Zapiski przed odejściem

Drzwi zaskrzypiały nieśmiało, jakby chciały uprzedzić o swoim istnieniu. Wszedł powoli, z torbą na ramieniu i tym dziwnym wahaniem, które mają ci, co wracają nie do siebie. Dom nie protestował. Nie powitał też. Był jak stary pies, który nie poznał już zapachu właściciela. Kurz unosił się w powietrzu, tańcząc w promieniach słońca przeciekających przez firany jak wspomnienia przez znużony umysł. Zrobił parę kroków. Nie wahał się. Nie oglądał. Tylko chłonął. To był dom, który znał. Ale nie jego. Dom, w którym „kiedyś” było pełne ludzi, głosów, śmiechu… I płaczu . Teraz nie było ani jednego, ani drugiego. Tylko cisza. Głęboka, jakby ktoś ją ułożył tu warstwami przez lata. Znalazł stół. Na stole — kartka. Żółta od czasu. Wygięta w kącie. Delikatnie ją rozłożył, choć bał się, że rozpadnie się w palcach. Litery były jeszcze czytelne. I znajome. Zaczął czytać. fragment zapisków przed odejściem) Nie piszę tego, by wzruszyć. Ani by żałować. Piszę, bo trzeba. Bo coś się domyka, a coś — może — zaczyna. Nie wiem jeszcze. Do tych co są. Do tych, co byli. I tych, co zdradzili. Dziękuję wam. Nie wiem, czy ci, co są, naprawdę byli. Czy słyszeli, gdy mówiłem. Czy rozumieli, gdy milczałem. Ale byli — jakoś — obok. Dziękuję też tym, co byli tylko przez chwilę, co udawali, bo dzięki nim nauczyłem się nie udawać. Być sobą — to najtrudniejsza ze wszystkich lekcji. Zostawiam to wszystko. Świat, który rozczarował. Wszystkie te ważne sprawy, które przestały być ważne. I te nieważne, które miały w sobie coś z prawdy. Idę. Nie w górę. Nie w dół. Nie na śmierć. Na spokój. Wracam. Jak syn marnotrawny. Bez majątku. Bez pytań. Tylko z pokorą. Nie czuję urazy. Niech im się wiedzie — tym, którzy zostali, którzy nie zdążyli, którzy wyśmiali. Niech znajdą to, czego szukają. Bo ja — już nie szukam. Dziękuję matce, która się starała, choć się bała. Nieświadomie kształtowała mnie takim, jakim jestem. Dziękuję żonie, która nauczyła mnie kochać. Bez warunków. Bez lęku. I córce. I wnuczce. Dającym nadzieję na przyszłość, choć ja już patrzę tylko w przeszłość. Nie żałuję. Nie proszę. Tylko dziękuję. Za poranki, w których pachniało kawą i ciszą. Za dłonie, które drżały ze wzruszenia, i te, które trwały, gdy traciłem siły. Za śmiech, który przychodził nagle, jak dziecko wybiegające z podwórka. I za łzy — bo były prawdziwe. Nie zabieram nic. Nie zostawiam wiele. Kilka słów, wspomnień, może westchnień. Idę już. Nie w gniewie. Nie w smutku. Idę spokojnie, jak ten, co wreszcie wraca do domu. Do światła, które nie rani. Do ciszy, która nie boli. Słowa brzmiały tak, jakby były szeptane z innego czasu. Z innego życia. Gdy skończył, nie powiedział nic. Tylko odsunął krzesło i usiadł. Nie płakał. Nie wzdychał. Patrzył w pustkę przed sobą, jakby czegoś szukał. Potem sięgnął po długopis. I na odwrocie kartki — tej samej — napisał jedno zdanie: „Dziękuję, że mnie nie zostawiłeś całkiem.”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania