Zasłonki
Zapytali mnie czy wolę spać na ich łożu, czy na podłodze. Ja chciałam na amerykance, ale wstydziłam się powiedzieć, bo mi tego nie proponowali. Raz widziałam jak rozkładają amerykankę, wyciągają kijek umieszczony za oparciem i odstawiają czarne nóżki. Wielki, wygodny fotel z bordowego aksamitu zamieniał się w łóżko, a poręcze, po których lubiłam zjeżdżać, stawały się nagle krótkie i niebezpieczne. Teraz myślę, że gdybym wybrała łoże, rozkładaliby amerykankę dla siebie i mogłabym znowu patrzeć. Ale wybrałam podłogę.
Nie pamiętam, dlaczego zostałam u dziadków, kiedy rodzice pojechali nad rzekę. Może zachorowałam? Dziadek mówił – niech śpi na łóżku, przecież myszy, przecież może się wystraszyć. Babcia mówiła – myszy chodzą tylko w ścianach, nie przesadzaj, nie ma się czego bać. A ja nie wiedziałam wtedy, co to są te myszy. Myślałam, że to hałasy. Dom był drewniany. Trzeszczał nocą, kwiaty na tapetach ruszały się w świetle księżyca.
Tak, byłam chora. I zamiast bawić się na podwórku, grzebałam w wielkiej szufladzie kuchennego stołu. Wyciągałam z niej kłębki szpagatu, pudełka z guzikami, szydełka, gwoździe, pinezki, kółka od kluczy i inne pachnące pracą przedmioty. Później dziadek robił traktor ze szpulki, gumki i zapałki, a babcia karciła nas za bałagan.
Położyli mnie na kołdrze i przykryli też kołdrą. Sami leżeli na łożu. Nad nimi pochylał się obraz z aniołem, który przeprowadza dzieci przez most. Żałowałam, że w moim życiu anioł jest niewidoczny. Bo przecież – taki piękny. Przyglądałam się jego skrzydłom, włosom, groźnym brwiom, białej sukni z szerokimi rękawami i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę przechodziła przez taki stary, zniszczony mostek z połamaną poręczą. A później, kiedy przestraszyłam się, że obraz spadnie na babcię i dziadka, i zamknęłam oczy, żeby ich uratować – w ścianach pojawiły się hałasy. Przesuwały krzesła, szeleściły serwetą na swoim, ukrytym między deskami, okrągłym stole, włączały radio z zielonym okiem i żółtymi zębami, wysypywały kolorowe landrynki do patery w kształcie łabędzia, podlewały paprocie i asparagusy ustawione na czarnych tumbkach pod oknami, cmokały robiąc supełki na podwójnej nitce, którą cerowały pachnące lekkim krochmalem zasłonki.
Komentarze (22)
TrzyCztery↔No jakże tak. Tekst stanowczo za krótki. Chciałbym jeszcze czytać, skoro tak opisane.
I znowu można "widzieć" co się czyta. Taka specyfika "zwyczajnej niezwyczajności"
w tych wszystkich szczegółach i spojrzeniu przez dzieckowy pryzmat:))↔Pozdrawiam:)↔%
Krótko, bo widocznie tak chciał Anioł z Obrazu:)
Bardzo klimatyczne i nastrojowe opowiadanie. 5, pozdrawiam :-)
Dziękuję, Piotrek. Pozdrawiam również:)
Fajne opowiadanie.
Pozdrawiam.
Kigja, miło mi, że się podoba i też pozdrawiam.
Narobiła smaka i... kazała obejść sie smakiem. :-)
U Ciebie mam jedno, żarłoczne: chcę wiecej.
Haha, dzięki, JamCi:)
Świetne, jak zwykle. Dziecięca perspektywa jest niepowtarzalna i super, że udaje Ci się jak tak dobrze oddawać.
Kiedyś (właśnie dzięki moim dziadkom) sporo "wzięłam", Teraz "oddaję". Lecz na pewno nie "oddam" wszystkiego.
Z dziadkami jest związana pewna więź, a babcie bywają okropne trzymając zasady.
Ciepłe wspomnienia, pomimo tej nocnej szalejącej wyobraźni. ?
To prawda, babcie często są bardziej "dorosłe", hehe. Dziękuję i pozdrawiam, 00.00.
Życie to pusta przestrzeń podzielona zasłonkami.
„...i inne pachnące pracą przedmioty. ” — znakomite określenie.
Pięknie pisane. Wciąż jesteś dzieckiem, albo masz prawdziwy talent do tworzenia z wtórną dziecięcą naiwnością.
Narratorze, no cóż, przyjmuję od Ciebie to złoto komentarza (tak jak już raz mnie pouczałeś) i zwyczajnie dziękuję.
Co do tych przedmiotów, jeden z nich noszę w torebce. To takie dziwne kółko z metalowego pręta. Pręt ma około sześciu milimetrów w przekroju, a kółko sześć centymetrów średnicy. Zawsze mi się podobało. Po śmierci dziadka wyjęłam je z szuflady, o której tu, w opowiadaniu, wspominam. To jest teraz mój brelok do kluczy od domu. Kółko dobrze leży w dłoni (ma swój idealny ciężar). Można do niego włożyć palce, otwierając drzwi po ciemku, żeby klucze razem z kółkiem nie wpadły w pewną niezbadaną szczelinę przy progu.
Och, te amerykanki takie eleganckie w swej prostocie były.
Nad nimi pochylał się obraz z aniołem, który przeprowadza dzieci przez most... pamiętam Anioła Stróża i dziewczynkę z chłopcem kroczących przez most.
Takie szuflady i skarby w nich, chyba u wszystkich dziadków były. Babcie jak to babcie trzymały dystans i czuwały nad Aniołami. Odgłosy i kolory takich domów dzisiaj są nieosiągalne, jak z Matriksa. A te na końcu zasłonki pewnie z lekkim odcieniem ultramaryny kochałam.
Pozdrawiam
Obraz, amerykanka, małżeńskie łoże, okrągły, dębowy stół i drewniane krzesła, tremo, czyli lustro z ruchomymi skrzydłami, małe lufciki na zaszczepki - Ty to wszystko także musiałaś widzieć. Dziękuję za miły komentarz, pasjo.
Świat dziecka to posklejane-porwane obrazy, które mimo, że połączone nie zawsze muszą pasować do siebie. Słowo, czy zdanie rzucone nieopatrznie przez dorosłych, może nagle ożyć i żyć własnym życiem.
Bardzo ciekawe opowiadanie.
Cześć, Maurycy! Pewnie chodzi Ci o słowo "myszy". Rzeczywiście, bez wyjaśnienia, bez obrazka, każde słowo może stać się czymś, czego nie przedstawia. A i z wyjaśnieniem, z ilustracją - też.
Dziękuję za wizytę. Miło mi.
Jak ja lubiłam grzebać w szufladach albo w szafie pod nieobecność dziadków. Ile tam było skarbów, np. kilka par okularów z grubymi szkłami. Zakładałam te okulary i podłoga nagle zmieniała się w przepaść albo krzywe, strome schody :)))
Kolejne świetna historia. :)
Haha, dzięki. Ja też przymierzałam okulary dziadka. Miały oprawkę podreperowaną w rogu plastrem. I słyszałam: Zdejmuj natychmiast! Popsujesz sobie oczy!
Teraz, jak już sobie popsułam, na pewno usłyszałabym - Załóż!
Bardzo przyjemny tekst, przypomina się dzieciństwo :-)
Dziękuję za wizytę. W tamtych czasach w wielu domach były podobne meble i obrazy. A radio z zielonym okiem stało się chyba jednym z symboli tamtych lat.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania