„Zanim przestanę milczeć”

„Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierować twoim życiem, a ty nazwiesz to przeznaczeniem.”

— Carl Gustav Jung

„Nie to, co się wydarzyło, lecz to, jak o tym myślisz, sprawia ci ból.”

— Epiktet

Prolog

Cisza zawsze była dla niej najgłośniejszym dźwiękiem.

Lena Szczydłowska siedziała przy biurku w małym mieszkaniu, z kubkiem zimnej kawy, który dawno przestała pić, i laptopem z pustym dokumentem. Miała stworzyć strategię marketingową dla klienta, który obiecywał kobietom „nowe życie w trzech krokach”.

Ironia tego sloganu nie bolała już tak bardzo jak kiedyś. Bo od lat nauczyła się żyć z własnym bólem, choć nadal nie wiedziała, czym naprawdę jest normalne życie.

Przeszłość wciąż była cieniem w kącie jej świadomości. I choć jej oczy patrzyły na ekran, ciało nagle zadrżało, bo zapach świeżo wypranych ubrań w najlepszym płynie do płukania przywiódł wspomnienie tamtych dni. Wspomnienie mieszało się z odgłosami pustych obietnic, które kiedyś słyszała, i z hukiem gruzu, którym groził jej oprawca, mówiąc:

„Powiem twoim rodzicom, jeśli tego nie zrobisz.”

Każde słowo było jak nóż wbity w żołądek małej dziewczynki.

Każdy huk, każdy gest, każde „jeżeli” wbijał się w jej ciało i zostawał tam na zawsze.

Przeglądała media społecznościowe, szukając inspiracji do kampanii. W pewnym momencie zobaczyła znajomą twarz. Serce zadrżało — nie ze strachu, nie z gniewu, ale z napięcia, którego nie mogła od razu nazwać.

To był mężczyzna, który kiedyś skrzywdził ją jako dziecko, dziś przedstawiany jako przykład zaangażowanego przedsiębiorcy.

Lena poczuła nagły mrok w gardle. Myśl, której od lat unikała:

„Co mam z tobą zrobić, skurwysynie?”

Ale szybko odsunęła ją od siebie. Wiedziała, że zemsta niczego nie zmieni, że jeśli pozwoli, trauma będzie trwała dalej.

To było uświadomienie, które przeszyło ją jak zimny nóż: musi zakończyć tę historię inaczej, na własnych zasadach, decydując, że przeszłość nie będzie już jej więzieniem.

Początek jesieni

Pokój pachniał bergamotką i mokrym drewnem. W półmroku ciepłej lampy Lena usiadła w fotelu, jak co tydzień, trzymając kubek zielonej herbaty. Za oknem padał drobny deszcz — taki, który nie przeszkadza, tylko przypomina o istnieniu świata.

– Widzę, że dziś przyszłaś spokojniejsza – powiedziała Julia, unosząc wzrok znad notatnika. Jej głos miał w sobie miękkość, która sprawiała, że nawet cisza brzmiała bezpiecznie.Lena skinęła lekko głową.

– Tak. Od kilku dni jest mi jakoś... lżej. Jakby ciało wreszcie zapomniało o napięciu.

– Myślisz, że to chwilowe, czy coś się zmieniło? – zapytała Julia, nie odrywając od niej spojrzenia. Lena zastanowiła się chwilę.

– Chyba zaczęłam naprawdę wierzyć, że nie muszę już ciągle się bronić. Przed światem, ludźmi… sobą.

Julia nic nie powiedziała. Miała w sobie ten rodzaj ciszy, który potrafił mówić więcej niż pytania.

– A przed czym dziś nie musiałaś się bronić? – odezwała się w końcu.

– Przed myślą, że coś może pójść nie tak – odpowiedziała Lena po chwili. – Przed tym, że każda dobra chwila zaraz się skończy. – Uśmiechnęła się słabo. – Zawsze czekałam na katastrofę. Teraz próbuję po prostu… oddychać.

– Oddychać – powtórzyła Julia. – To brzmi jak zwykłe słowo, a jednak dla ciebie to całe zdanie o przetrwaniu.

Lena wpatrywała się w parę unoszącą się z kubka herbaty.

– Może tak. Kiedyś myślałam, że życie to coś, co trzeba naprawić. A teraz... chyba uczę się po prostu w nim być.

Za oknem spadały pierwsze liście. Ich szelest mieszał się z rytmem deszczu stukającego o parapet.

– Pamiętasz, co powiedziałaś na pierwszej sesji trzy lata temu? – zapytała Julia z lekkim uśmiechem.

Lena zaśmiała się cicho.

– Że nie wierzę w terapię. I że jestem tu tylko dlatego, że nie mam już siły próbować sama.

– A teraz?

– Teraz myślę, że to była pierwsza prawdziwa decyzja w moim dorosłym życiu.

Julia zapisała coś w notesie, a potem podniosła wzrok.

– Co byś dziś powiedziała tamtej sobie sprzed trzech lat?

Lena zawahała się, jakby szukała słów.

– Że nie wszystko, co boli, trzeba ukrywać – powiedziała w końcu cicho. – I że przetrwać to nie to samo, co żyć.

Julia skinęła powoli głową, pozwalając, by te słowa wybrzmiały w powietrzu. Dopiero po chwili zapytała:

– A sny? Czy nadal się pojawiają?

– Rzadziej. Ale… wciąż się zdarzają.

– Te o demonach, o opętaniu?

– Tak. Właściwie ostatnio śniło mi się, że ojciec był opętany. A ja przeprowadzałam na nim egzorcyzm. Obok siedział wujek, jego brat. Patrzył bez słowa.

Julia pochyliła się lekko w jej stronę.

– Jak się czułaś w tym śnie?

– Nie bałam się – odparła Lena, wpatrując się w swoje dłonie. – Tylko byłam wściekła. Na ojca, nie na to, co go opętało. Może dlatego, że w końcu to nie diabeł wtedy wszystko zniszczył, tylko on sam.

Julia odłożyła długopis.

– To bardzo symboliczny sen, Lena. Koszmary o demonach czy opętaniu często pojawiają się u osób po traumie lub gdy nie maja rozwiązanych spraw. To nie tylko wizje strachu – one pokazują, jak twoja psychika interpretuje utratę kontroli.

– Czyli… to ja jestem tym demonem? – zapytała Lena niepewnie.

– Nie – odparła Julia spokojnie. – To raczej część ciebie, która przez lata była uciszana. Kiedy byłaś dzieckiem, nie mogłaś się bronić. Dziś twój sen pokazuje, że już potrafisz. Egzorcyzm to nie kara – to odzyskanie władzy nad tym, co kiedyś było silniejsze od ciebie.

Lena zamyśliła się.

– Ciekawe… Bo we śnie to ja dowodziłam. Nie czułam lęku, tylko spokój. Taki… zimny spokój.

– To właśnie on jest znakiem, że wychodzisz z roli ofiary – wyjaśniła Julia. – Twój umysł nie tworzy już potworów, tylko sceny, w których masz moc.

– Ale dlaczego znowu ojciec?

– Bo trauma nie znika, ona zmienia formę. Twój mózg wybiera symbole, które najłatwiej oddają emocje. Ojciec był źródłem chaosu, więc powraca, byś mogła go ostatecznie pokonać – nie w realnym świecie, ale w sobie.

Lena przez chwilę milczała, a potem zapytała cicho:

– Czyli to dobrze, że te sny się pojawiają?

– Dobrze, że nie uciekasz od nich – odpowiedziała Julia. – Sen jest jak list od podświadomości. Jeśli go przeczytasz, może przestać przychodzić.

Na ustach Leny pojawił się delikatny uśmiech.

– To chyba pierwszy list, który chcę otworzyć.

Julia odwzajemniła uśmiech.

– Widzisz? Już sama zmieniasz znaczenie swoich demonów. Nie pozwalasz im kierować sobą, tylko uczysz się słuchać, po co wracają.

Lena skinęła głową.

– Chyba pierwszy raz w życiu nie czuję, że coś jest ze mną nie tak.

– Bo nic z tobą nie jest „nie tak” – powiedziała Julia miękko. – Masz tylko historię, którą próbujesz opowiedzieć sobie po nowemu.

Za oknem deszcz zamienił się w cichy szmer. Na stole między nimi leżał notes Julii, otwarty na stronie, gdzie odręcznie zapisała cytat:

„Nie ten jest silny, kto walczy bez końca, lecz ten, kto potrafi przestać walczyć i nadal istnieć.”

— Seneka

Czas płynął powoli. Deszcz zamienił się w mżawkę, a po pokoju unosił się zapach herbaty i świec z cynamonu. Lena siedziała lekko pochylona, dłonie ściśniętemiędzy kolanami, wciąż zamyślona po rozmowie o śnie.

– Pewna rzecz jest dziwna? – zapytała Lena po chwili ciszy.

Julia podniosła wzrok znad notesu. – Mhm?

– Że nigdy nie śni mi się matka – powiedziała Lena, jakby sama była zaskoczona tym odkryciem. Przez moment na jej twarzy pojawił się cień zamyślenia. – Zawsze ojciec, zawsze on — w różnych postaciach, ale matka… jakby nie istniała.

Julia oparła łokcie o kolana, słuchając z uwagą. – To cię zaskakuje?

– Tak – odparła Lena. – Bo przecież to ona mnie biła. To ona potrafiła nazwać mnie niczym, przy obcych. Mówiła, że jestem czarna owca, że przynoszę jej wstyd. – Spuściła wzrok. – Czasem nawet, jak się śmiała, to bolało. Tak jakby każde jej słowo było ostrzem.

Julia nie przerwała. Słuchała z tym spokojem, który nie wymagał komentarzy. Lena mówiła dalej, ale już ciszej, jakby każde zdanie zsuwało się z niej z trudem.

– Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o twojej mamie kilka miesięcy temu? – odezwała się w końcu Julia.

– Tak… – Lena skinęła głową. – Powiedziałaś wtedy, że ona też coś wypiera.

– Dokładnie. Bo twoja matka też przeszła swoje. Jej dzieciństwo nie było bezpieczne. Doświadczyła przemocy, odrzucenia, a mimo to nigdy tego nie nazwała. Dla niej zaprzeczanie było sposobem na przetrwanie.

Lena uniosła wzrok. – Czyli ona po prostu… powtarzała to, co znała?

– Tak – odpowiedziała Julia łagodnie. – Ale nie złośliwie. Raczej automatycznie. Tak, jakby próbowała uchronić samą siebie, nawet kosztem ciebie.

– Świetna ochrona – powiedziała Lena gorzko.

Julia westchnęła cicho. – Wiem. Ale pamiętaj, ludzie, którzy nie przepracowali swojego bólu, często oddają go dalej. Nie dlatego, że chcą, tylko dlatego, że nie potrafią inaczej.

Lena milczała. Wpatrywała się w kubek, w którym została już tylko cienka warstwa chłodnej herbaty.

– Czasem mam wrażenie, że jej nienawidzę – powiedziała w końcu. – Ale zaraz potem… czuję żal. Nie wiem nawet, za kim.

– To naturalne – odpowiedziała Julia. – Nienawiść i żal często idą razem. Jedna mówi: zraniłaś mnie, a druga: chciałam, żebyś była inna.

Lena poruszyła się niespokojnie. – Wiesz, gdy byłam mała, bardzo chciałam, żeby kiedyś przeprosiła. Chociaż raz. Ale ona nigdy nie widziała w tym nic złego.

– Bo wypierała – powiedziała Julia cicho. – Tak jakby jej umysł nie dopuszczał obrazu własnej winy.

Zapanowała krótka cisza.

– Kiedyś wspominałaś – dodała Julia – że twoja matka potrafiła nagle zmieniać temat, gdy mówiłaś o emocjach.

– Tak – Lena skinęła głową. – Zawsze wtedy mówiła: „Wy sie cieszcie że jestem taka a nie inna, bo inni mają gorzej.”

– Widzisz? To właśnie obrona – powiedziała Julia. – Taka sama, jak twoje milczenie przez lata. Różni was tylko to, że ty odważyłaś się mówić.

Lena uniosła wzrok. W jej oczach nie było łez, ale coś głębszego — mieszanka smutku i ulgi.

– A może dlatego jej nie ma w snach? – spytała po chwili. – Bo już nie musi?

Julia uśmiechnęła się delikatnie. – Możliwe. Może twój umysł uznał, że z nią już wszystko wiesz. Że ten etap przetworzyłaś.

– Czyli sen o ojcu to jakby… ostatni rozdział?

– Albo początek nowego – powiedziała Julia, wciąż z tym spokojnym, ciepłym uśmiechem. – Pamiętasz, jak mówiłyśmy, że przebaczenie nie jest obowiązkiem, tylko wolnością?

– Tak – szepnęła Lena.

– To, że matka się nie pojawia, może znaczyć właśnie to. Że nie musisz już z nią walczyć w snach. Że zaczynasz przebaczać, choć może jeszcze o tym nie wiesz.

Lena kiwnęła głową.

– Wiesz, chyba chcę wierzyć, że to możliwe. Ale nie wiem, czy potrafię jej współczuć.

– Nie musisz – odpowiedziała Julia. – Współczucie nie przychodzi na komendę. Najpierw przychodzi zrozumienie. A ono już się w tobie dzieje.

Lena westchnęła cicho, jakby wypuszczała z siebie ciężar wielu lat. Po raz pierwszy nie brzmiała jak ktoś, kto szuka usprawiedliwienia. Raczej jak ktoś, kto wreszcie zaczyna rozumieć.

Cisza wypełniła pokój. Lena siedziała spokojnie, jakby coś w niej właśnie zrozumiało — nie w głowie, ale w ciele.

Wreszcie, po trzech latach terapii, zaczynała czuć różnicę między pamiętaniem a przeżywaniem.

Początek zmian

To była zwykła środa. A może czwartek — Lena już wtedy gubiła dni tygodnia.

W mieszkaniu panowała cisza, taka, która dzwoniła w uszach. Na stole stała pusta butelka wina i telefon, w którym świeciło zimne światło wyszukiwarki:

„psychoterapeuta Warszawa – całodobowo.”

Nie wiedziała, po co to robi. Może chciała tylko usłyszeć czyjś głos.

Może po prostu chciała, żeby ktoś odebrał.

Kliknęła pierwszy numer z listy. Po trzecim sygnale ktoś podniósł słuchawkę.

Męski głos, ciepły, ale zaspany.

— Halo?

— (cisza)

— Słucham?

Lena przełknęła ślinę. Głos miała cienki, jakby należał do kogoś innego.

— Czy... czy pan jest... psychologiem? — zapytała drżąco, z nadzieją i strachem jednocześnie.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a potem mężczyzna odparł łagodnie:

— Nie, nie jestem. Ale moja żona tak. Tylko… już śpi. Może pani zadzwonić jutro?

Lena skinęła głową, choć wiedziała, że on tego nie zobaczy.

— Dobrze — wyszeptała i rozłączyła się.

Telefon zsunął jej się z dłoni. Siedziała długo w ciemności, tylko lampka z kuchni oświetlała pół pustej butelki. Płakała. Tak, jak płacze ktoś, kto pierwszy raz dopuszcza do siebie myśl, że już nie daje rady. Łzy mieszały się z winem i ciszą.

Tego wieczoru zasnęła na kanapie, w ubraniu, z bólem głowy, który nie odpuszczał nawet we śnie.

Trzy dni później, już trzeźwa, z oczami opuchniętymi od płaczu, Lena ponownie otworzyła przeglądarkę.

Tym razem bez desperacji, bez wina.

Napisała prosto:

„Psychoterapia – od czego zacząć.”

Czuła się jak wrak człowieka.

Nie spała od tygodni, ataki paniki wracały zawsze wtedy, gdy próbowała zasnąć.

Ciało bolało — dosłownie.

Każdy mięsień, każdy oddech przypominał o tym, że coś jest nie tak.

W pracy uśmiechała się do ludzi, ale wszystko było jak za szkłem: rozmowy, światło, zapach kawy.

Życie toczyło się obok niej, jakby nie miała w nim udziału.

Była zmęczona własnym istnieniem.

Tak zmęczona, że pewnego ranka w lustrze zobaczyła coś, co ją przeraziło — pustkę. Nie była ani smutna, ani zła. Była… niczym.

I wtedy umówiła pierwszą wizytę.

Gabinet pachniał lawendą i świeżo zaparzoną kawą. Kobieta, która ją przyjęła — Julia — miała spokojny głos, taki, który nie potrzebuje podnosić tonu, żeby go słuchano.

Pierwsze spotkanie było jak zderzenie.

Lena mówiła nieskładnie, nie wiedziała od czego zacząć, dławiła się łzami.

Nie mogła złapać oddechu.

Każde wspomnienie było jak kawałek szkła, którym kaleczyła się od środka.

Kiedy wyszła po tej sesji, bolało ją całe ciało.

Dosłownie całe — jak po walce.

Na kolanach miała zużyty cały boks chusteczek, nos czerwony od płaczu, dłonie drżały, ubranie przesiąknięte potem.

Czuła się, jakby przez godzinę walczyła o życie.

I może właśnie tak było.

Po każdej kolejnej sesji wychodziła z gabinetu lżejsza o coś niewidzialnego.

Nie od razu, nie gwałtownie — raczej powoli, jakby ktoś zrzucał z niej kamienie jeden po drugim.

Pierwsze tygodnie były piekłem.

Ale gdzieś w tym bólu pojawiała się myśl, że to może być początek końca — nie jej, lecz tego wszystkiego, co ją dusiło.

Wtedy po raz pierwszy, od bardzo dawna, poczuła coś na kształt nadziei.

Niewielkiej, cichej, ale wystarczającej, by wrócić za tydzień.

Rozdział 1 – Zimna kawa

Ekran komputera świecił zbyt jasno, choć w pokoju było już szaro.

Jesienne popołudnie rozciągało się za oknem jak mgła, która nie chciała opaść.

Lena siedziała przy biurku, wpatrując się w prezentację, którą powinna była skończyć trzy godziny temu. Na stole, obok laptopa, stał kubek z kawą — zimną, z cienką warstwą mleka, które dawno już się zważyło.

W biurze panowała cisza, przerywana tylko stukotem klawiatury kogoś z działu obok.

Z głośników laptopa płynęła cicho instrumentalna muzyka, której nawet nie słyszała.

Czuła w głowie to znajome napięcie — jakby ktoś owinął jej czaszkę stalową obręczą i powoli zaciskał.

Zaczynało się niepozornie.

Najpierw ucisk w klatce piersiowej.

Potem drżenie rąk, lekkie zawroty głowy, pot zalewający kark.

Atak paniki. Znów.

Lena oderwała wzrok od ekranu i sięgnęła po telefon. Na ekranie YouTube’a miała zapisane w ulubionych: „Technika relaksacji Jacobsona.”

Wcisnęła play.

Wzięła głęboki oddech.

Wdech przez nos, wydech przez usta.

Świat na chwilę zwolnił.

— Napnij mięśnie dłoni… — mówił spokojny głos z nagrania.

— Teraz rozluźnij…

Po kilku minutach napięcie w klatce ustępowało.

Znała to już dobrze. Wiedziała, że ciało zawsze reaguje pierwsze, zanim umysł zdąży się obronić.

Otworzyła oczy. Na ekranie laptopa widniało logo firmy marketingowej, w której pracowała od kilku miesięcy.

Trzecia praca w ciągu dwóch lat.

Za każdym razem obiecywała sobie, że to już ostatni raz, że tym razem się uda.

Ale z każdym nowym projektem wracał ten sam lęk — że znów nie jest dość dobra, że coś zawali, że ktoś zobaczy, jaka naprawdę jest.

Właśnie kończyła kampanię dla dużego klienta — nowa marka ekologicznych kosmetyków. Miała stworzyć hasło przewodnie, coś świeżego, emocjonalnego.

Zamiast tego siedziała, gapiąc się w pusty dokument, czując jak ramiona sztywnieją z napięcia.

Z kuchni biurowej przyszła Natalia — jej przyjaciółka i jedyna osoba, przy której Lena potrafiła choć trochę zdjąć maskę.

W rękach trzymała dwa kubki.

— Nadal nad tą kampanią? — zapytała, siadając obok.

— Mhm. — Lena uśmiechnęła się krzywo. — Próbuję wymyślić coś, co nie brzmi jak banał.

— To przestań próbować — odparła Natalia, podając jej świeżą kawę. — Czasem banał to właśnie to, co ludzie potrzebują usłyszeć.

Lena parsknęła cicho śmiechem.

— Ty to potrafisz powiedzieć tak, jakbyś cytowała kogoś mądrego.

— Może cytuję siebie z przyszłości — odparła Natalia, puszczając jej oko.

Chwila ciszy.

Lena spojrzała przez okno. Deszcz zaczął bębnić o szyby, rozmazując światła miasta. Każda kropla odbijała się jak wspomnienie, które próbowało wydostać się z głębi pamięci — czasem niewyraźne, czasem bolesne, ale zawsze obecne. Jej myśli same popłynęły ku tamtemu wieczorowi, gdy pierwszy raz odważyła się szukać pomocy.

— Wiesz, że dziś trzy lata od mojej pierwszej sesji? — powiedziała nagle.

Natalia uniosła brew.

— Serio?

— Tak. Pamiętam, jak wtedy nie mogłam w ogóle mówić. Teraz gadam za dużo — Lena uśmiechnęła się lekko, ale w jej głosie było coś ciężkiego, jakby ten uśmiech ważył tonę.

Natalia popatrzyła na nią z troską, ale nic nie powiedziała.

Obie wiedziały, że są rzeczy, o których nie mówi się w pracy, przy kubku kawy i świetle biurowych lamp.

— Chcesz po pracy na spacer? — zapytała w końcu Natalia.

— Tylko jeśli pójdziesz ze mną — odparła Lena. — I jak przestanie padać.

Uśmiechnęły się do siebie.

Za oknem zapadał zmrok, a Lena po raz pierwszy tego dnia poczuła coś w rodzaju spokoju.

Nie dlatego, że było dobrze.

Ale dlatego, że jeszcze się trzymała.

Spacer – piątkowy wieczór

Był piątek, tuż przed godziną dwudziestą, a ulice miasta pachniały wilgocią i świeżą kawą z pobliskich kawiarni. Liście szeleszczały pod stopami, a Lena i Natalia szły powoli, dopasowując kroki do siebie.

– Wiesz, w przyszłym roku planuję wakacje – zaczęła Natalia, unosząc brew i uśmiechając się z lekkim roztargnieniem. – I chcę… no wiesz… kogoś poznać. Kogoś, kto w końcu będzie moją bratnią duszą. Ile razy można się rozczarowywać?

Lena skrzywiła się nieznacznie, choć w głosie miała spokój.

– Ostrożnie z tymi nadziejami, Nat. Wiesz, jak kończyły się twoje poprzednie związki.

– (śmiejąc się) No tak, ale tym razem będzie inaczej! – Natalia machnęła ręką, nie zrażona. – W końcu człowiek uczy się na błędach.

– (lekko uśmiechając się) Uczy się… albo po prostu powtarza schematy. Pamiętasz, jak za szybko chciałaś tworzyć rodzinę z facetem, którego znałaś dwa tygodnie?

Natalia zaśmiała się głośno, potrząsając głową.

– Okej, okej, przyznaję. Ale tym razem nie dam się ponieść emocjom. Obiecuję.

– (z udawaną powagą) Wiesz, że możesz liczyć na mnie, jeśli coś pójdzie nie tak. – Lena poklepała ją lekko po ramieniu.

– (uśmiechając się serdecznie) Wiem. I właśnie dlatego lubię nasze rozmowy. Ty zawsze powiesz prawdę, nawet jeśli boli.

– (mrugając) Tak, żeby bolało mniej… ale nadal bolało.

Obie roześmiały się, a dźwięk ich śmiechu mieszał się z odgłosem kropel deszczu bębniących o chodnik.

– A może dziś wieczorem trochę się rozerwiemy? – zaproponowała Natalia nagle. – Wyskoczymy do klubu, potańczymy, odstresujemy się…

Lena zawahała się. Jej część introwertyczna od razu podniosła protest.

– Nie wiem… wiesz, ja czasem wolę zostać w domu.

– (mrugając z przymrużeniem oka) No tak, ale po kilku drinkach puszcza cię stres, a ja wiem, że lubisz się bawić.

Lena westchnęła, a w jej oczach pojawił się błysk zainteresowania.

– Dobra, spróbujmy. Ale pamiętaj, że jeśli za dużo wypiję, to rano będę się czuła jak wrak.

– (śmiejąc się) Ach, Lena… zawsze z tymi wyrzutami sumienia.

Klub powitał je migotliwym światłem i rytmem muzyki. Lena początkowo stała przy barze, obserwując tłum, ale kiedy zamówiły drinki, napięcie powoli zaczęło puszczać. W miarę upływu godzin śmiech Leny stawał się coraz swobodniejszy, gesty bardziej pewne siebie, a rozmowy z Natalią głośniejsze i bardziej spontaniczne.

– No dalej, Lena, pierwszy toast! – zachęciła Natalia, stukając kieliszkiem w kieliszek przyjaciółki.

– (z lekkim uśmiechem) Za przetrwanie tygodnia – powiedziała Lena, unosząc kieliszek.

Wypiły łyk i nagle Lena poczuła, jak napięcie powoli uchodzi z jej ramion. Jej śmiech zrobił się głośniejszy, gesty bardziej swobodne.

– Widzisz? – mrugnęła Natalia. – Już się rozluźniłaś!

– (śmiejąc się) Tak, ale zaraz pewnie introwertyk we mnie włączy się z powrotem – odpowiedziała Lena, podnosząc drink.

– (przyjacielsko szturchając ją w ramię) Cóż, możesz się próbować opierać, ale nie masz szans. Ja będę cię trzymać w świecie ludzi!

Lena poczuła, jak w środku coś ją rozgrzewa. Ta swoboda była dziwnie przyjemna i… potrzebna. Z każdym kolejnym drinkiem śmiech stawał się głośniejszy, rozmowy z Natalią coraz bardziej spontaniczne. Tańce, żarty, przypadkowe komentarze – Lena pozwalała sobie na coś, czego od lat nie robiła: bycie całkowicie obecna, bez ciągłego poczucia kontroli.

– O, popatrz! – krzyknęła Natalia, wskazując na DJ-a. – Ta piosenka jest dla ciebie!

Lena spojrzała w kierunku sceny, a w tłumie jej wzrok natknął się na niego. Chwilę ich spojrzenia skrzyżowały się, a Lena poczuła delikatne mrowienie, jakby serce na moment zwolniło rytm. Szybko odwróciła wzrok, przypominając sobie, że przyszła tu dla siebie i Natalii, a nie po to, by kogokolwiek poznawać.

Uniosła ręce, pozwalając, by muzyka całkowicie przejęła kontrolę nad jej ruchami. Czuła, jak każda kropla stresu spływa z ramion, a w sercu pojawia się radosny niepokój. Czasem zbyt radosny. Przekraczający granicę, którą zwykle stawiała sobie ostrożnie.

Po powrocie do domu wstępne uczucie wolności zostało zastąpione ciężarem. Ból głowy, suchość w ustach i wyrzuty sumienia. – Znowu przesadziłam – pomyślała Lena, patrząc w lustro. – Znowu pozwoliłam alkoholu puścić granice, których nie powinnam przekraczać.

Sms od Natalii wciąż leżał w telefonie: „Dobrze się bawiłyśmy! Nie przejmuj się wczoraj!” Lena uśmiechnęła się słabo. Wiedziała, że przyjaciółka miała rację, ale i tak czuła ciężar dnia następnego.

Leżała w łóżku, rozmyślając o własnych reakcjach. To był normalny piątek, zwykły dzień, w którym śmiech i zabawa mieszały się z wyrzutami sumienia. Codzienność Leny. Codzienność, której uczyła się doświadczać: śmiać się, płakać, bawić się i… przebaczać sobie własne błędy.

Sobota rano.

Światło wpadało do pokoju nieśmiało, przez niedomknięte zasłony. Lena obudziła się z ciężką głową i suchym gardłem. Alkohol zawsze przypominał o sobie w ten sam sposób — pulsującym bólem w skroniach i metalicznym posmakiem w ustach. Ale dziś było inaczej. Zaskoczyło ją, że w ogóle potrafiła wstać z łóżka.

Zegarek pokazywał 9:47. Sobota. Nie miała żadnych planów, poza jednym — wysłać maila do klienta z propozycją haseł marketingowych. To jej praca, a jednocześnie coś więcej: jedyna przestrzeń, w której od zawsze czuła, że ma kontrolę.

Hasła. Kilka słów, które muszą uchwycić sens całej marki. Dla Leny to była sztuka — znajdować emocje w języku, łączyć proste słowa w coś, co zapada w pamięć. Wiedziała, że klienci oczekują błysku, świeżości, ale też intuicji. A tę miała jak nikt inny. Może dlatego, że od lat nauczyła się czytać między wierszami. W ludziach, w zdaniach, w ciszy.

Choć bywały dni, kiedy prokrastynacja brała nad nią górę.

Dni, w których godzinami potrafiła sprzątać szafki, parzyć trzecią kawę, przeglądać social media , byle tylko nie zacząć. A potem, w ostatniej chwili, w przypływie adrenaliny i presji, potrafiła stworzyć coś, co trafiało dokładnie w punkt. Jakby jej kreatywność potrzebowała chaosu, by się obudzić.

Dziś było podobnie. Laptop wylądował na kolanach, kołdra opadła na jej nogi, a kursor w pustym polu maila migał jak odliczanie. Po godzinie miała gotowe trzy propozycje. Każda inna, ale wszystkie niosły ten sam ton - prawdziwość, emocję, coś, co zostaje w głowie.

Kliknęła „Wyślij”.

Z ulgą zamknęła komputer i sięgnęła po butelkę wody. Ból głowy, ledwie wyczuwalny wcześniej, teraz narastał. Znała ten rytuał. Ibuprofen, elektrolity, zimna woda na kark. W jej szafce można było znaleźć całą małą aptekę: leki przeciwbólowe, witaminy, środki na sen. I choć wiedziała, że to niezdrowe, dawało jej to złudne poczucie porządku.

Po chwili wróciła do łóżka, otulając się kocem. Przymknęła oczy. Wtedy wrócił obraz z wczorajszego wieczoru: światła, muzyka, zapach perfum i ten moment, gdy ich wzrok się spotkał.

Nie znała jego imienia, ale pamiętała spojrzenie. Ciepłe, krótkie, jak błysk ognia, który rozświetla coś w środku. Czy to był alkohol? Czy może coś rzeczywistego, co na moment kazało jej uwierzyć, że można znów poczuć?

Pokręciła głową.

„Nie uwierzę już w miłość od pierwszego wejrzenia” — pomyślała z lekkim, gorzkim uśmiechem. Kiedyś chciała wierzyć, że wystarczy jedno spojrzenie, jedno zdanie, żeby coś się odmieniło. Ale życie szybko nauczyło ją, że nawet najcieplejszy błysk w oczach potrafi zgasnąć szybciej, niż zdąży się go zapamiętać.

Lena wiedziała, że nie jest łatwa. Nie ufała ludziom, choć tęskniła za nimi z całą siłą. Potrafiła zakochać się szybko, niemal odruchowo, jakby próbowała uzupełnić w kimś brakujący fragment siebie — ale nigdy nie w pełni. Zawsze zostawiała w środku mały margines nieufności, cienką zasłonę, przez którą nikt nie mógł się przedrzeć do końca.

Czasem czuła się przez to jak ktoś, kto stoi na progu ciepłego domu, ale nie potrafi wejść do środka.

Pragnęła bliskości, ale jeszcze bardziej bała się, że znów zostanie zraniona.

Bo już znała ten scenariusz — najpierw obietnice, potem ciche rozczarowanie, a na końcu cisza, która bolała najbardziej.

W myślach wróciła do Adama.

Jej ostatni związek. Trwał prawie cztery lata, choć tak naprawdę rozpadł się znacznie wcześniej. Adam pił. Na początku niby tylko „od czasu do czasu”, później coraz częściej. Nie był złym człowiekiem, ale jego emocje miały krótkie zapalniki. Był czuły, dopóki ktoś nie zranił jego dumy.

Pamiętała tamten wieczór zbyt dobrze. Pub był pełen ludzi, głośny, zadymiony — śmiechy odbijały się od ścian, a stolik, przy którym siedzieli, uginał się od pustych kufli. Adam był w swoim żywiole: żartował, klepał znajomych po plecach, a gdy ktoś opowiadał anegdoty z dawnych lat, jego śmiech rozbrzmiewał najgłośniej. Lena siedziała obok, z uśmiechem przyklejonym do twarzy, próbując się wpasować. Czuła jednak, że z każdą chwilą robi się coraz mniejsza, coraz bardziej przezroczysta.

Wtedy jeden z kumpli Adama, ten w czapce z daszkiem, rzucił z kpiną w głosie:

– Ty to się niedługo pod pantoflem znajdziesz, stary.

Stół wybuchł śmiechem.

Adam też się roześmiał — nerwowo, głośniej niż reszta, jakby chciał udowodnić, że ma dystans. A potem, niemal od razu, jego dłoń, która jeszcze chwilę temu spoczywała na kolanie Leny, zsunęła się i wróciła na blat stołu.

— Daj spokój, przecież nie jestem jakimś udomowionym typem — rzucił w stronę kolegów, zerkając na nią kątem oka.

W jego spojrzeniu było coś, czego nie znała — wstyd pomieszany z irytacją.

Lena poczuła, jakby ktoś oblał ją zimną wodą. Uśmiech zamarł jej na ustach. Znała to uczucie — to nagłe odsunięcie, które miało ją ukarać za coś, czego nawet nie zrobiła.

Resztę wieczoru Adam był chłodny i zdystansowany. Żartował z innymi, nie patrząc na nią. Gdy próbowała coś powiedzieć, przerywał. Kiedyś myślała, że takie drobiazgi można zignorować, że to chwilowe. Ale wtedy, tamtej nocy, coś w niej pękło.

Wracali w milczeniu. Ulica była pusta, tylko światła latarni rozlewały się po mokrym bruku. Lena szła krok za nim, czując, jak między nimi rośnie dystans — nie fizyczny, ale ten, którego nie da się zmierzyć.

Pod drzwiami mieszkania Adam odwrócił się nagle i rzucił chłodno:

— Nie musisz się zawsze wtrącać.

To było jak policzek.

Nie krzyknął, nie przeklął, a jednak jego ton był ostrzejszy niż cokolwiek, co mogłaby usłyszeć.

Weszli do środka. On od razu poszedł pod prysznic, a ona została w kuchni, wpatrzona w migające światło lodówki.

W głowie wciąż słyszała jego śmiech — ten, którym przykrył własny wstyd.

Tego wieczoru po raz pierwszy pomyślała, że związek może być miejscem, w którym człowiek czuje się bardziej samotny niż będąc samemu.

Wtedy coś w niej pękło. Zrozumiała, że bardziej niż jej uczuć, Adam pilnował swojego wizerunku. Bardziej niż z nią, chciał być akceptowany przez innych.

A ona… chciała tylko bliskości. Nie wielkich gestów, nie deklaracji — tylko spokoju. Chciała czuć się bezpieczna.

Ale każdy kolejny zawód sprawiał, że budowała wokół siebie mur. Czasem z kamieni ironii, czasem z żartów, czasem z obojętności. I choć powtarzała sobie, że samotność to wybór, w środku wciąż tliło się marzenie, że może kiedyś ktoś naprawdę ją zobaczy.

Przekręciła się na bok, chowając twarz w poduszkę.

Za oknem deszcz bębnił o parapet, a ból głowy zaczynał ustępować. Zasnęła, z laptopem obok i niedopitą butelką wody na stoliku.

Były w jej życiu chwile, kiedy naprawdę potrafiła się śmiać. Tak po prostu - głośno, szczerze, bez myślenia o tym, co będzie jutro. Kiedy z Adamem dopiero się poznawali, mieli w sobie lekkość, która przypominała pierwsze dni lata. Potrafili tańczyć do rana, pić tanie wino i śmiać się z byle czego. Lena wtedy zapominała o wszystkim - o przeszłości, o tym, co ją bolało. Czuła się jak ktoś, kto na moment przestał dźwigać własny ciężar.

Ale gdzieś w środku ta ciemność nigdy nie zniknęła. Została w niej od dziecka. Odkąd pamiętała krzyki w domu, huk zamykanych drzwi, słowa matki, które wbijały się w nią jak szpilki. Ojciec, wiecznie pijany, był jak cień — nieobecny, a jednak straszący. Matka natomiast nie potrzebowała alkoholu, żeby ranić. Wystarczyło jedno jej spojrzenie, jedno zdanie wypowiedziane z pogardą, żeby Lena znowu poczuła się nikim.

W takim domu nie dało się czuć bezpiecznie. Każdy musiał sobie radzić sam. Nikt nie przytulał, nikt nie pytał: „Jak się czujesz?”. Lena nauczyła się więc być czujna, gotowa na najgorsze. Z czasem stała się jak żołnierz, reagowała zanim ktoś zdążył ją zranić. Dlatego kiedy dorosła, długo nie potrafiła odróżnić spokoju od nudy. Cisza ją przerażała. Zawsze gdzieś w środku czekała, że coś znowu się wydarzy, że ktoś podniesie głos, że znowu coś zawali.

Miała w sobie dwie strony. Jednego dnia potrafiła być pełna energii, żartować, śmiać się, planować spontaniczne wyjazdy, rzucać się w życie jak w taniec. A innego dnia wszystko gasło. Wtedy zamykała się w domu, zakładała piżamę i potrafiła leżeć całymi godzinami, wpatrując się w ekran telewizora, z myślami, które nie dawały jej spokoju. Czuła się winna, jakby coś było z nią nie tak, jakby wciąż musiała przepraszać za sam fakt, że istnieje.

Były momenty, że sięgała po alkohol. Wiedziała, że to nie jest rozwiązanie, ale w tamtych chwilach wydawało jej się, że tylko wtedy może choć trochę odpocząć. To był jedyny sposób, żeby uciszyć myśli, które krzyczały w głowie.

Adam nie widział, jak bardzo Lena się pogrąża. A może nie chciał widzieć. W jego domu nigdy nie mówiło się o emocjach. Tam się po prostu żyło, bez pytań, bez dotyku, bez rozmów. Kiedy Lena próbowała mu opowiedzieć, co czuje, odwracał temat, żartował, udawał, że nie rozumie. Dla niej to było jak ściana. Z każdym dniem coraz bardziej zamykała się w sobie, aż w końcu zaczęła myśleć, że może naprawdę nie zasługuje na bliskość.

A jednak gdzieś głęboko zawsze miała w sobie mały, ciepły płomień, coś, co kazało jej walczyć. Chciała wszystkim, a może najbardziej samej sobie, udowodnić, że nie jest nikim. Że potrafi coś osiągnąć, że może być silna, niezależna, potrzebna. Po dwóch latach terapii Lena rzuciła się w wir pracy. Nie chciała już czuć się ofiarą. Biegła do przodu, nie zważając na zmęczenie, jakby chciała dogonić całe życie, które wcześniej przeszło jej obok nosa. Ale w tej gonitwie wciąż niosła swoje rany. tylko nauczyła się je ukrywać pod uśmiechem. Wiedziała, że jej przeszłość nie zniknie. Mogła się śmiać, żartować, pracować po nocach i udawać, że wszystko jest dobrze, ale w środku zawsze był cień tamtej dziewczynki, która chciała tylko, żeby ktoś ją w końcu przytulił i powiedział: „Już dobrze, Lena. Jesteś bezpieczna.”

Poranek w biurze pachniał świeżo mieloną kawą i tuszem z drukarki. Lena przyszła nieco wcześniej niż zwykle. Lubiła te pół godziny ciszy, zanim zaczynał się gwar, telefony, śmiechy i nerwowe stukotanie w klawiatury. To był jej cichy rytuał, kubek latte, słuchawki w uszach i krótka lista rzeczy do zrobienia, którą zapisywała w skórzanym notesie.

Dziś dopracowywała kampanie dla klienta, marki kosmetycznej, która chciała wprowadzić linię produktów inspirowanych naturą. Lena uwielbiała ten etap, ten moment, kiedy z chaosu pomysłów rodzi się kilka słów, które potrafią zdefiniować cały produkt. Miała jescze troche pracy ponieważ też musiała dopracować strategie marketingową, która przebija sie na rynku wśród istniejących już i znanych marek.

„Naturalne. Prawdziwe. Twoje.” — zapisała w notatniku i przez chwilę przyglądała się tym trzem słowom, jakby miały w sobie coś więcej, niż tylko reklamowy sens.

Gdy biuro zaczęło się zapełniać, Lena zdjęła słuchawki i westchnęła. Dźwięki klawiatur, zapach perfum, ciche rozmowy o weekendzie, wszystko to mieszało się w znajomy rytm dnia.

Drzwi do jej pokoju uchyliły się i zajrzała szefowa, Marta, energiczna kobieta po czterdziestce, która rzadko traciła dobry humor.

— Lena, masz chwilę? — zapytała z uśmiechem, wchodząc z kubkiem kawy w dłoni.

— Jasne, co się stało?

— Dostałam maila od klienta z tej kampanii kosmetycznej. Chwalił twoje pomysły — szczególnie te hasła z ostatniej prezentacji. Napisał, że „idealnie uchwyciłaś ducha marki”.

Lena uniosła brwi, zaskoczona.

— Naprawdę? — uśmiechnęła się lekko. — To miło słyszeć.

— Miło? To świetna robota, Lena. Widziałam, ile serca w to włożyłaś.

Szefowa przez chwilę przyglądała się jej, jakby chciała coś jeszcze dodać, po czym zmieniła ton na lżejszy.

— A przy okazji… w piątek robimy małą imprezę integracyjną w biurze. Takie luźne spotkanie — muzyka, przekąski, może trochę wina. Przyjdziesz, prawda?

Lena zawahała się. Nie przepadała za biurowymi imprezami. Zazwyczaj kończyły się głośnymi rozmowami, których treści następnego dnia nikt nie pamiętał, i pytaniami w stylu „a ty to z kim jesteś?”. Ale w głowie zabrzmiał cichy głos: „Nie zamykaj się znowu”.

— Pewnie, wpadnę na chwilę — odpowiedziała z lekkim uśmiechem.

— Świetnie! — Marta klepnęła ją w ramię. — I nie na chwilę, tylko zostaniesz do końca. Wiesz, że bez ciebie to nie to samo.

Gdy wyszła, Lena oparła się o krzesło i przez moment patrzyła na ekran komputera, na otwarty plik z hasłami. „Idealnie uchwyciłaś ducha marki” - powtórzyła w myślach.

Czasem zastanawiała się, jak to możliwe, że potrafiła trafiać w cudze potrzeby tak łatwo, a z własnymi nie radziła sobie wcale. Może dlatego była dobra w tej pracy bo umiała słuchać, obserwować, czuć. Zrozumieć, czego ktoś pragnie, nawet jeśli sam nie potrafił tego powiedzieć.

Z kubkiem kawy wróciła do pisania. Lubiła ten stan skupienia, w którym świat zewnętrzny cichł, a myśli stawały się narzędziem tworzenia.....

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania