Zapach Pewexu i Szary Beton
Warszawa, maj 1976 roku.
Stefan stał na balkonie swojego nowego mieszkania na dziesiątym piętrze bloku z wielkiej płyty. Pod nim rozciągał się Ursynów – plac budowy, który miał być obietnicą lepszego jutra. W powietrzu unosił się zapach świeżego tynku, spalin z nielicznych jeszcze syrenek i zapach bzów, które jakimś cudem przetrwały najazd spychaczy.
W kuchni cicho szumiało radio Unitra. Spikerka głosem pełnym optymizmu opowiadała o kolejnych sukcesach dekady sukcesu, o tym, że Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej. Stefan uśmiechnął się pod nosem, pocierając szorstki policzek. W kieszeni jego ortalionowej kurtki szeleścił banknot – dziesięć dolarów, które dostał od wujka z Chicago. To nie były zwykłe pieniądze. To był bilet wstępu do innego świata.
– Idziesz już? – zapytała Maria, wychylając się zza drzwi. Miała na sobie wzorzystą sukienkę z „Mody Polskiej” i natapirowane włosy, które spryskała obficie lakierem „Net”.
– Idę. Muszę zdążyć, zanim rzucą te zachodnie dżinsy w Pewexie na parterze hotelu „Victoria” – odparł Stefan, zapinając guziki koszuli z wielkim kołnierzem.
Pod blokiem stał ich skarb – lśniący, pomarańczowy Fiat 126p. „Maluch” był ciasny, głośny i czasem kapryśny, ale dla Stefana był symbolem wolności. Gdy silnik w końcu zaskoczył z charakterystycznym terkotem, Stefan poczuł się jak król szosy.
Przejazd przez Warszawę tamtych lat był podróżą pełną kontrastów. Z jednej strony szare fasady kamienic, które wciąż pamiętały wojnę, z drugiej – nowoczesne, przeszklone gmachy i neony „Społem”, które nocą miały udawać Paryż. Stefan minął budowę Dworca Centralnego, gdzie robotnicy w kaskach przerzucali tony betonu, i zaparkował nieopodal placu Defilad.
W Pewexie pachniało inaczej niż w zwykłym sklepie spożywczym, gdzie dominował zapach octu i mielonej kawy niskiej jakości. Tutaj unosił się aromat prawdziwej czekolady, zagranicznych perfum i nowości. Stefan stał w kolejce, czując na sobie spojrzenia innych. Ludzie w milczeniu gapili się na wystawy z puszkami Coca-Coli i klockami LEGO, które dla większości były równie nieosiągalne jak lot na Księżyc.
Kiedy w końcu położył swoje dziesięć dolarów na ladzie, a ekspedientka w niebieskim fartuchu podała mu upragnione spodnie marki Rifle, poczuł dziwną ulgę. To był dowód na to, że on też może mieć cząstkę tego „wielkiego świata”.
Wieczorem, gdy słońce chowało się za krawędziami wieżowców, Stefan i Maria siedzieli w swojej nowoczesnej kuchni. Maria parzyła herbatę w szklankach w plastikowych koszyczkach, a na talerzyku leżały herbatniki kupione w osiedlowym sklepie.
– Wiesz, Mario – zaczął Stefan, gładząc szorstki materiał nowych dżinsów – czasem myślę, że ten betonowy świat naprawdę jest naszą przyszłością.
Maria spojrzała na niego znad oparów herbaty.
– Może i tak, Stefanie. Ale grunt, żebyśmy w tym betonie nie zapomnieli, jak się uśmiechać bez okazji.
Włączyli telewizor. Na ekranie „Neptuna” właśnie zaczynał się kolejny odcinek „Czterdziestolatka”. W pokoju obok ich syn, mały Marek, bawił się resorakiem, marząc, że kiedyś zostanie kierowcą rajdowym. Za oknem Warszawa powoli cichła, utulona w szarościach i nadziei, że jutro w sklepie na rogu rzucą coś więcej niż tylko ocet i margarynę.
Komentarze (5)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania