludzi. Nie będę wchodzić wszędzie. Tylko tam, gdzie trzeba.
Zapadła cisza.
Nie była gwałtowna. Raczej ostrożna.
Kazimierz odwrócił głowę w stronę okna.
– Tylko dziś – powiedział w końcu. – I wrócisz prosto do domu.
Halina skinęła głową, jakby bała się, że jeśli powie coś więcej, decyzja się cofnie.
Podeszła do wieszaka. Zdjęła czapkę i przez chwilę trzymała ją w dłoniach. Potem założyła ją na głowę. Była za duża. Daszek opadał na oczy.
Torba listonosza stała przy drzwiach. Skórzana, porysowana, wypchana papierami. Kiedy przewiesiła ją przez ramię, poczuła ciężar, ale nie taki, z którym nie dałaby sobie rady.
– Wrócę szybko – powiedziała.
Kazimierz skinął głową.
Na klatce schodowej pachniało wilgocią i węglem. Halina schodziła powoli, ostrożnie, jakby każdy stopień mógł ją zdradzić. Na dole minęła sąsiadkę z drugiego piętra.
– Dzień dobry, panie Kaziu – powiedziała kobieta, nawet na nią nie patrząc.
Halina skinęła głową i wyszła na ulicę.
Był chłodny poranek jak początek lata. Taki, w którym miasto dopiero decyduje, czy chce się obudzić. Ścisnęła mocniej pasek torby i ruszyła przed siebie.
Nie wiedziała jeszcze, że to nie ona niesie listy.
To listy zaczną nieść ją.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania