Zapalniczka

Na ulicy Jaśminowej wieczór płynął jak każdy inny. Zaciekłe szczeki psów broniących swoich kwadratów i uporczywy warkot golfów w dieslu informowały, że dzielnica budzi się do życia.

Janusz Znachorowski trzydziestoletni gazownik i specjalista od wszelkich bytów i niebytów, wyszedł właśnie ze swojego finiola na fajkę i pech chciał, że zabrakło mu benzynki w ulubionej zapalniczce - prezencie od małżonki. Zakląwszy pod nosem siarczyście wrócił do domu, żeby ją uzupełnić, ale puszka z zapasem też okazała się pusta.

- Wychodzę do Balerona! - Krzyknął do swojej małżonki z przedpokoju.

- Gdzie zaś cię niesie? Znowu wrócisz naprany. - Usłyszał cudowny głos swej drugiej połówki dochodzący gdzieś z okolic kuchni. - Pamiętaj, że jutro Kubusia masz do żłobka odstawić.

- Na fajek idę durna babo.

- A to tu już się nie da zapalić? Zawsze musisz do niego na cigareta łazić? - W głosie małżonki usłyszał nutkę pretensji.

Janusz westchnął ciężko, a ręce mu opadły. Głupia baba nie rozumiała, no bo skąd mogła wiedzieć, co to znaczy brak możliwości zapalenia, skoro sama nigdy nie paliła.

- Ognia nie mam, benzynka mi się skończyła - wytłumaczył cierpliwie.

- To weź sobie zapałki z pieca, baranie, a nie będziesz się szwendał. Ty masz dziecko! - Krzyknęła już poirytowana.

- Wezmę ci zapałki, a potem będziesz na mnie psy wieszać, że nie miałaś czym kuchni odpalić. - Odwrzasnął, ale poszedł do kuchni odpalić szluga. - Wychodzę. - Powiedział ucałowawszy żonę w czoło.

- Chleb kup! – przypomniała sobie i rozkazała jak zawsze na wyjściu.

Janusz zajrzał do portfela. Dwanaście sześćdziesiąt - przeliczył szybko. Wyszło mu, trzy browary.

- Nie mam kasy – odrzekł ponuro.

- To weź ode mnie. Torebka wisi na wieszaku. W portfelu powinna być dycha, weź ją i idź.

Janusz wyjął z torebki portfel, otworzył go i zaczął przegląd.

- Tylko tą stówę zostaw. Musze jutro leki kupić Kubusiowi, bo znowu zaczął kaszleć.

Janusz wkurzony na zbyt czujną małżonkę, włożył banknot z powrotem i wyjął niższy nominał. Zdrowie potomka ważniejsze od jakiejś tam małpki, a dwie dyszki też wystarczą.

***

Konrad Baleronowicz mieszkał kilka domów dalej na tej samej ulicy. Przy furtce jak zwykle warował zajadły jamnik Konrada - Sabinka. Na widok Janusza suka zaczęła ujadać wściekle, ale gazownik za dobrze znał koleżankę. Podniósł przypadkowy kamień z jednej z wielu dziur w szutrowej jezdni i rzucił go suczce, aż pod sam garaż. Sabinka szczęśliwie merdając ogonkiem poleciała za ofiarą i momentalnie zapomniała o bożym świecie.

W tym czasie z chałupy wyszedł Baleron - wydziarany koleś z muskułami jak u zawodowego boksera. Konrad pracował w branży rozrywkowej, znał się na komputerach.

- Elo - Przywitał się unosząc prawą rękę nad głowę.

- Elo - Odpowiedział Janusz, pokonawszy furtkę zwinnym skokiem. - Naprawiłbyś w końcu tę bramkę, bo kiedyś przyjdzie ci spać przed nią, jak wrócisz do chaty w stanie takiego uniesienia, że pomylisz górę z dołem.

- Widocznie za rzadko u mnie bywasz - Odpowiedział Baleron schodząc powoli po stopniach ganku.

- No co też ty? Jestem u ciebie prawie codziennie.

- Furtka dział, ale z nią trzeba jak z niewiastą. Delikatnie – Tłumaczył informatyk.

- A ja niby, jak to robię? - Zapytał szpetnie gazownik.

- Ty do tego zabierasz się... - pomyślał chwilę i w końcu wypalił. - Jak do swojej baby.

- Waż słowa! - Warknął Janusz i pokiwał mu palcem - Kogo jak kogo, ale od mojej rodziny wara. Jeszcze kto usłyszy i problemów narobi.

- Chodzi mi o to, że do tej furtki trzeba cierpliwości, o której tyś już zapomniał. Nie wystarczy do niej podejść i szarpnąć, jak żeś przyzwyczaił się ze swoją Jowitką. Do niej trzeba jak do dziewicy. Powoli, spokojnie, delikatnie, a wtedy sama się otworzy. Na samą oścież.

- No może i masz rację, że ja z Jowitką to już jak stare małżeństwo, a dopiero dwa lata od ślubu minęło.

- A widzisz. Zapamiętaj to sobie. A może przestanie tak zmierzlić. - Powiedział Baleron podawszy rękę koledze. Uściskali się w przywitaniu, po czym usiedli na schodku.

- Co cię sprowadza? - Zapytał Konrad zaciekawiony. - Browarek? - Zgadywał.

- To może później, ale najpierw musisz mi w czymś pomóc.

- Czego tylko zapragniesz mój drogi przyjacielu, postaram się zamienić w czyn. - zażartował Baleron.

- Masz może benzynkę do zapalniczki, bo kuźwa u mnie wyszła.

- Zaczekaj, chyba gdzieś jeszcze miałem.

Konrad zniknął we wnętrzu finiola, a w tym czasie Janusz zastanawiał się, z czego zbudowane są zęby Sabinki, które w tej właśnie chwili przegryzły melafir wielkości piłki golfowej na pół. Po kilku następnych minutach powrócił Baleron.

- Stary nie mam tej benzynki. - powiedział pochmurnie. - Musiałem już całą wykorzystać.

- Ciulato, bo teraz będę musiał wydać siedemnaście zyli na nową.

- Czekaj! - Przypomniał sobie o czymś Konrad. - Może Kazik będzie miał. Ostatnio mówił, że musi kupić jakiś większy zapas wachy.

- No to na co czekamy? - Janusz wstał rozentuzjazmowany i ruszył w stronę furtki.

- Sabinka wychodzę. Pilnuj obejścia! - poinformował suczkę Baleron. Sabinka uniosła tylko prawą łapkę tuż nad głowę i zabrała się za dalsze pałaszowanie melafiru.

***

Kazik, jak na prawdziwego militarystę przystało, przywitał kolegów z sąsiedniej ulicy umorusany w smarze i oleju silnikowym od stóp, aż po koniuszki włosów. Odziany był w czarnucha, ale jakby tak lepiej się przyjrzeć, dałoby się dostrzec, że ów czarnuch to w zasadzie zwykły plamiak – mundur WP. Wz.93. Tylko złogi wiekowego brudu skutecznie zakamuflowały już plamy.

- No co tam panowie? – Zapytał Kazik. Wyskoczył z paki transportera opancerzonego SKOT i wytarł ręce w spodnie.

- Siema – przywitał się Janusz, Baleron uniósł rękę. – Na chodzie?

- Kuźwa, ani nie gadaj. Przed chwilą skończyłem montować skrzynię. Zapierdol jakich mało. – Rozżalił się militarysta. – Ale już na chodzie.

- To co? Browarek? – zaproponował informatyk. – W końcu sukces trzeba uczcić.

- Ja, ale przedtem będę musiał się umyć. Cały w oleju jestem.

- No spoko. To leć szybko, a my tu czekamy.

Po trzech kwadransach i ponad tuzinie wyjaranych szlugach, Kazimierz Miszkowski wyszedł wreszcie z domu. Wyrychtowany, że mucha nie siada. Ubrany w pachnące jeszcze chińskim kartonem nowiutkie bojówki - wzór multicam, pustynne buty Palladiumy i koszulkę z płonącą na stosie staruchą. Na to wszystko nałożył jeszcze flanelową koszulę w czerwono czarna kratę.

- To co idziemy? - zapytał podkręciwszy sobie wąs.

- Jasne - Odrzekł Janusz. - Tylko jeszcze jedna sprawa. Nie masz ty przypadkiem trochę wachy do zapalniczki.

- Ty, ale pytanie. - Zaskoczony Kazik podrapał się po głowie. - Gdzieś miałem, ale gdzie to Ci nie powiem.

- No weź Miki. Co z ciebie za kolega? - Zapytał Konrad zaperzywszy się trochę. - Ja bym mu powiedział.

- Cholera, po prostu nie pamiętam kaj żem ją dał... Ty... - Przypomniał sobie. - Ale mam dwadzieścia litrów wachy do kosiarki. Też się nada, a będzie nawet lepsza, dziewięćdziesiąt osiem oktan.

- A ty co, burżuj? Taki bogaty jesteś, że do kosiarki dziewięć ósemkę lejesz.

- Nie. - Machnął ręką. - Stary się pomylił i do mojej osiemdziesiątki benzyny nalał i to jeszcze tej droższej. Trzy razy zbiornik płukałem, sześćdziesiąt zyli w kanał. Szczęściem nic poważnego się z Audikom nie stało. Ale... Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam teraz dwadzieścia litrów wachy do kosiarki, a na tej wzbogaconej trawnik kosze pół godziny, a nie jak wcześniej półtorej, a co najważniejsze... za wszystko płacił stary.

- Eee, to faktycznie - pochwalił gazownik. - Ale do zapalniczki raczej się nie nada.

- A to dlaczego?

- Bo jak mówisz, że to do kosiarki, to masz tam mieszankę, a mieszanka za bardzo będzie kopcić.

- No jak uważasz. - Wzruszył ramionami Kazik i zbliżywszy się do SKOT-a zamknął pakę na kłódkę.

- Cholera, czyli jednak będę musiał wydać te siedemnaście zyli - powiedział ze smutkiem w głosie Janusz. - A miałem sobie za to kupić małpkę.

- Nie łam się Znachor, zaradzimy na to. Dziś ja stawiam. Koniec końców to mój sukces jest do oblania.

- No i muzyka gra - Ucieszył się informatyk, podskoczył i zatarł ręce. - Kierunek, monopolowy!

Cała trójka, jak na komendę ruszyła raźnym krokiem w kierunku sklepu z alkoholami.

Nabywszy zaopatrzenie - dziewięć browarów i trzy małpki, stanęli pod sklepem i mieli już ruszać na CPN w celu zakupu benzynki do zapalniczki, kiedy Januszowi zupełnie niespodziewanie zachciało się pić. Bez zbędnych dyskusji wrócili do sklepu i po minucie wyszli z kolejnymi trzema piwami. Po następnych dwóch minutach oddali puste flaszki i byli gotowi do drogi.

Maszerowali równym krokiem ulicą Francuską, ludzie kłaniali się mi i pozdrawiali ich miłymi uśmiechami. Chłopaków, jak co wieczór, pod koniec ulicy, czyli na rogu Francuskiej i Racjonalizatorów, od odmachiwania na każde cześć, dzień dobry i pocałuj mnie w dupę, rozbolały ręce i wspólnym głosem uchwalili, że od tej pory będą tylko kiwać głowami.

***

Z tyłu ogródków działkowych “Wspólna Praca” nagle się zatrzymali.

- Stało się coś? - zapytał z troską Kazik.

- Nie, nic... Tylko idziemy już tyle czasu i znowu mi się pić zachciało. - Odpowiedział strapiony Janusz. - Szkoda, że mijając delikatesy nie kupiliśmy niczego na drogę.

- To może napijemy się tego, co mamy w zapasach. - Zaproponował Baleron.

- Tobie od tych piskli w monitoringu już całkiem się w głowie poprzewracało. - Upomniał militarysta. - Ty lepiej się zastanów, co będziemy pić na miejscu.

- Nie piskli i nie w monitoringu, tylko pikseli w monitorze. Bęcwale. - Poprawił Konrad. - Ale masz racje, zasoby rzecz święta.

- Ej chłopaki wymyśliłem - oznajmił gazownik, po czym spojrzał w radziecki sikor marki SLAVA, prezent od dziadka. - Zbliża się dwudziesta. Daje głowę, że dziadek siedzi jeszcze na działce. Pójdziemy do niego, a ten to przecież stary opój, na bank czymś poczęstuje.

- No to załatwione. - Zaaprobował pomysł kolegi Militarysta.

***

Dobiesław postukał w szklaną szybkę zrogowaciałym paznokciem. Wskazówka manometru poruszyła się i wskazała całkowicie inną niż przed momentem wartość.

- Czternaście celsjuszy. – Odczytał wskazanie. – Idealnie.

Tanecznym krokiem podszedł do stolika i wziął z niego ogryzioną czasem musztardówkę.

- No to teraz koszt próba. - Zadowolony odkręcił kranik, a z rurki popłynęła krystaliczna, życiodajna ciecz. Delikatny aromat owoców ogarnął całą altankę. Dobiesław poczuł łzy zbierające się w oczach.

Staruszek uniósł do połowy pełną szklankę, zbadał fachowym okiem klarowność cieczy i powąchał. Samogon miło zakręcił w nosie.

- Eee... Mocna – podekscytował się i oblizawszy spierzchnięte wargi pociągnął jednym wielkim haustem. Całe gardło, przełyk i żołądek ogarnęło przyjemne ciepło. Woda życia rozlała się po organizmie objawiając się delikatnymi ciarkami, a pusta musztardówka wylądowała na stole z brzdękiem.

- Dobraaa! - krzyknął z uznaniem dla samego siebie. - Na oko... ze sześćdziesiąt volt, a może i więcej.

Z małej wiszącej nad stołem szafki wyjął alkoholomierz. Napełnił musztardówkę ponownie i umieścił w niej przyrząd. Na skali odczytał sześćdziesiąt dwa procent. Roześmiał się chrapliwym głosem i runąwszy na starą wersalkę, że aż kurz z niej poszedł. Walnął na drugą nóżkę.

- I po co tak właściwie ja ciebie używam. - Starzec westchnął ciężko, patrząc na alkoholomierz wciąż trzymany w ręce. - Chyba się starzeję, bo zaczyna mi brakować wiary we własne kubki smakowe.

W tym czasie na zewnątrz rozległ się skrzyp otwieranej furtki. Odgłosy ciężkich buciorów tupiących po starej, zmurszałej wylewce, dudniły dziadkowi w głowie.

- Co za czort? - Dobiesław zerknął przez już tylko półprzeźroczyste od brudu okno. Na jego ogródek, wchodziła właśnie trójka jakichś obwiesiów.

Dziadek zerwał się z leżanki i uprzednio zdjąwszy ze ściany starą myśliwską flintę, wybiegł na zewnątrz.

***

Chłopaki na widok starca mierzącego do nich z broni myśliwskiej, momentalnie zbledli i stanęli z rękoma do góry. Jedynie Janusz luzacko machnął ręką na przywitanie i spokojnie powiedział.

- Cześć dziadek.

- A to wy... Chodźcie. - Dobiesław, jak gdyby nigdy nic, zniknął w altanie, a Janusz ruszył za nim.

- A wy co? - Zapytał zorientowawszy się, że jego towarzysze nadal stoją z uniesionymi wysoko nad głowę rękoma. - Oj dajcie spokój, przecież ta flinta nie była nawet nabita.

- A ty skąd wiesz?

- Bo od trzydziestu lat tu przychodzę i jeszcze nigdy nie znalazłem żadnego naboju, a uwierzcie mi, szukałem już chyba wszędzie.

- Najwidoczniej słabo szukałeś - rzucił Dobiesław wychyliwszy głowę w drzwiach. - Długo mam na was czekać?

Chłopaki spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami i weszli do środka. W altanie mieściły się tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Stał tam bardzo wiekowy stół z inkrustowanym blatem, choć inkrustacji w zasadzie już nie dało się dostrzec, gdyż zalana była nieznanym nikomu czymś. Pod stołem stały dwa chybotliwe taborety. Tuż obok pod ścianą ułożona była wersalka, tak stara, że pewnie pamiętała któregoś z Ludwików. I z mebli to by było na tyle. Bo najważniejszą rzeczą - dumą Dobiesława była aparatura do pędzenia bimbru. Ta zaś zajmowała najwięcej miejsca w altance, bo jedna jej część ustawiona była na piecu w kotłowni, a druga w głównej izbie.

Dobiesław czekał na gości z przygotowanymi już trzema musztardówkami pełnymi dziadzinego bim berku.

- No panowie, to do dna. - I dziadek wychylił swoją porcję wlewając ją bezpośrednio w przełyk. Odkroił kawałek wędzonego boczku, o którym sobie właśnie przypomniał, zagryzł i spojrzał na reakcje swoich niespodziewanych gości.

Janusz, Konrad i Kazik tkwili jeszcze ze szklankami przy ustach. Minęło dobrych dziesięć sekund zanim skończył pić Janusz, a zaraz po nim Kazik. Na Konrada musieli czekać jeszcze następne dwie minuty, bo ten od początku pił po małym łyczku.

- I co powiecie? - Zapytał dziadek wskazawszy aparaturę.

Kazik zaciekawiony podszedł i zaczął oglądać.

- Ładna... Nowa? - Pochwalił po jakimś czasie.

- Pytałem o samogon, a nie o sprzęt. - Dziadek pokiwał głową w niedowierzaniu jak można być tak nie domyślnym. - A aparatura jest starsza ode mnie... jeszcze mój dziadek w niej pędził dla samego Marszałka Piłsudskiego.

- Nie opowiadałeś mi o tym nigdy - zaciekawił się Janusz.

- A pytałeś? Nie. Ale dobra, bo my tu gadu-gadu, a gorzało stygnie. Smakowała wam?

- Dobra. Ma kopa. - Odpowiedział Znachor.

- Jakbyś zgadł. Dokładnie sześćdziesiąt dwa volty - poinformował Dobiesław szczerząc zęby. - To co na drugą nóżkę? - Zapytał i nie czekając na odpowiedź zabrał się do uzupełniania szklanek.

Konrad z Kazikiem w jednej chwili zbledli, ale dziarsko przyjęli swoje naczynia. Po zdegustowaniu drugiej kolejki kolory im powróciły.

- Usiądziecie? - Zapytał dziadek.

- Nie dziadek, lecimy. Mamy jeszcze coś do załatwienia. - Odpowiedział Janusz. - Wacha w zapalniczce mi wyszła i idziemy na CPN uzupełnić.

- To czekaj, przyniosę Ci. Co będziecie tyle łazić. W komórce mam kanisterek, ze pięć litrów dziewięć piątki. Kupiłem do kosiarki.

- Nie dziadek. Zostaw. Dziewięć piątka się nie nadaje.

- A no tak. Pewnie potrzebujesz Diesla. - Zorientował się Dobiesław. - A tak swoją drogą... dziwna rzecz. Jeszcze kosiarek na ropę nie ma, a zapalniczki już produkują.

Janusz uśmiechnął się tylko lekko, ale nie chciało mu się wchodzić w tę rozmowę, więc nie wyprowadzał dziadka z błędu.

- Dziękuję dziadek za poczęstunek. My lecimy. - Powiedział i wyszli z altany.

- Czekajcie... to strzemiennego wypijemy! - Krzyknął wybiegłszy za chłopakami, ale na ogródku już nikogo nie było. - Śniło mi się czy co?

Dobiesław wrócił do środka. Na stole leżała tylko jedna musztardówka. Skołowany runął na wersalkę.

- Chyba będzie trza przepędzić bimber jeszcze raz. Jakieś zanieczyszczenia musiały się dostać do zacieru. - Otarł ręką oczy. - Żeby taki omam po bimbrze mieć... Własny wnuk z kumplami... Nie no, na pewno będzie trza przepuścić ponownie, ale tym razem przez węgiel.

***

Zdyszani, jak po przebiegnięciu maratonu, szli chwiejnym, ale wesołym krokiem przez park ludowy. Każdy z nich w ręku trzymał musztardówkę zabraną w pośpiesznej ucieczce z ogródków działkowych.

- Ty to masz dziadka - Stwierdził ledwo łapiąc oddech Miki. - Jeszcze jedna lufa i byśmy tam zalegli na amen.

- No! - Wysapał Baleron. - Dobrze, że zdążyliśmy uciec.

- A co ze szklankami? - Zapytał Janusz.

- Oddamy jak będziemy wracać.

Pozbawiony latarni i innego źródła światła park, przypominał ponury las, w którym spodziewać się można było wszelkiego zła i tałatajstwa skrywającego się w jego mroku. Ponure wrażenie potęgowały bezustanne pohukiwania sów, skrzypienia starych, poskręcanych buków trzeszczących swymi konarami i pochrząkiwanie ryjących w ściółce dzików.

Ogarnięci znieczulicą... - a raczej upojeni znieczulaczem Znachor, Baleron i Miki maszerowali przez park w znakomitych nastrojach. Dobrze wiedzieli, że kres ich drogi za chwilę dobiegnie końca i dotrą to sławetnej warowni Kager Morhen - jak ochrzcili ruiny starego pałacu rodziny Tiele-Winklerów, zainspirowani twórczością Andrzeja Sapkowskiego.

- Ej, widzicie to? - Zapytał Znachor zatrzymawszy kolegów, jednocześnie wykazując się doskonałym wzrokiem.

- Co to jest? - Zastanawiał się Baleron ocierając oczy w zdumieniu. - Od tylu lat mamy tutaj miejscówkę, ale jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. To znaczy nie w tym miejscu. Takie zjawiska zauważałem tylko nad stawami.

I faktycznie, znakomity woal białej mgły unoszący się około metra nad ziemią, otaczał całe ruiny pałacu.

- Musi to jakieś czary - Stwierdził Miki. - Chociaż jakby były to czary, pewnikiem byłoby słychać jeszcze jakichś ludzi skandujących zaklęcia, a tu poza leśną gadziną, jeno echo.

- Mam nieodparte wrażenie, że na miejscówkę wtargnęło nam, jakieś obce licho. - Wypowiedziawszy te słowa Znachor poczuł, jak coś małego rypnęło go w głowę. Odwrócił się i spojrzał w górę.

- A ty co? - Zapytało skrzeczącym głosem znane Januszowi Licho. - Masz nas za głupców? Myślisz, że pozwalamy panoszyć się po naszym rewirze byle komu?

- Przepraszam. - Ukorzył się ładnie gazownik i ukłonił lekko. - Pomyliłem się.

- No i żeby mi to było przed ostatni raz. - Powiedział demon i w jednej sekundzie zniknął, ale mimo, iż bytu już nie było widać, z oddali usłyszeli jeszcze blednący w echu głos – Przed ostatni, bo lubimy w was rzucać szyszkami. – Roześmiało się niewidzialne już Licho. – To tak w gwoli wyjaśnienia. – Dodało jeszcze i ucichło.

Janusz stropiony, spojrzał pod nogi i faktycznie znalazł na ziemi małą szyszkę. Dziwne – pomyślał. – Przecież w parku żadnych sosen nie ma. Że też chciało im się je tyle nosić. Wzruszył obojętnie ramionami i wrócił do przyjaciół.

- W takim razie, jeśli to nie Licho, wychodzi na to, że zalęgły nam się w gruzie cygany.

- Nie! - Zaprzeczył zbulwersowany Baleron.

- Nie może być - Zawtórował Kazik. - Toż jakieś pięć lat będzie, jak wypędziliśmy z Miechowic cyganów.

- Najwidoczniej to jakieś inne, gdzieś z dalsza. Tacy co nie znają historii tego miejsca, a tym bardziej nie wiedzą kto tym miejscem się opiekuje.

- Ta zniewaga krwi wymaga - wrzasnął Konrad zacisnąwszy dłonie w pięści.

- Podpalimy ich? - zapytał beztrosko Miki.

- Pomysł świetny, jednakowoż nie mamy wachy. Zapomniałeś już? - Znachor poklepał kolegę po plecach.

- A, no tak - Przypomniał sobie Kazik. - To co proponujesz?

- Ja proponuję... - wtrącił się Baleron, gładząc pięści. - Wjechać w nich na wielkiej piździe i zdrowo im naklepać. Brakuje mi, dawnych czasów. Niepotrzebnie wyganialiśmy tych naszych.

- Konrad, zrobiliśmy to w czynie społecznym. - Tłumaczył Janusz. - Stały na Karbiu pustostany, trafiła się okazja, żeby grzecznie porozmawiać z prezydentem miasta i odremontowali. Jedynie czego im brakowało do inwestycji, to lokatorzy. Potem wystarczyło tylko naszym wspomnieć, że za darmo mieszkania dają, to cygany sami opuścili Miechowice.

- Szkoda tylko, że potem przyszły szkody górnicze i bloki posiadały stwarzając zagrożenie, a następnie je wyburzyli - przypomniał militarysta.

- A co nas to obchodzi, każdy jeden poszedł stąd z własnej woli... - zaśmiał się krzywo informatyk. - Co prawda, niektórzy z wymuszonej, ale własnej. A poza tym, teraz to problem kopalni, to oni muszą się z nimi użerać. Ale patrząc na to tak z perspektywy czasu, to szkoda, że nie zostawiliśmy tu sobie chociaż dwóch. Zdrowo jest od czasu do czasu rozprostować zastane gnaty, nawet na takich kanaliach jak oni.

- Masz rację, jednakowoż spójrz na to z innej strony - zaczął Janusz. - Gdybyśmy tego nie zrobili, nie mielibyśmy czasu na wspólne biesiadowanie. Lalibyśmy ich po mordach, ale za jaką cenę. Pod koniec dochodziło do tego, że nie było, kiedy się napić i robiliśmy to na trzeźwo.

- A może życie w trzeźwości nie byłoby takim najgorszym wyjściem.

- Kuźwa Kazik, nalej mu, bo chłopak zaczyna majaczyć. Jeden łyk żywej wody i zaraz stanie na nogi. No chyba, że wyprowadzasz się na karb, a tam trzeźwy... - Janusz aż się wzdrygnął na samą myśl. - Będziesz lał tych swoich cyganków.

- Właśnie, a to mało jest u nas ludzi do bicia? Wampiry, utopce, zombiaki, rusałki.

- Kobiet nie bije! Wypraszam sobie! - Zaprotestował Baleron.

- No tak, rusałki to specjalność Znachora. - Uśmiechnął się szyderczo Kazik.

- Ja też sobie wypraszam. To nie moja wina, że radzę sobie z rusałkami. Wystarczy rozwiązywać krzyżówki.

- I to wszystko?

- A coś ty myślał. Żyjemy w takich czasach, że nawet demonom się nie chce wymyślać nowych szarad, tylko idą na łatwiznę. Czytają takie pięćset panoramicznych i zapamiętują, a potem pytają wyrywkowo z tego, co wykuły, a jak nie znasz hasła, to do wiecznej hulanki cię biorą. Dla zwykłego człowieka coś nie pojętego tyle zapamiętać, więc na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zgłaszano najwięcej zaginięć mężczyzn w dziejach. Potem trochę się uspokoiło, ale jak weszły pięćsetki i tysiączki, przyrost zaginięć znowu wzrósł. - Wyjaśnił Znachor. - Tylko martwi mnie ta dziwna mgła. Zupełnie jakby była z horroru, właśnie z lat sześćdziesiątych.

- Ty, a to nie przypadkiem wampiry?

- No coś ty, Kazik, filmy o wampirach popularność zdobyły dopiero w latach dwudziestych ubiegłego wieku, a tak na poważnie to dopiero po emisji Drakuli w latach trzydziestych.

- Durniu, chodzi mi o tą mgiełkę.

- W zasadzie, każdy film o wampirach to horror, a jak horror to i taka dziwna mgła byłaby na miejscu. – Zastanowił się Znachor. – Trzeba to zbadać.

W tym czasie Kazik i Janusz usłyszeli ciche wołanie.

- Ty, a ten, kiedy tak się oddalił? – zapytał gazownik.

- Nie wiem, pewnie, jak żeśmy gadali.

Chłopaki po cichutku podeszli do Konrada.

- Co jest? - Zapytał Janusz.

- To chyba nie cygany - oznajmił informatyk.

- A ty skąd wiesz? – zainteresował się militarysta.

- Przyłożyłem szklankę do ściany, a do niej ucho i usłyszałem.

Po zaledwie paru następnych sekundach, cała trójka przyklejona do ściany sypiącego się muru, przytkawszy uszy do szklanek, słuchała co tam się dzieje.

- Trzy głosy. - Informował Janusz. – Jeden kobiecy, a raczej dziewczęcy i dwa męskie.

- To psubraty, dziewice sobie wyhaczyli. – Oburzył się Kazik.

- A ty skąd wiesz, że dziewica? - Zapytał Baleron.

- No przecież nieletnia.

Konrad buchnął śmiechem, ale szybko zdławił go ręką. O mały włos i by ich zdekonspirował. Na szczęście wampiry nie usłyszały.

- Czasy przed wojenne już dawno minęły - przypomniał informatyk. - Nawet sobie nie zdajesz sprawy co teraz młodzież wyprawia.

- Czekaj - Przerwał koledze Znachor. - Miki może mieć rację. Trafił nam się najgorszy typ wampirów.

- Co masz na myśli? - wystraszył się informatyk.

- To Cnotcniki.

- Jakie zaś nocniki? Coś ściemniasz.

- Nie nocniki tylko Cnotcniki. Pieruńsie nasienie, które wysysa krew tylko prawiczkom, a co za tym idzie głównie dzieciakom. Z ich nazwy można wyczytać, że polują nocą...

- No przecież to oczywiste, w końcu to wampiry. - Przerwał koledze militarysta.

- Tak? A oglądałeś “Zmierzch”? - odpowiedział Janusz, spojrzawszy na kolegę spod byka.

- A no faktycznie.

- Można jeszcze wyczytać - kontynuował Znachor. - Że głównym ich zainteresowaniem jest cnota swoich ofiar i że co najmniej jeden z nich ma na imię Niki.

- No, to dużo ułatwia. - wtrącił Baleron.

- Zauważcie, że gdyby Ci dwaj tam, byliby zwykłymi wampirami, to nie ciągnęliby do parku młodej dziewoi, tylko zadowoliliby się pierwszą lepszą napotkaną ofiarą.

- Trzeba ich powstrzymać. – stwierdził Kazik.

- To co naklupiemy im? - informatyk zatarł ręce.

- Oj naklupiemy - wyszczerzył zęby Janusz w wrednym uśmiechu. - Tak im naklupiemy, że ruski miesiąc popamiętają. Zajęli naszą miejscówkę, a ta zniewaga, krwi wymaga.

***

Baleron obwiązywał sobie dłonie bandażem, na wzór bokserów muay thai. - Kiedyś oglądał film z Jean-Claude-em van Damme-m i w nim podpatrzył, jak to się robi. Pod każdą warstwę bandaża sumiennie dodawał drobinek skruszonego srebra, które Znachor pozyskał, kiedyś na wycieczce w zabytkowej kopalni srebra w Tarnowskich Górach.

- Srebro na pewno podziała na wampiry? - Zapytał nieco zafrasowany.

- Może podziała, a może nie. Nie wiem, pierwszy raz będę tłukł się z wampirami, ale w “Bladzie” całkiem nieźle działało.

W tym czasie Kazik Miki Miszkowski spray-ował srebrną farbą podrdzewiały klucz płaski, rozmiar czterdzieści sześć. Na wszelki wypadek jakby sama farba nie wystarczyła, bo przecież teraz na wszystkim oszczędzają, więc nie ufał producentowi sprayu co do zawartości farby, gdyż owo srebro niby zawarte w puszce mogło się okazać czymś innym, tańszym, ale za to łudząco podobnym do owego kruszcu. Dlatego również nabrał garść sproszkowanego srebra i posypał nim jeszcze mokry klucz. Tak dla pewności.

Janusz natomiast jednym szybkim machnięciem rozłożył swoją, jak na prawdziwego gazownika przystało, teleskopową gazrurkę. Wywiną nią młynka nad głową kończącego już owijanie rąk Balerona, po czym stwierdziwszy, że wszyscy wyglądają bojowo – znaczy są gotowi, wskazał ręką kierunek ataku... i ruszyli.

***

Po piętnastu minutach ostrej naparzanki, po której chłopaki byli bogatsi o kilka nowych siniaków i zadrapań - przyszłych blizn. Cała trójka siedziała na fragmentach ścian byłego pałacu, wpatrzona w dwie małe kupki wampirzego pyłu. Janusz wstał chwiejnie i podszedł do jednej z kupek. Wyjął z kieszeni nylonowy woreczek i napełnił go odrobiną proszku.

- A tobie to po co? - zapytał Miki sapiąc jak pies myśliwski.

- Sprzedam na OLX-się. - Odparł beztrosko chowając woreczek Janusz. - Nawet nie wiecie, jakie ludzie pierdoły kupują.

- Całkiem nie głupie, a dużo można na tym zarobić?

- Za pranie się zwróci, a może i na piwo jeszcze zostanie.

- E, to szkoda mojego zachodu - westchnął Kazik.

- Jak uważasz.

Janusz otrzepał się z kurzu i złożył swoją gazrurkę, po czym umocował ją na plecach, jak robili to niegdyś ninja.

- To miejscówka odzyskana. - Stwierdził.

- Kazik leć po zaopatrzenie, trza coś chlapnąć, bo się odwodnimy.

- A co z nią? - Zapytał Konrad wskazawszy młodą dziewczynę, zwiniętą w kłębek na gruzie.

Znachor spojrzał na dziewczę i podszedł do niej.

- Andżela? - Zapytał rozpoznawszy ofiarę. - A ty nie jesteś przypadkiem za młoda na picie alkoholu?

Dziewczyna rozwinęła się z pozycji embrionalnej i wstała na dźwięk znajomego głosu.

- Ja mam już szesnaście lat! - zaszczekała groźnie. - To wiek, w którym młodzież, nabywa praw, a nawet obowiązku do popełniania, niektórych błędów. - Powiedziała i wyprężyła dumnie pierś.

- A no chyba, że tak. Ale dobra, napiłaś się, pogadałaś sobie ze starymi, to wyrywaj do domu. Dwudziesta to nie czas na szwendanie się po parku, na to jesteś jeszcze trochę za młoda.

- Ale...

- Bez dyskusji - przerwał dziewczynie krótko. - Dzisiejszy limit szczenięcych błędów już wykorzystałaś. Dlatego do domu, bo jak nie... To chyba będę zmuszony odwiedzić twojego ojca, jutro rano.

Dziewczyna usłyszawszy tak niepodważalny argument, posłusznie poleciała do domu.

- I ty tak na poważnie? Poszedłbyś ją nakablować? - Zapytał Baleron, kiedy Andżela znikła im z oczu.

- No co ty? Kablują tylko gnoje, szuje i elektrycy. Jej ojciec wisi mi dwie dyszki. I tak jutro u nich zawitam. - Pogłaskał się po prawicy.

***

Potem wrócił Kazik. Chłopakom humory znowu się poprawiły, Do zdobycznych musztardówek nalali piwa i zagęścili je odrobiną wódy - bo skoro już je mają, to czemu ich nie wykorzystać, a przecież są na zamku i nie wypada tak pić prosto z butelek, dlatego zrobili sobie drinki.

- No to panowie – Kazik wzniósł szklankę - za zwycięstwo.

Cała trójka stuknęła się naczyniami i po chwili szklanki były puste.

Siedzieli, balowali, gadali, ale nie palili. Żaden z nich nie miał ognia.

***

Po wyczerpaniu zapasów, udali się wreszcie na CPN, tam zjedli po hot-dogu, zakupili benzynkę, po czym udali się w drogę powrotną.

Szklanek dziadka nie oddali. Zapomnieli ich zabrać z miejscówki.

Janusz wrócił do domu po dwudziestej drugiej. Rozluźniony eliksirem życia zataczał się w przedpokoju, ale szedł cichutko, żeby nie zbudzić Kubusia. Już miał wchodzić na schody, kiedy usłyszały głos Jowity.

- Chleb kupiłeś?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • piliery 10 miesięcy temu
    Super, świetnie się czyta. Barwne postacie, lekko prowadzona narracja. :) Przydała by się jeszcze mała korekta
  • Odolan 10 miesięcy temu
    Wiem, pracuję nad tym. Super, że się podobało :D
  • Odolan 10 miesięcy temu
    Wiem, pracuję nad tym. Super, że się podobało :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania