ZAPISKI NA BILETACH
Niemuzykalni pochłaniacze bułek
Matka-Murzynka opycha się bułami. Jest przypadkowym, pierwszym lepszym przechodniem, jakich pełno tego dnia na High Street. Brytyjskie, poprawne politycznie wiatry są jej przychylne: jesienne słoneczko przyjemnie grzeje i nawet afrykański deszcz na głowę nie leje. Jej maluszki, tłoczące się gromadnie wkoło niej – wykapana matka, krew z krwi, kość z kości, pulchna pupka z pulchnej pupki – również ochoczo wcinają. Rzekłbyś: multikulti w wydaniu tak czystym, jak to sobie tylko można wyobrazić, i nieskazitelnie szlachetnym niczym diament karbonado. Choć może już za chwilę będzie to monokulti. W Anglii? Na pewno.
To najmłodsze, jeszcze w dziecięcym wózeczku, zauważa kącikiem oczka grajka ulicznego. I zaczyna się nim interesować na swój dziecięcy, naiwniutki sposób. Spogląda mianowicie: a to na buskera, a to znów na bułę; na buskera, i znów na bułkę; i ponownie na buskera... Bułka w końcu zwycięża w nierównej walce o pospolitą uwagę z wcale niepospolitą, a nade wszystko boską muzyką klasyków wiedeńskich – Europejczyków z krwi i kości, paneuropejczyków, białasów. Może gdyby na stradivariusach grał, bo ponoć potrafił, sam Patrick Swayze, i to jeszcze w towarzystwie ochroniarzy i fotoreporterów, to zainteresowanie przechodniów byłoby większe, a ich uszy mniej drewniane. I nasz maluszek olałby bułkę.
Ale grajek nie zdradza swego rozgoryczenia – z pasją robi swoje: gra tak, jakby sam chciał się za chwilę stać muzyką; tak, jakby umierał z każdą nutą, a rodził się wraz z kolejno generowaną. Ostatnimi czasy angielska królowa – ta BrzydUla z banknotów i monet – zdaje się doń uśmiechać bardziej z rzadka niźli z gęsta.
Kiedyś było inaczej, ale wiadomo... po tłustych muszą zawsze nastać lata chude. Dziś bułkożercy i ich jeszcze bardziej bułkożerne dzieci nieskorzy są do dzielenia się z nim ani z nią, ani w ogóle z nikim. To bułka, a wraz z nią także: mlaskanie, przełykanie, cmoktanie, sapanie, wąchanie oraz różne oblicza ślinotoku rozbrzmiewa w ich martwych, litosferycznych duszach. Swe moniaki zapewne przeznaczą na kolejne i jeszcze raz kolejne bułki. Nie żyjemy przecież po to, ażeby jeść; jemy po to, aby żyć, a żyć – to znaczy wchrzaniać: kajzerki, rogale, weki, bagietki, grahamki, jagodzianki, drożdżówki oraz oczywiście wspomniane bułki... O, tak, bułki – coraz więcej bułek. Smacznego zatem, mniam! Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się: mniam!
Kolejarska Ziemia nie powinna być elipsoidą obrotową. Kolejarska Ziemia powinna być dyskiem płaskim, zewsząd otoczonym oceanami
I taką płaszczyzną do pewnego stopnia Ziemia wydaje się być. Manowce, bezdroża, pustynie, stepy, łąki, pola oraz lasy… Siedzący w środku wagonu pasażer spoziera na to wszystko przez zabrudzone, zakurzone, zasmarkane czymś okno. Dany jest mu świat ruchomy – ten kalejdoskop barwnych obrazów, układających się w najbardziej nawet wyszukane rytmy oraz metra. I on go podziwia. Zapatrzony w dal, zdaje się bardziej nasłuchiwać, a niżeli wypatrywać. A jeżeli cokolwiek w tej całości dostrzega, to jest to nic innego, jak tylko wiązka rur, snop prętów, harmonijka torów, biegnących wzdłuż drogi szynowej, po której się przemieszcza, i splatających się z nią od czasu do czasu. Tory, tunele… „Do taktu turkoce”. Podsypki, podtorza… „I puka, i stuka”. Rozjazdy, podjazdy… Zwrotnice, krzyżownice, kierownice, szyny łączące – w tej rzeczywistości nie ma miejsca dla Ziemi wypukłej ani wklęsłej. W realiach kolejarskiego świata wszystko musi być płaskie albo prawie płaskie, musi być analogowe, a nie skokowe ani dyskretne, musi łagodnie przechodzić jedno w drugie, ulegać metamorfozom, bawić się w: fade in, fade out. Jeśli więc pociąg wspina się, dajmy na to, ku górze lub stacza w dolinę, to robi to w sposób stadialny, stopniowy, mozolny, z zachowaniem należytego kąta wznoszenia się i opadania – przy czym owo nachylenie stoku, nasypu czy wału jest zupełnie maluśkie.
Kolejarska Ziemia nie powinna być elipsoidą obrotową, kulą spłaszczoną na biegunach i wybrzuszoną wzdłuż równika. Kolejarska Ziemia powinna być dyskiem płaskim, zewsząd otoczonym oceanami.
Nagle gwizd! Nagle świst! Para buch! Koła w ruch! Najpierw powoli jak żółw ociężale, Ruszyła maszyna po szynach ospale, Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, I kręci się...
Dlaczego lubią bawić się ciuchciami? Dlaczego kochają się w tych modelach: makietach z podjazdami i rozjazdami, nasypami, torami, schodzącymi się i rozchodzącymi wzajem? Dlaczego kochają (ci duzi i mali całkiem chłopcy): druty, rury, które biegną, raz po raz, a to pod torami, a to znowu równolegle z nimi? I dlaczego adorują te detale, fascynujące drobiazgi, drobnostki, które można obserwować z wnętrza rozpędzonego pociągu, z pozycji pasażera, gdy pulsują, rytmicznie i płynnie się przemieszczają, przemieniają, łączą się, by za chwilę ze sobą rozłączyć, przechodzą wzajem jedne w drugie? To takie niefantastyczne. To takie fantastyczne!
Pociąg przeznaczenia
Wśród martwych, starych lip porykiwał jesienny… Światłem mętnym, zdławionym migotało zachodzące naprędce… Zresztą, cóż to było za słońce! Wszystko dokoła zdawało się blednąć i ginąć w jego lichym blasku, a w tym spektakularnym umieraniu widać było rozpaczliwe, afektowne wręcz wołanie o pomoc.
Rozłożyłem swe członki na zimnym, kamienistym gruncie, głowę opierając o szynę. Czułem, jak pulsuje mi tętno… i że żyję. Jeszcze! Ale niewielkie kropelki potu, niczym topiące się na płatkach przebiśniegów kryształki lodu, zwiastowały nadchodzące nieuchronnie w cyklu życia i śmierci zmiany. Pociąg był już tuż-tuż, a z jego reflektorów buchało ponure memento mori i doganiało mnie, dopędzało, by mi o tym szepnąć na ucho. Osobiście! Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zamknąć oczy i gotować się na najgorsze.
Nagle słyszę złowieszcze: bam! Gwałtowne uderzenie w czaszkę w okolicach skroni powoduje wykolejenie się maluteńkiej kolejki, koniec widowiska! Wstaję, by naprawić szkody. Model sam się przecież nie zreperuje.
Kategoria dobra a cywilizacja zaawansowana w świetle skali Kardaszowa
Przybyli z różnych stron, by radzić nad fundamentalną kwestią, czy warto być dobrym, czy też nie. Sądzono, że jest to sprawa natury etycznej. „Starajmy się – mówił senior-delegat – być przyzwoici, bo tego oczekują od nas: Bóg i Cywilizacja-X, która według skali Kardaszowa jest doskonalsza i docenia wszystko, co dobre. Zaprawdę powiadam wam: dopóki rozwinięte istoty się nami opiekują, nic złego stać się nie może” – wybrzmiało w deklaracji końcowej, późno w nocy. Ta noc stała się triumfem nadziei. Czymże jest ludzkość bez nadziei? Nazajutrz świętowano. Przedstawiciele ludzkości zabrali delegatów i przetransportowali ich do ubojni. Kurczaki. Są takie dobre z surówką i ziemniaczkami!
Paskudne przejawy
Gdy brałam prysznic, zauważyłam w kabinie pajęczysko. Było ohydne! Ciągle przebierało wielkimi odnóżami. Spłukałam „to” wrzątkiem, wyobrażając sobie, jak pięknie ginie. Nie chciałabym zdechnąć w ten sposób. Potem, gdy jechałam autem, potrąciłam szczurzysko. W ostatniej chwili je zauważyłam. Pomyślałam, że nie chciałabym skończyć, jak to ścierwo. I dodałam gazu. Do pomieszczenia, w którym pracuję, wleciał trzmiel, wielki i kosmaty. Załatwiłam paskudztwo packą na muchy. Teraz – nareszcie cisza. Zabieram się do roboty. Pora sprawdzić nowe próbki, zebrane przez łazika ESA. Tak cię kocham, życie! Co ja bym dała, żeby cię odkryć. Na Marsie! Jak dla mnie, możesz być nawet słodziuchnym mikrobem.
O tym, co przeczytałem ostatnio w kochanym moim dzienniku, gdy wspominałem dobry rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty
Udaliśmy się więc w plener, daleko poza horyzont codzienności, gdzie w cieniu drzew i krzewów w chowanego bawiło się całe poziomkowe plemię, a ponad koronami zieleńców fruwały bezpańskie pszczoły, układające się w chmurne roje-kominy, tam, gdzie ponad wsią sielską opolską, w której mieszkałem w dzieciństwie, wiła się droga przyozdobiona czereśniowymi wykwitami, polna droga pełna słodkopolskich dzieci, co po swojemu ochrzciły ją mianem Szmaragdowej, nie mając bladego pojęcia, dokąd wiedzie. Lubiliśmy wyobrażać sobie, że na jej końcu znajduje się coś zupełnie niespotykanego, błyszczącego szmaragdem, dającego ów szczególny efekt awenturyzacji. Za jednym wzniesieniem było drugie i naturalnie wyższe, a za tym drugim – następne i jeszcze, JESZCZE! wyższe. I tak bez końca. A my – dzieci Słodkopolski, kolejarskie dzieci, chcieliśmy za wszelką cenę poznać ten skrawek ziemi i dotrzeć na antypody racławickiego grajdołka zwanego światem. I potem wakacje dobiegły nagle końca, a wraz z nimi przeminęło wspomnienie o pszczelej rójce. Minął czerwiec i przefrunął lipiec. Czereśni nigdzie już nie było. Nastał wrzesień, a potem prędziuchno przeleciał październik. I skończył się okres burzowy, więc tęcza się gdzieś zgubiła. A Szmaragdowy Gród stał się mało ważnym gródkiem, tak mało istotnym, że mógł ostatecznie rozpłynąć się we mgle niewyraźnych i na poły realnych wspomnień. Boże, jakież to do bólu banalne!
Światy równoległe
Miast jednego, stworzył Bóg dwa światy, a światy były niezależne i niezależne były światy. Choć prawda, rozjechane tu i ówdzie. Czasem się przenikały, ale tylko czasem. Obok telewizyjnej, istniała szara codzienność, której znakiem rozpoznawczym stały się przekleństwa. W świecie ludzi zapanowała moda na obrzucanie się inwektywami: w pracy, domu, szkole, autobusie, na ulicy; moda na stosowanie wulgaryzmów w charakterze przecinków. W przestrzeni publicznej sytuacja wyglądała lepiej, przynajmniej oficjalnie. Szklany świat ekranów świecił białymi zębami Ibisza, a miast kurw i chujów w magazynach kryminalnych pojawiały się buczki i pipki, co było prawnie uregulowane. Autorytety telewizyjne mówiły nam jak mamy żyć, by żyć lepiej.
O progresie cywilizacyjnym w paru zdaniach
Znałem kiedyś ludzi, którzy wierzyli w kosmitów i bardzo chcieli się z nimi skomunikować, a nawet spotkać. No i pewnego razu się udało, ale to, co przeżyli w żaden sposób nie przypominało bajeczki o sympatycznym skądinąd E.T.-m. Zaawansowana cywilizacja w mig skolonizowała Ziemię, a z ludzi uczyniła niewolników. Następnie, nim jeszcze rok nie upłynął, kolejna, jeszcze bardziej rozwinięta rasa zaatakowała planetę i roztoczyła nad nią parasol wszechwładzy. W końcu przyleciały istoty najinteligentniejsze, najsprytniejsze i najmądrzejsze w całym wszechświecie i dokonały konkwisty w imię postępu, krzewienia kultury i walki o pokój. Astro-Aszkenazyjczycy zdominowali świat mediów, ocenzurowali powiedzenie: „wasze ulice, nasze kamienice”.
Paluszkowe szaleństwo
Od zawsze uwielbiałem solone. Zajadałem się zwłaszcza tymi zlepionymi, podwójnymi, które się nieraz trafiały. Człowiek wybierał je paluszkami z niewielkiego plastikowego opakowania i następowało: bum! Wyskakiwała naraz dwururka, która z punktu widzenia producenta musiała być i była defektem. Mnie ten defekt nie przeszkadzał, a wprost przeciwnie – rajcowałem się dwururkami, że tak je tu nazwę. Tak w ogóle to w woreczku mieściło się siedemdziesiąt gramów czystego złota – tej rozkoszy dla podniebienia, z czego przynajmniej trzy sztuki były podwójne. Nie, to nieprawda, że nieszczęścia chodzą parami!
Raz, a działo się to w schyłkowej fazie peerelu, postanowiłem napisać wiersz oraz list pochwalny i wysłać go do producenta w ramach podziękowania za ten raj dla podniebienia. No więc napisałem to wszystko, po czym dałem dziadkowi do sprawdzenia, bo byłem mały i moje umiejętności pisania i czytania dopiero co się kształtowały. Sprawdził, poprawił błędy, powstawiał gdzie trzeba przecinki i poszedł ze mną na pocztę nadać ów pean.
Nie musiałem zbyt długo czekać na odpowiedź, bo już po dwóch tygodniach producent przysłał pięćdziesiąt opakowań darmowych paluszków, które ledwie mieściły się w dużym kartonie i ważyły, musiały ważyć swoje, wiadomo. Widocznie tak spodobał mu się mój pean, że postanowił sam uczynić jakiś gest i coś od siebie dać. I dał, i to ile dał! Zajadaliśmy potem, ja i cała hałastra z ulicy Ogrodowej racławickiej, te wyroby piekarnicze, aż nam się uszy trzęsły. Jeszcze nie dokończyliśmy jednej paczki, jak sięgaliśmy po następną, w której kryły się pojedyncze i podwójne smakowitości. Po raz pierwszy w życiu mogłem się najeść do syta tych drożdżowych fast foodów i zasolić się, czyli nasycić solą swój zasłodzony czekoladkami i lodami organizm. I myślę, że każdy z małych łebków z Ogrodowej zazdrościł mi po cichu pomysłu z listem oraz przede wszystkim prezentu, jaki otrzymałem.
Trzydzieści, czterdzieści lat temu ludzie jednak mieli gest, nie to, co dzisiaj. Dziś też nie spotyka się już paluszków z defektami. Wiadomo, Unia na ręce i plastikowe zakrętki patrzy! Proces jest komputerowo monitorowany, ustandaryzowany i jeden wyrób nie różni się niczym od drugiego. Ot, takie nudne czasy, ale kiedyś? Kiedyś było inaczej i ja to wiem i wspomnieniami sycę się.
Kosmiczna trauma
W dzieciństwie przeżyłem traumę, a mianowicie toksyczny dotyk wujka Jacka. Dobrze pamiętam, co wydarzyło się w Holandii, gdzie spędzaliśmy razem urlop: ja, moi rodzice oraz Jacek. Jego brudne, czerwone łapska usiłowały mnie dopaść i wysmarować olejem (z braku kremu do opalania). Zadrżałem i starałem się zrobić unik, ale mi nie wyszedł. Długie, kosmate szpony nieśpiesznie dotykały moich pleców i rozsmarowywały ciecz, która skapywała kropelka po kropelce po spodenkach, tworząc tłuste, niezmywalne plamy.
Tego dnia olej i żar lejący się z nieba ładnie ze sobą współgrały, a do tego dochodził jeszcze zapach zjełczałego tłuszczu i smażonej gdzieś w oddali flądry. Okropność! Horror marynistyczny w wydaniu holenderskim! Wiara zgromadzona na plaży tu właśnie zdawała się czcić swego solarnego bożka, racząc się komunią w postaci fast foodów. Jadła te fast foody bezpośrednio paluchami, a paluchy wycierała w szorty, czepki, majtaski, stringaski, stroje kąpielowe skrywające zwałki tłuszczu, a nawet w niezdrowo zaczerwienione ciała pół ludzi, pół krabów. Bałwany! Biły o brzeg aż do wieczora. Była to istna orgia pogaństwa i plugawego barbarzyństwa, z którym nie chciałem mieć nic wspólnego.
Zaraz po powrocie na kemping wziąłem ci ja prysznic (alleluja), starając się zmyć grzech brudu i resztki tłuszczu pierwotnego, co wcale nie było takie łatwe i oznaczało krzyż pański. Brałem ten prysznic jak jakiś chrzest, przy okazji parząc i tak już poparzoną przez słońce skórę i becząc jak zarzynany baranek. Natomiast – i to jest bardzo, bardzo ciekawe – starszy krewniak oznajmił, że już się kąpał w morzu i że mu ta kąpiel w zupełności wystarczy. Leżał potem cały tłusty i lśniący, jakby naświecowany, w łóżku z ojczulkiem, z którym to łóżko dzielił, a któremu szczerze podówczas współczułem.
Od tamtej pory zakodowałem sobie, że niemycie się oznacza olej, a olej to wróg, to nic innego jak tłusta fryta. A ja nie mogę, nie lubię i nie chcę czuć się jak kurak na patelni albo pyra w frytkownicy. No i nie cierpię słońca, nie, nie, nie cierpię słońca. Mam – co tu dużo gadać – poważny uraz psychiczny do butelkowanych efektów tłoczenia nasion oraz wujaszka Hiacynta, który jest strasznym kosmitą, dzban jeden! Holender, kuźwa, Latający ze wsi Dupomłoty! Zresztą pies mu mordę lizał oraz jajca!
Trzy supernaturalistyczne na głowę spojrzenia
1.
Wczorajsza w sklepie wizyta. W kolejce stanie. Obok tkwi ten wielki, zwalisty gość z ruchliwą głową, którą wywija we wszystkich możliwych kierunkach, manewry czyni niebywałe. A trzęsie się przy tym jak galareta, przewraca oczami i tylko maćka ma nieruchawego, skamieniałego tak jakby. Potem pojawiają się inne jeszcze łby, innych jeszcze ludzi, a wszystkie nieznośnie aktywne. Przeraził mnie ten widok wczorajszy sklepowy. W końcu zrozumiałem, że jednak nie tylko czkawka bywa zaraźliwa. Nie tylko czkawka, bo i głowopląs. Ludzie głównie z głów się składają, głowami są, nie samymi, ale jednak głównie. Spoglądając na bliźniego, patrzymy się prosto w oczy, patrzymy mu prosto w twarz. A jak kręcą, jak strasznie kombinują ci, co je mają. A mają prawie wszyscy, choć nie zawsze na karku.
2.
Zrobiłem zakupy i udałem się do kolejki. I wtedy właśnie ją ujrzałem! Była osadzona na gargantuicznym cielsku, ruszała się we wszystkie możliwe strony, a nawet zdawała kręcić wokół własnej osi. Ten, do którego należała, musiał mieć zdaje się ADHD. Wywijał nie tylko czerepem, bo też i kudłami, i ślepiami, po prostu wymiatał. Wydawał się cierpieć na głowopląs. Wiem, że nie ma czegoś takiego, ale spokojnie można by wymyślić takową dolegliwość. Stałem i przyglądałem się łbom. I nagle zrobiło się ich więcej: trzy, cztery, a potem cała masa. Kłapały paszczami, ruszały tymi swoimi ozorami, jak mityczne straszne bestie. Jednakże byli to tylko ludzie, choć wyraźnie czymś pobudzeni. Nie mogłem patrzeć, zwiesiłem łeb.
3.
Nie zgadniecie, co mi się dzisiaj przytrafiło. Jak zwykle po pracy wpadłem do samu na małe zakupki. Wyjąłem listę sprawunków – standard – i zacząłem szwendać się to tu, to tam. Wiem, co sobie myślicie. Biorę zawsze to samo, ale i tak lista jest mi bezwzględnie potrzebna. Dziwactwo? Hm, może. A może zwykłe przyzwyczajenie. Potem stanąłem w kolejce. I wtedy właśnie spostrzegłem tego grubego faceta z niesamowicie ruchliwą głową, którą wywijał we wszystkie możliwe strony, do przodu, do tyłu, w prawo, lewo, a nawet wokół własnej osi. Zdawało się, że mu ta łepetyna za moment odpadnie, ale nie! Trzymała się dzielnie właściciela, który urósł w mych oczach do rangi jakiegoś RoboCopa, jakiegoś superbohatera. No może nieco przesadziłem z tym kręceniem się wokoło własnej osi, ale z mojej perspektywy tak to właśnie wyglądało, a wyglądało strasznie! Stra-sznie!!! Mała, ruchliwa głowa z długimi włosami kontrastowała z wcale niemałą posturą jegomościa, który na dodatek w zawrotnym tempie przewracał tymi małymi, połyskującymi, sprytnymi oczami. I nagle, nie wiadomo skąd ani dlaczego, zaczęli dochodzić do niego jego znajomi, krewni i sąsiedzi. A wszyscy wywijali głowami nieludzko i nienaturalnie. I wtenczas zdałem sobie sprawę z istnienia czegoś takiego, jak mowa ciała w wersji cholerycznej. W końcu sam od czasu do czasu jestem cholerykiem i nic, co cholernie ludzkie nie powinno mnie dziwić ani zastanawiać. A jednak zastanawiało, i to bardzo! Przytłoczony naporem myśli zgubnych, przerażających bodźców wzrokowych i wszelkim plugastwem świata widzialnego i niewidzialnego, zwiesiłem tylko swoją głowę i odwróciłem się na pięcie w kierunku wyjścia, bo miałem już dość wszystkiego! Wszy-stkie-go!!!
Pipka znaczy amen
Hm, jakby to powiedzieć? Z Bogiem mi nie po drodze, nie żeby w ogóle, ale... po prostu nie uznaję Boga osobowego, starca z długą siwą brodą, który ciska gromami. Odrzucam całe wyznanie wiary, bo nie wierzę ani w jeden Kościół, ani w świętych obcowanie, ani w żywot wieczny. Jestem tak zwanym ateistą, tyle że praktykującym. Przynajmniej raz na tydzień chodzę do kościoła, żegnam się przy każdym krzyżu, przed każdą przydrożną kapliczką. Jestem, można rzec, praktykującym niewierzącym, prawdziwym oryginałem w świecie szaraków albo szaraczków.
Ale od pewnego czasu, zauważyłem, że cisną mi się na usta wulgaryzmy, i to w trakcie modlenia się, medytowania. Muszę naprawdę bardzo się spieszyć, by nie zdążyć przekląć, by podczas wykonywania znaku krzyża nie wymsknęły mi się z ust różne tam „kurne chaty” i inne brzydkie rzeczy. I żeby było jasne – ja tego nie robię specjalnie, po prostu pojawiają się w głowie myśli nachalne, nad którymi nie potrafię zapanować. Widzę kapliczkę, zaczynam zmawiać paciorek i już mam „pipkę” na języku. Ot, zwykła, choć jednak trochę niezwykła nerwica natręctw. Czy tylko ja tak mam?
Na przykład teraz. Przechodzę na drugą stronę ulicy, zbliżam się do centrum miejscowości i mijam biały kościół, bo nasz jest cały biały, wkoło pachną bzy – znak, że to maj. To, jak wiadomo, miesiąc maryjny, jeden z moich ulubionych, najpiękniejszy, najwonniejszy i najcudowniejszy. No i zaczyna się: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Kurna! Jeszcze raz! W imię Ojca i sukin kota”.
I tak wygląda ta gra pamięci, szalona, mimowolna i obrazoburcza, a ja jestem grzeszny, choć staram się być grzeczny, jestem człowiekiem i tylko tyle. No i dupa... to znaczy amen!
Wołowata
Wsiadłem raz do autobusu linii sto piętnaście, w którym to siedząca naprzeciwko seniorka dziwnie na mnie spojrzała, kiedy wypowiedziałem rym „krowa” do „ulica Tramwajowa” – zapowiedzi kolejnego przestanku, która leciała z głośników. Zmieszałem się, bo nie chciałem nikogo urazić, a wcześniej tej pani zwyczajnie nie zauważyłem. Pani miała jedno oko większe, drugie mniejsze – efekt dziwnych eksperymentów kosmitów, gdyby się ktoś pytał „a gdzie fantastyka w tekście z założenia fantastycznym?”. Skąd wiem o eksperymentach? Ano stąd, że uczestniczyłem w nich i ją stamtąd zapamiętałem. Kuknąłem dalej i bardziej na lewo, już nie na panią, lecz na pana. Wyglądał jak Chrystus dziewiętnastoletni: piękny, młody, długowłosy... zdjęty z krzyża. Ale, ale... zaraz, zaraz... Jego twarz... Jego twarz posiadała pewną skazę, a mianowicie niesymetrycznie zbudowane oczy – zapewne efekt eksperymentów... no tych gości z kosmosu: czarnych, różowych, zielonych ludzikówa. Łypnąłem jeszcze dalej i jeszcze bardziej na lewo, a tam... no masz ci los... Niesymetryczny! O Boże!!! Aż mnie normalnie zmroziło i ciarki zaczęły chodzić mi po obszarze grzbietowym tylnym. Bardziej na lewo już nie spoglądałem. Nie miałem odwagi. Bałem się zmowy dziwnookich ze sto piętnaście, którzy – chyba robiąc mi na złość – usiedli jeden przy drugim, jeden obok drugiego. Straszne to! To niby taka nielicząca się bagatelka, o której nie warto nawet wspominać, lecz cóż ja na to poradzę, że mam pamięć do detali i detalami żywię się. I pomyśleć, że zaczęło się od zwykłej rymowanki, od prowincjonalnej, pospolitej polskiej mućki.
Porcja Beskidów
Moje Beskidy, niczym dziecięce puzzle, rozsypują się tu i tam i tak trudno jest je odnaleźć, złączyć w jedną całość. Odkryłem dziś w Górkach coś naprawdę interesującego. Przeszedłem trasę, której nie znałem, ha, ja nie znałem! Naprawdę trudno jest mi w to uwierzyć. Do tej pory sądziłem, że przemierzyłem każdy metr wsi, w której mieszkam. I nagle okazało się, że się myliłem. Przypomniałem sobie przy okazji fakt, iż tę dzisiejszą drogę raz już pokonałem, zaraz po tym, jak parę lat temu wprowadziłem się do Górek Wielkich. Zaliczyłem ją wtedy z kolegą, z którym nadal się kumpluję. Czyżbym odkrył jakiś Wspomnień Szlak? Może?
Najpierw szedłem trawersem myśliwskim, który do niedawna wydawał mi się ślepą ścieżką i wiódł do polanki, o której wiedziałem tyle tylko, że jest, że istnieje. Hm, bardzo ciekawa historia z tą polanką, muszę wyznać. Przez dłuższy czas nie potrafiłem powtórnie za Chiny na nią trafić, a dziś się udało. To niesłychane! Trawers doprowadził ostatecznie do zupełnie egzotycznej części miejscowości. Jakież to dziwne znaleźć się tak nagle i niespodziewanie w zupełnie innym świecie!
Z początku wałęsałem się po lesie, dopiero potem pojawiły się pierwsze stare domostwa o sypiącym się, zszarzałym tynku, o których można by było powiedzieć, że są biedne, że prezentują się mizernie. Szedłem i zastanawiałem się, kto mieszka w starych, opuszczonych – na pierwszy rzut oka – chałupach. Kim są tubylcy? Zbieraczami runa? Przybyszami z przeszłości, z pradziejów? Bezwstydnymi dzikusami? Dlaczego na Boga w oknach ich domostw żarzą się krwistoczerwone lampiony? I czy nie powinienem się już może czegoś obawiać? Dlaczego u licha w powietrzu unosi się zapach juchy zaszlachtowanych – dałbym głowę, że czarnych – kogutów?
W jednej z chałup duchy siedziały przy stole i grały w karty, w drugim – podejrzałem przez okno – kanibale rozwalili się przed starodawnym teleodbiornikiem. Wcinali płaty soczystego mięsa, dudląc bimber prosto z gwinta. Ech, ten miejscowy folklor, folk-horror!
Ile jest Beskidów w Beskidach? Dziesięć procent, trzy, a może tylko dwa? Beskidy to klimat, który ginie w cywilizacji mozaikowej, gdzie nowe miesza się ze starym, piękne z brzydkim, biedne z bogatym, tradycyjne z nowoczesnym, niepowtarzalne z tym, co szablonowe, ludowe z napływowym, swojskie z obcym. A ta szczególna atmosfera? Czymże ona jest? Wydaje się, że klimat tutejszy tworzą starzy ludzie, stare drzewa i stare domy.
Tak więc z początku brnąłem w swoisty ekstrakt góralsko-ludowy, w polskość, słowiańskość, w południce, chochliki i chochoły. Potem gdy skończył się las, minąć mogłem wrota miejscowości, stare zabudowania minąć mogłem i przejść przez góreckie gospodarskie opłotki. I tak wdepnąłem w śmierdzącą kupę nowoczesności i nijakość, a wycieczka dobiegła nagle końca. Kanibale mnie dorwali? Gonili, ścigali, aż wreszcie capnęli i bęc? Nic podobnego! Ech, te wredne bestie! Ech, ci paskudni krewcy ludożercy! To dzięki nim właśnie mam teraz o czym pisać.
Co dziś zapamiętałem? Hm, dwie, może trzy drewniane chatki ze stromymi dachami krytymi strzechą, tych parę limb gdzieś na zakręcie ścieżyny, którą szedłem, tę kapliczkę na rozstaju wijącej się uroczo dróżki, ten pofałdowany teren, te zdziczałe sady, parę tych tarasów widokowych, na których kiedyś znajdował się jakiś być może ogród albo jakieś poletko. Zapamiętałem zabudowę kaskadową, ślepe wjazdy na tarasiki widokowe, upstrzone drzewami i chaszczami, które potęgują wrażenie głębi, intymności, swojskości. Wryły się w pamięć stare drzewka owocowe z kropelkami wody na poskręcanych jak garbate staruszki gałązkach. Weszła do głowy, wpłynęła, wślizgnęła się mgła – mgła jako widomy znak tego, że las i łąka oddychają i żyją sobie. Weszły drabinki, oparte o ściany szop niczym łęki przyporowe o mury średniowiecznych katedr... Wlazł wysoki na metr albo dwa kamienny pas w miejscu podmurówki – element bardzo starego murowanego domu góreckiego. Do tego wparowała mi jeszcze do łba samotna limba rosnąca na krańcu wąwozu, na krańcu świata. Utrwalić się dały różne oblicza ciszy, co w uszy grzmoci i trzaska po twarzy, pac, pac, wiele ciszy inkarnacji i wcieleń, bo zimą w lesie jest wyjątkowo cichutko tak, spokojnie tak. Wreszcie na sam koniec zarejestrowało się beznadziejną szarówkę, błoto i mokry topiący się śnieg, mgłę i grudniową abnegację kolorów, brak konturów i mnóstwo zapomnianych zakamarków, które urzekają właśnie tym, że zostały zapomniane i nikt o nich już nie myśli, nie zajmuje się nimi, nie dba o nie. Ech, moje Beskidy rozsypują się jak te puzzle i tak trudno jest je złożyć w jakąś koherentną prajednię.
Obywatele i obywatelki Glinki
Kiedy razu pewnego wędruję z Glinki do Soblówki, przytrafia mi się taka oto historia. Jest późne popołudnie, dzień letni cudowny, a ja idę. Idę, idę. Już któryś dzień z rzędu bujam się jak górska bujanka albo inny polno-leśny owad. Szczególne światło. Widzę i podziwiam. W pewnym momencie łowię dalekie dźwięki. Wspaniałe! Dopadają mnie fale eteru i uświadamiam sobie, że tak właśnie gra przenośne małe radyjko. Stary przebój z lat osiemdziesiątych dobywa się z niewidocznego głośnika i podbija mój umysł. Epifanicznie! I wtedy mnie wessało, wchłonęło, połknęło. Boże, jak dziwnie rozbrzmiewa, szumi niczym strumyk szlagier znany mi bez wątpienia niby „Mazurki” Chopina, który dziś prezentuje się mniej zwyczajnie, bardzo w każdym razie nadzwyczajnie. Uświadamiam sobie nagle, że wśród tych starych domostw i butwiejących z wolna opłotków (z gęstą, intymną otuliną przydomowej i ogrodowej roślinności, kwitnącej albo owocującej) wszystko jest bardziej swojskie i kolorowe.
I nagle radyjko zaczyna potwornie charczeć, po czym rozlega się transmisja znanej chyba wszystkim Polakom generalskiej przemowy. Padają znamienne i groźne słowa, których nie będę tu cytował. Rozglądam się wkoło i oczom nie wierzę. Stary dom, który stał jeszcze przed chwilą, nie jest – jak się okazuje – wcale aż taki stary, teraz wszystko zdaje się być jakieś inne, bardziej świeże, no a w każdym razie mniej wiekowe, wszystko jakby przeniesione żywcem z innej epoki. I drzew chyba przybyło w sadzie oraz innej roślinności. Doprawdy nie pojmuję, nic a nic nie pojmuję.
Po minucie znów sprzęt charczy, charczy tak, że łapię się za głowę, chwytam za uszy, a potem jeszcze za serce. I znów płynie ten sam słoneczny hicior z ubiegłego stulecia, jak gdyby nic się nie stało. Wszystko wraca do normy, do tej lepszej Polski. I ja udaję się w dalszą drogę z Glinki do Soblówki bogatszy o ciekawe doświadczenie.
Do Soli pójdę ja, do Soli
Szedłem raz z Adamem długą stromą dróżką pod górkę. Już trzeci dzień z rzędu tak się wałęsaliśmy, dając upust zewowi letniej przygody. Wieś sielska żywiecka za nami, a my na krańcu świata, na rozstaju, na niewielkim granicznym trójstyku, gdzieś zupełnie poza uczęszczanymi szlakami.
Mijamy głęboki wąwóz gliniasty, prawie żleb, porośnięty wonnym chwastem i czymś kłującym. A przed nami jedna wielka niewiadoma. Od razu pojawia się pytanie, co znajduje się o tam? Pewno jakiś groń. Słowików, Burów, Soblański? Nie wiemy. To ma być niespodzianka, jak zresztą wszystko tutaj. Całe życie człowiecze jest niespodzianką.
Skręcamy w lewo i zdobywamy niewysoki szczyt, który wyrasta na jakieś siedemset metrów ponad poziom mórz i oceanów. Nasze rozgrzane, odsłonięte plecy i karki oraz odwodnione ciała wślizgują się w wieczny cień, co traktujemy jako błogosławieństwo. Poskręcane pnącza otuliny starego zagajnika tworzą coś na wzór uroczystego baldachimu, a na stokach znajdują się bezkresne łąki i bezpańskie sady. Może tak wygląda raj, może tak prezentuje się największy, najdzikszy i najbujniejszy ogród Matki Natury? Jeśli gdzieś jeszcze w Polsce znajduje się najprawdziwszy pogański pomnik przyrody, to z całą pewnością odnajdziemy go właśnie w Soli. Energia bijąca z trzewi tych ziem jest wprost magiczna. Wyobrażam sobie, że na Słowików przychodziły wiedźmy czynić i odczyniać uroki, że lgnęły do Gronia młode dziewice, by wywróżyć świetlaną przyszłość u boku kochanka, że pielgrzymowały doń stare babki w chustach na głowach i o laskach, by zmówić ostatni pacierz przed śmiercią. Jeśli gdzieś kiedyś odbywały się zloty czarownic, to z całą pewnością właśnie tutaj, pośród tych nagich, odsłoniętych korzeni drzew i krzewów. Na Groniu czuje się obecność wielu różnych dusz, choć miejsce nie należy do nawiedzonych. Widać, że myśli ludzkie się na nim skupiają i wkoło niego kręcą.
Idziemy dalej, posuwamy się, płyniemy, żeglujemy po soczyście zielonych morzach i oceanach. Żegnamy Słowików, a witamy Burów. Groń za groniem odchodzi, Groń za groniem przychodzi. Jakaś para tubylcza prosi, ażebyśmy nie ruszali grzybka, który odłożyli sobie na potem. Mówią, że go rezerwują i że jak będą tędy wracali, to go na pewno capną, do domu zabiorą, ugotują albo usmażą. Żegnamy się, zdróweczka życząc, i znów idziemy, fruniemy, suniemy, galopujemy.
Przed nami na prawo otwiera się zalana ostrym światłem polana – jakże typowy na tych ziemiach spłacheć pod wypas owiec, coś takiego jak bieszczadzka połonina. Siadamy w słońcu tym naszym zakochani, choć pewno wolelibyśmy przycupnąć sobie gdzieś w cieniu. Robimy przerwę na posiłek. Krótką. Podziwiamy widoki. Kopki siana wetkniętego w ucięty i obrobiony kawał świerku – rolnicza sprawa. Wyglądają niczym tańcujące obertasa chochoły. Jest to tradycyjna ostew, zwana u nas na Śląsku Cieszyńskim łorstwią. Tylko patrzeć, jak spod ziemi wypełzną krasnoludki i małe rogate czarty. Ta pogańskość tutejsza nie jest bezbożna ani nawet antychrześcijańska. Jest po prostu ultrapolska.
Na otwartych grądach czujemy się jak pielgrzymujący Karol Wojtyła za młodu, zwłaszcza, że znajduje się niedaleko krzyż oraz Szlak Papiesko-Loretański. Może cofniemy się w czasie i go tak znienacka spotkamy? Co by to było, gdybyśmy na niego wpadli, porozmawiali z nim i razem wspólnie się pomodlili? Jaka by to była dla nas radość, a jaka nauka? A może przy okazji nadzialibyśmy się na innego jeszcze wędrownego wieszcza, włóczykija albo wiejskiego filozofa? Ależby to było doświadczenie natknąć się na postaci z legend, baśni i podań ludowych!
I znów mijamy głęboki wąwóz gliniasty, prawie żleb, porośnięty wonnym chwastem i czymś kłującym. Skręcamy w lewo i ponownie zdobywamy niewysoki szczyt, który wyrasta na jakieś siedemset metrów nad poziom morza. Nasze rozgrzane, odsłonięte plecy i karki wślizgują się teraz w wieczną mgłę, która znienacka nas otacza i zdaje się osaczać. Poskręcane pnącza otuliny starego zagajnika tworzą tu coś na wzór uroczystego baldachimu, a na stokach znajdują się bezkresne łąki i bezpańskie sady, te same, które już raz dziś mijaliśmy. Ach, nieee! Czyżbyśmy się zapętlili? Czyżbyśmy się w czasie zagubili i zatracili w tej pielgrzymce już zupełnie?
Przecieramy oczy, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. I świat się na powrót robi normalny, to znaczy nie tyle zwyczajny, co piękny, kolorowy, świetlisty.
O! A teraz jedzonko. Obiadek w cieniu drzew i krzewów oznacza towarzystwo trzech os. Trzech, powiadam. Ich atak jest nagły, ale nieszkodliwy. I pomyśleć, że zaczynało już być tak miluśko.
No a potem jeszcze burza na środku wzgórza, tam gdzie iglasty las murem z jednej strony stoi i się na nas patrzy. Wczoraj, najdalej przedwczoraj musiało być tu bycze ognicho, bo nadal czuć ów charakterystyczny swąd. Tymczasem przed Oźną gubimy drogę, lecz nie na długo, bo na szczęście słyszymy znajomy hałas i, przeprawiając się przez kolczaste chaszcze, kierujemy się w stronę, skąd dochodzi jęk motorynki daleki. I znów jest dobrze. I już mkniemy, żeglujemy, suniemy jak te baranki po modrym niebie.
Adaś próbuje zrozumieć tajemnice Drogi Krzyżowej. Niesporo mu idzie, albowiem reprezentuje umysł sceptyczny, wobec religii wrogo nastrojony. Jest mowa o jakimś szczycie z kapliczką, o tym, gdzie ów szczyt się znajduje i co to za kapliczka. Taki już jest ciekawski ten mój koleżka Adaś, że wszystko od razu chce wiedzieć, każdy zakamarek i połać ziemi znać.
I teraz... już prawie u podnóża, a na skraju lasu. Kolejna przerwa równa się kolejna stacja Drogi Krzyżowej Chrystusowej. Adaś idzie za potrzebą, ja daję odsapnąć nogom. Rozmyślam, bowiem czas to szczególny: Matki Boskiej Zielnej. Końcówka lata – tych kilka wyjątkowo upalnych dni, a wszystko dokoła bzyczy, chroboce i ćwierka. Pełnia sezonu. Jest to ta jego część, kiedy lato ma już z górki. Ja się na tym znam, na tej dojrzałości sierpnia się znam. Mam z tej źrałości sierpnia wszystkie doktoraty i habilitacje. Cóż więcej można powiedzieć prócz tego, że znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Ot, złoty czas na Złotym Groniu i nic więcej!
Dochodzimy do Soli. Droga licha nas wprowadza oraz mnóstwo, mnóstwo starych chałup. Właśnie tak wygląda wiejskie życie w pełnej krasie. Pięknie wygląda, pięknie!
A teraz uwaga! Inny czas, inny raz, a ja znów wędruję sobie, lecz tym razem bez Adasia. O, gospodarstwo pod Oźną. Letnicy siedzą na ganeczku. Pozdrawiamy się. Dwa kroki niżej – strumyk z korytem na wodę dla bydlątek. Myję się, opłukuję z pyłu i kurzu. Chrzczę się, zmieniam wiarę na żywiecką, nawracam na dawną staropolską bakchiczność, słuchając w wyobraźni „Kaprysu Polskiego” Grażyny Bacewicz. Wyczuwam delikatną słowiańską nutę lat sześćdziesiątych – nie wiem, skąd się ona bierze? – po trosze „Skaldów”, po trosze Artura Malawskiego. Co za kanikularność wszechmocna, zalew kanikularności! Brakuje jeszcze tylko rozśpiewanych harcerzy na szlaku, przeniesionych w czasie z przeszłości, i spękanych asfaltowych łąk nastrojowych miasteczek z całą postpeerelowską, małomiasteczkową infrastrukturą... z klombami, fontannami, muszlami koncertowymi i huśtawkami.
Od tamtej pory zawsze powracam do Soli i Rycerki, nieważne, czy to deszcz, czy to mgła opada. Magiczną datę wyznacza dzień Matki Boskiej Zielnej, ukazując koncyliacyjne podejście do tego, co organicznie lechickie. Polskie, choć zarazem: po części pogańskie, po części chrześcijańskie. I tak to właśnie jest, tak to właśnie jest.
Wyznania pedanta
Siódma dwadzieścia. Oglądam „Saunę” z dwa tysiące ósmego. Dobry film, który zawiera... umm, traktat filozoficzny to może za dużo powiedziane… który zawiera rozważania na temat brudu, syfu, ekskrementów, kurzu, pyłu, szlamu i błocka. Szlachetny homo sapiens jest właśnie takim brudem, prochem sypiącym się, kłębkiem włosków porozrzucanych po podłodze, kupką naskórka łuszczącego się i gromadzącego na dywanie, którą należy wrzucić do śmieci albo odkurzyć, a nie jest to wcale takie łatwe z rana i wieczora, bo czasu wciąż za mało i trzeba się zawsze gdzieś spieszyć, a człowiek już i tak na dzień dobry jest spóźniony. Trzeba się spieszyć do pracy, szkoły, kościoła, na pogrzeb, wesele i jogging. Tu włosek, tam włosek, olaboga!
Punkt ósma. O tej godzinie chodzę na kolanach i zbieram wszystko z podłogi, każdy okruszek, wykonując znany powszechnie gest pedanta z zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym. Naokoło jest tyle kurzu, błota i syfu innego rodzaju, a tu – no masz ci los – jeszcze ten człowiek ze swoim własnym brudem i potem dochodzi, który to człowiek sam jest sypiącym się z wolna odpadem, rozkładem, próchnieniem, śmierdzeniem, ropieniem, starzeniem się i smarkaniem bezustannym... chrzanieniem się z samym sobą. Być brudnym albo żyć w brudzie – o, to jeszcze pół biedy! Gorzej, jeśli jest się przy tym pedantem, a przecież jakoś wytrwać pośród śmiecących braci śmiertelników trzeba, zanim się pójdzie – powiedzmy – do Nieba. Mam nadzieję, że elektroluks tam mają. Ale jak tu wytrwać? No jak?! – się pytam.
Ósma zero dwie. Podnoszę z podłogi dwa długie włosy, bo jestem świrem!
Ósma sześć. Znalazłem jeszcze jeden na dywanie i teraz widzę, że muszę szybko odkurzyć pokój, a najlepiej cały dom, przyciąć trawnik w ogródku i wynieść śmieci na zewnątrz. Muszę, bo jestem szajbusem! A las? Ssssss! Teraz będzie o lesie – mój ty Boże – o borze, w którym wypoczywam. To mój ulubiony, wylizany jęzorem ustęp, czyli akapit. I teraz będzie najlepsze! Mój las jest czysty, samoregulujący się, samosprzątający, samoporządkujący. Nie potrzeba mu odkurzacza. Jest świątynią nieskazitelności, moim azylem, ideałem pozbawionym całego tego brudu: włosów gromadzących się w wannie, kawałeczków naskórka, poucinanych paznokci, śladów pianki pozostałych po goleniu, tłustych plam na lustrze w salonie i plam w ogóle... w kuchni, korytarzyku, na ścianie i dywanie, bo w lesie zwyczajnie nie ma miejsca dla syfu, ekskrementów, kurzu, pyłu, szlamu i błota zwanego zdrobniale i nie wiadomo dlaczego błotkiem. E, szkoda gadać! Lepiej brać się do roboty i wyczyścić ten tekst z baboli, wad rozmaitych, niechlujnych sformułowań, niezdarnych wyrażeń, topornych określeń (takich, że fuj)!
Poszukiwany ideał: szukam brzydkiej i bezzębnej
Ja – wybredny, wymagający, marudny, wiecznie niezadowolony, kręcący nosem i łbem mąż średniowieczny, a dokładniej czterdziestoletni – mam dość bycia singlem. A jednak wciąż poszukuję tej jednej jedynej wpisującej się w jednoznacznie określony i zdefiniowany, estetycznie spójny, koherentny, perfekcyjny w swojej klasie ideał. Biorę wszystko albo nic.
Nawiasem mówiąc, nie wiem, skąd to mylące określenie: brzydka albo piękna płeć? Przecież ślubuje się miłość aż po grób, a na chwilę przed śmiercią istnieje już tak naprawdę tylko jedna: starcza płeć.
Szukam więc chodzącego albo jeżdżącego na wózku inwalidzkim ideału. Przez całe życie, poczynając od okresu szarpania koleżanek za włosy aż po dzień szarpania się z życiem jako dorosły. Może nie istnieje, nie występuje w przyrodzie, w warunkach naturalnych, miejskich, wiejskich, polnych, leśnych, pustynnych? Nie wiem. I jak powiedziałem, biorę wszystko albo nic. Same piegi, pryszcze, kurzajki, platfus, ślepota, głuchota, popsute zęby mnie nie zadowolą. Ideał piękna bądź szpetności musi mieć wszystkie cechy ideału, wszystkie jednocześnie, a nie tylko te wybrane. Czemu to takie ważne?
Po pierwsze dlatego, że połowicą swą nie zamierzam się z nikim dzielić. Pięknej inaczej żony i tak nikt nie chce i nie trzeba się przejmować listonoszem, dostawcą pizzy ani panem od przepychania rur.
Ponadto białogłowa nie brzydnie, jeśli już to może ewentualnie wyślicznieć, wylizać się, odnowić biologicznie, aerodynamicznie, aerobicznie.
Wreszcie po trzecie: jeśli miłość ma być naprawdę szczera i głęboka, to niechaj będzie i ślepa, odporna na wdzięki, na urokliwość powłoki cielesnej. Niechaj brzydulka wie, za co się ją kocha, bo nie za wygląd przecież.
Nawiasem mówiąc, dobra żona powinna być też uboga, bowiem miłość to uczucie szczere i bezinteresowne, odporne na magnetyzm mamony. Niechaj paskuda – mego serca wybranka – będzie więc do bólu biedna i stara – starsza ode mnie, bo wiek nie ma znaczenia… ani geografia, ani przynależność klasowa czy zawodowa.
Ech, ten ideał, jak trudno go znaleźć! Czasem się zastanawiam, czy warto w ogóle szukać?
A teraz z innej beczki. Dlaczego do tej pory jeszcze się nie ochajtałem? Czy są powody? No pewnie! Żyjemy przecież w świecie przyczyn i skutków, czynów i ich konsekwencji, żyjemy w świecie ludzi dorosłych. A więc po kolei.
Kobieta się posuwa wiekiem, a posuwając… ”wężykiem, wężykiem”. Mężczyzna się starzeje i szpetnieje. Rośnie mu mięsień piwny, natomiast kobiece piersi stale się wydłużają, aż w końcu stają się rozciągliwe jak guma, smukłe, wiotkie, cienkie, no po prostu obwisłe. O rzeczach oklapłych i opadłych długo by opowiadać, ale to jest szort, więc idźmy dalej.
Kobieta dużo mówi i wiele wymaga, dużo za dużo. A może ktoś po prostu woli samotność i ciszę? Może pozwala mu ta samotność skupić myśli, wejść w głąb siebie, we własny świat albo w światy równoległe?
Trzeba mieć czas i pieniądze na kobiety, a to oznacza brak środków na spełnianie własnych zachcianek, samorealizację, penetrację przyrody ożywionej i nieożywionej, jaskiń, mórz, oceanów, sklepów wędkarskich. No z czegoś należy zrezygnować. Hm, łatwo powiedzieć. A dla kogo? No jak to? Dla niej. Nie wolno się upijać i spotykać z kumplami ani innymi babkami.
A czy może nas dopaść nuda w związku? Ano może. I co wtedy? Wtedy klops! Może też być aż za bardzo ciekawie. Podpaski na wersalce, majtaski na podłodze, stringaski na żyrandolu, kłaczki włosów w pralce i lodówce z całą pewnością dodadzą pikanterii każdemu związkowi, obojętne czy na krótszą, czy na dłuższą metę.
Ale, ale… już na samym początku przecież jest niełatwo dobrać się w parę, stworzyć duet. Poza tym społeczeństwo tworzy tyle różnych, różnistych nakazów i zakazów. Ale jeśli czegoś robić nie trzeba, to nie trzeba i już, na przykład żenić się nie trzeba i ja z tego przywileju korzystam na całego.
Świat się zmienia (hm, truizm), a ja wraz z nim. Za kilka lat stanę się zupełnie innym człowiekiem, nie tym, którego pokochała, o ile w ogóle pokochała.
On i ona zaliczają mijanki, wciąż się mijają, bo kiedy jemu się chce, jej jeszcze nie, a potem jest odwrotnie: facet gubi gdzieś po drodze swój temperament, podczas kiedy jej (pięknej czterdziestoletniej) libido szczytuje, uje, uje, uje! A skąd, no skąd u licha mam wiedzieć, czy mi się panna widzi: dziś, jutro, zawsze?
Ona i on oznaczają dzieci, a dzieci to problemy i zarwane noce. Boli niepewność jutra, gdyż nie wie się, w jakim świecie przyjdzie żyć naszym dzieciom i wnuczkom. Kolorowo na pewno nie będzie, choć tęczowo już jest, na przykład w takiej Warszawie. Ponadto naszym potomkom grozi przeludnienie, co oznacza nieprzerwaną walkę o kurczące się zasoby. Z jednej strony mainstream głosi, że zgubny niż demograficzny oznacza upadek systemu emerytalnego, a z drugiej – zwraca uwagę na zrównoważony rozwój. To w końcu jak to jest: stawiamy na życie i rozpasanie czy zwijamy majdan i samoograniczamy się z dziecioróbstwem?
A zdrada? Co z nią? Już sama możliwość zdrady odpycha, odstrasza, zniechęca, przytłacza, bije po dupie, po mordzie, pac, pac, „a masz, a masz”, mówi.
A zrażenie się, nabranie do kogoś niechęci? Jak na Boga potem żyć z daną osobą, do której się jest zniechęconym, źle nastawionym, nastrojonym?
A rodzicielka i jej nadopiekuńczość sama nie wystarczy? Matka maminsynka albo krzykliwa siostrunia to za mało? Musi być jeszcze ta druga matka? Albo drugi ojciec – w zależności, z której pozycji spoglądamy: czy żony, czy męża, kobiety czy faceta?
To obcy element ma mi się kręcić po domu? Ma w nim roztaczać swój zapach, aurę, która nie jest moja? No jakże to?
Już teraz mam mało czasu. Co by było, gdybym go miał jeszcze mniej? A co z utraconą wolnością? Przecież najbardziej boli to, czego już nie ma. Co z samotnymi wieczorami, czasem na relaks, piłkę, film i męskie czytadła? Nie zniósłbym gwałcenia ciszy wiecznym gadulstwem.
Szkoła nauczyła mnie kiedyś nie być nadgorliwym, wykonywać zadania od linijki do linijki, życie kazało mi wchodzić w coś głębiej tylko wtedy, kiedy naprawdę jest ku temu dobry powód, taki, jak na przykład pasja. A przecież życie w związku jest jakąś formą nadaktywności, to nic innego, jak dokładanie cegiełki do opresyjnego tworu zwanego społeczeństwem.
Skoro uroda się nie liczy, bo przecież miłość to uczucie ślepe, to już wolałbym ożenić się z kumplem, którego poznałem w górach. Przynajmniej byłoby jajcarsko. Nie to, żebym był gej oliwny i żeliwny, co to to nie, ale Adasia z Krakowa przynajmniej lubię i nie muszę się tego lubienia uczyć od podstaw. Zresztą po iluś tam przeprowadzkach, straciłem już zapał i energię do kontaktów i przyjaźni nawiązywania i stałem się nietowarzyskim typem.
Ach, ta miłość! Po cóż nam ona?! Mimo wszystko odsłaniam się ze swym brakiem i piszę to trochę dziwne, pokręcone tu i tam ogłoszenie matrymonialne. No i tyle, drogie motyle!
Jak spędziłem koniec dziadka
Umarł dziadziuś – żywa historia, legenda rodziny. Dziewięćdziesiąt jeden lat! Piękny wiek. Pamiętam, co robiłem, gdy zadzwonił telefon z Baborowa z depeesu. Odszedł i już. Dlatego czuję się bardziej aniżeli miesiąc czy dwa temu obco. Z czego to wyobcowanie wynika? Czemu czuję się nieswojo wszędzie: w rodzinnej miejscowości, ulubionych górach, a nawet domowych pieleszach?
Pewnie dlatego, że Racławice, które były moim pierwszym gniazdkiem, zmieniły się nie do poznania w cmentarzysko bliskich, a inne miejsca są bez znaczenia i bez sensu. W związku z tym mogę być tu, tam albo nigdzie, robić to albo tamto – jest to w zasadzie nieistotne. Zobojętniałem zupełnie. Nie ma już ukochanych Racławic z dzieciństwa, i tylko to się liczy. Cudowny świat zniknął bezpowrotnie. Wiek niewinności dobiegł końca.
Dziadek opuścił nas w maju. To wyjątkowy miesiąc, niedobry na umieranie, zresztą który jest dobry? Czemu uważam, że jest zły? Cóż… końcówka maja oznacza nadzieję. Jest to czas, kiedy w sadzie nie ma jeszcze owoców, ale zapachu kwitnących drzewek już nie ma, no a w każdym razie ja ich nie czuję.
A dziś jest ten szczególny dzień, kiedy ulegam przedziwnej magii dat i cofam się w czasie. Chłopcy z Etonu – szkoły, w której pracuję – mają po naście lat. Akurat tyle miał w latach czterdziestych dziadek, który żył w zupełnie innym świecie, dawno, dawno temu. Miał tyle lat, ile ja mam obecnie dokładnie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku, ale był inny niż ja, bardziej dojrzały. Miał piękne wąsy i silny charakter. I rodzinę na utrzymaniu. A był wynalazcą tajemniczym i na swój sposób wielkim. Nie to, co niespełniony inżynier i domorosły artysta, piszący te słowa. Dlaczego czuję, że nigdy mu nie dorównam, tak jak nigdy nie dorównam Strawińskiemu albo Mozartowi? Dlaczego? Pytam tak sobie zwyczajnie. Pytać każdy może.
A zatem przesuwam się na linii życia o jedno oczko. Wraz z tym oczkiem zbliżam się powolutku do miejsca, które kiedyś zajmował dziadziuś. Starsza w rodzinie jest tylko matka. Kolejny po matce jestem ja, a – jak wiadomo – nic nie trwa wiecznie.
Chciałbym jeszcze napisać coś o ludziach mi współczesnych, nim sam stanę się wspomnieniem. Należy zauważyć, że obecnie żyją na świecie inni ludzie, o innej wrażliwości, którzy posługują się bardzo brutalnym, ulicznym, a także korporacyjnym językiem. Utylitaryzm antarktyczny górą! Trudno zrozumieć tę zimną nowomowę. Co by powiedział dziadziuś, gdyby przyszło mu żyć i zarabiać na chleb w dzisiejszych czasach?
I wreszcie na sam koniec już taka malutka niespodzianka. Otóż dziadek pozostawił w spadku maszynę do przewidywania dat śmierci. Brzmi znajomo? Nie wiem, czy chcę mieć takowe urządzenie, ale nomen omen mam. Trzy miesiące w pobliżu daty urodzin danego delikwenta – a to się zawsze sprawdza – plus dokładny rok, który maszyna z siebie „wypluwa”. Niestety nie posiadam do niej instrukcji, a wszystkie stare szpargały – wiersze, szkice, wynalazki i święte obrazki z Brzeżan – wyrzuciłem na śmieci, czego teraz z perspektywy czasu żałuję.
Od śmierci tej bliskiej memu sercu osoby – a mamy Bogu dzięki sierpień – postanowiłem więcej się nie spieszyć, nie spieszyć się z niczym, a już na pewno nie z porządkowaniem rodzinnych pamiątek. Niech pozostaną pamiątkami i instrukcjami do innych światów albo wymiarów. Zdążyć to się zawsze zdąży, wiadomo. Na ostatni pociąg nie spóźnimy się, nim kto inny zrobi „porządek” z naszymi rzeczami.
Na stricie
Ludzie dzielą się na dwie kategorie: tych niespełnionych i tych spełnionych. Spełnionych, choć podobno w życiu szczęśliwe są tylko chwile. Najbardziej szczęśliwi są ci, co stoją przed przejściem dla pieszych i czekają na zmianę świateł. Wreszcie kiedy pojawia się zielone, przechodzą. A wtedy przez ułamek sekundy są zadowoleni, gdyż widzą, eureka, co robić. Iść naprzód! On tego nie wiedział. I to był jego problem. Smutne. Lecz teraz postanowił to raz na zawsze zmienić.
Zdecydował, że będzie twardy, że codziennie będzie chodził na ulicę grać i zbierać grosze do futerału, bo co mu pozostało? Wiedział, że nie jest jakimś wybitnym wirtuozem i że, aby opłacić prawykonanie własnych kompozycji skrzypcowych, sam musi najpierw zarobić, a zarabiać umiał tylko na muzyce, choć nie czuł się z tym dobrze, bo ulica rządziła się swoimi prawami i raz było upalnie, innym znów razem padał deszcz albo sypał śnieg, a on musiał zdać się na łaskę i niełaskę przechodniów, którzy go brali za żebraka i ignorowali.
Któregoś razu, kiedy szedł jak zwykle chałturzyć, bo jak to inaczej nazwać, spotkał przypadkowo swojego dawnego mistrza, który się pomarszczył i zmienił nie do poznania, tak bardzo, że go nie poznał. A ten go spontanicznie zaczepił, widząc pokrowiec na instrument:
– Gawarisz pa ruski?
– Ja-Paliak, nie żaden Ruski ani żaden Ukrainiec.
– Grasz na Moście Tumskim, tak? – dopytywał zaciekawiony belfer; ludzie z natury są ciekawscy, wiadomo.
– Ano gram. – Pokiwał twierdząco.
– A co grasz? – kontynuował profesor. – Klasykę, rozrywkę, a może jazz?
– Klasykę. Chodziłem kiedyś do szkoły muzycznej drugiego stopnia.
– We Wrocławiu? – spytał nauczyciel.
– We Wrocławiu – odpowiedział grajek. – Znałem różnych ludzi ze środowiska muzycznego, na przykład profesora Szufłata, profesora Dzięcielskiego... no tego z orkiestry Leopoldinum.
– Ha! Dzięcielski to ja.
– Naprawdę? – Spytał odruchowo, ale nie przyznał się, że kiedyś go znał. – No to musimy mieć wielu wspólnych znajomych, wie pan? Ma pan na pewno synów, których ja muszę kojarzyć jeszcze z lat szkolnych?
– Ano mam. Chłopców. Żyją. Jak ty się nazywasz? Pozdrowię ich od ciebie.
– Maciej. Proszę przekazać pozdrowienia od Macieja.
– A wierzysz ty, Maciuś, w Boga? Myślę, że wierzysz, wyglądasz na takiego, co wierzy. A masz ty może żonę? Nie masz? To musisz koniecznie pomodlić się do świętego Józefa. On ci pomoże. – Rozmowa schodziła na tematy religijne.
Nim grajek się pożegnał, dostał namiary na sympatycznego skądinąd maestro, do którego mógł dzwonić o każdej porze dnia i nocy, a tak się złożyło, że miał doń od teraz jedną maluśką sprawę. Chciał mianowicie, by ten wykonał jego muzykę. Chciał go o to prosić, ale nie wiedział, ile to będzie kosztowało, a żałował swoich ciężko zarobionych na stricie pieniędzy. Może jak zarobi więcej, to się zdecyduje na nagrania i zatelefonuje do maestro – rozmyślał. Póki co wolał o nic nie pytać. Uf, nielekko jest być grajkiem, a do tego człowiekiem... oszczędnym! Koniec końców postanowił, że kolnie za miesiąc. Tak, miesiąc mu z całą pewnością wystarczy na zebranie odpowiedniej sumki.
Niektórzy ludzie to mają jednak szczęście, są w stu procentach spełnieni – myślał i ta myśl dawała mu nadzieję, że on także tak potrafi, że coś potrafi. Na przykład taki gitarzysta zespołu „Roxette”. Nie dość, że genialny z niego rockman, to jeszcze jazzman po godzinach. Albo Lech Janerka – z naszego rodzimego podwórka człowiek. Toż to gwiazda niejednego hiciora! Stworzyć jeden przebój – to już coś, ale skomponować ich wiele? Brak słów! Ech – wzdychał – żeby tak napisać jakiś szlagier w rodzaju „Il padrino”, który by wszyscy chętnie wykonywali. Albo żeby chociaż stać się członkiem dobrej kapeli, grać na syntezatorze albo innym instrumencie klawiszowym, robić „dymki” i chórki, improwizować i ogólnie sprawiać ludziom radość.
Na szczęście istniała – wiedział o tym, wiedział na pewno – alternatywna rzeczywistość, w której spełniają się wszystkie, nawet najbardziej skryte marzenia. A przejście do niej znajduje się niedaleko, bo na strychu, tak, na tym zatęchłym, ciemnym strychu. No więc gdzieś tam – myślał Maciej – żyje sobie grajek-sobowtór, który nie musi oszczędzać, nie rzępoli na stricie i jest spełniony, tak jak wspomniany już lider kapeli „Klaus Mitffoch”.
Po miesiącu zatelefonował do maestro i mu się przypomniał:
– Nie wiem, czy mnie pan pamięta? Rozmawialiśmy o Bogu i wierze, zachęcał mnie pan, bym pomodlił się do świętego Józefa. Pomodliłem się. Żony nie znalazłem. Nieudacznik ze mnie, nie ma co...
– A tak, pamiętam.
– Widzi pan, mam utwory do nagrania, które kiedyś tam dawno temu naskrobałem, i szukam w miarę taniego wykonawcy, ale nie wiem, czy będzie mnie na pana stać, jeśli zdecyduje się mi pan pomóc? Oto jest pytanie.
– Wiesz co, Maciuś? Nie mówię nie! Zadzwoń ty do mnie za miesiąc, to wtedy pogadamy, dobrze? – zakończył emerytowany nauczyciel i się wyłączył.
Musiał wykazać się cierpliwością, musiał czekać. To było proste. Myślenie o alternatywnej rzeczywistości dodawało mu skrzydeł i nastrajało optymistycznie. Niestety gdy minął miesiąc, postanowił, że jeszcze trochę poczeka i że nie będzie niepotrzebnie niepokoił nestora wiolinistyki. Ale potem zwlekał dalej. Mijały miesiąc za miesiącem, a on nie niepokoił Dzięcielskiego. W końcu miał więcej czasu na ciułanie tak potrzebnych mu teraz groszy.
Tak, tak, ludzie są spełnieni albo nie, choć i tak szczęśliwe są tylko chwile, jak w tej piosence. Najbardziej szczęśliwi są ci, co stoją przed przejściem dla pieszych i czekają na zmianę świateł. Warują i warują, aż wreszcie – gdy pojawia się upragnione zielone – przechodzą. A wtedy przez ułamek chwili zdają się być w końcu happy. Nareszcie widzą, co robić. Mają walić naprzód! Kroczyć niestrudzenie przez życie! On tego nie wiedział, w ogóle już nic nie wiedział. I to był jego główny problem, ten brak zdecydowania. Smutne, ale prawdziwe.
Chryszczata
Świerzowa, Chyrowa, Chryszczata, Szymbark, Magura Małastowska, Owczary – to nie są tylko puste, nic nie znaczące nazwy. Czytam o wypadach Karola Wojtyły z młodzieżą w Bieszczady i Beskid Niski. Boże, ależ oni wędrowali! Ulegam magii dawnych lat: pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Minione czasy, inna sceneria, wszystko inne. Inni ludzie – to ważne – których wśród nas w większości już nie ma. Jeżeli zmienia się obsada filmu lub jego nowszej wersji, to nie jest to już ten sam film, a życie jest takim jakby filmem.
Myślę obrazami. O, choćby tutaj. Jakaś stara, poczciwie wyglądająca babuleńka stojąca na progu rozpadającej się chatki i poprawiająca chustę oraz siwe włosy. Widzę ją we wszystkich tych Duszatynach i Prełukach.
Bukowsko, Wołtuszkowa, Tarnawka, Puławy, Bartne, Cergowa, Jeziorka Duszatyńskie, Prełuki, Duszatyn… Odczytuję z mapy kolejne nazwy, które brzmią obco i swojsko zarazem. To fascynujące – te nazwy, takie polskie. A może tylko trochę polskie? Może łemkowskie bardziej albo ukraińskie, kto wie? Zdają się dziwnie znajome i zaczynają ze mną grać w jakąś niekończącą się grę skojarzeń. Halicz wyzwala emocje, Komańcza też. I Baligród, i Wołosań, i nawet Tokarnia.
Czuję się wspaniale, jakbym od zera uczył się polskiego, mowy przodków, mowy ojca i matki, jakbym na nowo poznawał sens oraz znaczenie wyrazów i jakbym od samiusieńkiego początku życia nie robił nic innego, jak tylko szedł ku tym właśnie Jeziorkom Duszatyńskim, by w ich wodach przeżyć powtórnie Chrzest Polski i swój własny.
Ściana
Motto: "Gdy ujrzę chałupę omszałą w smugach deszczu, oślizgłą, brunatną, opłotek przy niej rozpadły, krzyż bez ramion ulewą ociekły, jakiś szmat drogi błotnej, wiodący po pustkowiu pewno nigdzie — wówczas myślę aż do bólu w piersiach, że to ja. Nie w przenośni żadnej, ale tak, po prostu, w pierwszej chwili". W. Berent
1.
Gościęcice – to mała miejscowość na Dolnym Śląsku, słynąca z alejek porosłych kasztanami jadalnymi, w której pod numerem sto dwudziestym znajduje się dom o niepospolitej, przykuwającej uwagę fakturze tynku i o barwie białoszarej, gryzącej się z surowością naszego polskiego klimatu. Dom, którego zewnętrzna ścina łaknie wonnych balsamów światła. Byłem tam raz zimą dwudziestego pierwszego. Chmury wisiały nad głową śniegowe i nie zamierzały odpuścić, kłócąc się z nieobecnym nigdzie słońcem. Ujrzawszy ów wzniesiony ręką niemieckich majstrów fenomen, uznałem, że przypomina mi moje dzieciństwo. I że takie oraz podobne widoczki były w naszej kochanej Racławii na porządku dziennym. A dziś dostrzegłem to cudo szaroburą porą i bodaj po raz pierwszy głośno zaprotestowałem na myśl o tak ohydnym dysonansie: sensorycznym, poznawczym, estetycznym.
2.
Moja piesza wycieczka do Krzelkowa. Niezapomniana! Po której miałem wielkie dla niej zachwycenia. Czerwony szlak niesie mnie ku Gromnikowi, a potem trochę dalej jeszcze. Po drodze mijam Gościęcice. Miejscowość zwiedzam. Wszędzie kasztany, pełno kasztanów! Możliwa uczta dla podniebienia, nie tylko dla oka. Mnisi je sprowadzili w średniowieczu, obsadzili alejki i tak już zostało. A pod numerem sto dwudziestym stoi dom, stary dom poniemiecki, z szarobiałym, omszałym murem, z malutkimi oknami u góry i z miejscem na święty posążek u zwieńczenia budynku. Podziwiam fakturę oraz wygląd tynku. Wyjątkowy! Wielka epifania! Jest piękny i wybitnie kojarzy mi się z błogostanem. Dzieciństwo?! Tylko aura jakaś trochę nie tego... Zima tu ewidentnie nie pasuje. Przydałoby się lato, słoneczko, żar leniwego popołudnia najlepiej. To by mi odpowiadało, to by mi bardzo, ale to bardzo leżało, przenieść gościęcickie chałupy w dawniejsze, spokojniejsze, szczęśliwsze czasy i przestrzenie.
3.
Za Strzelińcem kroczę ku górze w strefę zakazaną zimową, gdzie światło przysłonięte filtrem granatowych chmur muska promienistą dłonią ścieżkę oraz bezkres pól. Tu śnieg efektownie skrzypi pod nogami wraz z każdym pojedynczym krokiem, który znaczy wieczność. A wiatr zdziera obolałe swe gardło i świszczy flażoletową melodią smutku i tęsknoty, choć wcale nie wiadomo, za czym tak tęskni. Pola szczelnie wypełnia gęsta nicość, choć tu i ówdzie widać jeszcze jak sterczą ogołocone z liści krzewy, niby morsy na plaży nudystów. Dookolna biel wyje głucho z braku słońca, w którym by się chętnie wytaplała, gdyby tylko mogła, lecz nie może. Płoną żywym ogniem wystawione na mróz siarczysty kończyny, a w palce u rąk i nóg kłują setki sterczących igieł ziąbu i nawet powietrze jest ostre jak pirackie noże. Aż chciałoby się ryczeć, ale na próżno – delikatny puch zimowy, niby ogromny dywan, tłumi wszelkie przejawy życia zaklęte w dźwięku, a ciszę zgłośnia, wzmacnia, zwielokrotnia.
Mijam szczyt w miejscu, gdzie za ostatnim pagórem futro zimy obrasta w tłuściutkie zaspy i sypkie fałdki śniegu i wypina się jak złakniony lukru, cukru grubas, kontemplujący czas przedobiedniej drzemki. Za chwilę będzie już wioska wraz z kałużami zaplombowanymi lodem i pomarszczonymi od nadmiaru wspomnień, spękanymi tynkami-obdartusami. Za moment wślizgnie się szlak między chałupy, zstępując od strony nieba i pól pozbawionych morza kwiatów: bezdna maków, bezmiaru bzów. O, już nawet słychać pierwszych psów szczekania, jak grają żalem i smutkiem na duszy ludzkiej, jak wyją wyjce jedne na dworu piekle.
Oto świat, w którym potężne nieba granaty dojrzewają do długiej zimowej nocy, porażające fiolety zdają się nie mieć nic wspólnego z fiołkami, a fascynujące chabry przywodzą na myśl centaura Chirona.
Przemierzam wiecznej zmarzliny bezwonne ogrody. I tak, to horror pełnokrwisty martwego sezonu sprawia, że są takie, a nie inne. Mijając sady pełne soczystej, górskiej świeżości, wchodzę w kominowe dymy. Gościęcice – wsi spokojna, sielska, anielska! Kolejne domy wyrastają znikąd i, jak na drożdżach, wystrzeliwują ku górze. Biel lokalna, pozostawiona gdzieś z tyłu, urasta do bieli totalnej, a śnieg w śniegu tonie, jak dziurawy okręt. O, już nawet widać pierwsze kopce Wzgórz Strzelińskich w dali, które, jak zimowy torcik, są lukrowane, dziwnie apetyczne i pachną.
Anatomia wsi poniemieckiej, zakopanej i zabitej soplami-dziurami, jest zawsze jednakowa i jednakowo fascynująca. Tu cmentarzyk na uboczu pustką zionie, a tam kościół w centrum stoi. Są też alejki wytyczone starodrzewem i drogi starannie wybrukowane, a i mury pruskie się trafiają oraz moc, moc kapliczek na każdym niemal kroku.
Jest jedna fenomenalna rzecz w Gościęcicach, jedna ulepiona boską ręką materia, która mnie do cna rozpala, i to mimo pory roku, wysuszonej jak staruszka bez iskry bożej i nadziei. A mianowicie mur poniemiecki, omszały, szkaradny, szarobiały i dziwnie nagi, złakniony światła i światłem przepełniony, który z uwagi na panującą aurę wcale tu nie pasuje.
Widziałem raz jako dzieciak taki mur w Racławii, dawno, dawno temu. Dom starej Rawskiej wygrzewał się zawsze, opalał w rzęsistym deszczu promieni słońca i zdawał się nigdy nie marznąć, nigdy zimy nie doświadczać. Ta gruba Rawska, gdy jeszcze żyła, dawała nam zawsze po cukierku, bo pomagaliśmy jej w zbiorach chrustu. Sama była zbyt otyła i niezdarna, by to robić. Skórę miała bladoszarą i mieszkała też w bladoszarym domku. Ilekroć dostawaliśmy od niej słodycze, tylekroć zdawaliśmy sobie sprawę, że wstępujemy w jej odrębny, niezależny od naszego czas. Był on straszliwie rzeczywisty, choć przeraźliwie arkadyjski, tak dogłębnie spokojny, że tym spokojem aż porażający. Ona zaś była tak okropnie korpulentna, że jak pewnego razu usiadała znienacka na krześle u Łotockich, to to krzesło się pod nią załamało, a cierpiała na cukrzycę. Wszędzie widywało się u niej tabletki, okowitę, kolorowe fiolki i rozmaite eliksiry, no i jeszcze ampułki na preparaty ziołowe. Mimo kuracji i tak w końcu umarła. Z mozołem ją pochowali, w trumienkę wcisnęli. A niechaj spoczywa!
Mnie zaś pozostał w pamięci ten oto obrazek: Rawska siedzi rozparta na krześle pozbawionym przyszłości, nogi ma rozstawione tak, jakby za chwilę miała urodzić pół świata z waty cukrowej. Jej tłusty czerep wykonuje pośpiesznie tysiące zbędnych ruchów w lewo, prawo, dół i górę, niczym piesek z kiwającym się w aucie łebkiem. A choć głowa jej jest ruchliwa, to w nieustającym wibrato drży nade wszystkim jej tułów babuśki, której ryjkowata gęba ciągle coś przełyka, ciągle coś żre. Ten rdzeń niedoumarłego cielska stanowi jak się zdaje galareta.
I tak sobie wspominam, i tak kroczę ja sobie za Strzelińcem ku górze w strefę zakazaną zimową, gdzie światło przysłonięte filtrem granatowych chmur muska promienistą dłonią ścieżkę oraz bezkres pól.
4.
Byłem ostatnio na prowincji, gdzieś na odcinku Henryków – Krzelków. Zaraz za Strzelinem jest taka mała pipidówa (Gościęcice, Gostynino czy jakoś tak). Mnóstwo starych chat, starych drzew i w ogóle klimacik jak nie wiem; dosyć oldskulowy taki. Idę i patrzę i oczy ze zdziwienia przecieram, a tam mur jakby żywcem przeniesiony z minionej epoki, z dawnych Racławic. Myślę sobie: „co jest, o co tutaj chodzi?”. Ta ściana to jakaś – mówię – magia. Dosłownie jakbym zobaczył babkę Jankę znów pośród żywych. Od razu przypomniały mi się wszystkie słowa kluczowe z dzieciństwa, takie jak: warzecha, bum-cyk, czort, ditko, baciary, no bo tak by the way moja rodzinka pochodzi z kresów… tak, tak, z kresów. A więc spojrzałem na dziwny mur i odleciałem. Co było potem? Mniejsza, co było potem, bo wiem, że działo się sporo, ale ja nie o tym. Nie o to tu idzie. Chodzi o dziwną impresję, jakiej doświadczyłem. Epifanię po prostu!
Błogosławiony żywot mchu widziany oczami memi
Zamierzamy dziś rozprawiać o wnętrzu, wnętrzu w rzeczy samej, którym jest przyrody nieokiełznanej matecznik najdzikszy, dziewicza ostoja Ziemi, niezbrukana niczyją, a zwłaszcza ludzką obecnością. Nieraz już zapytywało się filozofów i mędrców, poszukiwało odpowiedzi w sobie samym nawet: jak wygląda najczarniejszy, najgęściejszy, najstraszniejszy z tych borów magicznych, co są? Przecież zawsze jest jakieś naj, nieprawdaż? Najgorszość, najlepszość, najmniejszość, najgrubszość, najplugawszość, najzacniejszość... i właśnie najmroczniejszość. W każdym uniwersum i każdym systemie aksjologicznym istnieje owo najznaczniejsze nagromadzenie substancyj, materii i struktur drzewiasto-korzennych zwane w toku dalszego wywodu maksimum albo najwyższym możliwym zagęszczeniem.
Wreszcie nadarzyła się okazja, ta rzadka gratka, by spenetrować głębię. A więc uciekło się w knieję zwaną roboczo „Lasem Testowym”, w którym to „Lesie Testowym” testowano na las reakcję własną, jako że zamierzało się sprawdzić, jak bardzo czarny potrafi być mrok środka i środek mroku. Tu na marginesie uwaga natury generalnej: myśli piszącego te słowa zależą od chwili, zależą od układu ulic i domostw, kompozycji wszelakich roślinnych wykwitów, ukształtowania się mgławic międzygwiazdowych na mapie nieba. Zakładano przy tym, że zawsze jest jakieś wnętrze czegoś, jakieś źródło i ukorzenienie, drugie dno rzeczy i rzeczy zaranie, brzask brzasku, świt świtu, prapoczątek prapoczątku. I że my wszyscy, tak jak tu stoimy, wywodzimy się od kuśki i mamuśki strony. Esencja zawżdy poprzedza egzystencję i wyprzedza trwanie, decyduje o istnieniu.
Wystarczy tedy lekko się unieść i przecisnąć. I przebić się przez grubą skorupę pełną niewidzialnych na pierwszy rzut oka dziur oraz łat. I oto naraz jesteśmy w Hadesie, w podziemiu, w krainie wiecznego mroku, w której wcale – jak się okazuje – nie jest ciemno, a wręcz przeciwnie – jest jasno jak w najbardziej rozżagwiony słonecznym śnieniem dzień; jesteśmy w krainie, w której maluśkie kwanty energii żywią giczoła wyższego rzędu i o większym stopniu zorganizowania; jesteśmy tam, gdzie z udawanego fałszywie mroku, z drażniącej gałki oczne niby-pustki, nie-pustki wyłania się las, w którym znajdują się wrota do innych stanów duszy i innych wymiarów – zwodnicze sezamy, po których otwarciu wkraczamy na niezgłębione czarcie odmęty naszych rojeń.
A potem? Potem wypływamy w rejs po oceanie mchu o głębokości Rowu Mariańskiego, po tafli rozfalowanego runa, wzburzanego wszystkimi humorami Posejdona. Ale na Boga! Co ja wygaduję: „wypływamy”?! Stąpamy przecież jak Chrystus po wodzie, idziemy, kroczymy, suniemy, pielgrzymujemy do miejsc świętych i najświętszych. A przez cały ten ztrybalizowany i zrytualizowany czas towarzyszy nam niemy świadek cudownego naszego nietonięcia, naszej własnej niezatapialności – Bór Tysiąca i Tysiąclecia, bór-samotnik i milczek miesiąca. I widzimy wyraźnie, jak z wolna, z mała owa mroczność wzmiankowana na początku księgi rozwadnia starodrzew podszywając się pod artystę-malarza, jak taplają się pradawne ostępy w przelewającym się tam i z powrotem mchu, niby statki, jak kręci się to matczyne koło młyńskie Gai. Boże, jak mokro!
Lecz teraz należałoby oczekiwać spraw pilniejszych i w najwyższym stopniu groźnych: kto tu mieszka na plażach węglem malowanych?! Kto na powierzchni bruzdowatej kory?! Czy tubylcy z Zielonego Przylądka, ci leśni ludożercy rzucą się wnet intruzom do gardeł?! Czy Piętaszek z Robinem zapędzą w kozi róg, het na styk tego, co stoi i tego, co płynie?! Czy nie zeskoczą z góry świerków i nie zaprowadzą po cichu swego porządku, tak bez świadków i bez motywów?!
I tak ni stąd ni zowąd wali ku końcowi na przełaj, pędzi po omacku ów Wielki Koncert Podziemia. Wnet już gasną ostatnie przedwieczorne zorza, jak lampy w przegorzałym starym teatrze, a gęstwa pozostaje na powrót gęstwą-samotnicą, gęstwą-dziwaczką. Noc jej łaknie jak gąbka wody. Jeszcze tylko w domyśle, tak sobie niezauważenie, tak sobie od niechcenia faluje mech leciuchno na rubieżach majaczenia. Ta darń, ta przecudna darnina ze snu upstrzona jest bezludnymi ostrówkami-drzewami-krzewami. To z niej kiełkują dziesiątki, a nawet setki masztów udających żaglówki. Cóż za ekstraordynaryjność natury, choć – szczerze mówiąc – nieco zakrapiana.
Gaj, święty gaj
W gaju jak w raju, powiadają ludzie. Gaj-maj. A potem po maju jest gaj i jest czerwiec, czerwcowy taki gaj; zboże dojrzewa i pachnie tak cudownie. Kiedyś gaj oznaczał święte miejsce, miejsce kultu. Dla mnie jest święte-niepojęte. Uwielbiam moment, gdy mijam zagajnik albo weń wchodzę, przedzieram się przezeń, wcinam się w jego delikatną strukturę, miękisz zielony, kiedy muskam gaj rękami, pazurami i nawet całym ciałem, a on milczy jak zaklęty. Choć nie do końca jednak milczy, nie do końca. Czasem rozbrzmiewa enigmatycznym śpiewem jakiegoś ptaka, czasem szeleści delikatnie listowiem, szeleści, baja, mruczy jak kocur, niechętnie zdradzając swe sekrety, bo te najlepsze i najciekawsze zachowuje dla siebie. A jeśliby kto zdołał je poznać, to i tak nikomu ich nie opowie. Są niewyrażalne słowem, bajkowe, są po prostu niewyobrażalne. No więc jak to jest, że chce się mijać te właśnie wyspy zieleni, coraz to ciemniejsze im dalej od obserwatora są położone, że pragnie się, by sunęły jak jakieś zażegnięte słońcem lśniące statki mimo siebie i względem nas: górą, dołem, bokiem... albo – jeszcze lepiej – chce się, by były poznawalne od środka, by wiodła nas w nie jakaś ścieżka, polna dróżka, która wprowadza, a potem niknie, ginie w gąszczu, stając się z nagła ciemna jak królicza nora? Ech, te zielone kaskady, co sprowadzają się do jednej uczonej nazwy: chlorofil; te nawarstwienia derywatu wody gruntowej i słońca; te wyspy Cannabis wytryskujące wprost z ziemi jak lawa; te wodogrzmoty, fontanny soczystej i połyskującej zieleni. Spoglądam na nie i widzę zielone obłoczki przycumowane tak nisko, że już niżej się nie da. Zapewne chciałyby się oderwać i odfrunąć, odpłynąć niby baranki sunące po niebie, ale są na to zbyt ciężkie i telluryczne. I tak to po niebie szybują sobie te obłoczki barankowe, a po ziemi? Po ziemi zdają się pełzać masy zielonej substancji... albo inaczej – to ja się przemieszczam, a one wraz ze mną, za mną i przede mną. Widzę więc i podziwiam tysiące ich odsłon i tysiące lagun oderwanych, oddzielonych od właściwego lasu, które nie są wcale błękitne, lecz zielone. A każdy taki zagajnik jest inny i każdy ma do opowiedzenia coś innego, choć podobno bez słów nie ma komunikacji, a tylko jakaś jej namiastka. Ja komunikuję się z nimi, a one ze mną i świetnie się razem dogadujemy. Znajduję się bowiem za kurtyną niewiedzy, w środku tak zwanym, gdzie zagłębiam się we wnętrzności własnych myśli. I pytam, zadaję mnóstwo pytań. Co się za ową kurtyną znajduje? Czy może zamek jakiegoś bajkowego stwora? Pałac Śpiącej Królewny? Oaza marzeń i republika snów? Stara cegielnia i zapomniane forty? Szmaragdowe Grody i ruiny? Nastrojowe oczka wodne skryte het głęboko w zagajniku? I wreszcie: zaszyte gdzieś na mapie Polski Wzgórza Niemczańsko-Strzelińskie, Dobrzynieckie, Wzgórza Gumińskie, Gilowskie i Szklarskie? Kto wie, co jest w gąszczu schowane? Kto wie, czy można to schowane wyrazić słowem pisanym, a jeśli można, to jak to zrobić? Jak zrobić, by spoglądać na świat oczami dziecka? Jak zrobić, by rzeczy tak powszechne, jak właśnie pola, lasy, zagajniki – widzieć i opisywać, jakby się je widziało i opisywało po raz pierwszy w życiu? Niektórzy pisarze i poeci to potrafili. Pawlikowska-Jasnorzewska na przykład to potrafiła, Schulz to potrafił. Nie wiem, czy tego specyficznego oglądu świata można się w ogóle nauczyć? Ale... no cóż... szczerze wątpię.
Oko w oko z groźnym robotem
Zimą tego roku wybrałem się na niedługi spacer z Dobrzykowic do Kamieńca Wrocławskiego. Tuż przed Kamieńcem skręca się w polną dróżkę, która wiedzie nie wiadomo gdzie. Intuicja podpowiadała mi, że jeśli będę nią szedł przez dziesięć, piętnaście minut, to osiągnę jej kres i w ten sposób zaliczę nową, jeszcze nieznaną traskę. Pokusa więc była, oj, była. A choć pora zrobiła się późna, przedwieczorna i na dodatek padał śnieg z deszczem oraz wiał zimny wiatr, humor chodziarza mnie nie opuszczał. Na szczęście miałem rację: dziesięć minut wystarczyło, by dojść do końca ślepej – jak podejrzewałem – szutrówki, na której to końcu – i tu niespodzianka – znajdowała się tajemnicza rezydencja nowobogackich (nazwiemy ją tu: domem na uboczu).
Zastanawiałem się, kto wznosi takie okazałe budowle z dala od cywilizacji i czy może ma ten ktoś coś do ukrycia. Oczami wyobraźni – no tak, ma się tę wyobraźnię – widziałem automatyka albo ekscentrycznego robotyka, który robi coś dziwnego, a nawet nielegalnego w swoich czterech ścianach i nie potrzebuje świadków ani intruzów. Muszę wyznać, że budynku dokładnie nie widziałem, a bardziej wyczuwałem, gdyż zdążyło się już ściemnić. Posiadłość ogrodzona była siatką, zza której w pewnym momencie usłyszałem dziwne i niepokojące głosy.
Ujrzałem też lekko rozmazane kontury czegoś, co wyglądało na roboto-strażnika. To coś zdawało się składać w całości z lekko pulsującego światła i przywodziło na myśl laser albo hologram. I właśnie musiało mnie zwęszyć, bo zaczęło kierować się w moją stronę. Ten obrót sprawy bardzo, ale to bardzo mi się nie spodobał i zacząłem pocić się ze strachu. Nie chciałem wiedzieć, jaką broń tutaj testują ani jakie skarby trzymają za grubymi murami rezydencji. Byłem święcie przekonany, że jeden Elon Musk na tym świecie, to aż nadto. I pragnąłem jak najszybciej wrócić do Dobrzykowic. Najgorsze było jednak to, że świetlisty cerber zbliżał się coraz szybciej, zaś głosy, o których wspominałem wcześniej, nasilały się z każdą chwilą. Te głosy interpretowałem jako zdalne jakieś połączenie z domem właścicieli, którzy przecież mogli być w tym momencie gdzieś daleko, na przykład poza granicami kraju. Zakładałem, że ich sposobem na strzeżenie posesji stały się wirtualne odwiedziny za pomocą specjalnego hełmu, który odpowiadał zarysowi głowy zautomatyzowanego strażnika, jak i te właśnie audiokonferencje, za pomocą których przesyłali oni dźwięk, strasząc tym samym złodziei albo zwykłych ciekawskich.
Wiedziałem, że jest źle. Nikomu nie życzę znalezienia się w podobnej sytuacji niepewności i niejasności. A gdy tak biegłem, spanikowany, blady, zagubiony, w pewnej chwili zauważyłem kątem oka, jak pies ze swoim właścicielem wchodzą w strefę światła bijącego z pobliskiej latarenki – jedynej, jaka się tu znajduje. Pies ma na sobie świecącą obróżkę, a pan nieprzerwanie do niego mówi. A więc to, co brałem pierwotnie za ultranowoczesny dziwotwór było tak naprawdę małym pieskiem? Nie wytrzymałem i ryknąłem, parsknąłem śmiechem. Teraz już mogłem bezpiecznie wracać do Dobrzykowic. Ale to jeszcze nie koniec! Po pewnym czasie dowiedziałem się, że to, co błędnie brałem za dom na uboczu, było tak naprawdę kaplicą, zaś to, co znajdowało się za ogrodzeniem stanowiło cmentarz, tak, dokładnie, cmentarz.
Nieodkryta tajemnica
1.
Wakacje. Późne niedzielne popołudnie. W wakacyjne późne popołudnie upał nie odpuszcza. Przez głubczycki las i okolice naprzód leśne, a potem polne takie wędrowanie. Wycieczka. Tarnkowa – cel najsłuszniejszy. A w okolicy (prócz Tarnkowej) jeszcze: Kwiatoniów, Lwowiany, Żabczyce oraz Głubczyce-Las Marysieńka. Te nazwy, takie piękne, działają na wyobraźnię, bo działać muszą. Po drodze wiadukt kolejowy nieczynnej trakcji, a przed wiaduktem po lewej jakaś pasieka albo hodowla zwierząt futerkowych. Widziałem klatki, wiele klatek z drutu i drewna widziałem. I przypomniało mi się nagle, że jak jeździłem dawnej do szkoły muzycznej pociągiem, to zawsze spoglądałem w to tajemnicze, dziwne miejsce tuż pod lasem, ale nigdy nie zadałem sobie trudu, by sprawdzić, co się tam mieści i teraz też nie zdobyłem się na to, a przecież byłem już tak blisko. Jakie to dziwne po tylu latach zobaczyć rzecz z innej perspektywy i dowiedzieć się, że nadal tam jest i roztacza swą specyficzną aurę. Teraz wystarczy tylko to opisać, uchylić rąbka tajemnicy. Łatwo powiedzieć! Ale jak!?
2.
Pot, idę z Głubczyc, krótkie spodenki, gorąco drgające, spalona ziemia, koleiny, upał brzęczy, polna droga, piach, wlokę się, wlokę, byle tam do Tarnkowej, płotki, domki, lasy, pola, ten marsz, ta droga, po co, na co, dużo by gadać, prawdę mówiąc trafiłem tu przez przypadek, bo mi się zachciało wakacyjnej przez las wędrówki, no więc idę, krótkie spodenki, gorąc, iskrzą się kamyczki, jeden, drugi, trzeci, pot i nic prócz kroczenia tego oddolnego. I nagle, między wyjściem z głubczyckiego lasu a Tarnkową, pojawia się w zasięgu wzroku niewielkie takie nie wiadomo co. Już ja to nie wiadomo co widziałem nieraz z pociągu, jadąc do szkoły muzycznej z Racławic do Głubczyc. Potem trakcję nagle zamknięto i więcej tego nie widziałem. A teraz przyszedłem, byłem już tak blisko. I mogłem się temu przyjrzeć, zapuścić wzrok w rozgardiasz gałęzi, liści, świetlnych plam, we wnękę wibrującą złożoną z zagłębień, uchyleń, zagęszczeń, zaokrągleń, w całą tę przestrzeń, która umykała, uciekała, nacierała, ucichała. Mogłem – nie mogłem. Móc nie oznacza przecież chcieć. Czasem niewiedza właściwsza jest od wiedzy. W chmurze niewiedzy skrywa się zawsze jakiś sekret, który, by działał właśnie jako ów sekret, musi pozostać niezbadany, niezgłębiony, nieprzenikniony. No więc idę, wracam do Głubczyc, pozostawiając Kwiatoniów i Lwowiany z tyłu, pot, krótkie spodenki, gorąco drgające, spalona ziemia, koleiny, upał brzęczący muchami, polna droga, piach, poniemiecka stara czereśnia, na którą się na chwilę wspinam, by jeść czarne tak zwane bomby, a potem wlokę się, wlokę, byle tam, byle do domu, a, i jeszcze te opłotki, chałupki, laski, pola, ten marsz, ta droga, po co, na co, dużo by gadać, prawdę mówiąc trafiłem tu przez przypadek, bo mi się zachciało wakacyjnej przez las wędrówki, a teraz nareszcie wracam z pytaniem na ustach: co się znajduje het tam pod lasem? Hodowla zwierząt futerkowych, jakaś pasieka-widmo? Ech, wszędzie ta niewiedza, pot i kamyczki, które się mienią pod nogami. Ile ich jest? Jeden, drugi, trzeci. Czy to ważne? Wszędzie ten dar niedookreślenia cudowny, który pobudza. Gdyby człowiek wszystko wiedział, życie nie miałoby zupełnie smaku, a wyobraźnia byłaby jak wyschnięta rzeka.
Lasek piniowy w Lloret
Kiedy spoglądam przed siebie, widzę lasek piniowy i tajemniczą piaszczystą ścieżkę, która niknie gdzieś nie wiadomo gdzie. Ale spoglądając w dal najdalszą, błękitną dal najodleglejszą, o wiele więcej udaje mi się dojrzeć, na przykład dziwne cienie, a także intrygujące twory przyrody, jakby ludzką ręką uczynione.
Gdy więc z pewnej odległości podziwiam całą tę gęsto porośniętą krainę o zmierzchu, krajobraz jasny u góry, ciemny u dołu i jaśniejący ku szczytom, to czuję obecność bliskich, którzy odeszli. W tym lasku piniowym na wzgórzach okalających Lloret de Mar przypominają mi się wszyscy oni: babcia, dziadek, ciocia, wujek.
I oto jest pewien majak, choć to tylko jakiś jego rąbek, przedsmak można powiedzieć. Już za chwilę wszyscy ludzie, choć mają tak różne żywoty, zanurzą się w jednym wielkim oceanie i będą śnili tak jak ja. Może to ten sam sen, choć istniejący w wielu wariantach, który wyrasta z jednego gruntu niczym pinie wyrosłe z jednej gleby?
Jeszcze przez moment zmylony głupi czas cofa się, powstrzymując atak nocy nad Lloret. I dzień zawisa nad horyzontem jasną łuną, mości się, wyleguje w najwyższych koronach drzewek, by już za sekundę zgasnąć i przeminąć. Gdzieś tam we wsi dalekiej warzy się strawa na ostatnią wieczerzę i chłodzi wino, tańczą blaski i cienie gazowego płomyka na pogrążonej w mroku kuchennej podłodze. Odbywa się wietrzenie sypialni przed ululaniem się w łóżkach i chłód przedwieczorny, drobne jego żyłki, wdziera się do środka wraz z jeszcze nienachrapanym, nienamlaskanym powietrzem. A apetyczna wata cukrowa pościeli białej przyciąga żwir gwiezdny przez uchylone okienka.
Byłem raz w tej Katalonii, jeszcze gdy żyli dziadek z ciocią, stąd jak sądzę takie a nie inne skojarzenie dawno niewidzianego zagajnika piniowego z bliskimi i czasami, w których oni egzystowali.
Gdy żyli dziadek z ciocią, a więc jeszcze w dzieciństwie, uczyłem się różnych sposobów reagowania na świat. A dziś podczas wędrówki uczyłem się reagować na tutejszą przyrodę, której wcześniej nie znałem, a przynajmniej nie w takiej jej obfitości. I tworzyłem w głowie nowy zbiór reakcji na świat, będąc uczniem i będąc dzieckiem.
I teraz... Moi bliscy przybyli z Kresów, z obcych dla mnie ziem, zahaczających o ciepłe skądinąd Południe, bo Polska była od morza do morza, kiedyś tam, dawno temu. I w Hiszpanii jest obco, a egzotyczna roślinność kojarzy się z Kresami, których przecież nie znam i które w związku z tym mogę sobie wyobrażać dowolnie.
Wspominałem coś o cioci. W jej domu kolejowym z nieotynkowanej cegły wiele było oszałamiającej egzotyki, wiele, bo i ornamentalna cerata, i chińska zastawa stołowa, i nawet mongolskich wojów się tam widziało. Nic dziwnego, że klimat kataloński współgra z wszystkim, co dziwne i co obce. Ba, cała Polska Sarmacka albo po prostu dawna jest również obca, wielu gości z Półwyspu Iberyjskiego ją odwiedza, jak w tej słynnej fraszce „O doktorze Hiszpanie”.
Moi krewni byli bardzo religijni. Nic więc dziwnego, że kora niektórych spośród występujących w Hiszpanii roślin jawi się w mych oczach niczym wosk nakapany, spływający z płonącej gromnicy. Ja to tak postrzegam, nie inaczej.
Tu wkoło widzi się skały, kontrastujące z typową dla tych obszarów czerwoną glebą, la tierra roja. Skamieniałe to szkielety i pozostałości prehistorycznych stworzeń czy twardy jak skała sen, w który zapadam? Kto mi powie?
A na szczycie rojeń nocnych znajduje się klasztor Sant Pere del Bosc. Stara strażnica, którą pierwotnie brałem za dzwonnicę, mogłaby eremitów nawoływać na modły, mogłaby, gdyby nią była, ale nie jest. Lecz czy to ważne? Ważne, że wyobraźnia znów zaczyna ciężką swą robotę i jest dobrze, świetnie nawet.
Śpię już, więcej nie myślę, odpływam daleko, daleko, to mój czas dla Morfeusza.
Kalkulator czasu darowanego PRO LIVE
Dopiero po wyprowadzce z dużego miasta, już jako człowiek dorosły, zacząłem zauważać jesień. Tak, jesień – jako upływ czasu i jako porę roku. Jeszcze na początku pobytu w Beskidach, bo tam właśnie się przeniosłem, wybrałem się raz na grzyby, ale grzybów nie było, tylko same pożółkłe listki, opadłe z drzew. Pamiętam, że bardzo mnie ten widoczek zasmucił. Oczekiwałem letniego rozgardiaszu, nerwowego śpiewu ptaków, jakiegoś energetycznego poruszenia w przyrodzie w okresie babiego lata, krzątania się owadów i nawoływań zbłąkanych niefrasobliwych turystów, ale niczego takiego nie było, a miast tego mogłem napawać się absolutną, ale to absolutną ciszą. I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że ta szaleńcza gonitwa czasu to jest to, co mnie najbardziej przeraża, to jest to, co mnie najwięcej postarza. Zacząłem szybko liczyć, rachować, szacować, kalkulować: ile, no ile jeszcze?! Ile mi zostało tych wspaniałych czerwców i bezgranicznie długich wieczorów lipca albo sierpnia, ile czasu przyjdzie mi jeszcze spędzić na górskich ostępach, na ile wreszcie wspólnego czasu z bliskimi mogę liczyć? Zadumałem się zwłaszcza nad tym ostatnim, gdyż matkę, siostrę oraz pieska kocham najbardziej, siostrę, matkę oraz psiaczka kocham najmocniej. Ponadto po wielu, wielu latach nauczyłem się w końcu dostrzegać, a nawet doceniać jesień. Spodobała mi się ta poetyckość brązowawej szarówki – krótkiej, połykającej wszystko na swojej drodze. Spodobał się mrok nieprzenikniony przedwieczorny i mglista beznadziejna nicość. Nawet wilgotność powietrza zacząłem postrzegać jako swoistą okazję do dotlenienia się, objaw świeżości. Ale ja nie o tym chciałem…
Ponieważ ucieczka czasu była nieunikniona, a praca zajmowała lwią część doby, ponieważ moi bliscy stawali się coraz starsi i coraz słabsi, a samotność czaiła się tuż za rogiem, należało zakasać rękawy i coś z tym zrobić, i to migiem. Chodziło o to, by jeszcze za życia spędzać jak najwięcej czasu z rodzinką, by wydłużyć to sielskie familijne życie o całe minuty i godziny, których normalnie by się w domu nie spędziło, bo – wiadomo – obowiązki, wyjazdy służbowe, wojaże turystyczne, czas zmitrężony na zakupach, w korkach, kościołach, urzędach i na poczcie. I pomyśleć, że przecież jest alternatywa, że przecież pracować da się zdalnie, modlitwa, choćby i nawet z samym papieżem, możliwa jest także i na odległość, a wycieczki? Wycieczki można sobie darować. Miałem szczęście: na stryszku mego góreckiego domu przypadkowo odnalazłem zakurzone urządzenie, które po dłuższych oględzinach okazało się być kalkulatorem lat darowanych. Nie wiedziałem, do kogo należał ów tajemniczy arytmometr ani w jaki sposób powstał. Wystarczyła chwila zabawy uroczymi guziczkami z napisem "co, ile, kiedy" i już był wynik. Co prawda tylko szacunkowy, ale jednak.
W ten sposób okazało się, że w pracy spędzamy przeciętnie tyle i tyle lat naszej egzystencji. No to nie ma co się zastanawiać – pomyślałem. Raz, dwa i trzy i kasujemy za pomocą specjalnej funkcji pracę poza domem. Urządzenie nam to zapewnia, jest niezawodne. Przeciętnie chłopak albo dziewczyna zabierają nam iks godzin. Być może są to nasze przyszłe połówki lepsze albo gorsze? Ale co tam! Kasujemy połówki, bo to jest „obcy element”, nie nasza krew. Urządzenie świszczy wspaniale, jest niezawodne. Na zakupy i wyjazdy trwonimy aż – uwaga – kilkadziesiąt tysięcy godzin życia. Kilkadziesiąt tysięcy! Wyrzucamy więc zakupy z naszej listy, jako że możliwe są obecnie zakupy przez Internet. Rugujemy kina i bary, siłownie i spacery z kotem sąsiadki. Automat gra prześwietnie, jest bezusterkowy. Boże! Ależ on gra!
Nawiasem mówiąc: to jest dołujące, że pozostały mi tylko jakieś dwa tysiące spacerów z Chico (tak wabi się mój mały piesek). Dwa tysiące to niby dużo, ale to jest jednak pewna liczba, a na dodatek skończona, która pryśnie, czas zleci jak z bicza strzelił. No ale zostawmy już nawias w spokoju i wróćmy do meritum.
Dalej przychodzi więc kolej na zaoszczędzenie czasu na przeprowadzki i gry hazardowe. Leci to wszystko do kasacji, a lecąc świszczy, cała pula kart świszczy. Ustrojstwo jak zwykle niezawodne! No dobrze, czas na zsumowanie rzeczonych-wyliczonych, by otrzymać ostateczny wynik. I teraz... jeżeli zaoszczędzimy choćby połowę z otrzymanej liczby, to okaże się, że „przedłużyliśmy” życie tym, z którymi je dzielimy o jakieś iks lat. Całe niewyobrażalne iks lat, to jest dziesięć, a nawet dwadzieścia! To strasznie dużo, strasznie, strasznie dużo! To tak, jakbyśmy dodali do życia naszych matek, ojców, braci i sióstr całe dodatkowe połacie czasu, hektary wspólnie uprawianych ogrodów szczęśliwości, ary zroszone miłością do tego, co składa się na wspólne gniazdko.
Ale uwaga! Zabrakłoby wtedy, bo zawsze jest coś za coś, gry z własną wyobraźnią: czy mój dziadek miał jakieś sekrety: ukryte skarby, tomiki ulubionej poezji, listy miłosne, romantyczne skoki w bok? Co matka robiła na urlopie w Grecji, kiedy mnie tam z nią nie było, a nie było, bo miałem inne zajęcie, pracę na przykład? Przecież słodkie tajemnice też są chyba potrzebne? Może tak. Może nie. Trzeba sobie samemu odpowiedzieć, co ważniejsze: czy z młodymi naprzód iść i żyć własnym życiem? Czy raczej ze starymi: mamuśkami, tatuśkami, wujaszkami? Oto jest pytanie, zagadnienie w sam raz na długie jesienne wieczory. I tak wydaje się, że najgorsze już za mną, bo jeśli podzielić to moje jestestwo na cztery okresy (średnio po dwadzieścia lat licząc), to rychło okaże się, że najgorsze za mną, jako że największa ilość bliskich mi osób zmarła w latach 2000-2020 i nie sądzę, by ktoś liczący się w moim obecnym życiu umarł w niedalekiej przyszłości, czyli pomiędzy rokiem 2020 a 2040 (nie licząc oczywiście matki i psa).
Aha, a jakby się kto pytał, to urządzenie jest u mnie na strychu i może niech tam pozostanie.
Czarne skarpetki
Mam pecha albo i nie w zależności od tego, jakiego koloru są moje skarpetki. Wytłumaczę to dokładniej. Czarne oznaczają brak szczęścia, różnobarwne – większy lub mniejszy uśmiech albo uśmieszek losu. Dziś jak na złość lekkomyślnie założyłem te pechowe, te cholerne. Przez cały dzień nic złego się nie działo, lecz do czasu!
Podczas wieczornego truchtu po zaułkach Czarnego Lasu, w możliwie najbardziej ustronnym miejscu mojego miasta, zorientowałem się, że ktoś lub coś za mną gna. Dotarła do mych uszu odrażająca fala sapania, pochrapywania, pomlaskiwania, a nawet coś w rodzaju parskania czerkieskiego rumaka w pełnym galopie. Bojąc się to sprawdzić, w myśl zasady „nie oglądaj się, bracie, za siebie, jeśli nie musisz”, zdołałem jedynie przyśpieszyć kroku. Uff! Przez jakiś czas zachowywałem bezpieczny dystans, ale kiedy minąłem jedyną, a na dodatek niepewnie pełgającą latarenkę – wszystko się zmieniło na moją niekorzyść. Lampa zaczęła rzucać cień, czarny i wredny, który zdawał się rosnąć z każdą chwilą w miarę oddalania się od źródła światła, a obraz intruza nabierał coraz bardziej realnych i demonicznych kształtów, i to nie tylko w mej głowie. Dziwotwór – jak to strasznie brzmi! Pędziłem ile wlezie i prawie już wypluwałem płuca, gdy nagle kroki za moimi plecami zupełnie ucichły. Przystanąłem, odczekałem chwilkę, w sobie się zebrałem i w końcu obejrzałem za siebie. A tam nie było już nikogo ani niczego prócz wieczornych mgieł – strasznych co prawda i odpychających, ale jednak tylko mgieł. Kontynuowałem następnie trening w bardziej bezpiecznej – jak mi się wtedy zdawało – części lasu.
Wtem na horyzoncie ujrzałem niewyraźną poświatę. Był to odwrócony sierp księżyca. Na jego tle zamigotała sylwetka młodego mężczyzny około dwudziestki, trzydziestki (czterdziestki?) maszerującego żwawo i poruszającego (trzymanymi razem i blisko tułowia) rękoma: raz na lewo, a raz na prawo, raz na lewo, a raz na prawo.
– Jezus Maria! Zombie – pisnąłem przez zaciśnięte zęby.
– Zzz – odezwał się efektownie puchacz, tak efektownie, że aż mnie zmroziło.
– Zzześć! – odezwała się znienacka tajemnicza postać. – Nie poznajesz zzząsiada zzzpod zzzwójki? To ja, Marian Zzząbek.
– Zzz – odpowiedział puchacz Marianowi, co zrobił zjawiskowo i powtórnie efektownie. W ten sposób zmroziło mnie po raz drugi i jakby bardziej, mocniej, dotkliwiej.
– Zzzajętyś? A ja se tu ćwiczę chód-marszobieg zzzwyczajnie.
Ćwiczył se zwyczajnie chód-marszobieg, rozumiecie? Czub zwyczajny postępujący i cymbał złośliwy kroczący-majaczący! Ludzie tak teraz ćwiczą, trzymając łapki złączone, a główki pochylone. No co, nie wiedzieliście? Do parków i Czarnych Lasów nie chodzicie? I wyglądają przy tym jak emerytowani Marsjanie – eks-admirałowie obcych flotylli. Ugryzłem się w język. Widocznie jego nazwisko tak na mnie podziałało, poraziło mnie i pogryzło (niektóre nazwiska powinny nosić kagańce). Marian zauważył to moje zmieszanie i chciał coś jeszcze powiedzieć, zzzagadać znaczy się, ale nie zdążył. Było mi tak straszliwie głupio, że zabrałem się z powrotem do domu.
Wcześniej zdążyłem obiecać sobie w duchu, że już nigdy, przenigdy nie założę tych plugawych, nadszarpniętych zębem czasu i na dodatek dziurawych skarpetek koloru smoliście czarnego zzz czarnymi plamami – pozostałością po soku zzz czarnej porzeczki zzze spiżarenki cioteńki Gertrudy Zzzmory ze wsi Zzzaraza. Zdaje się, że to gdzieś na zzzapitym... dechami Podkarpaciu? Ale głowy nie daję, oj, głowy nie daję.
Butelki zwrotne ze skrzydełkami i na czterech łapkach
Zdarzyło mi się wczoraj… U! Cza, cza, cza! Gdybym powiedział, że nic nie może się równać pod pewnymi względami, w pewnym znaczeniu, ohydzie dylematu, jaki przeżyłem… że znalazłem się tam, gdzie człowieczeństwo musi wymiotować… Mógłbym to powiedzieć. Mogę też dręczyć się tym lub nie dręczyć – to właściwie ode mnie zależy.
Leżałem w słońcu, sprytnie zaszyty w łańcuchu górskim, jaki tworzy piasek naniesiony wiatrem na krańcu plaży. Są to góry piaskowe, wydmy, obfite w przełęcze, zbocza, doliny, labirynt obły i sypki, gdzieniegdzie porosły krzakiem wibrującym pod nieustannym parciem wiatru. Zasłaniała mnie spora Jungfrau, szlachetnie kubiczna, wyniosła, ale o dziesięć centymetrów od mojego nosa rozpoczynał się wicher sieczący bez wytchnienia Saharę, paloną słońcem.
Skrzydlate butelki zwrotne na czterech łapkach pracowicie snuły się po tej pustyni w celach niewiadomych. Butelki? – spytacie. – Ze skrzydłami? – Ano, butelki ze skrzydełkami. To nie był żaden sen ani przywidzenie, wiem to na pewno. I jedna z nich, nie dalej niż na odległość mojej ręki, leżała do góry denkiem. Wiatr ją przewrócił, bidulkę. Słońce piekło jej szklany odwłok, co zapewne było wyjątkowo nieprzyjemne zważywszy, że ten odwłok zwykł zawsze pozostawać w cieniu – leżała przebierając łapkami i wiadomo było, że nic innego jej nie pozostaje, jak tylko to monotonne i rozpaczliwe przebieranie łapkami. I już omdlewała, po wielu może godzinach, już konała.
Ja, olbrzym, niedostępny jej swoim ogromem, który to ogrom czynił mnie dla niej nieobecnym, przyglądałem się temu machaniu i wyciągnąwszy rękę wydobyłem ją z kaźni. Ruszyła naprzód ku Delikatesom Centrum, przywrócona w jednej sekundzie życiu.
– Pani Anetko, buteleczkę proszę.
– Na wymianę?
– Tak, pani Albisiu, Aldonko, Anetko, zimne proszę.
– Proszę, oto reszta.
– Dziękuję, pani Basiu kochana, pani Basieńko, Marysieńko najukochańsza pod słońcem.
Boże! Ileż było tych pań ekspedientek w moim delikatesowym, dotychczasowym żywocie. Ale nie przedłużałem rytualnej konwersacji, gdyż gonił mnie czas, a czas to pieniądz – choćby i marne pięćdziesiąt groszy za butelkę zwrotną po piwie. No ale lepszy rydz jak nic, nieprawdaż? Zresztą to szwędactwo połączone ze zbieractwem cholernie uzależnia, mówię wam!
– Pssssss… – Ożywiła się na moment butelka… na widok otwieracza.
Powróciłem na plażę, dzierżąc ją w dłoni, zadowolony, schłodzony, lekko tylko przymulony i pełen łask wszelakich. Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identyczną butelczynę, o obłych, finezyjnych rysach i w identycznym położeniu. I wymachiwała łapkami, i trzepotała skrzydełkami. Nie chciało mi się ruszać. Ale dlaczego tamtą uratowałeś, a tej nie? Dlaczego tamta, gdy ta? Uszczęśliwiłeś jedną, druga ma się męczyć? Wziąłem patyk, wyciągnąłem rękę, uratowałem. I pognałem do sklepu po nowe. Boże, jak te butelkowe sprawy uzależniają i zniewalają umysł!
– Pani Renatko, Anetko, Bernadetko, buteleczkę proszę.
– Na wymianę?
– Tak, zimne proszę. Dzięki, pani Lusieńko, Zosieńko.
– Choć guzik mnie to obchodzi, to i tak spytam, bom wścibska i ciekawska plotkara stara... Dobrze się pan czuje? – Dociekała (pani Ula, Ala, inna jeszcze Genowefa, z którą łączyła mnie magiczna więź porozumienia – ta sama, która łączy nas, pijaków ze wszystkimi ekspedientkami… zarówno w Polsce, jak i na całym świecie).
– Tak, dobrze, pani Ewuniu, Kasiuniu.
– Pssssss… – Ożywiła się ma przeźroczysta czworonożność na widok otwieracza i zatrzepotaliśmy oboje radośnie skrzydełkami: ja moimi, a ona swoimi.
Zaledwie to uczyniłem – u, cza, cza, cza – ujrzałem nieco dalej identycznego Żuberka, w identycznym położeniu. Przebierającego łapkami. A słońce paliło mu brzuszek. Czyż miałem przemieniać moją sjestę w karetkę pogotowia dla konających Żubrów? Ale zanadto już zadomowiłem się w tych butelkach, w ich wymachiwaniu cudacznie bezbronnym… i chyba zrozumiecie, jeśli już zacząłem to ratowanie, nie miałem prawa zatrzymać się w dowolnym miejscu. Byłoby zbyt straszne wobec tego trzeciego Żubra zahamować akurat na progu jego klęski, zbyt okrutne i niemożliwe jakieś, nie do popełnienia. Ba! Gdybyż pomiędzy nim a tymi, których wybawiłem, była jakaś granica, coś co mogłoby upoważnić mnie do zaprzestania. Ale właśnie nie było nic, tylko dalszych dziesięć centymetrów piasku, ciągle ta sama przestrzeń piaskowa, „trochę dalej” wprawdzie, ale tylko „trochę”. A przebierał łapkami tak samo… w stylu białowieskim albo białowieszczańskim.
Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem „trochę” dalej jeszcze cztery (u, cza, cza, cza!) Tatry, Tyskie, Żywce, Lechy, wymachujące i palone słońcem. Nie było rady, wstałem w całym ogromie swoim i uratowałem wszystkie. Poszły. A właściwie to ja poszedłem do pani Anetki ze spożywczaka i dokonałem wymiany pustych na pełne i zimne.
– Please… – poprosiłem, podziękowałem i wróciłem na plażę.
– Psssssss! – Otworzyłem z psykiem i poczułem to uuu, cza, cza, cza!
Wtedy oczom moim ukazał się stok lśniąco-gorąco-piaszczysty sąsiedniego zbocza, a na nim z pięć lub sześć punkcików wymachujących: Żubry! Pośpieszyłem z ratunkiem. Wybawiłem. I już tak sparzyłem się z ich męką, tak bardzo w nią wsiąkłem, że widząc opodal nowe butelki na równinach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę torturowanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą!
Ale, wiedziałem, że to nie może trwać wiecznie. Wszak nie tylko ta plaża, ale całe wybrzeże, jak okiem sięgnąć, było nimi usiane, więc musi nadejść moment, w którym powiem „dość” i musi nastąpić ten pierwszy Żubr nie uratowany. Który? Który? Który? Co chwila mówiłem sobie „ten” i ratowałem go nie mogąc się zdobyć na tę straszną, nikczemną prawie arbitralność, bo i dlaczego ten, dlaczego ten? Aż wreszcie dokonało się we mnie załamanie, nagle, gładko, zawiesiłem w sobie współczucie, stanąłem, pomyślałem obojętnie „no, dość tego”, rozejrzałem się, pomyślałem „gorąco” i „trzeba wracać”, zabrałem się i poszedłem. A Żubr, ten Żubr, na którym przerwałem, pozostał wymachując łapkami, co właściwie było mi już obojętne, jak gdybym zraził się do tej zabawy, ale wiedziałem, że ta obojętność jest mi narzucona przez okoliczności i niosłem ją w sobie, jak rzecz obcą.
– Pani Anetko, oddaję buteleczkę, proszę.
– Na wymianę chce pan?
– Nie, na dziś mi wystarczy. Ja już mam dobrze.
W końcu moje człowieczeństwo nieco się uspokoiło, zaś zwymiotowała pijackość i cielesność… tam na tej plaży właśnie, na tej nieszczęsnej Saharze. Ale to nic. Co mnie nie zabije to mnie wzmocni. No przecież jutro też dzień. A zatem arrivederci. U! Cza, cza, cza!
Mała apokalipsa umierania
Na asfaltówce wiodącej ze Slough do Etonu leży wiewiórka. Jest piękna i naturalna jak uosobienie samej natury. Czarne oczka połyskują w świetle brzasku i zdaje się nawet do mnie uśmiechać, choć w rzeczywistości wygląda na martwą. Jest martwa. Ot, mała ruda kita. Pewnie potrącił ją jeden z tych kierowców ciągnących bladym świtem do roboty na szóstą albo siódmą, kto wie. Ech, żal futrzaka, choć przecież co mogę zrobić ja, liść na wietrze, który sam też przeminie, i to wkrótce. Litości struna się we mnie budzi i rezonuje niczym dusza włoskich skrzypiec. I nagle pojawia się hałas – gdzieś tam, coś jakby w pobliskich chaszczach tajemniczego. Oho, wiewiórka, ale inna, nie ta przejechana. Na mój widok zrywa się i biegnie, stara się czmychnąć czym prędzej w zarośla. Wygląda to tak, jakbym wyrwał ją z głębokiej zadumy. Czyżby matka ofiary? A może partner? Przez cały czas na nią czekał i się nie doczekał. Stał na poboczu, ryzykował życiem, a wszystko na próżno. Miał już pewnie na końcu języka wiewiórcze zawołanie: „gdzie jesteś, kochanie”.
I tak zastanawiając się nad całym tym zajściem, wsiadłem w wehikuł i odleciałem w siną dal kosmiczną, ziemskie sprawy pozostawiając mieszkańcom Ziemi. Durne, głupiutkie, bezmózgie stworzonko nie rozumie umierania. Nie to co ja, istota rozumna, wyjątkowa, człowiek z przyszłości, gwiezdny podróżnik. Człowiekiem będąc, kumam to w całej rozciągłości. (Ale czy aby na pewno? Niektóre sprawy jednak nigdy się nie zmienią). Za parę lat zrozumiem. Wszyscy zrozumiemy prędzej czy późnej.
Małe, wredne, purpurowe...
Z czym kojarzy ci się Miś Paddington? Z kreskówką, z pewną książeczką dla dzieci... Prawda. Mnie osobiście konotuje się ze zbędnym, nikomu niepotrzebnym stresem, niewspółmiernym do sytuacji, która go wyzwala. Dlaczego stresem? Już wyjaśniam. Otóż od czasu do czasu zjawiam się ze swą zabytkową violą d’amore w okolicach Paddingtonu, gdzie znajduje się podziemne przejście dla pieszych z najcudowniejszą na świecie akustyką. Ów zakątek Londynu zdobi pomnik Misia – okazały, grubiutki i cały intensywnie czerwony. Mijające go tłumy turystów chcą ujrzeć Little Venice zapewne.
No dobrze... a teraz wyobraź sobie siebie, jak stoisz z instrumentem i się straszliwie, ale to straszliwie pocisz, gdyż za chwilę znajdziesz się w zasięgu uwagi przechodniów, w jej centrum i sam staniesz się Misiem. I będziesz cały jak on purpurowy.
Starszej pani wypadł z ust żelek – nasmarowałem smyczek kalafonią; jakieś dziecko zapłakało – nastroiłem sprzęt grający; ktoś się w kimś zakochał, a ktoś odkochał – zrobiłem głęboki wdech. Może jesteś następny w kolejce do odrzucenia i pogardy? Jak sądzisz? Jeśli się nie spodobasz, to kto wie? Sygnały płynące z otoczenia odbierasz spotęgowane do niebotycznych wprost rozmiarów, słyszysz głośno i wyraźnie, wręcz fortissimo, widzisz w niemal zwolnionym tempie.
No i zaczynasz swój performance. Muzyczka płynie. I co z tego, że piękna. Nikt uwagi nie zwraca na buskera. Busking to jedna z najtrudniejszych sztuk. Musisz naprawdę bardzo się starać, by zostać zauważonym, by nie przeszkadzać strażnikom galerii handlowych i zdobyć serca słuchaczy. A tam serca! Wystarczy parę miedziaków do futerału.
Twe przeżycia zdają się być nieistotne, są czymś niewspółmiernym i na wyrost. Są jak słoneczne dni-dziczki, składające się na drugie, nikomu niepotrzebne lato; jak wybujała nadmiernie winorośl, której nikt w ogrodzie mieć nie chce; albo jak nigdy niekoszona trawa na ziemi niczyjej. Jesteś, mój drogi, chwastem. Chwastem albo – to lepiej zabrzmi – nazuną z haiku Basho.
Paddington tymczasem stoi i się bezczelnie raduje, śmieje ci się w twarz. Twe strachy ma za nic. Za chwilę ożyje i sam zaintonuje koncert. Krasy niedźwiadek z violą w kolorze plastra miodu – oto widomy obraz wyolbrzymionych lęków. Małe toto, ładne, a takie wredne!
Poniemieckie piękno jest małą dziewczynką piszącą listy
Chcę to opisać, opisać to spróbuję. Pytanie, czy jest w ogóle możliwe scharakteryzowanie starej, poniemieckiej architektury, starego domu, jednego, dwóch, trzech i iluś tam domów – tej całej skomplikowanej, pogmatwanej, poszatkowanej, piętrzącej się kaskadami, wertykalnie i horyzontalnie, ornamentalnej zabudowy. Zabudowy i nie tylko. I jeszcze wrażeń i impulsów wszystkich, jakim ulegam, gdy spoglądam na wyblakłe, szare, a jednak słońcem rozświetlone i niby grzanki zagrzane fotografie, żywe fotografie albo też urywki wspomnień, tu opisywanych, a kulturowymi zwanych walorów – tych śląskich skarbów. I jeszcze wrażeń, gdy spozieram na fotografie i obiekty istniejące nadal w tak zwanym realu, w świecie rzeczywistym, rzeczywiście istniejące, ale w jakiś taki niefizyczny, pozamaterialny sposób, jak gdyby zrobione były – te obiekty, sfotografowane, zapamiętane, wydobyte z pokładów pamięci... i te domy, i te skupiska domów, kościołów, ulic i wiaduktów... i tak dalej – z mgieł i cieni, z szarości i impresjonistycznej światłoczułości, z masła, z wody, z mleka, ze śmietany, z dżemu, z kremu, z mchu, z nici pajęczej, z kurzu, z pyłu, z oddechów nieistniejących, bo nieżyjących osób: dawnych domowników, lokatorów, mieszkańców, obywateli, burżuazji dawnej, dawnych rolników i niegdysiejszych panów, kiedyś tam sobie żyjących i Pana Boga chwalących – ludzi i ludzkich sekretów przez tych ludzi zabranych do grobu.
Widzę nieopodal tych domów poniemieckich dorodne sady, wypielęgnowane i wypracowane dzięki harówce od dawna nieistniejących ludzi, sady karmiące beztroskie, umorusane jagodami i miodem dzieci jagodowe niemieckie, które już dojrzały zapewne, z całą pewnością, w związku z powagą narratora, na bank dojrzały do dorosłości. Do starości. I potem także do śmierci dojrzały. Są te dzieci tak samo anonimowe, jak anonimowi są ich ojcowie i dziadowie, jak anonimowe są losy pojedynczego owocu z danego drzewa, z danego zbioru, w danym roku przeprowadzonego. Wiem nic o nich i nic – a wiem, co mówię – nic kompletnie nie wiem o owocach z drzew ze starych poniemieckich albumów. Czy są smaczne, czy soczyste, czy słodkie? Kto je jadł, kiedy i czy w ogóle jadł?
Widzę namiastkę bytu, ślady dawnego życia, istnienia widzę ślady dawnego i czuję, a czuję tak, jakby istniało nieistniejące i istniejące nie istniało. Widzę stare wydania nutowe, mistrzowskie edycje, książki stare widzę, stare przedmioty codziennego użytku i zbytku: stare obrazy, fontanny, stare marmury, posągi, elementy starych zdobień w kształcie winorośli uwikłanych w inną winorośl i inne rośliny... i w słoneczne promienie, i nawet w samo słońce. Słońca nie widzę. Rośliny widzę chyba również, inne widzę – drzewiaste, krzewiaste, duże, małe, większe, mniejsze – na tle winogron. Widzę i czuję też. Dotykiem, nie tylko wzrokiem, ale i dłońmi. To takie moje odczuwanie poprzez dotyk. Widzę oczyma malarza i zwykłym, tym zwykłym spojrzeniem, tym sobie najzwyklejszym zerkaniem, spozieraniem, mechanicznie namacalnym widzę poniemiecką rampę, kolejową stacyjkę, stacyjki obdarty mur ceglany, a wzdłuż muru – sznur widzę drzew, lip i nawet trochę je czuję w nosie, te lipy, te postgermańskie, jak pachną i kwitną. Jakie to wszystko stare! A jakie jare!
Co to w ogóle znaczy – się pytam – poniemieckie? Poniemieckie jest klasyczne piękno, taki tamtejszy ordnung. Mamy poniemieckie, przestrzelone słońcem, sfotografowane uśmiechy dzieci, to znaczy dzieci są niemieckie, a fotografie są poniemieckie. Arcydzieła są, bywają, często się zdarzają poniemieckiej sztuki dekoratorskiej i rzemieślniczej opusy. Są klimaty małomiasteczkowe, minione, przeszłe, niewyraźne, zamglone, patyną starości przykryte. Poniemieckie są, mogą być ruiny spowite mgłą tajemnicy i niedookreślenia, niedopowiedzenia. I to właśnie: niedopowiedzenia. Tego właśnie nie napiszemy, nie uda się tego zamknąć w klatce utkanej ze słów i zdań, zrobionej, sporządzonej, z akapitów splecionej, z akapitów, z rozdziałów i tomów.
Oto są cząstkowe elementy, takie elektrony bez protonów, swego naturalnego kontekstu pozbawione, swego mikroświata, wiązania elektronowego, zapamiętanej rzeczywistości bezkontekstowe skrawki. Są oto więc, takimi właśnie je zapamiętałem, kiedy byłem mały, mały bardzo, a nawet jeszcze bardziej, jak mały byłem i młody, ale jednak nie aż tak bardzo młody, bym nie mógł zdać sobie sprawy z treści zapamiętywanych, z treściwości zapamiętywania swojego. I choć młody byłem, to tyle aż, aż tyle zakodowałem: porcelanową rybę, kufer z lalkami na stryszku, monumentalne lustro ozdobne, którego rozbicie siedem lat nieszczęść mogło na mnie sprowadzić, gdybym je stłukł, ale nie stłukłem, i to na szczęście, na szczęście… i ozdobną pozytywkę z wizerunkiem tajemniczej, podejrzanie tajemniczej dziewczynki-malinki zgrabnej i ładnej, o której za chwilę, przyciężkawą szafę dębową, rośliny wokół domu: maciejkę, pokrzywy, porzeczki, agrest, czereśnie (czereśnie jako sad i czereśnie jako czereśniową alejkę). Także bez ślicznie zapamiętałem kwitnący i mnóstwo polnych kwiatków na wieńce plecione. I rój owadów, pszczółek i mrówek, które uwielbiałem obserwować w dzieciństwie, też mi wleciał do kina pamięci, w seans się przelał. Do pamięci mej i do łba mi wszedł. To właśnie: do łba.
Ale miałem mówić jeszcze o dziewczynce, tajemniczej jakąś wielką i nieprzeniknioną niby kosmos caluchny tajemnicą. Mała ta pojawiła się znienacka w starej kuchni, a w moim domu i życiu. I zaprosiła do licznych gier, spośród których jedną zapamiętałem w sposób szczególny. Zabawa cmentarna, bo tak ją ochrzciliśmy, polegać miała na pochówku gołąbka, którego rano znalazłem przy drodze przejechanego. Ceremonia była oczywiście na niby, jak wszystko inne w naszym świecie z waty cukrowej i pierniczków, ale nam, dzieciom, wystarczała taka oto skromna namiastka rytuału, surogat świata dorosłych w postaci ptasiego pogrzebu z fikcyjnym księdzem, z organistą bez instrumentu i fałszywymi żałobnikami-przebierańcami.
Ale te gierki i zabawy są wszystkie nieistotne, oto bowiem najważniejsza jest dziewczynka i to, skąd się wzięła, kiedy i w jaki sposób pojawiła się w życiu oraz przede wszystkim jak znikła. Pamiętam, że nigdy wcześniej jej nie widziałem. Nie była od nas i wydawało się nawet, że pochodzi gdzieś z daleka, lecz nigdy nie odważyłem się o to spytać. Pojawiała się u nas przez tydzień, dwa, zawsze pełna entuzjazmu i z nowymi pomysłami na spędzenie wolnego czasu. Wymyśliła i zainicjowała wiele różnych zajęć i wspólnych wycieczek. Aż w końcu pewnego razu zniknęła i tyle ją widzieli. Albo raczej: więcej się jej nie widziało.
Pamiętam, że długo nad tym dumałem, że wypytywałem księdza, wójta i sąsiadów o nastoletnią piękność, że rozmawiałem na jej temat z kolegami, męczyłem ich i zmuszałem do odpowiedzi. Niestety: wszystko na próżno, niczego bowiem, ale to kompletnie niczego nie udało się ustalić. Mała zapadła się jakby pod ziemię. Już miałem pogrzebać wspomnienia wspólnych z nią rozmów i zabaw, już miałem dać za wygraną własnej niemocy i brakowi detektywistycznych talentów, gdyż – nie da się ukryć – nie byłem Sherlockiem Holmesem, gdy nagle, bez wyraźnej przyczyny, przypomniałem sobie spontanicznie o pewnym sekretnym schowku, a mianowicie poniemieckim spichlerzu, który znajdował się na stryszku dobudówki, a jednocześnie nad starą kuchnią. I zaraz też tam pognałem. Kierowany jakimś przeczuciem, zajrzałem do środka i zaniemówiłem.
Stary spichlerz zasadniczo był pusty, lecz na jego dnie znajdował się pożółkły ze starości i zaadresowany do mnie list. Mógłbym przysiąc, że mała ma z nim coś wspólnego i że się do mnie z przeszłości uśmiecha, do zabaw zaprasza. Tak więc zarumieniłem się i czym prędzej zacząłem czytać, poczynając od słów, które brzmiały tak…
Chcę to opisać, opisać to spróbuję. Pytanie, czy jest w ogóle możliwe scharakteryzowanie starej, poniemieckiej architektury, starego domu, jednego, dwóch, trzech i iluś tam domów – tej całej skomplikowanej, pogmatwanej, poszatkowanej, piętrzącej się kaskadami, wertykalnie i horyzontalnie, ornamentalnej zabudowy. Zabudowy i nie tylko. I jeszcze wrażeń i impulsów, wszystkich, jakim ulegam, gdy spoglądam na wyblakłe, szare, a jednak słońcem rozświetlone i niby grzanki zagrzane fotografie, żywe fotografie albo też urywki wspomnień i tu opisywanych, a kulturowymi zwanych walorów – tych śląskich skarbów. I jeszcze wrażeń, gdy spozieram na fotografie i obiekty istniejące nadal w tak zwanym realu, w świecie rzeczywistym, rzeczywiście istniejące, ale w jakiś taki niefizyczny, pozamaterialny sposób, jak gdyby zrobione były – te obiekty, sfotografowane czy zapamiętane i wydobyte z pokładów pamięci... i te domy, i te skupiska domów, kościołów, ulic i wiaduktów – z mgieł i cieni, z szarości i impresjonistycznej światłoczułości, z masła, z wody, z mleka, ze śmietany, z dżemu, z kremu, z mchu, z pajęczyny, z kurzu, z pyłu, z oddechów nieistniejących, bo nieżyjących już osób. I tak dalej, i tak dalej. A reszta nie jest milczeniem, ale należy do mnie.
Winko na młodość
Chianti piłem od zawsze. Pierwsza szklanica czerwonego szła do obiadu, druga na kolację. Kiedy tylko w telewizji puszczali coś o Toskanii, natychmiast raczyłem się słodkim lub półsłodkim. A choć dogadzałem podniebieniu, to jednak jakaś cząstka mnie ubolewała, że nie urodziłem się w klimacie śródziemnomorskim. Tam bym sobie dopiero folgował. Ech, te marzenia!
Aż któregoś razu wybrałem się na saksy do słonecznej Italii. Miałem pomagać jednemu rolnikowi Dagonowi w prowadzeniu agrobiznesu, co okazało się być spełnieniem moich marzeń. Do południa pracowałem, łącząc przyjemne z pożytecznym, wieczorem zaś raczyłem się domowym, najsłodszym na świecie trunkiem przy wtórze cykad i pasikoników. Promieniowałem pozytywną energią, wyglądałem kwitnąco i byłem szczęśliwy, po prostu szczęśliwy.
Niestety niedługo wszystko miało się zmienić. Pewnej nocy zaintrygowało mnie dziwne pełganie w piwnicy, która może i powinna była o tej porze świecić, ale pustkami. Nie namyślając się, zszedłem powoli na dół, tak, by nie płoszyć ewentualnego intruza. I oto, co ujrzałem: starzec rozebrany jak do rosołu z siwizną nie tylko na głowie i z dyndającym na wierzchu „drobiem” szykuje się do kąpieli w potężnej beczce, il mastello grande, wypełnionej winem aż po brzegi.
A gdy tylko Dagon, bo o nim mowa, poczuł orzeźwiający chłód cieczy, natychmiast zaczęły wyrastać z jego ciała węże. Wypełzały te węże wprost z wnętrza głowy, a spod skóry dobyło się niepokojące poruszenie, coś jakby larwie. Staruch pociemniał cały, osiągając to niezwykłe stadium metamorfozy i stając się czymś w rodzaju wodnego, prr... winnego monstrum, czemu towarzyszyło bezgłośne drżenie podłoża o nader niepokojącej amplitudzie.
W mroku i świetle powyższego obcobrzmiące imię do tej pory gościnnego l'agricoltore dziwić nie może. Mój Boże, aż strach pomyśleć, że ja ten trunek wcześniej piłem, że szła ta miejscowa bevanda na sprzedaż!
Co działo się potem? Olaboga, nie mam pojęcia, jako że począłem bezwiednie wycofywać się, wystraszony i zniesmaczony winem z Colle di Val d'Elsa, lecz wtem do mych uszu dobiegły słowa:
– Mój panie, winko najlepsze jest na młodość! Trzeba pić dla zdrowia i urody!
– Pić, tak, ale nie ma co przesadzać, wie pan? Nie ma co przeginać – odrzekłem, mając na uwadze to, że przecież każdy dobry trunek domaga się jadła, no po prostu białka, a tu w tej murowanej – że tak powiem – piwnicy tańcowali zbójnicy... no nieważne zresztą.
Tak po prawdzie, to nie jestem wcale pewien, czy na urodę można polecać wino akurat z tej spiżarni, ale wiem jedno: to, że tylko jajecznica i nic innego gwarantuje mi ulubiony posmak cebulowo-pieczarkowo-jajeczny, który wprost ubóstwiam. Bowiem na młodość i urodę różne są rzeczy i różne sposoby, całe tysiąc pięćset, sto dziewięćset sposobów, spośród tych wielu, co nie dyndają na wierzchu tak bezwstydnie i ordynarnie.
A zatem raz jeszcze to powtórzę, dopóki wciąż zipię, choć doprawdy nie wiem, ile mi czasu pozostało: jaja jadłem, kurde, od zawsze. Pierwsze dwa szły na śniadanie, a na kolację był puszysty omlecik z miodem oraz dżemem. I kiedy tylko w telemele puszczali coś o Włoszech, natychmiast raczyłem się słodkim koglem-moglem. A choć podniebienie było wniebowzięte, to jednak jakaś cząstka mnie ubolewała, że nie urodziłem się toskańskim albo prowansalskim plantatorem. Mógłbym się kąpać w rubinowym, purpurowym, ciemnoczerwonym winku, farbując sobie swe kraszanki bez dotykanki.
Choć z drugiej strony: może to i dobrze, że jest jak jest, bo przecież mogło być gorzej. Mógłbym zostać na przykład drugim rolnikiem Dagonem ze wszystkimi wijami tego świata na łbie i pod skórą. A tak jest jak jest i jakoś się tarabani, jakoś się telepie powolutku, pomalutku. I kiedy tak stałem i dudliłem kielich niepoprawnego optymizmu, nagle zgasło światło w piwniczce i się już więcej nie zapaliło.
O tym, jak poznałem Montserrat Caballé, żywą historię, i o tym, jak także teraz ocieram się o... historię
Pracuję w Amazonie. Układam towar na półkach. Naprzód go skanuję, a potem rozkładam. To ciężka dziesięciogodzinna praca w systemie zmianowym. Tylko to mi pozostało: nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Ale kiedyś było inaczej, kiedyś mieszkałem w Barcelonie, żyłem i pracowałem w wyuczonym zawodzie. I nagle nachodzi mnie wspomnienie jaśniejszych dni i przypomina się taka oto rozmowa:
– No chodź tu! – zachęca kolega. – Zapoznam cię z Montserrat Caballé… Proszę pani, to jest ten muzyk z Polski, o którym tyle opowiadałem. Wielki talent!
– O, jak miło pana poznać – odpowiada sławna sopranistka.
– Znasz na pewno Montserrat. Tylko mi nie mów, że nie.
– No niestety! – zwracam się tym razem już bezpośrednio do wielkiej diwy. – Nie znam pani, madame. Przepraszam, lo siento mucho, muchísimo.
– Och, nic nie szkodzi. Teraz już się znamy, i to jest najważniejsze, prawda?
– Montserrat śpiewała z takimi sławami, jak Freddie Mercury czy Bruce Dickinson…
– …
– Naprawdę jej nie znałeś? – Po chwili odzywa się kumpel.
– Naprawdę.
Jestem korpoludkiem. Haruję na nocki w firmie Amazon: układam, stowuję, pickuję, magazynuję. Tylko to mi pozostało: nuda, nuda. Nie wszystko bowiem w życiu układa się tak, jakbyśmy chcieli. Ale kiedyś było inaczej. No właśnie: KIEDYŚ! I pomyśleć, że chciałem tylko dawać radość ludziom, nieść jasne światło muzycznego oświecenia, chciałem grać i komponować i więcej nic.
Sześć dni aktywności we Wrocławiu plus wolna niedziela handlowa
Plan jest prosty: mam zamieszkać we Wrocławiu. Po co, się pytam. Nic z ludzi tam żyjących nie mam i nie lubię wiecznie rozwrzeszczanych tłumów w bezzaciszu ludzi-mrówek, więc po co mi te całe przenosiny, na cóż mi one?
Połowa roju to samiczki, to znaczy kobiety, a ja żadnej nie szukam, nie pragnę żadnej. Pierwsze – że za stary jestem na łabędka, drugie – że wybrałem samotność, życie pustelnicze, a choć pustelnicze, to jednak w miarę wygodne, co akurat nie jest tutaj aż takie istotne. I ta połowa mi damska odpada. Zmierzchowiskiem trzynastego zebrałem je wszystkie i strąciłem do Odry, jak jakiś okrutny i mściwy Bóg starotestamentowy. I potopiły się kobietki, a wiatr zanucił requiem i niebo zapłakało deszczem. I padało jednomyślnie.
Są też w mieście wielkim bardzo seniorzy: jedna trzecia, jedna czwarta populacji zdaje się. I ona odpada również. Lubię co prawda z ludźmi rozmówić się niekiedy, ale wolę milczeć przeważnie i prowadzić monolog wewnętrzny święty nieśmiertelny. I ci starzy nie są do szczęścia tak znowu potrzebni. Po południu czternastego zebrałem więc wszystkich i strąciłem do Odry, jak jakiś okrutny i mściwy Bóg starotestamentowy. Wkrótce się utopiły dziadki i nawet drewniane laski im nie pomogły, a wicher tylko zawył requiem i niebo załkało ulewnym deszczem. I padało jednomyślnie.
No i jest młodzież rozwrzeszczana kochana. Ona odpada jako pierwsza, bo w ciszy się zabujałem na amen i już. A zatem zebrałem dziatwę piętnastego i, niby snopkiem siana, cisnąłem w odmęty modrej mej pospołu, jak jakiś okrutny i mściwy poskramiak tudzież Bóg starotestamentowy. Wkrótce się potopiło to pokolenie internetowe niewydarzone, a wiatr zaintonował requiem i deszczem czarne niebo zaryczało, i deszczem niebo czarne zabeczało, gdyż padało, a padało jednomyślnie.
Odpadają miłośnicy motoryzacji, bo wszędzie na piechotę chodzę i nie lubię spalin, i nawet nie znam nikogo, kto lubi, więc zrobiłem tak oto szesnastego: zebrałem i zdmuchnąłem. A potem: zapiłem i zapomniałem, a zapiłem, bo po prostu padało jednomyślnie.
Podobnie uczyniłem siedemnastego z karierowiczami i biznesmenami: chóralnie ich potraktowałem i Odrze kochanej pięknej darowałem, bo pokorne i skromne życie bardziej pachnie i nawet więcej i lepiej smakuje. A ich nie lubię, tych w garniturach i z ulizanymi fryzami. I z nimi nie jest mi po drodze: na uczelni, w pracy, korporacji i urzędzie. Słowem: zawsze i wszędzie, to znaczy zawsze i nigdzie, no więc… A potem już padało jednomyślnie.
Ale – uwaga – pośród tych wszystkich mrówczych zastępów ludzkich znajduje się oto politykująca hołota, z którą nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego, więc powiem krótko: do rzeki Odry z hołotą, po południu osiemnastego! Jednomyślnie? Jednomyślnie!
A jakby tego wszystkiego było mało, to znajdują się w tym mieście wielkim Wrocławiu fanatycy, w tym również religijni. Ja rozumiem: paciorek z rana jak śmietana i z wieczora „Aniele, Boże, stróżu mój”, a tak w ogóle to dewiza „Bóg, Honor, Ojczyzna” jeszcze nikomu nie zaszkodziła. I przeciwko religii nic nie mam, bo jej sprawy są mi obcymi pośród obcych i kosmitami wśród kosmitów, a w tak zwanego Boga nie wierzę, choć do kościoła latam, bo: raz – że tradycja, i dwa – że chodzimy z kumplem po mszy na piwo. Ale już jednak bliżej mi do braterskiego uścisku księdza, aniżeli do całowania się z córami islamu w raju dla dżihadystów.
Powtarzam więc raz jeszcze dobitnie złotą myśl świętą przenajświętszą: na daleczyznę dolnośląską mam iść, tam dokładnie, gdzie Ostrów Tumski się znajduje, ale za Chiny Ludowe nie chcę! Nie, choć – z drugiej strony – teraz to zupełnie inne miasto jest przyjazne i nieraz nawet najprzyjaźniejsze pod słońcem i księżycem, więc może jeszcze zmienię zdanie, może się jeszcze na Wrocław nawrócę. I nawet mają tam taką długaśną rzekę jedną, co zwie się Odra i w której to rzece Odrze można się czasem popluskać i zrelaksować, gdy na głowę nie kapie tak okrutnie, tak jednomyślnie. Po sześciu dniach morderczej aktywności należy mi się chyba niejaki wypoczynek, czyż nie? A niech ktoś powie, powie jednogłośnie, że nie!
Mały biały konik w małej białej budce w ten piękny jasny dzień ostatni
Codziennie rano przechodzę obok niedużej łączki, na której pasie się biały kucyk. To chyba klacz. Nie znam się na źróbkach. Kolorek by się zgadzał, bo w moim zafałszowanym obrazie koniczka, białe są li tylko klacze. A zatem, powtórzę raz jeszcze, kolorek by się zgadzał oraz piękne duże oczy, jej oczy. I właściwie niczego więcej tam nie ma, to znaczy niczego ciekawego, oprócz bieli owego urokliwego szczegółu na tle zielonej resztki ogółu. A kiedy co dzień tędy przechodzę, kucyk, jak gdyby nigdy nic, wynurza się ze swej małej budki na śniadanko. Do tego porannego rytuału zdążyłem się już przyzwyczaić tak bardzo, że przestałem zwracać uwagę na zwierzątko.
Ale dzisiejszego dnia stworzenie nie wyszło z domku, co od razu rzuciło się w oczy. Pierwszy raz od kiedy tędy chodzę klacz nie podreptała na żer, lecz – przeciwnie – została u siebie na czymś w rodzaju posłania-klepiska. Widziałem przez otwór wejściowy prowadzący do budki, jak leży z otwartymi szeroko oczami i pewnie się zastanawia: „Gdzie jest moja mama? Czy w ogóle mam mamę? I gdzie są inne źrebiczki? Czy kiedyś je zobaczę czy też już do końca będę tkwiła w zamknięciu w budce z drewna sześć na dziewięć dla notorycznych samotników? I po co mi takie życie, skoro nikt do mnie nie zagląda i się ze mną nie bawi?”.
I mnie samemu jakiś bliżej nieokreślony smutek i ból człowieczy się udzielił, choć przecież skąd miałbym to wiedzieć, co akurat koń myśli i czuje i czy w ogóle coś myśli. Dość powiedzieć i na tym poprzestać, że na małej łączce w jasny od żaru dzień słoneczny czerwcowy w niepozornej budce wylegiwał się oto chmyz, który swe troski, błahostki chował przed całym światem. Albo inaczej: to świat krył się przed nim, a raczej nią, zawstydzony brutalnością i bezdusznością. A napis na budce głosił imię nieboraka Memento Mori, które zwracało uwagę niezwykłością swą. Zastanawiałem się tedy, czy nie jest to aby jakaś przepowiednia lub mądrość do mnie skierowana? I kiedy tak szedłem rozmyślając i zwierzając się dyktafonowi, czarne chmury gradowe zebrały się nade mną i nagły pisk opon uzmysłowił mi, że oto ścieżka, którą kroczę krzyżuje się z drogą ekspresową. Na ucieczkę spod kół było już jednak za późno.
Babci sklerotycznej eskapada niedługa
Już zaczynałem w głowie liczyć baranki: “autyzm a artyzm. A alkoholizm. A atawizmy. A ADHD. A adrenalina. A ambona myśliwska, w której nocuję. A aspołeczne zachowania. A ambicje. A autentyzm. A anarchiczna wolność. A akustyczny cień. A aktywność fizyczna. A AA”.
Jechałem właśnie pociągiem relacji Katowice-Ligota – Zwardoń przez Bielsko-Białą aż do samej Rycerki, ślicznej górskiej miejscowości, kiedy ją zauważyłem. Skromnie ubrana staruszka, z torebeczką, zamiast bagażu podróżnego, z zaczesaną starannie siwizną na głowie, właśnie ładowała się do mojego przedziału. Stosownie do pięknej pogody, była lekko i skromnie, ale też odświętnie wyszykowana i kończyła właśnie konwersację z pewnym zagranicznym turystą, najpewniej Anglikiem, do którego zwróciła się najpierw po polsku, a gdy ten jej nie zrozumiał, przeszła na internacjonalny język min i gestów. Po krótkiej chwili podróżni ukłonili się sobie nawzajem: naprzód – on jej, potem – ona jemu. I wtedy właśnie ów cudzoziemiec gdzieś przepadł, to znaczy zszedł mi z pola widzenia. Starsza pani natomiast zdążyła wsiąść na kilka sekund przed odjazdem, musiałem jej zresztą w tym dopomóc. Następnie usłyszeliśmy przeciągły oraz przeraźliwy buczek i krótki komunikat: „drzwi zamykają się”. I wreszcie skład ruszył przy wtórze nieprzerwanego strumienia zbędnych informacji: „kolejny przystanek: taki to a taki”, „stacja początkowa”, „stacja docelowa” i tak dalej, i tak dalej.
Ledwie ruszyliśmy i jak tylko zdołałem zmrużyć oczy, spoglądając z utęsknieniem na zalane słońcem pola, już piskliwy głosik mącił spokój leniwego popołudnia:
– A mój mąż, świętej pamięci pułkownik Zawirski – zaczęła staruszka – gdyby tu dzisiaj z nami był, toby im wszystkim pokazał, o!
– Ale co by pokazał, babciu, co? – próbowałem dociec. – A w ogóle, to kim jest pułkownik Zawirski? Czy to ktoś znany i zasłużony? Hm, pewnie tak. Czyżby jakiś oficer Ludowego Wojska Polskiego? A może Armii Krajowej? – Cóż… w gruncie rzeczy… trzeba powiedzieć, że stawiałem na tę drugą hipotezę.
W tym momencie wlazł ktoś do toalety i drzwi, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znowu ozwały się nikomu niepotrzebną starą śpiewką:
– Sezam otwiera się. Sezam domyka się, zamyka na amen.
– Ale co by pokazał ten Zawirski, babciu? Co? – powtórzyłem i usłyszałem w odpowiedzi:
– Stacja Pstro.
– No mój mąż był pułkownikiem, wielką szychą był. A ty, złociutki, to kto? – I tu starowinka spojrzała na mnie chyba po raz pierwszy.
– Jestem tylko zwykłym turystą, proszę pani, podróżnikiem. Jestem nikim.
– Stacja Kurniki, Oborniki... – znów poleciała sama radość z głośniczków i aż się zdziwiłem, że tyle tu miejscowości o tak dziwnych nazwach, o których nigdy nie słyszałem.
Jako że od czterech ładnych godzin przebywałem w podróży, normalną rzeczą było, że potwornie zgłodniałem. Wyjąłem więc kanapkę z żółtym serem i zacząłem się posilać, nie zważając więcej na ekscentryczkę. A ponieważ było duszno, zapragnąłem uchylić okno. Okna nie można jednak było za Chiny Ludowe otworzyć, za to pobliski sezam dał o sobie znać, i to jak!
– Drzwi otwierają się! – Natychmiast od strony toalety buchnęła fala… nie tylko akustyczna, bo i zapachowa, jakże wspaniałe dopełnienie celebrowanego właśnie posiłku.
– Dobry chleb? – zapytała znienacka zaciekawiona życiem Zawirska.
– A dobry, dobry i ostrawy, bo to jest właśnie chleb z Ostrawy. – Zebrało mi się na rymowanki i głupie żarty.
Potem ponownie ktoś wlazł do toalety, w której się zaryglował, ale nie na amen, lecz tak tylko… He, skąd to wiem? Ano stąd, że panienka, która przyszła pięć sekund później po facecie, który zdążył się już rozgościć w przestronnym „ulu”, nacisnęła guzik i drzwi niefortunnie otworzyły się akurat w momencie, kiedy ów rozgoszczony robił siku. Skonsternowana panienka wymamrotała przeprosiny i ponownie nacisnęła magiczny guziczek. Jednak ku zaskoczeniu wszystkich, drzwi dostojnie rozsunęły się, tym razem na całą szerokość. Dalej nie ma sensu nawet opowiadać. Śmierdząca sprawa. A zresztą ponownie moją uwagę przykuła babunia i jej dziwaczne odzywki:
– Wystarczyłby jeden podpis mojego świętej pamięci mężula pułkownika i ten, co zaprojektował te idiotyczne komunikatory, by już dawno nie żył. – I tutaj pokazała przedwojenna elegantka gest uciętej głowy. – A wiesz, harcerzyku – zwróciła się bezpośrednio do mnie – że mąż zabierał mnie czasem do wód latem i był strasznie, strasznie przystojny oraz oczywiście bogaty.
– O tak, święty nieśmiertelny! Oczywiście, że był bogaty! – jakoś tak mi się wyrwało.
– Całe złoto magazynował w sekrecie na pusss…
– Pustyni? Że co? – Oj tam, oj tam, mogłem przecież niedosłyszeć.
– Sezam otwiera się, rozwiera mordę swą. Zamyka na amen.
Komuś w komórce zabrzęczały poczciwe stare „Alibabki”, sugerując (nie powiem, co sugerując), jak to zresztą w bajkach bywa, a konkretnie w jednej z nich, tej o „Alibabie i czterdziestu rozbójnikach”, tylko że tam nie było telefonów ani żadnych innych urządzeń mobilnych.
I znów zacząłem w głowie liczyć baranki: “autyzm a artyzm. A alkoholizm. A atawizmy. A ADHD. A adrenalina”. I tak powolutku, pomalutku zbliżaliśmy się do Bielska, skąd było naprawdę bardzo blisko do Żywca i Rycerki. Z Rycerki do przejścia czerwonym szlakiem miałem jakieś pięć godzin do docelowej bazy namiotowej, a ponieważ zbliżała się nieubłaganie piętnasta, zależało mi więc na czasie, na każdej jednej minucie. Żywiłem cichą nadzieję, że nie będziemy mieli opóźnienia. O święty nieśmiertelny, jak bardzo się myliłem!
W pewnym momencie usłyszałem znajomą formułę, która mnie wyrwała z chwilowej zadumy:
– Bileciki do kontroli!
Konduktor wziął ode mnie świstek papieru, spojrzał od niechcenia i prawie natychmiast zwrócił. Gorzej było z panią pułkownikową. Ta nie miała żadnego atutu w rękawie ani w ręce do okazania, prócz torebki, którą od razu też wręczyła kolejarzowi.
– Masz tu, pan. Sprawdź se sam, bo ja stara i nic na oczy nie widzę, harcerzyku.
Ten niepewnie zabrał torebkę i zaczął w niej grzebać, niczego jednak nie znajdując. Przy okazji musiał też wysłuchać babcinej litanii różańcowej:
– A wiesz, harcerzyku, że mój mąż to pułkownik, taka figura, znaczna, że ho, ho? Musi pan do niego koniecznie zatelefonować, najlepiej dziś jeszcze, bo czas to skarb. Już on panu wszystko wyjaśni. Szkoda, że nieborak od dwudziestu ładnych wiosen kwiatki wącha od spodu. Taki był z niego dobry i hojny człowiek i dobry ogrodnik. Złoto gromadził, kwiatki podlewał, coby je potem wąchać można było. Następnie biednych tym złotem obsypywał i kwiatkami, stokrotkami. A tu nawet mam taką sekretną mapę schowaną, jak do tego złota dojść, jak na nie trafić… i w ogóle. O, proszę!
– Ale ja tu nic nie widzę, a zresztą… – wykrzykiwał poirytowany służbista. – Zresztą co mi też paniusia głowę zawraca pułkownikami, telefonami i jakimiś wierutnymi pierdołami! Biletu szukam, cholera jasna! BILETU! – gadał jak wściekła papuga.
– Drzwi otwierają się, trr… Następna stacja, trr… Szubienica. Kratownica. Drzwi zamknięte. Szubienica. Kostuchna. Drzwi. Kostuchna. Drzwi. Złatna. Sratna. Kostucha. Drzwi. TRR. TRR. TRR… – coś zatrzeszczało okropnie w głośnikach i sprzęt na chwilę wysiadł. I dobrze.
Granatowy tymczasem wstał, wyprostował się, jakby miał połknąć parasol, zrobił parę nad wyraz zamaszystych kroków i przepadł gdzieś w niezgłębionych czeluściach wagonu drugiego. Przez kolejnych dziesięć minut się nie wychylał i babcia zdążyła już prawie wysiąść w Suchej Psinie. A jednak nie udało się, jako że nogi jak z waty nie pozwoliły jej na to. Mogłem co prawda dopomóc staruszce uciec przed konduktorem-krwiopijcą, jako że sądziłem, że to jest forma ucieczki. Mogłem wziąć ją pod ramię i wyprowadzić z pociągu, ale za późno się rozeznałem w intencjach gapowiczki. I koniec końców buczek oznaczający zamykanie się drzwi pokrzyżował obojgu nam plany.
Po chwili wrócił konduktor, ale inny, nie ten sam. Był jakiś odnowiony, odmłodzony, odchudzony. I wyglądał zdecydowanie lepiej od swego łysego kompana. A co ważniejsze miał telefon. „Oho” – pomyślałem. „Czyżby jednak telefon do pułkownika zza grobu?”. Taka rozmowa podpada zdaje się pod zamiejscową albo międzynarodową i może być stosunkowo kosztowna, bowiem „zza-grobie” nie znajduje się na terenie Unii Europejskiej, krainy miododajnej, miodonośnej, demokratycznej do szpiku kości i jednomyślnie wspaniałej. Ale nie! Okazało się, że kanar, bo jak go inaczej nazwać, wzywa policję obywatelską, ą, ą, ą…
Policja obywatelska, ka, ka, ka… wyrosła jak spod ziemi na kolejnej stacji, a tuż przed Bielskiem. Dwóch panów w mundurach, ach, ach, ach… granatowych wzięło babcię pod ramię, a następnie przekazało dwóm innym w niebieskich, którzy tylko czekali przed pociągiem, aby się pokazać i wykazać (dwa byczki łyse, krase, z pałami, kajdanami i pod bronią prowadzi oto flegmatyczną starowinkę – to nie mogło dobrze wyglądać i nie wyglądało).
– Ej! Pani pójdzie z nami!
– Pani pójdzie i owszem, ale proszę to już nie łaska dodać? – zapytała pułkownikowa.
Okazało się przy tym, że notoryczna dezerterka znana jest jednemu z kolejarzy i że nie jest to jej pierwsza ucieczka z domu nie tak znowu pogodnej starości.
W końcu skład ruszył po kolejnych dziesięciu minutach, starając się nadgonić niewielkie, ale jednak znaczące opóźnienie. A ja z braku lepszego zajęcia zainicjowałem powtórne liczenie pustorożców: “autyzm a artyzm. A alkoholizm. A atawizmy. A ADHD. A adrenalina”.
Usiadłem na miejscu pułkownikowej i począłem wyobrażać sobie, że może gdzieś faktycznie istnieje jakaś mapa z zaznaczonym miejscem ukrycia skarbu. O jakież było moje zdziwienie, kiedy naprawdę pod siedzeniem znajdowała się takowa – owa myśl wyśniona i zmaterializowana. Zakreślone krzyżykiem miejsce odsyłało ewentualnego poszukiwacza przygód na czworakach na czerwony szlak wiodący z Rycerki ku stokom Rycerzowej, czyli dokładnie tam, gdzie już za godzinę z hakiem oraz wielkim hukiem miałem nadzieję zdrowo i niezdrowo hasać. I kiedy w końcu usłyszałem z głośniczka znajomą frazę: „drzwi otwierają się, stacja Rycerka”, natychmiast powziąłem decyzję, że jeśli coś faktycznie odnajdę i stanę się przez to obrzydliwie, obleśnie, cholernie bogaty, to moje codzienne wizyty na forach literackich będą miały od teraz charakter wyłącznie kurtuazyjny i relaksacyjny. Słowem: dolce farniente. Ach, te marzenia! Któż ich nie ma?!
A zatem pozdrawiam – kurtuazyjnie i niekurtuazyjnie – Drogich Przyjaciół z forum i Wszystkich Czytelników. I obiecuję, Kochani, że jeśli się kiedyś spotkamy, to wypijemy za zdrowie pułkownikowej. Ja stawiam! Stać mnie!!!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania