Zegarek Atlantic.
To był wyjątkowo mroźny styczeń 1965 roku. Kapitan Janusz Kwaśniewski z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Warszawie poprawił kołnierz ciężkiego, sukiennego płaszcza i spojrzał na rozkopaną ziemię w pobliżu budowanego właśnie osiedla na bocznej ulicy Grochowa. Pod nogami chrupał zmarznięty śnieg, a w powietrzu unosił się zapach taniego tytoniu z papierosów „Sport”, które nerwowo palił milicyjny technik.
To, co znaleźli robotnicy kładący kable telefoniczne, nie pozostawiało złudzeń. Z płytkiego grobu wystawał fragment brezentowego worka. W środku znajdowały się zwłoki mężczyzny w eleganckim, choć poplamionym krwią garniturze.
Sprawa od początku pachniała grubą aferą gospodarczą, a te w czasach PRL-u były traktowane przez władze niemal na równi ze zdradą stanu. Oficjalna propaganda głosiła przecież sukces socjalistycznej gospodarki, a tu, pod samym nosem Komitetu Centralnego, kwitło podziemie.
Ślad z Pewexu
Przy denacie nie znaleziono dokumentów, ale kapitan Kwaśniewski szybko dostrzegł detal, który pchnął śledztwo naprzód: zegarek marki Atlantic na skórzanym pasku oraz metkę wewnątrz marynarki. Garnitur uszyto z importowanej, zachodniej wełny, niedostępnej dla zwykłego robotnika pracującego za średnią krajową.
– To nie jest zwykły złodziejaszek, obywatelu kapitanie – mruknął technik, zabezpieczając ślady. – Taki materiał można dostać tylko za dolary albo pod ladą w komisie.
Dwa dni później milicja znała już tożsamość ofiary. Był to Henryk Z., oficjalnie skromny urzędnik w państwowym przedsiębiorstwie handlu mięsem, a nieoficjalnie... jeden z królów czarnego rynku, powiązany z warszawską „grupą rzeźników”.
W tamtych latach mięso było towarem deficytowym, regulowanym przez państwo. Kto kontrolował jego nielegalne dostawy ze wsi do miejskich sklepów, ten opływał w luksusy. Henryk Z. zniknął tydzień wcześniej. Ostatni raz widziano go, jak wsiadał do szarej Warszawy 223 pod hotelem „Metropol”.
Układ zamknięty
Kwaśniewski zaczął deptać podejrzanym po piętach. Przesłuchania dyrektorów chłodni, kierowników sklepów mięsnych i nowobogackich badylarzy z podwarszawskich miejscowości przyniosły rezultat. Milicjanci trafili na ślad niejakiego Kazimierza W. – oficjalnie rzeźnika, a w rzeczywistości bliskiego wspólnika zamordowanego.
Zatrzymano go w knajpie przy wódce i tatarze. Kazimierz W. początkowo szedł w zaparte, twierdząc, że Henryka widział miesiąc temu. Jednak rewizja w jego podwarszawskiej willi (której oficjalnie nie miał prawa wybudować z legalnych zarobków) przyniosła twarde dowody: w skrytce pod podłogą w garażu znaleziono kilkanaście tysięcy dolarów, złote carskie świnki oraz... zakrwawiony notes Henryka Z. z zapiskami dotyczącymi łapówek dla urzędników.
Gdy milicjanci pokazali mu notes, Kazimierz W. pękł.
Finał na bankiecie
Okazało się, że motywem była zwykła, bezwzględna chciwość. Henryk Z. chciał wycofać się z interesu i uciec na Zachód, zabierając ze sobą wspólną kasę z nielegalnego obrotu tonami mięsa. Kazimierz W. dowiedział się o tym i postanowił załatwić sprawę „po męsku”. Zwabił wspólnika do samochodu pod pretekstem ostatniego rozliczenia, a potem wywiózł na peryferie Grochowa, gdzie zadał mu kilka ciosów tępym narzędziem.
Sprawa ta stała się jednym z elementów głośnej w tamtych latach walki władzy z tzw. „aferą mięsną”. Dla kapitana Kwaśniewskiego był to jednak kolejny dzień ciężkiej pracy w Warszawie, gdzie pod płaszczykiem socjalistycznej szarości kryły się brutalne, gangsterskie porachunki o wielkie pieniądze.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania