Poprzednie części:  Zapach Pewexu i Szary Beton

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Zapach jaśminu i deszczu

Rozdział I: Pukanie o pierwszej w nocy

Deszcz bębnił o parapet staroświeckiej kamienicy przy ulicy Brackiej, zagłuszając ciche tykanie zegara. Filip Wiktor, prywatny detektyw z wieloletnim stażem i zbyt dużą liczbą niewyjaśnionych spraw na koncie, nalał sobie dwie palce bursztynowej whisky. Noc miała być spokojna, ale pukaniem do drzwi o pierwszej w nocy rządziły zupełnie inne prawa.

Kiedy otworzył, w progu stała kobieta. Jej ciemny płaszcz lśnił od deszczu, a spod szerokiego ronda kapelusza spoglądały oczy o barwie dojrzałych oliwek. Nazywała się Klara Ross.

– Pan Wiktor? – jej głos był niski, lekko chropowaty, wywołujący przyjemny dreszcz na karku. – Słyszałam, że odnajduje pan rzeczy, których inni wolą nie szukać.

Zanim zdążył odpowiedzieć, weszła do środka. W małym gabinecie nagle zrobiło się duszno od zapachu jej perfum – nuty jaśminu i czarnego pieprzu. Zdmuchnęła kroplę deszczu z wargi, powoli rozpinając guzik po guziku wilgotny płaszcz. Pod spodem miała prostą, szmaragdową jedwabną sukienkę na cienkich ramiączkach, która przylegała do jej ciała niczym druga skóra.

– Mój mąż nie żyje – powiedziała bez zbędnych wstępów, podchodząc blisko Filipa. – Policja twierdzi, że to nieszczęśliwy wypadek. Ja wiem, że został zamordowany. A w jego sejfie brakowało jednego dokumentu.

Filip zmierzył ją wzrokiem. Była niebezpieczna – ten rodzaj kobiet zazwyczaj przynosił same kłopoty, ale i nie pozwalał o sobie zapomnieć.

– Dlaczego przychodzi pani z tym do mnie, a nie do prokuratury? – zapytał, opierając się o brzeg biurka.

Klara zrobiła krok w jego stronę. Dzieliło ich zaledwie parę centymetrów. Czuł ciepło jej ciała i zapach deszczu na jej skórze. Położyła smukłą dłoń o zadbanych paznokciach na jego klatce piersiowej, dokładnie w miejscu, gdzie pod koszulą przyspieszało tętno.

– Bo policja nie zrozumie, dlaczego ten dokument jest tak ważny... ani dlaczego muszę go odzyskać, zanim wzejdzie słońce – szepnęła, unosząc wzrok na jego usta. – Pomoże mi pan, Filipie?

Jej palce przesunęły się lekko w dół, rozpinając górny guzik jego koszuli. Dotyk był delikatny, ale wywoływał elektryzujące napięcie. Filip chwycił ją delikatnie za nadgarstek, zatrzymując jej dłoń, choć wcale nie miał ochoty puszczać.

– Najpierw szczegóły, pani Ross – powiedział cicho, choć jego głos zdradzał przyspieszony oddech. – A potem ustalimy cenę.

Klara uśmiechnęła się cień uśmiechu, nie zabierając dłoni.

– Szczegóły są proste. Szyfr do sejfu ma tylko morderca... i ja. A cena? Myślę, że dojrzy pan, iż jestem niezwykle hojnym pracodawcą.

Zanim zdążyli dokończyć rozmowę, na dole, na podwórzu kamienicy, zadźwięczał tłuczony metal. Reflektory czarnego sedana rozświetliły okna gabinetu, przecinając ciemność długimi, ostrymi smugami światła. Zagrożenie było blisko, ale napięcie między nimi wcale nie opadło – dopiero się zaczynało.

Rozdział II: Cienie w piwnicy

Filip zareagował błyskawicznie. Chwycił Klarę za talię i pociągnął ją w dół, sprowadzając pod osłonę ciężkiego, dębowego biurka. Chwilę później głuchy brzęk rozbijanego szkła i suchy trzask tłumika rozdarły ciszę nocy. Pocisk przeszedł przez szybę i utknął w ścianie tuż obok miejsca, gdzie jeszcze przed momentem stała kobieta.

Klara nie krzyknęła. Przycisnęła się mocno do Filipa, a jej oddech – przyspieszony, gorący – palił go w szyję. Czuł mocne bicie jej serca i miękkość jedwabiu pod dłońmi. W jej oczach nie było paniki – błyszczała w nich czysta, niebezpieczna adrenalina.

– Zostawili samochód na podwórzu. Wiedzą, że tu jesteś – szepnął Filip, przesuwając dłoń z jej talii na kark, by osłonić jej głowę przed ewentualnymi odłamkami.

– To ludzie mojego szwagra – odpowiedziała cicho, a jej usta omal nie dotykały jego ucha. – Chcą tego dokumentu tak samo jak ja.

– Czym właściwie jest ten papier? – Filip wyciągnął z szuflady biurka ciężki, czarny rewolwer. Zanim wstał, zerknął na Klarę. Dzieliły ich milimetry. Jej wzrok powędrował na jego usta, a potem znowu w oczy.

– To testament i wykaz nielegalnych rachunków w Szwajcarii. Przejęcie spółki zabije mojego szwagra... albo mnie, jeśli dotrą tam pierwsi – odpowiedziała, przeciągając palcem po jego barku. – Masz tylne wyjście?

– Przez piwnicę. Ale musimy działać szybko.

Cienie na klatce schodowej zaczęły się zagęszczać. Słychać było ciężkie, ostrożne kroki na drewnianych stopniach. Filip chwycił Klarę za rękę. Dłonie miały wilgotne od emocji, a chwyt był mocny, niemal zaborczy. Przemknęli przez wąski, ciemny korytarz w stronę schodów ewakuacyjnych.

W piwnicy pachniało wilgocią i starym drewnem. Światło latarni z ulicy wdzierało się przez małe, zakratowane okienka, rzucając na ich ciała kratkowane cienie. Filip przycisnął Klarę do chłodnej, ceglanej ściany, chroniąc ją własnym ciałem, gdy na górze rozległ się odgłos wyważanych drzwi gabinetu.

W ciemności piwnicy ich obecność stała się niemal namacalna. Czas jakby zwolnił.

– Jesteś bardzo blisko, detektywie – zaszeptała Klara, a jej dłoń wślizgnęła się pod jego marynarkę, opierając się na jego biodrze.

– Tryb pracy, pani Ross. Próbuję utrzymać nas oboje przy życiu – burknął, ale jego głos stwardniał, a wzrok spoczął na jej lekko uchylonych wargach.

– Mówisz tak, jakby jedno wykluczało drugie... – mruknęła, unosząc się na palcach. Jej usta delikatnie musnęły jego policzek, a potem przesunęły się w stronę kącika ust.

Filip poczuł, jak gwałtowna fala ciepła rozchodzi się po jego ciele. Chwycił ją mocniej, dociskając delikatnie do ściany. Napięcie między nimi, budowane od pierwszej minuty, domagało się ujścia. Pocałował ją – głęboko, zdecydowanie, smakując deszcz i słodką nutę jej szminki. Klara odpowiedziała na to z cichym jękiem, wplatając palce w jego włosy.

Na górze dobiegł ich odgłos przewracanych mebli. Mordercy przeszukiwali biuro.

Filip oderwał się od niej z trudem, choć oboje oddychali ciężko. Klara poprawiła ramiączko jedwabnej sukienki, a w jej oczach pojawił się drapieżny błysk.

– Teraz jestem pewna, że wybrałam właściwego człowieka – powiedziała z zadowolonym uśmiechem.

– Zaparkowałem w alei za kamienicą. Ruszamy – odparł Filip, przeładowując broń. – A po dokument jedziemy razem. I nie odstąpię cię ani na krok.

– Liczę na to, Filipie... naprawdę na to liczę.

Rozdział III: Posiadłość i świt

Deszcz powoli ustawał, ustępując miejsca gęstej, porannej mgle, gdy czarny ford Filipa skręcił w kamienistą aleję prowadzącą do rezydencji Rossów. Posiadłość wyglądała jak mroczny pomnik potęgi i tajemnic – gotycka bryła z ciemnego kamienia górowała nad obnażonymi z liści drzewami.

Klara siedziała na miejscu pasażera, jej dłoń spoczywała na kolanie Filipa. Przez całą drogę niemal się nie odzywali, ale panujące między nimi napięcie ciążyło w powietrzu głębiej niż nocna mgła.

– Pasuje klucz do bocznego wejścia przez oranżerię – powiedziała cicho, spoglądając na podświetloną deskę rozdzielczą. – Mój szwagier, Wiktor, zapewne czeka w gabinecie. Będzie uzbrojony.

– Ja też jestem – odparł krótko Filip, sprawdzając magazynek rewolweru. – I nie mam zamiaru dać się zastrzelić w eleganckim salonie.

Wślizgnęli się do środka bezszelestnie. Powietrze w oranżerii pachniało ziemią, wilgotnymi paprociami i dojrzałymi cytrusami. Wąskie pasma światła świtu przesączały się przez szklany dach, rzucając surrealistyczne cienie na ich sylwetki.

Gdy przeszli do biblioteki, drzwi za nimi zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Z cienia wyłonił się mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze z pistoletem w ręku – Wiktor Ross.

– Wiedziałem, że przyjdzesz, Klaro. Ale nie sądziłem, że przyprowadzisz ze sobą taniego wywiadowcę – zadrwił Wiktor, unosząc broń. – Ten dokument przepadnie razem z wami.

– Najpierw musiałbyś trafić, Wiktor – rzucił Filip i zadziałał błyskawicznie.

Zamiast sięgać po broń, pchnął ciężką, mosiężną rzeźbę stojącą na postumencie tuż obok. Rzeźba zwaliła się na drewniany parkiet z ogromnym łomotem, odwracając uwagę napastnika na ułamek sekundy. Filip wykorzystał moment – skoczył w stronę Wiktora, powalając go na ziemię. Rozległ się głuchy strzał, który uderzył w sufit, a po krótkiej, brutalnej szamotaninie rewolwer Filipa spoczął pod brodą szwagra Klary.

– Ruch, a dołączysz do brata – warknął Filip, obezwładniając go bez trudu.

Klara podeszła wolnym, pewnym krokiem. Przesunęła dłonią po obudowie zegara stojącego na kominku, odchyliła rzeźbioną tarczę i wyciągnęła wąską, skórzaną kopertę. Spojrzała na Filipa z mieszanką podziwu i dzikiego pożądania.

– Zrobiłeś to – zaszeptała.

Dziesięć minut później Wiktor leżał związany w piwnicy, oczekując na przyjazd wezwanej przez Filipa policji. W rezydencji zapanowała absolutna cisza.

Klara zdjęła zniszczony płaszcz i podeszła do Filipa, który stał przy oknie gabinetu, obserwując pierwsze promienie słońca przebijające się przez chmury. W jej ręku nie było już skórzanej koperty – dokument leżał bezpiecznie na biurku.

– Policja będzie tu za pół godziny – odparł Filip, nie odwracając głowy, choć czuł jej bliskość.

– Wystarczająco dużo czasu... – mruknęła Klara.

Oparła się o jego plecy, otaczając go ramionami i przesuwając dłońmi po jego klatce piersiowej. Jej ciepłe usta dotknęły jego karku, wywołując u Filipa gwałtowny dreszcz. Detektyw odwrócił się szybko, chwytając ją za biodra i przyciągając mocno do siebie.

Nie było już niepewności ani mrocznych tajemnic – pozostała tylko czysta, skumulowana przez całą noc namiętność. Filip uniósł ją i posadził na brzegu ciężkiego, mahoniowego biurka, spychając na podłogę niepotrzebne papiery. Jej jedwabna sukienka podwinęła się, ujawniając gładkie uda.

Pocałunek był drapieżny i zaborczy. Klara oplatała go nogami w pasie, wbijając paznokcie w jego plecy przez koszulę. Ręce Filipa błądziły po jej ciele, chłonąc miękkość skóry i zapach jaśminu, który wypełniał cały pokój. Każdy dotyk był odpowiedzią na ryzyko i strach przeżyte tej nocy.

Gdy pół godziny później w oddali dało się słyszeć syreny nadjeżdżających radiowozów, Filip stał przy oknie, zapinając guziki koszuli. Klara siedziała w fotelu, poprawiając włosy z cieniem triumfalnego, zmysłowego uśmiechu na ustach.

– To był wyjątkowo długi powrót do domu, Filipie – powiedziała, unosząc kieliszek z bursztynowym płynem. – Ale mam przeczucie, że nasza współpraca dopiero się zaczyna.

Filip spojrzał na nią, chowając rewolwer do kabury pod pachą.

– Rachunek wystawię ci później, pani Ross. I dopilnuję, żebyś zapłaciła go osobiście.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • piliery 2 godz. temu

    Jak scenariusz dl a dawnej telewizyjnej "Kobry" . :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania