ZAWSZE NIE TERAZ. Sześć wcieleń. Jedna historia

(fragment)

 

WSTĘP

Obudziłem się z pierwszymi promieniami słońca, które przesączały się przez materiał namiotu, barwiąc wnętrze na ciepły bursztynowy kolor. Leżałem w ciszy, wsłuchując się w poranne odgłosy jeziora – plusk wody, szelest trzciny i daleki krzyk ptaka. Było w tym coś mistycznego. Wczoraj cały dzień pływaliśmy po jeziorze. Dookoła tylko woda, lasy i czysty błękit jeziora. Bella drgnęła, mocniej wtulając się we mnie. Odruchowo objąłem ją ramieniem i przycisnąłem do siebie.

- Miałem dziwny sen – powiedziałem po chwili, gładząc jej nagie ramię.

- Ja też – odpowiedziała natychmiast, odwracając się w moją stronę. Opowiedz.

Zamknąłem oczy, próbując odtworzyć obrazy ze snu.

- Szliśmy przez las - zacząłem powoli. – Gęsty, stary, jakby nie naruszany przez wieki. Miałaś na sobie suknię… prostą, surową, bez ozdób… nie wiem, wczesne średniowiecze. Trzymaliśmy się za ręce idąc przed siebie ledwie widoczną ścieżką.

Zrobiłem przerwę.

- Potem nagle wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Był tam tłum ludzi. Stali w milczeniu patrząc na nas. Nagle mężczyźni wyciągnęli miecze i unieśli je do góry.

Otworzyłem oczy.

– A potem nagła zmiana otoczenia. Park. Spokojny, jasny. Ty w bogatej, XVIII-wiecznej sukni. Pięknej, ciężkiej, jakbyś była kimś bardzo ważnym. Nagle ten obraz znika i pojawi się nowy…

Znów widzę ciebie. Stoisz przede mną w pięknej sukni. Za tobą widzę mury miasta i otwartą miejską bramę. Obok niej stoi oddział rycerzy na koniach, czekają na coś. Ty patrzysz na mnie a w oczach masz smutek, żal…

Bella patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby każde słowo trafiało dokładnie tam, gdzie powinno.

– To dziwne… – szepnęła. – Bo mój sen był inny, ale… jakby z tej samej opowieści.

Przytuliła się bliżej.

– Najpierw byliśmy na pustyni. Gorąco, piach, nic dookoła. Ty miałeś na sobie tylko przepaskę na biodrach. Trzymałam cię za rękę. Czułam się bezpieczna.

Jej głos lekko zadrżał.

– Potem nagle był las. Gęsty, mroczny. Stałeś przede mną w skórzanej zbroi, z mieczem w dłoni. Byłeś skupiony. Czujny. Jakbyś wiedział, że coś nadchodzi.

Przełknęła ślinę.

– I wtedy z lasu wyszedł wilk. Ogromny. Czarny. Miał zielone, świecące oczy i białe kły. Bałam się…

Zacisnęła palce na mojej dłoni.

– Zrobiłeś krok przede mnie. Zasłoniłeś mnie sobą. Uniosłeś miecz. I wtedy się obudziłam.

Między nami zapadła głęboka cisza, ciężka i gęsta. To nie było już tylko „ciekawostka". To było coś głębszego, coś co sięgało poza granice racjonalnego zrozumienia. Czułem, jak włosy stają mi dęba na rękach.

– Jeśli wierzyć w reinkarnację... – zacząłem cicho – to nasze dusze właśnie do nas przemówiły. Mówią, że nie jest to nasze pierwsze spotkanie. Że przez wieki... nasze ścieżki się przecinały.

– A ten wilk? – spytała Bella, a w jej głosie słychać było resztki lęku ze snu.

– Nie wiem – odparłem, przyciągając ją bliżej. – Symbol zagrożenia? Przeszkody? A może czegoś w nas samych, z czym musimy się zmierzyć? – Westchnąłem. – Może to symbol. Czegoś, co przyjdzie po ciebie albo po mnie. Albo czegoś, co już w nas jest. Instynktu. Głodu. Chaosu. Zagrożenia.

Bella milczała dłuższą chwilę.

– To dziwne – powiedziała w końcu cicho. – Bo ja w tym śnie nie chciałam uciekać. Chciałam, żebyś tam stał. Między mną a nim

PIERWSZY RAZ

Starożytny Egipt, XIV w. p.n.e.

 

WYMARSZ

Słońce stało już wysoko nad Waset, gdy Men-ka-Ra przekroczył bramę świątynnego dziedzińca. Kamień pod stopami był nagrzany tak, że czuł ciepło nawet przez skórzane sandały – niczym rozżarzony metal, który parzył, choć nie zostawiał śladu. Powietrze drgało, niosąc zapach kadzidła, mirry i potu setek ludzi, którzy każdego dnia przechodzili przez to miejsce. Kapłani w białych szatach sunęli jak cienie, akolici nieśli kosze z owocami i dzbanami wina, tragarze dźwigali kamienne bloki, ich mięśnie napinały się pod skórą, a na twarzach malował się wysiłek. Świątynia żyła własnym rytmem, starszym niż on sam, starszym niż pamięć. Była jak ogromne, wiecznie czuwające zwierzę, którego oddechem był szmer modlitw, a biciem serca – uderzenia młotów w kamień.

Neb-maat-Amon czekał w cieniu kolumn.

Stał nieruchomo, oparty na lasce z hebanu, z głową ogoloną gładko jak kamień ołtarza. Ciężkie złote naszyjniki spoczywały na jego piersi, a pierścienie błyszczały w półmroku – każde było misternym dziełem, przedstawiającym skarabeusze, oczy Horusa lub symbole anch. Jego białe lniane szaty pachniały mirrą – intensywnie, niemal dusząco, jakby sam zapach miał oczyszczać przestrzeń wokół niego.

Men-ka-Ra zatrzymał się kilka kroków przed nim i uklęknął na jedno kolano. Oparł pięść o ziemię, czując pod palcami drobiny piasku, które zawsze przedostawały się nawet tutaj, do serca porządku.

– Wezwałeś mnie, ojcze świątyni.

Głos miał niski, stonowany, wyćwiczony przez lata wydawania rozkazów, które nie znosiły sprzeciwu.

Kapłan spojrzał na niego długo, jakby nie na twarz, lecz przez nią. Jakby ważył coś, czego Men-ka-Ra nie mógł zobaczyć – może duszę, może przeznaczenie, a może tylko użyteczność.

– Bogowie otwierają szlaki – powiedział w końcu Neb-maat-Amon. Głos miał suchy, pozbawiony barwy, jak szelest zwiędłych liści. – A kiedy to robią, trzeba iść.

Podniósł laskę i wskazał nią południowy wschód, w stronę, gdzie za murami miasta zaczynała się pustynia. Jego dłoń była wychudzona, ale pewna – palce obejmowały heban bez drżenia.

– Wyruszamy do Ta netjer. Do Puntu.

Men-ka-Ra nie drgnął. Nie okazał ani zdziwienia, ani niepokoju. Jego twarz pozostała maską – spalona słońcem, poorana drobnymi bliznami po walkach i treningach, oczy ciemne, głębokie, rzadko zdradzały emocje. Słyszał o Punt. Każdy słyszał. Kraina daleka, wilgotna, pełna zapachów i bogactw. I kraina, z której wielu nie wracało. Opowiadano o chorobach, które skręcały ciała, o zwierzętach z rogiem na głowie, o ludziach, którzy nie znali praw bogów i mówili językami, które brzmiały jak szmer wody.

– Przygotujesz oddział – ciągnął kapłan spokojnie. – Dziesięciu ludzi. Najlepszych. Wyruszysz ze mną.

– Kiedy? – zapytał Men-ka-Ra.

– Jutro o wschodzie słońca.

Kapłan obrócił się, jakby rozmowa dobiegła końca. Jego szaty zaszeleściły, a zapach mirry na moment stał się jeszcze bardziej intensywny, zmieszany z kurzem unoszącym się z posadzki.

Men-ka-Ra wstał. Skłonił głowę. Nie zadał ani jednego pytania. Pytania były dla tych, którzy mieli wybór. On wyboru nie miał.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania