Żegnaj Smętek.
Złota Polska Jesień potrafi być piękna. Kolorowe liście na drzewach przy drodze, oświetlone wschodzącym słońcem. Resztki mgły tańczące w tumanach między drzewami…
Nie tym razem.
Lało jak z cebra. Silne porywy wiatru co chwila kołysały samochodem. Słońce teoretycznie już wzeszło, ale nadal panował półmrok. Za szybą samochodu widać było niewiele więcej niż strugi wody rozpraszające światła samochodu i czarną ścianę lasu. Na jednym z ciaśniejszych zakrętów z ciemności tuż przed maską wyłonił się człowiek. Było za późno na jakąkolwiek reakcję. Mój umysł chyba się wyłączył, bo gdy odzyskałem zmysły, samochód stał skosem na poboczu, a światła oświetlały przydrożne krzaki. Byłem pewien, że za samochodem znajdę leżące ciało. Oczami wyobraźni już widziałem siebie w więzieniu i przez chwilę spanikowany umysł podpowiadał: “Uciekaj!”. Jednak po chwili racjonalna część mózgu stwierdziła, że i tak mnie znajdą, więc lepiej pomóc, jeśli jest jakaś szansa. Wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem w kierunku, z którego przyjechałem, rozglądając się po asfalcie. Przebiegłem tak kilkadziesiąt metrów, ale nigdzie nie widziałem mojej ofiary. Gdy wracałem do samochodu, na poboczu zobaczyłem stojącego mężczyznę w ciemnym, długim płaszczu. Wysoka, postawna postać wpatrywała się we mnie badawczo. Stanąłem jak wryty. Nie mogłem zrozumieć, co się stało.
– Nic panu nie jest? – Nie wiedziałem, czy mam się śmiać czy płakać.
– Nie, w porządku, ominąłeś mnie – odparł bardzo cicho, a jednak doskonale go zrozumiałem. Miał niski, ciepły głos, w którym można było wyczuć nutkę melancholii.
– Ale jak? Nie miałem na to szans! Myślałem, że pana przejechałem! Boże, czemu szedł pan środkiem drogi? I do tego bez odblasków! – Mój strach powoli zmieniał się złość.
– Muszę się dostać do Kartuz – odparł spokojnie, ignorując moje słowa.
– Podwiozę pana – zaproponowałem, by uciąć dyskusję i móc wrócić do samochodu, bo w tych kilka chwil deszcz przemoczył mnie do suchej nitki.
Na miękkich nogach poszedłem do samochodu, a nieznajomy ruszył za mną. Gdy usiadł w fotelu pasażera, zobaczyłem, że był w podobnym wieku, co ja – około czterdziestu lat. Miał pociągłą, twarz, krótkie, ciemne włosy oraz niedużą, czarną brodę w hiszpańskim stylu. Jedynie oczy w kolorze jasnego miodu nie pasowały do typu urody południowca. Nie odzywał się, więc wrzuciłem bieg i ruszyliśmy. Po dwudziestu minutach minęliśmy granicę miasta. Zatrzymałem się na pierwszym skrzyżowaniu. Mężczyzna wysiadł.
– Musimy porozmawiać – rzucił tylko, trzasnął drzwiami i odszedł.
– Słucham? – odparłem zdumiony, ale było już za późno. W lusterku nie było go widać.
To wszystko było tak bez sensu, że zacząłem się zastanawiać, czy zwariowałem, czy może to wszystko mi się przywidziało? A może wciąż jeszcze śpię? Uszczypnąłem się w przedramię. Zabolało, więc chyba nie. Doszedłem do wniosku, że muszę zbadać głowę. Spojrzałem na zegarek i zobaczyłem, że zaraz będę spóźniony, więc ruszyłem do biura.
W recepcji na pierwszym piętrze, jak co dzień przywitała mnie „Mamuśka”. Monika, wbrew przezwisku, miała tylko dwadzieścia pięć lat, ale postawiła sobie za punkt honoru, żeby roztoczyć iście matczyną opiekę nad firmą i każdym jej pracownikiem, dlatego tak ją nazwaliśmy. Była piękną i niezwykle inteligentną blondynką. Każdy facet w firmie się w niej podkochiwał, ale po nieudanych próbach dwóch przystojniaków (którzy już tu nie pracowali, bo zostali zwolnieni), nikt więcej nie próbował jej poderwać. Każdego potrafiła sprowadzić na ziemię, gdy próbował dwuznacznych tekstów, a podpaść jej było równoznaczne z końcem kariery. Pracowała z nami od pięciu lat, i w tym czasie stała się opoką, na której opierała się cała firma. Nawet szef mówił, że bez Mamuśki nie dałby rady jej prowadzić. Kiedy do nas dołączyła, pracowało tu sześć osób. Dziś było ich dwadzieścia siedem. Na dodatek otworzyliśmy filie w Gdyni i w Poznaniu.
– Kuba, jak ty wyglądasz? – niemalże krzyknęła na widok mojej ociekającej wodą postaci. – Trzeba ci znaleźć jakieś suche ubranie – dodała. Nie czekając na moją reakcję, chwyciła mnie za rękaw i pociągnęła po schodach na dół. – W składziku mamy jakieś koszulki i bluzy firmowe, znajdę ci coś suchego. A właściwie, dlaczego jesteś mokry? Coś stało się na drodze? Nie mogłeś trafić na gorszą pogodę.
– Coś w tym stylu – odparłem enigmatycznie, nie chcąc wdawać się w szczegóły i dać się poznać, jako facet niespełna rozumu. Patrzenie na nią nieodmiennie sprawiało mi ogromną przyjemność, ale także wywoływało nutkę smutku, bo wiedziałem, że nie mam na co liczyć z powodu różnicy wieku. Miałem czterdzieści lat, i choć wszyscy mówili mi, że wyglądam, co najmniej na dziesięć lat mniej, to bagaż wieku zaczynałem już odczuwać. Mentalnie, bo fizycznie wszystko było w porządku.
– Poczekaj, zaraz ci coś wybiorę – powiedziała wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. Po kilku minutach wyłoniła się z kilkoma paczkami na rękach. W magazynku znalazła nie tylko koszulkę i bluzę, ale także koszulę i spodnie. Skąd się tam wzięły – nie wiem. Ale to przecież Mamuśka…
– Przebierz się a ja ci zaparzę gorącej herbaty – powiedziała i pobiegła do swego królestwa.
Założyłem suche ubranie i wróciłem na piętro. Kubek z herbatą i sokiem malinowym czekał już na mnie na blacie recepcji.
– Jak ubranie? – zapytała.
– Jakby na mnie uszyte. Jak ty to robisz? – zapytałem po raz tysięczny. Nie potrafiłem zrozumieć, jak ona była w stanie zdążyć zrobić tyle rzeczy na raz.
– Dawaj te mokre ciuchy, spróbuję je podsuszyć – powiedziała Monika ignorując pytanie i zabierając moje rzeczy.
Zabrałem kubek z gorącym napojem i poszedłem do mojego biura. Dzieliłem pokój z Robertem, doświadczonym gościem tuż przed emeryturą. Przyszedł do firmy trzy lata temu, ale choć ja sam byłem tu od dziesięciu, to on częściej udzielał mi rad i wskazówek. Początkowo nazwałem go „Panem Robertem”, ale szybko kazał mi przestać i przeszliśmy na „ty”. Interesował się historią Kaszub i co chwilę częstował mnie zabawnymi historyjkami albo legendami o naszym regionie. Gdy wszedłem do pokoju, siedział za swoim biurkiem przeglądając codzienną lokalną gazetę. Chyba jako jedyny w biurze ciągle kupował papierowe wydanie. Spojrzał ma moje ubranie z lekkim zdziwieniem.
– Cześć Kuba, co to za strój? Mamy jakiś wypad firmowy, o którym nie wiem?
– Nie, po prostu moje ubranie przemokło i Mamuśka dała mi te rzeczy – odparłem.
– No tak, Mamuśka… – odparł tonem, który miał sugerować, że nie jest normalną dziewczyną, ale jakimś złym demonem. Tylko on z całej firmy nie był pod wrażeniem dziewczyny i chyba niezbyt ją lubił. Przypomniałem sobie, że na początku naszej znajomości mówił coś o dziewczynie z jego młodości, która wyglądała identycznie jak Monika. Wtedy nie zwracałem na to zbytniej uwagi, ale może przez to, że mu wtedy z nią nie wyszło, powodowało frustrację i złość? A teraz widok Mamuśki przywołuje dawne wspomnienia i emocje?
– Masz u niej specjalne względy – kontynuował. – Jest dla ciebie bardzo miła.
– No co ty – zaprzeczyłem – ona opiekuje się każdym z nas. Poza tym na pewno ma jakiegoś chłopaka, tylko się tym nie chwali. Technicznie pewnie mógłbym być jej ojcem i pewnie tak mnie traktuje – zażartowałem. Znowu poczułem w sercu ukłucie żalu.
– Mów co chcesz, ale wiem, co widzę – odparł. – Ale uważaj na nią.
No i co można odpowiedzieć na takie stwierdzenie, bez urażenia kolegi? Mruknąłem tylko coś niezrozumiałego, co można było dowolnie zinterpretować i zacząłem stukać w klawiaturę by oznajmić, że czas na pracę.
– Masz może zszywacz? – zapytał po godzinie Robert podchodząc do mnie.
– Tak, zaraz ci dam – odparłem otwierając szufladę biurka. Zszywacz zahaczył o zdjęcie, które trzymałem w szufladzie. Spadło na podłogę i Robert sięgnął, by je podnieść. Byłem na nim razem z byłą żoną. Spojrzał na nie zanim mi je podał.
– Niedawno robione? – zapytał.
– Skąd, tuż przed rozwodem, dwanaście lat temu – odparłem odkładając zdjęcie na miejsce.
– To niemożliwe – powiedział. – Wyglądasz identycznie, nic się nie zmieniłeś. – Spojrzał na mnie tak jakby urosły mi ośle uszy. Pod jego spojrzeniem poczułem się nieswojo, jakbym zrobił coś niewłaściwego.
– Wszyscy mi to mówią, ale to po prostu geny – odparłem. Jednak spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie i stwierdziłem, że rzeczywiście wyglądam bardzo podobnie. „Tylko się cieszyć” – pomyślałem.
Tak, miałem żonę. Pobraliśmy się zaraz po studiach. Ala bardzo chciała mieć dzieci, ale nam nie wychodziło; po czterech latach, głównie z mojej winy, bo ze strachu nie potrafiłem zmusić się do badań, małżeństwo się rozpadło. Potwierdzenie, że to ze mną coś jest nie tak, dostałem dwa lata po rozwodzie, gdy spotkałem ją na mieście w towarzystwie nowego męża. Była w zaawansowanej ciąży i promieniała szczęściem. Cieszyłem się, że choć jej się udało. Czując sentyment do tamtych czasów, trzymałem to zdjęcie by móc raz na jakiś czas powspominać. Później miałem jeszcze kilka przelotnych romansów, ale nie chcąc unieszczęśliwiać kolejnych kobiet, szybko je kończyłem. Od siedmiu lat byłem sam i powoli się do tego stanu przyzwyczajałem.
Przez cały dzień wsłuchiwałem się w wiadomości nadawane przez lokalną stację radiową. Podświadomie czekałem na informację o ciele znalezionym na drodze. Nic takiego się nie zdarzyło. Była natomiast informacja, że w gminie Stężyca zanotowano rano skoki napięcia w sieci energetycznej. Mieszkańcy zgłaszali pulsujące światło i wyłączający się sprzęt elektroniczny.
Aż do przerwy obiadowej atmosfera w biurze gęstniała, czułem jakiś niepokój, a Robert intensywnie stukał w klawiaturę, chyba szukając czegoś w Internecie. Gdy nadeszła pora lunchu, zadzwoniłem do przychodni i umówiłem się na wizytę u lekarza pierwszego kontaktu by omówić sprawę moich omamów i dostać skierowanie na badanie mózgu. Najbliższy termin był za tydzień. Robert wyszedł na miasto kupić coś do jedzenia. Po przerwie nie wrócił do biura.
– Nie wiesz, co z Robertem? Nie wrócił z lunchu – zapytałem Mamuśki godzinę później.
– Mówił, że musi coś załatwić na mieście i być może nie wróci – odparła. – Jak się czujesz? Acha, twoje rzeczy już wyschły, możesz je zabrać – dodała podając mi perfekcyjnie złożone w kostkę ciuchy.
– Dobrze, dzięki – podziękowałem z uśmiechem – jesteś niesamowita.
– Drobiazg – odparła, po czym wróciła do przeglądania dokumentów a ja poszedłem do biura.
Przed końcem pracy, skoro Roberta nie było, postanowiłem wyłączyć jego komputer. Przeglądarka była otwarta na stronie o kaszubskich demonach. No tak, mogłem się tego spodziewać po gościu zafascynowanym historią. Wyłączyłem komputer i wyszedłem z pokoju.
– Dzięki, Monika, miłego dnia – powiedziałem przechodząc obok recepcji.
– Cześć – odparła, nie podnosząc głowy, jak zwykle zatopiona w jakichś papierach. Monika dla każdego miała rano uśmiech i miłe słowo, ale na koniec dnia była zawsze bardzo zajęta i jedyne, co można było od niej usłyszeć, o ile w ogóle, to zdawkowe „do widzenia”, albo „cześć”.
Po pracy, przebrany w swoje wysuszone ciuchy, jechałem przez miasto. Po deszczu pozostały jedynie mokre plamy na drodze i kilka kałuż. Słońce wyszło zza chmur i świat od razu zrobił się piękniejszy. Wstąpiłem jeszcze do sklepu uzupełnić zapasy jedzenia i ruszyłem w drogę powrotną do domu. Gdy mijałem Zamkową Górę, na poboczu zobaczyłem mężczyznę, którego rano o mało nie przejechałem. Machał mi, żebym się zatrzymał. Pomyślałem, że mam tego dosyć i ignorując jego znaki przyśpieszyłem, omijając go.
– Mówiłem, że musimy porozmawiać – odezwał się głos z tylnego siedzenia.
Moje serce stanęło na kilka sekund. Powoli obróciłem się, żeby spojrzeć za siebie. Wygodnie rozparty, z szerokim uśmiechem na twarzy, siedział tam facet w płaszczu.
Nie mógł wsiąść do samochodu jadącego dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, A jednak tu był.
– Jak… – tylko tyle wydukałem zanim kątem oka zobaczyłem, że zjechałem na przeciwną stronę drogi i pędzi na mnie ogromna ciężarówka. Na szczęście zdążyłem wrócić na swój pas zanim doszło do zderzenia.
– Chce pan mnie zabić? – Poczułem jak wzbiera we mnie wściekłość. – To już drugi raz dzisiaj – wykrzyczałem. – Czego pan chce i kim do cholery pan jest?
– Jestem twoim ojcem – odparł cicho.
Na szczęście bardzo blisko był leśny parking, więc zjechałem z drogi i zatrzymałem się na nim. Nie wiem czy byłbym w stanie prowadzić samochód.
Urodziłem się czterdzieści lat temu. Mój ojciec miał tartak, a mama była położną. Być może dlatego urodziła mnie w domu, bo jako miejsce urodzenia miałem moją miejscowość zamiast Kartuz czy Kościerzyny. Mieszkałem z nimi od urodzenia aż do ślubu.
– Bzdura, pan mógłby być może moim bratem, nie ojcem! Ile ma pan lat? Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Ja mam tyle samo, więc jak to wytłumaczyć? Wiem, kim jest mój ojciec. Zawsze mogę to potwierdzić robiąc test DNA – powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
– Testu DNA na twoim miejscu bym unikał – odparł spokojnie. – Mógłby wykazać coś, czego nie chciałbyś pokazać ludziom. Jeszcze nie dociera do ciebie, kim jesteś?
Ten facet gadał bez sensu, ale zasiał we mnie ziarno niepewności.
– Miał pan romans z moją mamą? – musiałem zapytać.
– Nie, nie miałem – odpowiedział. – Po prostu ludzie, których uważasz za rodziców, nimi nie są.
– Jak to?
– Twoją matką był ktoś inny.
– Kto? – zapytałem.
– Mam nadzieję, że kiedyś ją poznasz. Ale to może trochę potrwać. Więcej opowiem ci później, a potem czeka cię dużo nauki, bo musimy nadrobić stracony czas – powiedział. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, rozległ się szum i nieznajomy dosłownie rozpłynął się w powietrzu.
Zdecydowanie zwariowałem.
Pojechałem prosto do rodziców. Przez całą drogę zastanawiałem się jak zapytać o coś tak niewiarygodnego, ale nie wymyśliłem sposobu, który by ich nie uraził. Mama stała w progu drzwi i czekała na mnie. Musiała usłyszeć jak podjeżdżam. Na szczęście była sama, bo ojciec pojechał do znajomego.
– Cześć Kuba, dobrze że jesteś, musimy porozmawiać… – powiedziała, gdy podszedłem. Chyba to już dziś słyszałem. Zimny dreszcz oczekiwania na straszne nowiny przeszedł mi po plecach.
– Dobrze, bo ja też mam kilka pytań – odparłem.
Weszliśmy do pokoju. Mama próbowała odwlec tę rozmowę oferując mi zrobienie herbaty czy podanie ciasta. Pozwoliłem jej na to, bo sam także chciałem przedłużyć choć o chwilę bezpieczną ułudę, w której żyłem do tej pory. Kiedy już nie dało się już znaleźć żadnej wymówki, zaczęła:
– Znowu dziś działo się to samo, co wtedy, kiedy zjawiła się tu pierwszy i drugi raz – powiedziała. – W końcu do ciebie dotarła, prawda? – kontynuowała.
– Kto? – zapytałem zdziwiony, bo nie bardzo rozumiałem, o czym mówi.
– Twoja prawdziwa matka – odparła. – Już dawno chciałam ci powiedzieć prawdę, ale najpierw nie potrafiłam, a potem, z biegiem czasu, rosła we mnie nadzieja, że nigdy nie będę musiała. Nie jesteśmy twoimi prawdziwymi rodzicami – rzekła. – Ale kochamy cię najbardziej na świecie – dodała szybko.
– Wiem, ja też was kocham, i nic tego nie zmieni – odparłem. – Ale to nie ona mi o tym powiedziała, tylko facet w moim wieku, który twierdzi, że jest moim ojcem.
Mama podniosła spuszczoną wcześniej głowę i spojrzała na mnie badawczo.
– Jak to? – zdziwiła się – przecież przyniosła cię tu twoja matka i mówiła, że ojciec dziecka zniknął…
– Po dzisiejszym dniu, nie wydaje mi się to takie dziwne, bo ma takie tendencje. Ale zaraz, mówiłaś coś, że działo się to samo, co wtedy. O czym mówisz?
– O pulsowaniu świateł. Coś takiego zdarzyło się wtedy, a teraz, dzisiaj rano.
– Powiedz mi wszystko od początku, każdy szczegół – poprosiłem.
– Dobrze, opowiem – odparła i zaczęła opowieść.
– Gdy pobraliśmy się z twoim tatą, Miałam dwadzieścia trzy lata i byłam świeżo upieczoną położną w szpitalu w Kościerzynie. Twój tata pracował w tartaku w Stężycy. Nie mieliśmy swojego domu, zarabialiśmy niewiele, więc mieszkaliśmy kątem u moich rodziców. Po roku okazało się, że nie mogę mieć dzieci. Moje marzenie o rodzinie żyjącej dostatnio legło w gruzach. Popadłam w depresję i nasze małżeństwo zaczęło przechodzić kryzys. Wtedy, któregoś ranka, zaczęły mrugać i pulsować żarówki, a radio piszczało i jęczało. Gdy wyszłam przed dom zobaczyć co się dzieje, przed bramą stała wysoka, piękna kobieta o smutnej i nieco surowej twarzy. Przywołała mnie i powiedziała, że rozwiąże moje problemy rodzinne w zamian za ogromną przysługę. Zapytałam, o co chodzi, więc powiedziała, że przyniesie mi do wychowania niemowlę, kupi dom dla nas, a tartak dla taty, żebyśmy żyli dostatnio i opiekowali się maluchem. Zgodziłam się bez namysłu, a ona po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Tata był bardzo zły, że podjęłam taką decyzję bez niego. Mówił, że to jakaś cyganka mnie omotała. Zresztą po jakimś czasie sama zaczęłam w tej ofercie wietrzyć jakiś podstęp. Minęły prawie dwa lata, zanim pojawiła się znowu, pośród migających świateł. Tym razem miała ze sobą ciebie, dwutygodniowe niemowlę, umowę notarialną na dom z tartakiem i plik dolarów. To była jeszcze komuna, nasz wspólny miesięczny dochód to było jakieś czterdzieści dolarów, a ona przyniosła dziesięć tysięcy. Ogromny majątek. Jedyny warunek jaki postawiła był dość dziwny – mieliśmy wychować cię na normalnego człowieka. A co innego mogliśmy zrobić? Pytałam, czy wróci po ciebie, ale odpowiedziała, że raczej nie. A gdy spytałam, czy ojciec nie będzie cię szukał, odparła, że o tobie nie wie, i że zniknął jakiś czas temu, więc nie muszę się martwić. Potem odeszła spokojnie i od tej pory jej nie widziałam. Z dnia na dzień rzuciłam pracę w szpitalu, bo nie chciałam pytań o dziecko. Przeprowadziliśmy się do nowego domu, i tutaj rosłeś z nami. Z biegiem czasu zaczynałam mieć nadzieję, że nigdy nie dowiesz się, kim naprawdę jesteś i pozostaniesz z nami na zawsze. Ale dziś ta nadzieja prysła...
– Przecież nie zostawię was – zaprotestowałem – w końcu dla mnie jesteście prawdziwą rodziną, a nie ktoś, kogo nie znam i nic o nim nie wiem. – Podszedłem do mamy i przytuliłem ją. Rozpłakała mi się w ramionach.
Wracałem do domu pełen kłębiących się we mnie emocji. To wszystko było jakimś niewiarygodnym snem, długim, realistycznym, ale jednak snem. Pozostało mi tylko poczekać aż się obudzę. Jednak to musiało jeszcze poczekać, bo przed moim domem stał brodacz. Zaprosiłem go do środka. Wchodząc rozejrzał się uważnie. Miałem wrażenie, że nie oceniał mieszkania, tylko mnie.
– Mam wiele pytań – zacząłem, gdy już usiedliśmy przy stole – ale najpierw muszę powiedzieć, że miał pan rację, moi rodzice mnie tylko, a może aż, wychowali, ale nie są nimi naprawdę. Ale też nie wierzę, że to pan mógłby być moim ojcem. Ile pan ma lat, czterdzieści, może maksymalnie pięćdziesiąt? Ja mam prawie czterdzieści, więc to niemożliwe.
– Urodziłem się w siedemset osiemdziesiątym trzecim roku – odparł spokojnie.
– W tysiąc siedemset osiemdziesiątym trzecim roku??? – zapytałem, mając nadzieję dosyć kpiąco, by to do niego dotarło.
– Nie, w siedemset osiemdziesiątym trzecim roku. Mam ponad tysiąc dwieście lat.
– Pan wybaczy, bo zaczynałem częściowo wierzyć w to, co pan mówił, ale to bzdury – powiedziałem podnosząc się z krzesła i wskazując na drzwi. – Do widzenia.
– Naprawdę chcesz żebym wyszedł, czy może wolałbyś się dowiedzieć, co się dziś rano stało? – zapytał. – Pamiętasz?
– Nie bardzo, mózg mi się wyłączył, gdy miałem pana przejechać – odpowiedziałem siadając, bo miałem nadzieję, że chociaż tego się dowiem.
– To był test, musiałem się upewnić, że jesteś jednym z nas. Objechałeś mnie i teraz już mam pewność.
– Jednym z was? To znaczy kim? I jak to objechałem? Przecież żaden samochód nie wykona takiego manewru. Fizyka na to nie pozwala.
– Jesteśmy istotami wielowymiarowymi. Nasz gatunek nie ma nazwy. A ty potrafisz, tak jak my wszyscy, manipulować przestrzenią i czasem. Tylko jeszcze robisz to nieświadomie w stanie zagrożenia. Gdybyś był człowiekiem, to byś mnie po prostu rozjechał. To znaczy ja bym się nie dał, byłem gotowy się przesunąć, ale nie musiałem.
– A skąd pan wiedział, kim jestem? – zapytałem.
– Każda manipulacja czasoprzestrzenią zostawia ślady, coś jak fale na wodzie po wrzuceniu kamienia. I każdy z nas robi to odrobinę inaczej, więc można zidentyfikować, kto to był. Uczymy się maskować nasze działania, bo nie zawsze chcemy być odkryci. Trzynaście lat temu wyczułem silne drgania, od kogoś, kogo tu nigdy nie było. To mógł być tylko ktoś nowy.
– Trzynaście lat temu… Miałem wtedy wypadek z drabiną… – przerwałem mu. – Chyba nie wszystko pamiętam z tego dnia, spadłem z ośmiu metrów na poskręcane żelastwo, ale nie pamiętam samego uderzenia. Powinienem się połamać albo poważnie poranić, a nic mi się nie stało. Nie wiem jak.
– Przeszedłeś wtedy inicjację – ciągnął dalej. – To moment, w którym uruchamiają się nasze zdolności. Od tamtego momentu przestajesz się starzeć jak ludzie i potrafisz manipulować czasoprzestrzenią. Trochę trwało, zanim cię znalazłem, bo szukałem nastolatka żyjącego z rodzicami, bo u nas rodzice starają się inicjować dzieci przed dwudziestką. Gdy już cię namierzyłem, zdziwiłem się, bo byłeś już wtedy dość dojrzały. Zacząłem obserwować ciebie, dotarłem też do twoich rodziców, i ze zdziwieniem stwierdziłem, że są normalnymi ludźmi. Doszedłem do wniosku, że ktoś cię podrzucił. Jedyna osobą, która mi przychodziła do głowy, mogła być twoja matka.
– Musieliście się spotkać, bym powstał. Chyba łatwo to obliczyć? – zapytałem.
– Nie do końca. Fakt, spotkałem się z twoją matką czterdzieści trzy lata temu, ale u nas ciąża może trwać od tygodnia do kilkunastu lat, w zależności od wyboru matki. Więc nic nie jest takie proste. Później wytłumaczę ci zasady naszej biologii.
– A gdzie jest moja matka? – zapytałem.
– Żebyś ją choć trochę zrozumiał, muszę opowiedzieć ci naszą historię – odparł. – Twoja mama urodziła się w osiemset czternastym roku. Miała na imię Dobromiła. Poznałem ją sześćdziesiąt lat później. Od razu między nami pojawiło się uczucie. Była cudowną, radosną i dobrą dziewczyną. Uwielbiała zabawę i taniec. Wędrowaliśmy razem po okolicy i pomagaliśmy ludziom. Czasem przy kłopotach z uprawami, dzikim zwierzem, a czasem chroniliśmy przed rozbójnikami czy zbrojnymi napadami. Ja nieźle władałem bronią, do tego moja szybkość powodowała, że nikt nie mógł mi dorównać. A Dobromiła zabawiała ludzi i uczyła dzieci. Wtedy nie ukrywaliśmy naszych umiejętności, ludzie widzieli w nas dobre duchy, czy przyjazne demony.
Pewnego razu zawędrowaliśmy do grodziska na Zamkowej Górze, pod Kartuzami. Kartuz wtedy oczywiście jeszcze nie było. Nad okolicą panował dość sprawiedliwy jak na ówczesne warunki władca, który miał dwóch synów. Przyjął nas serdecznie pod swój dach. Nasza sława rozniosła się po okolicy, więc był zadowolony, że jesteśmy jego gośćmi. Kilka razy musieliśmy przeganiać grupki Wikingów, które zapuszczały się aż tutaj w poszukiwaniach łupów. Któregoś dnia młodszy syn władcy wyruszył z drużyną na polowanie i nie wrócił. Do grodu wrócił tylko jeden koń. Wiedzieliśmy, że stało się coś złego. Ruszyłem sam na poszukiwania. Moja ukochana została na zamku. Nie miałem pojęcia, że starszy syn dostał obsesji na punkcie Dobromiły. Wiedział, że normalnie nie jest w stanie nad nią zapanować, więc wlał jej do kielicha ogromną dawkę środka nasennego. Normalnego człowieka by on zabił, ale ją tylko na jakiś czas sparaliżował. I wtedy ją zgwałcił. – Tu na chwilę przerwał opowieść, bo emocje były wciąż żywe.
– Gdyby była świadoma – podjął po chwili – użyłaby swoich zdolności, by się uratować, lub choćby wysłać mi wołanie o pomoc. Ale nie mogła. Gdy doszła trochę do siebie, rozpętało się piekło. Paradoksalnie, to straszne przeżycie wyzwoliło u niej nową zdolność. Przy pewnej dozie doświadczenia, potrafimy znaleźć połączenia między równoległymi światami. Ona miała niezwykłą łatwość w ich odnajdywaniu, ale teraz mogła tworzyć między nimi coś w rodzaju mostów. Napastnika wysłała do świata, gdzie nie było w okolicy grama wody. A cały gród do świata, w którym były najgorsze warunki do życia, jakie mogła znaleźć. Gdy wróciłem z chłopakiem, którego odbiłem z rąk Wikingów, po grodzie pozostał tylko ogromny krater. Opowiedziała mi, co się stało. Zmieniła się. Widziałem w jej oczach oznaki szaleństwa; oskarżenie, że mnie przy niej nie było, gdy naprawdę byłem jej potrzebny. Ogień w oczach jakby zmienił kolor. Powiedziała, że od tej pory ma na imię Mścisława i idzie swoją drogą. Potem zniknęła, a ja tułałem się po świecie szukając jej, ale nie potrafiłem znaleźć. W międzyczasie usłyszałem, że przeniosła na inny świat jeszcze gród z Borzestowa, gdzie zły władca nękał lokalne kobiety. Byłem smutny, ponury, i rozsiewałem wokół siebie to uczucie, jak zarazę. Dlatego ludzie zaczęli mówić na mnie Smutek.
Pojawiła się ponownie po trzystu latach. Wysłała mi sygnał, więc przybyłem tak szybko, jak potrafiłem. Powiedziała, że znalazła sobie miejsce do życia bez ludzi, że mnie nie wini i że tęskni, ale nie wróci do tego świata. I jeśli chcę z nią być, to muszę sam znaleźć drogę do niej. I tak od ośmiuset lat błąkałem się poszukując drogi do mojej ukochanej. Raz na kilkadziesiąt lat pojawiała się i to było jak wiosna po surowej zimie. Powoli dochodziła do siebie, ale niechęć do ludzi pozostała.
Jak mówiłem, ostatni raz widziałem się z nią czterdzieści trzy lata temu. Czułem, że było jakoś inaczej, znalazłem w niej odrobinę tego ciepła i radości, jaką miała w sobie kiedyś. Teraz już wiem, dlaczego. Postanowiła mieć dziecko. Nie wiem, dlaczego cię tu przyniosła, może nie chciała, byś wychowywał się z dala od innych, a może myślała, że nie da rady? – powiedział, po czym zamilkł.
– Dużo ci zwaliłem na głowę, więc na dzisiaj tyle – powiedział po chwili. – Wszystko po kolei ci wytłumaczę, jak będziesz miał pytania, to odpowiem.
– Mam jedno – odparłem. – To znaczy mam mnóstwo, ale teraz chciałbym tylko się zapytać, jak robić te sztuczki z czasem i przestrzenią? Bo podobno mogę.
– Takie? – zapytał spod sufitu ogromny facet, który prawie wypełniał sobą pokój.
– Takie – odparłem, gdy odzyskałem mowę po chwili zaskoczenia. – Gość wrócił do normalnych rozmiarów.
– Przede wszystkim, musisz opanować strach, on blokuje świadomość. Wiem, że to, co niezrozumiałe i nowe powoduje uczucie lęku, ale z biegiem czasu stanie się czymś normalnym. Sam zobaczysz. Poza tym musisz się nauczyć wsłuchiwać w siebie. Odkryjesz, że świat to coś więcej niż to, co można poznać pięcioma zmysłami. Zamknij oczy i spróbuj się wyciszyć, zobaczymy czy coś poczujesz.
Z lekką obawą zamknąłem oczy. Po chwili obawa rozpłynęła się jak letnia mgła. Pod powiekami pojawiły się bardzo delikatne, na granicy widzialności, jakby fale, czy kręgi, których nie mogłem zidentyfikować, ale które dawały poczucie bezpieczeństwa. Otworzyłem oczy.
– Co to było? – zapytałem.
– Sygnał ode mnie, że nie stanowię zagrożenia i mam przyjazne zamiary – odparł z uśmiechem. – Szybko się uczysz.
Spojrzałem na zegarek. Była druga trzydzieści w nocy.
– Odpocznij – powiedział mój ojciec. Po raz pierwszy tak o nim pomyślałem. – Nie możesz pokazać ludziom, że jesteś inny, bo zrobiliby z ciebie królika doświadczalnego. Na razie musisz dalej prowadzić w miarę normalne życie.
Leżałem w łóżku, ale sen nie nadchodził. Emocje związane z wydarzeniami dzisiejszego dnia powodowały natłok myśli. Przypominałem sobie i analizowałem to, co mówił mój ojciec. Nagle uderzyła mnie jedna myśl. Mówił, że ludzie nazywali go Smutkiem. Czy to możliwe, że stał się wzorem Smętka?
Mój ojciec jest diabłem!
Zamiast być przerażonym, roześmiałem się. Zaraz potem usnąłem spokojnie.
Następny dzień zaczął się zwyczajnie, i nie stało się nic niezwykłego... aż do mojego wejścia do firmy.
– Cześć Monika – powiedziałem jak każdego dnia rano.
– Cześć Kuba – odparła. – Masz jakieś plany na wieczór?
– Nie… raczej nie – odparłem podejrzliwie, bo to pachniało jakąś ekstra robotą.
– To dobrze, zapraszam cię po pracy na kawę.
Kompletnie mnie zaskoczyła tymi słowami.
– Zapraszasz mnie na kawę?! – powtórzyłem po niej na tyle głośno, że wchodzący do firmy Marcin musiał to usłyszeć. W ciągu dziesięciu minut wszyscy będą o tym wiedzieć. I zostanę wyklęty, jako kolega przez zawistnych konkurentów. I być może przez kilka koleżanek, które mogły się we mnie podkochiwać, a ja nie miałem o tym zielonego pojęcia.
– Może pójdziesz to ogłosić na rynek? – zganiła mnie Monika, choć w jej spojrzeniu nie było gniewu, raczej pobłażliwe politowanie. – Chciałabym z tobą spokojnie porozmawiać.
– Ach, to taka kawa… – cała radość z wyróżnienia momentalnie zmieniła się w niepokój. Szybko zrobiłem rachunek sumienia, poszukując jakichkolwiek błędów, czy przewin.
– No idź już, pogadamy po pracy, bądź tu kwadrans po piątej. – Pogoniła mnie, a ja posłusznie poszedłem do swojego pokoju.
Roberta nadal nie było. Może to i lepiej, bo nie byłem w nastroju do pogaduszek o pierdołach. Nie potrafiłem skupić się na pracy, ciągle rozmyślając. O co może chodzić Mamuśce? Czyżbym znalazł się na krótkiej liście do odstrzału? Nie bardzo mi się chciało w to wierzyć, bo wydawało mi się, że moja pozycja w firmie jest dość mocna, ale nie takie cuda w życiu się zdarzają. Poza tym, gdyby chcieli mnie zwolnić, to raczej szef, albo zastępca by mnie wezwał. Może to jednak jakaś prywatna sprawa? Znając swoje szczęście, pewnie chce żebym coś jej naprawił, albo doradził. W firmie wiedzieli, że prawie cały swój dom wyremontowałem sam. Gdy wyszedłem na przerwę, na korytarzu spotkałem kilka osób. Ich spojrzenia świadczyły o tym, że dotarła do nich wiadomość o niezwykłym zachowaniu Moniki. Pełne były niewerbalnych pytań, ocen i emocji. Poczułem się jak wyrzutek. Nie miałem sił ani ochoty z czegokolwiek się tłumaczyć, więc najszybciej ja się dało wróciłem do siebie. Czas wlókł się niemiłosiernie. Spróbowałem poćwiczyć wsłuchiwania się w siebie. Z początku nic się nie działo, więc pomyślałem, że to lipa. Po chwili jednak znów pojawiły się linie, tym razem tworzące jakąś piękną, harmonijną mozaikę. Nie miałem pojęcia, co to było, ale podobało mi się. Nagle się przestraszyłem. A co jeśli ktoś odkryje, kim jestem? Jeśli na przykład przy Monice mój umysł się wyłączy i zrobię coś nadzwyczajnego. Może się przestraszyć, może o mnie komuś opowiedzieć. Muszę się bardzo pilnować i uważać, żeby nie stało się nic groźnego. Znałem zasadę, że jeśli się myśli bardzo intensywnie o czymś, czego nie chce się zrobić, to się właśnie to robi. Dlatego starałem się nie myśleć o tym, co może się stać. Im bardziej się starałem, tym bardziej myślałem...
Gdy w końcu nadszedł czas, wyszedłem z biura i podszedłem do recepcji. Dziewczyna czekała, ubrana w lekki jesienny płaszczyk.
– Gotowy? – zapytała wskazując drzwi.
– Tak. Dokąd pójdziemy?
– Tu niedaleko jest mała knajpka, tam jest spokojnie.
Zamknęła drzwi do firmy i zaczęliśmy schodzić po schodach. Na wszelki wypadek trzymałem się dobre pół metra od niej, by zachować pozory relacji służbowych. Po chwili spojrzała na mnie marszcząc brwi.
– A ty co się tak boczysz? Jak dżentelmen zabiera damę na randkę, to wypadałoby, żeby jej służył chociaż ramieniem – powiedziała.
Jak to usłyszałem, to zapomniałem, do czego służą nogi. Byłbym spadł ze schodów, gdyby właśnie się nie skończyły. Zamiast tego wylądowałem ciężko na podłodze ledwo utrzymując się w pionie. Monika parsknęła śmiechem, a ja poczułem się zażenowany. Chwyciła mnie pod ramię i wyprowadziła z budynku.
– Nie rozumiem – powiedziałem. – Nigdy nie sądziłem, że mógłbym być dla ciebie interesujący. Nie odbierałem żadnych sygnałów.
– Męska ślepota jest jak czarna dziura. Możesz oświetlać drogę tysiącem gwiazd, a ona i tak je wszystkie pożre i jeszcze urośnie – odparła. – Tak, podobasz mi się i najwyższy czas coś z tym zrobić.
Przez całą drogę do kawiarni mieliłem w głowie to, co usłyszałem. Zastanawiałem się, co robić? Czy poddać się radości i szczęściu, pozwolić rozwinąć się uczuciu, a potem, gdy prawda o mojej dysfunkcji wyjdzie na jaw, zniszczyć to, co się zbudowało? Czy od razu postawić na szczerość i opowiedzieć jej o tym? Poza tym byłem od niej dużo starszy. Dziewczyna może wmawiać sobie, że będzie ze mną szczęśliwa, ale po kilku latach się znudzi i odejdzie. Już raz to przerabiałem, więc nie była to miła perspektywa. Zatopiony w myślach, nie usłyszałem, co mówiła.
– Przepraszam, możesz powtórzyć? – poprosiłem.
– Gryzie cię coś? Masz minę chłopca, który zaraz się rozpłacze.
Rozbroiła mnie tym stwierdzeniem. Najwyraźniej czytała mnie jak otwartą księgę i nie miało sensu ukrywanie czegokolwiek. Postanowiłem, że opowiem jej wszystko. No, może za wyjątkiem tego, kim jestem…
Zamówiła szarlotkę na gorąco z lodami, a do tego potrójne espresso. Bez zastanowienia poprosiłem o to samo, a Monika spojrzała na mnie z lekkim dziwieniem. Po chwili dotarło do mnie, co zamówiłem, ale męski honor nie pozwalał się wycofać.
– Nie wiem czy wiesz – zacząłem, gdy kelnerka przyniosła deser – ale już byłem żonaty. – Wziąłem łyk kawy, aby zebrać się do trudnego wyznania. W życiu nie piłem tak gorzkiej kawy. Ale też nigdy nie smakowała tak dobrze.
– Wiem – odparła. – Wstyd się przyznać, ale kiedyś przejrzałam twoją szufladę i znalazłam zdjęcie. Domyśliłam się.
Powinienem być oburzony, zły, czy coś, ale nie potrafiłem.
– Rozeszliśmy się z mojej winy. Widzisz, ja nie mogę mieć dzieci, a ona bardzo chciała. Teraz ma, z nowym mężem… – to wyznanie było jak skok na główkę do wody, chwila oszołomienia, a potem ulga że już po wszystkim.
Spojrzałem jej w oczy. W jej spojrzeniu nie dostrzegłem grama negatywnych emocji, tylko spokój, ciepło i… uśmiech.
– Niewiele jeszcze o mnie wiesz, opowiem ci wszystko we właściwym czasie. Ale jedno mogę ci powiedzieć już teraz. To, o czym mówisz, nie będzie miało żadnego znaczenia – powiedziała.
Spokojnie odcięła widelczykiem kawałek szarlotki, a potem łyżeczką dołożyła na nią trochę lodów i z wyrazem bezbrzeżnej przyjemności połknęła. Na pewno nie zachowywała się jak zszokowana lub rozsierdzona kobieta. Patrzyłem na nią z rosnącym zdumieniem.
– Myślałem, że to dość poważny problem – odparłem. – Tak samo, jak mój wiek. Jestem dużo starszy od ciebie, i może wydaje ci się…
– Przestań – przerwała mi. – Zaczynasz gadać bzdury. I nie – dodała.
– Co „nie”? – zapytałem zdziwiony.
– Nie zamierzam cię uwieść, żeby się tobą zabawić i porzucić. Chcę, żebyś mnie poznał, taką, jaka jestem naprawdę, i sam zdecydował, czy chcesz być ze mną.
– Przecież wiesz, że każdy… – zacząłem.
– Nie każdy, ale ty – przerwała mi.
– O niczym innym nie marzę – odparłem, powolutku otwierając drzwi nadziei.
Dokończyliśmy deser i po zapłaceniu rachunku wyszliśmy na oświetloną latarniami ulicę.
– Co teraz? – zapytałem.
– Jedź do domu, mam jeszcze trochę roboty. Spotkamy się jutro – odparła. Poczułem lekki zawód, bo miałem nadzieję na dłuższą randkę.
– A jak… – zacząłem, nie do końca wiedząc jak sformułować pytanie. – Jak mam się wobec ciebie zachowywać w firmie?
– I tak wszyscy wiedzą, że coś między nami się zaczęło, więc nie ma sensu udawać – odparła.
– Po prostu bądź sobą – dokończyła, po czym delikatnie pocałowała mnie w usta, odwróciła się i odeszła.
Poczułem lekki zawrót głowy, a potem niewyobrażalny spokój. Było cudownie, życie było znów piękne, zrobiło się jakby jaśniej, świat nabrał kolorów… Chwila… Świat nabrał dziwnych kolorów! Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem, że wszystko ma delikatną fioletową poświatę. Zamrugałem oczami, bo pomyślałem, że może są przekrwione czy podrażnione. Ale efekt nie chciał zniknąć. Po chwili zobaczyłem, że ta poświata składa się z delikatnych, mikroskopijnych wręcz linii, przecinających się pod różnymi kątami i będących w ciągłym ruchu. Obok przejechała ciężarówka i poczułem podmuch powietrza. Nie tylko poczułem. Ja go zobaczyłem! Linie wokół mnie ułożyły się jakby w wir, trochę jak na komputerowych symulacjach. Tylko, że ja widziałem to w trzech wymiarach. Na dokładkę, ten obraz wcale nie przesłaniał tła. To było tak, jakbym oglądał naraz dwa obrazy, i oba jednocześnie przetwarzał. Zorientowałem się, że rzeczy różnią się między sobą odcieniami. Materia nieożywiona i powietrze miały ciemniejszy odcień, skóra ludzi była prawie różowa, rośliny posiadały nutkę brązu. Spojrzałem na swoje ręce. Linie były czarne…
W odruchu ludzkiej paniki schowałem dłonie do kieszeni i ruszyłem szybkim krokiem w kierunku firmowego parkingu, by schować się w samochodzie. Po chwili dotarło do mnie, że skoro ręce, to i twarz musi mieć czarną barwę. Założyłem kaptur kurtki na głowę. Byle tylko nikt mnie nie zobaczył. W końcu dopadłem do pojazdu i ruszyłem z piskiem opon, oby jak najdalej od ludzi.
W czasie jazdy, gdy odważyłem się w końcu spojrzeć na dłonie spoczywające na kierownicy, zobaczyłem zwykły obraz. Żadnych linii. Pomyślałem, że przydałby się dziś mój ojciec, by wyjaśnić, co się stało. Z odrobiną nadziei mijałem Zamkową Górę, prawie oczekując, że będzie stał na poboczu. Jednak tam go nie było. Na samo wzgórze nie mogłem patrzeć. Nie po tym, co stało się na nim z moją matką. Trochę zdziwiło mnie, że tak szybko przyjąłem to, co mówił ojciec, za prawdę. Teoretycznie mógł mnie oszukiwać i posługując się jakimiś sztuczkami, hipnozą czy chemią wmówić mi, że te wszystkie niesamowite rzeczy, które widziałem przecież na własne oczy, są rzeczywiste. Chyba jednak po prostu chciałem wierzyć.
Tak jak poprzedniego wieczoru, stał przed domem. Weszliśmy razem do środka i od razu zapytałem:
– Co to za linie, które dziś zobaczyłem? Takie delikatne, fioletowe?
Spojrzał na mnie jakbym był krokodylem.
– O czym mówisz? Jakie linie?
– Nie wiem, co to było, jakby cieniutkie linie, które poruszały się z wiatrem, a jak przejechała ciężarówka, to zobaczyłem wir powietrza. I kolory, ludzi, drzew, domów…
– Niemożliwe... Siatka. To tylko legenda. Jak Yeti. Wszyscy słyszeli, każdy czuje, ale nikt nigdy nie widział. A teraz, czy to widzisz? – zapytał.
– Nie, jak wracałem do domu, to już nie widziałem – odparłem.
– To pewnie było wyobrażenie czegoś, co mogłeś przypadkowo poczuć. Opowiedz mi, co się stało, cały dzień.
– No, było dziwnie, bo Mamuśka, to znaczy Monika – dziewczyna z pracy, zaprosiła mnie na kawę. Myślałem, że to sprawy zawodowe, ale okazało się, że to była randka. I że jej się podobam. A potem czule się pożegnaliśmy i nagle zobaczyłem te linie. A potem przestraszyłem się i uciekłem do samochodu. I potem już ich nie widziałem.
– Mówiłem ci wczoraj, że strach cię blokuje. Ale to, że mogłeś wyobrazić sobie to, co czujesz, to niesamowite. Siatka istnieje, czuję ją i potrafię nią manipulować, ale nigdy jej nie widziałem. A ty... Chyba, że tak działa na ciebie Marta.
– Monika, tak ma na imię – poprawiłem ojca.
– Tak, teraz używa tego imienia, ale naprawdę ma na imię Marta. I jest jedną z nas. Poprosiłem ją pięć lat temu, żeby miała na ciebie oko. Nie wiedziałem, że coś was połączy. Miała wielu kochanków, ale nigdy nie potrafiła się z nikim związać na dłużej. A każdy, z kim miała romans, nieważne człowiek, czy jeden z nas, kończył z potężnym załamaniem nerwowym na granicy obłędu.
Świat runął ponownie. Oszukała mnie. Uważałem ją za zwykłą dziewczynę, a ona wykorzystywała mnie dla własnej przyjemności. Te jej słowa o tym, że chce dać mi się poznać, pewnie też były kłamstwem. Była doskonale świadoma tego, jak działa na facetów. Wiedziała, że wystarczy, że mrugnie, a polecę za nią na koniec świata. Nie ma żadnej miłości, po prostu interesy. Odechciało mi się dalszej dyskusji. Poczułem się bardzo zmęczony. Poprosiłem ojca, by dał mi odpocząć, więc wziął płaszcz i wyszedł.
Byłem wściekły. Te wszystkie miłe słówka, uśmiechy, tylko po to, by mnie kontrolować, bym nie zrobił przypadkiem czegoś, co mogłoby im zaszkodzić. Niezła para. Ciekawe ilu przedstawicieli mojego gatunku jest w pobliżu. Kto jeszcze może mnie obserwować? Robert? Nie, on jest za stary. Na samą myśl o jutrzejszym spotkaniu z Moniką… wróć, z Martą, czułem niepokój. Musiałem być naprawdę ślepy, by nie zorientować się, że zwykła dwudziestolatka nie potrafiłaby tego wszystkiego, co ona. Nie posiadałaby takiej wiedzy i łatwości w manipulowaniu ludźmi. Ale przede wszystkim byłem zły na siebie, że pozwoliłem sobie mieć nadzieję.
Szedłem do firmy jak na ścięcie. Nie chciałem robić scen, więc spróbowałem przemknąć jak najszybciej koło recepcji, ale się nie udało.
– Cześć Kuba – powitała mnie z szerokim uśmiechem, który szybko zgasł na widok mojej zaciętej miny. – Co się stało? O co jesteś zły? – Zapomniałem, że doskonale odczytywała moje emocje.
– Może ty mi powiesz, o co mógłbym być zły? I coś o tych ostatnich pięciu latach, Marta? – odparłem. Po czym odwróciłem się i poszedłem do siebie.
Roberta dalej nie było. Żeby czymś się zająć i by dzień szybciej się skończył, zabrałem się za skomplikowany projekt, który zawsze odkładałem na później. Jednak miałem kłopoty z koncentracją. Na chwilę oderwałem oczy od ekranu i przymknąłem je. Pojawiła się widziana wczoraj mozaika, ale zamiast harmonii i ładu, była w dziwaczny sposób poprzestawiana. Powodowała wrażenie niepokoju i niepewności. Tylko, że teraz wiedziałem już, że to Marta.
Trzydzieści minut później weszła nagle do pokoju.
– Wiesz jak mam na imię, pewnie wiesz też, kim jestem. Sulirad ci powiedział – zaczęła.
– Kto? – zapytałem, nie rozumiejąc do końca, o kim mówi.
– Twój ojciec – odparła. – Nie powiedział ci jak ma na imię? A co ci powiedział o mnie?
– Że na jego prośbę szpiegujesz mnie od pięciu lat.
– Szpieguję? Tak powiedział? – zapytała, i po raz pierwszy w jej oczach zobaczyłem ogień gniewu.
– No, nie dokładnie tak, mówił, że miałaś mieć na mnie oko. Ale to właśnie to znaczy. I że bawisz się facetami – odparłem podniesionym głosem wstając z krzesła.
– Usiądź, schowaj tą pieprzoną ludzko-męską rozdętą dumę i posłuchaj. – Usiadłem na krześle a Marta przysiadła na rogu biurka. – Okłamałam cię kiedyś? Sulirad poprosił mnie o to, gdy mu powiedziałam, że mi się podobasz. I chciałam cię poderwać już osiem lat temu, ale on prosił, żebym jeszcze zaczekała. Nie wiedziałam, że ma o mnie tak złe zdanie. Teraz widzę, że próbował cię przede mną chronić. Tyle, że myli się co do mnie. To prawda, że miałam wielu facetów, ludzi, mówiąc dokładniej. Miałam też dwóch partnerów spośród nas. Ale z nikim nigdy tak naprawdę nie zaiskrzyło. Nie moja wina, że tak działam na ludzi. Ale kiedy się pojawiłeś, kiedy pierwszy raz wysłałeś w przestrzeń swój sygnał, poczułam się jak nigdy wcześniej. Mówił ci, że to ja cię znalazłam? Razem szukaliśmy źródła zaburzeń przestrzeni i obserwowaliśmy okolicę na zmianę. On się upierał, ze nie możesz być jednym z nas, bo jesteś za stary, ale ja czułam inaczej. Byłam niedaleko, gdy twoja żona zdecydowała się na rozwód, a ty byłeś bardzo smutny. Wyczułam to i już wiedziałam, kim jesteś. Chciałam cię pocieszyć, ale Sulirad mi zakazał. Nie chciałam dać za wygraną, więc żeby być blisko ciebie, zgodziłam się na propozycję twojego ojca i przyszłam do tej firmy, która ledwie zipała i miała przed sobą, co najwyżej pół roku istnienia. Nikt, oprócz właściciela, nie wie, że ta firma od pięciu lat jest w siedemdziesięciu procentach moja. Wykupiłam większościowe udziały, ale nie chciałam być prezesem, bo to nudne. Powiedziałam, że będę pracować w recepcji, w rzeczywistości pomagając kierować firmą i wyciągając ją na prostą. Tak to wyglądało moje szpiegowanie. Nie wpływałam na ciebie ani nie sprawdzałam, co robisz. Starałam się ciebie chronić. Po prostu chciałam być blisko i cię lepiej poznać. Więc jeśli nadal uważasz, że robiłam coś złego, to możesz co najwyżej oskarżyć mnie o stalking – odpowiedziała. – Ciągle zapominasz, że nie jesteśmy ludźmi, i ciągle używasz ludzkiego punktu odniesienia do mojego zachowania. Mój błąd, że nie powiedziałam ci wczoraj, kim jestem. Najpierw chciałam, ale stwierdziłam, że dam ci jeszcze dzień lub dwa. Kiedy żyjesz długo, wszystko robisz powoli, dokładnie i bez pośpiechu. Czasem to nie działa. Być może czujesz się oszukany, ale pomyśl, czy to oszustwo, czy twój brak wiedzy?
– Może masz rację – zacząłem. Było mi głupio, że być może zbyt szybko ją oskarżyłem. – Jeśli to prawda, to zrobiłaś to wszystko dla mnie?
– Przede wszystkim dla siebie. Bo pomaganie innym sprawia mi radość. A przy okazji miałam cię blisko, co sprawiało mi przyjemność. Miałam nadzieję, że się zorientujesz i spróbujesz się ze mną umówić, ale ty nie robiłeś nic, tylko cierpiałeś w samotności. Dlatego wczoraj to ja cię zaprosiłam. I także dlatego, że Sulirad powiedział mi, że z tobą rozmawiał.
– Przepraszam – powiedziałem. – Bałem się, że to, co wczoraj pokazałaś było udawane. Ta myśl była straszna.
– Bo strach paraliżuje. Musisz nauczyć się go kontrolować.
– Ojciec mówił mi to samo – wtrąciłem. – Wczoraj po naszym rozstaniu byłem naprawdę szczęśliwy i zobaczyłem Siatkę. On mówił, że to zwidy, niemożliwe. Ale ja ją widziałem! A potem coś zobaczyłem, przestraszyłem się i Siatka zniknęła. Gdy później opowiedział mi o tobie, to już nie mogłem się uspokoić. Wybacz szczerość, ale trudno mi tak od razu uwierzyć w twoje dobre intencje, i jeszcze daleko mi do tego, co czułem wczoraj.
– Dobrze, że powiedziałeś, co czujesz – odparła spokojnym głosem. – Szczerość jest najlepszym sposobem na pozbycie się lęku. A jeśli chodzi o Siatkę, to chyba jesteś jedynym, który ją widział. Chyba już wiem, co mnie w tobie pociąga. Nawet jak na jednego z nas, jesteś niezwykły.
Po chwili dodała:
– I nie ma sensu bym nadal tkwiła w tej firmie. Muszę powiedzieć prezesowi, że odchodzę.
– Odchodzisz? – Ukłucie żalu przeszyło mi serce. A potem nadeszła chłodna myśl, że to może być jej sposób na to, bym zrobił to, czego ona oczekuje. Szantaż emocjonalny. Zaczynałem mieć paranoję.
– Tak, i ty też powinieneś – odparła. – Siedzisz za długo w jednym miejscu i ludzie zaczynają coś podejrzewać. Na przykład Robert…
– No właśnie, gdzie on jest. Wiesz coś o tym? – zapytałem.
– Odpoczywa – odparła.
– Jak to odpoczywa? Gdzie?
– Na rajskiej wyspie. Niczego mu nie brakuje. No może z wyjątkiem towarzystwa. Wróci, jak my znikniemy.
– Porwałaś Roberta? – Nie mogłem w to uwierzyć.
– Musiałam przenieść go do innego świata, bo mnie rozpoznał. Przespałam się z nim kilkadziesiąt lat temu na jakiejś imprezie. Miałam nadzieję, że mnie nie pozna, ale się nie udało. Dobrze się maskował przede mną, ale gdy zaczął być podejrzliwy wobec ciebie, to popełnił błąd.
– Ale nic mu nie jest? – upewniłem się.
– Nie, ale jak wróci, to będzie wkurzony.
– No dobrze, jeśli odejdę z pracy, to, z czego będę żyć? Nie znajdę tak szybko nowej pracy. W Kartuzach raczej nie, bo to małe miasto i mógłbym spotkać kogoś z tej firmy.
– Dwadzieścia procent udziałów w firmie jest na twoje nazwisko. Dochody odkładałam na specjalne konto, później dam ci kody dostępu. Powinno tam być kilka milionów – odparła, jakby chodziło o drobniaki.
– Jakie miliony, przecież podpisywałem PIT-y i nie było tam takich pieniędzy.
– Podpisywałeś, ale później dopisywałam do rozliczenia właściwe kwoty, żebyś o tym nie wiedział. Ale wobec Skarbówki jesteś w porządku.
Byłem potwornie skołowany. Tak bardzo chciałem jej wierzyć, ale też zdawałem sobie sprawę z ryzyka. Przed oczami miałem wizję pająka, który pragnie zbliżenia, ale ma bardzo duże szanse stać się pożywieniem dla partnerki.
– Potrzebuję trochę czasu, Daj mi kilka dni, lub tygodni – powiedziałem w końcu. – Masz rację, muszę się skupić na szkoleniu, mam bardzo dużo nauki przed sobą.
– Do pracy nie musisz już wracać, ja to załatwię. Spakuj swoje rzeczy i w czasie lunchu podejdź do recepcji, to będzie wyglądało, jakbyś został zwolniony. To zasugeruje ludziom, że mnie zawiodłeś i dlatego odchodzisz. Zapomną szybko o tobie. Poczekaj na mnie w samochodzie, pogadam z prezesem i po przerwie przyjdę do ciebie. Pojedziemy do mnie obgadać sprawy finansowe.
Dziwnie było po tylu latach pakować tych kilka moich drobiazgów do kartonu po papierze do drukarki. Przez chwilę zastanawiałem się, czy Marta mnie nie wkręca, że po prostu zwolni mnie i zniknie, że nie ma żadnych pieniędzy, a ja zostanę na lodzie. Jednak było mi tak naprawdę już wszystko jedno. Skoro jestem tym, kim jestem, to cały ludzki rozgardiasz i zwykłe ludzkie problemy przestały mieć znaczenie. Poza tym to będzie też test jej prawdomówności.
Nadeszła chwila rozstania z firmą. Zebrałem się w sobie, zabrałem moje graty i wyszedłem z pokoju. Widok mnie, z kartonem pod pachą i zbolałą miną, którą przybrałem na tę okazję, spowodował, że kilka osób zatrzymało się w hallu by zobaczyć, co się dzieje.
Podszedłem do recepcji i oddałem klucz do biura Mamuśce. Ona też dobrze grała swoją rolę, bo spojrzała na mnie surowo. Podała mi kopertę i chłodno pożegnała. Wyszedłem z budynku i podszedłem do samochodu.
– Kuba, co się dzieje? – zapytał Michał, kolega, który zaczynał pracę razem ze mną.
Wzruszyłem ramionami.
– Już tu nie pracuję – odparłem.
– Jak to? Dlaczego? Robią redukcję? – Z tego pytania wyszło, że chodzi mu bardziej o własny tyłek, niż o mnie.
– Nie, po prostu tu nie pasuję…
– Podpadłeś Mamuśce? – bardziej stwierdził niż pytał.
Nie odpowiedziałem. Miałem nadzieję, że w ten sposób potwierdzę jego domysły.
– Nie przejmuj się, znajdziesz szybko pracę – zakończył, poklepał mnie po plecach i odszedł.
Usiadłem za kierownicą i głęboko odetchnąłem. Zamknąłem oczy. Mozaika Marty pojawiła się prawie natychmiast. Ciągle nie była uporządkowana, ale już nie było w niej tyle chaosu, co rano. Z ciekawości postanowiłem przełożyć w myślach jeden element na miejsce, które wyglądało mi na pasujące. Kawałek przesunął się i dopasował, a cała mozaika zadrżała. Kontynuowałem zatem do chwili, gdy wszystko znalazło się na swoim miejscu. Byłem bardzo ciekawy, czy dziewczyna zareagowała i jak się teraz czuje. Jeśli zorientowała się, że to ja, to mam przechlapane. A może tylko mi się wydaje, że coś mogę zrobić? Po chwili zasnąłem.
Obudziło mnie trzaśnięcie drzwiami. Obok siedziała Marta. Uśmiechała się szeroko. Szybko otrząsnąłem się ze snu i wróciłem do rzeczywistości.
– Jak poszło? – zapytałem.
– Dobrze, trwało to troszkę dłużej niż przewidywałam, – Spojrzałem na zegarek, minęła prawie godzina. – ale wszystko załatwione. Ruszaj, pogadamy po drodze.
– A gdzie mam jechać?
– Wyjedź na Żukowo, to niedaleko. Pokażę ci.
Ruszyłem, a dziewczyna zaczęła opowiadać.
– Prezes był w szoku, gdy mu powiedziałam, że odchodzę. Nie chciał się zgodzić; bał się, że sprzedam komuś firmę i będzie zwykłym pracownikiem. Więc na osłodę, i by pogłaskać jego męskie ego, sprzedałam mu po atrakcyjnej cenie dwadzieścia jeden procent moich udziałów. Odzyskał swoją firmę i to go przekonało. Postawiłam też warunek, żeby zatrudnił moją znajomą, jako szefową sekretariatu. Ona jest świetna w prowadzeniu biznesu, choć ma już sześćdziesiąt lat. Znamy się z Grażyną od wielu lat i jest jedyną osobą, która wie, kim jestem. Wiele razy pomagała mi z dokumentami, gdy musiałam zmienić tożsamość. Jej oddałam dziewięć procent udziałów, więc teraz mam tyle samo, co ty. A do recepcji zatrudnią kogoś nowego. Powiedziałam mu też, że zabieram ciebie ze sobą. Tu nie było wielkich problemów. – Spojrzała na drogę.
Wyjeżdżaliśmy właśnie z Kartuz na drogę do Żukowa. Przejechaliśmy ze dwa, trzy kilometry, kiedy wskazała zjazd do lasu. Droga była wąska, ale asfaltowa. Kończyła się po kilometrze przed dużą, kutą bramą. Marta wcisnęła guzik na pilocie i brama zaczęła się otwierać. Na płocie wisiały ostrzeżenia „Teren prywatny, przejście wzbronione”, czy „Teren monitorowany”. Ruszyłem dalej i po chwili spomiędzy drzew wyłonił się nowoczesny parterowy dom. Widać było rękę artysty w jego projekcie. Zatrzymałem się przed wejściem i wysiadłem. Rozejrzałem się po okolicy. Było cicho i spokojnie.
– Chodź do środka, zaraz lunie – zawołała do mnie.
– Już idę – odparłem i ruszyłem za nią. Rzeczywiście, po minucie lało jak z cebra.
Dom miał cztery sypialnie, duży salon z wielkimi oknami i otwartą kuchnię. Marta posadziła mnie w wygodnym fotelu i poszła się przebrać. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że na ścianach i półkach jest dużo zabytkowych przedmiotów, broni i obrazów. Gdy dziewczyna wróciła, miała na sobie dresowe spodnie i luźną bluzę. Wyglądała zupełnie zwyczajnie, choć jej urody nadal nie dało się ukryć.
– Napijesz się czegoś? – zapytała z kuchni. – Herbaty? Kawy?
– Może herbaty – odparłem.
Przygotowała napój i wróciła z dwoma kubkami do stolika, przy którym siedziałem.
– Gdy rozmawiałam z prezesem, coś się we mnie zmieniło. Nagle poczułam, że to, co robię, ma sens. Tak, jakbym znowu stała się sobą, nie musiała już udawać. Poczułam się po prostu szczęśliwa. To była naprawdę dobra decyzja.
Pomyślałem, że być może miałem na to jakiś wpływ, ale równie dobrze mógł to być zbieg okoliczności.
– Masz niezłe skarby – powiedziałem wskazując ręką na artefakty.
– To nie skarby, tylko pamiątki.
– Opowiedz mi o sobie – poprosiłem. – Oprócz tego, co widziałem w firmie, że rozsiewasz wokół siebie radość, ale i zazdrość, nie wiem nic. Ile masz lat?
– Trzysta czterdzieści – odparła. – Urodziłam się w tysiąc siedemset osiemdziesiątym trzecim roku. Niedługo po Potopie Szwedzkim. Moi rodzice pochodzili z Wielkopolski, ale jak przyszli Szwedzi, to uciekli na północ, do tutejszych borów, gdzie było trochę spokojniej. Oboje z matką wędrowali po okolicy i eliminowali leśnych bandytów – czy to ze szwedzkiej, czy polskiej strony. W końcu źli ludzie zaczęli się bać zapuszczać w lasy, a lokalni mieszkańcy nazwali ich Borowcem i Borową Ciotką. Bardzo szybko zobaczyłam, jak wielkie zniszczenia pozostawiła po sobie ta wojna. I jak szlachta traktowała chłopów, by odrobić straty. W swojej małej główce postanowiłam, że gdy dorosnę, to będę pomagać najbiedniejszym. Nie wiedziałam jak, ale postanowiłam. Potem była inicjacja. Rodzice przygotowywali mnie do niej przez dwa lata, i w wieku siedemnastu lat musiałam pocałować żmiję.
– Co???
– Taki test wymyślili. Próbowała mnie ukąsić, ale byłam szybsza. Moje ciało zareagowało prawidłowo, i od tej pory jestem tym, kim jestem. Moją umiejętnością jest tworzenie tuneli między światami. Zaczęłam pomagać ludziom łącząc ich pola z suchymi światami, gdy było za dużo wody, i z mokrymi, gdy było za mało. W ten sposób ratowałam ich przed głodem. Oczywiście działałam głównie nocą.
– Ty jesteś Pólnicą? – zapytałem, przypominając sobie kaszubskie demony. – Ale według legendy jeździłaś nago na koniu po polach.
– Zwariowałeś? Miałam obcisłą kurtkę i spodnie z cielęcej skóry, z daleka chłopi mogli myśleć, że widzą gołą skórę.
– Ale już tego nie robisz?
– Pomagałam tak do początków dziewiętnastego wieku, ale nastąpił postęp w rolnictwie. Poza tym zaczęli się tu kręcić etnografowie, zbierać różne informacje, więc przestałam. Zaczęłam za to pomagać w inny sposób. Wpłacałam pieniądze na różne organizacje ludowe i gospodarcze, założyłam kilka firm, ale jako kobieta nie mogłam ich oficjalnie prowadzić. Potem była pierwsza wojna. Dom rodzinny w Borach Tucholskich spłonął, a rodzice wynieśli się do Argentyny. Ja tu zostałam, bo to były moje rodzinne okolice. Przed drugą wojną przeniosłam moje pamiątki do suchego świata i ukryłam w jaskini. Dobrze zrobiłam, bo tu było piekło. I mój dom nie przetrwał. Na czas wojny schowałam się na mojej rajskiej wyspie, a po powrocie zastałam komunę. Ze społecznego punktu widzenia, było lepiej, ale nie było wolności. To znaczy ludzie jej nie mieli. A po jej upadku, kupiłam tu kawałek lasu, ogrodziłam go i wybudowałam ten dom. Tyle. Najnowszą historię znasz.
Zamyśliłem się. Wyglądało na to, że Marta jest z natury dobrą istotą. Czy to możliwe, że może być też zła?
– Chciałbym znowu poczuć to, co wczoraj po spotkaniu, ale coś mnie blokuje – odparłem. – Może w swojej mądrości, odpowiesz mi na pytanie, co mam zrobić, gdy dwoje ludzi mówi mi sprzeczne rzeczy? Obu praktycznie nie znam, nie wiem, komu mogę zaufać. Czy posłuchać ojca, i trzymać się od ciebie z daleka, czy dać ci szansę i być może zapłacić za to wysoką cenę?
– To prosta zagadka logiczna – odparła. – Prawdę poznasz tylko w jeden sposób. Jeśli posłuchasz Sulirada, to nigdy nie dowiesz się, kto mówił prawdę. Jeśli będziesz ze mną, to prędzej czy później dowiesz się, kto miał rację. Miałam dwóch facetów z naszego gatunku. Jeden to był Jean, pochodził z Francji. Przywędrował tu na początku osiemnastego wieku. Był świetnym kochankiem. Niestety, oprócz seksu, niewiele miał do zaoferowania. Nawet, gdy był ze mną, to latał za ludzkimi kobietami. Uwielbiały go, bo mogły bezpiecznie się z nim kochać. Nie groziła im ciąża. Dorobił się imienia Lubiczk. W końcu go pogoniłam. Potem był Marco, pochodził z Włoch. Był świetnym sadownikiem. Wyczyniał cuda z owocami. Namówiłam go, by zaczął pomagać okolicznym chłopom w poprawianiu jakości owoców i wydajności drzew. Najbardziej popularne były tu jabłonie. Z początku wszystko szło świetnie, ludzie byli zadowoleni i nazwali go Jablonem. Ale po jakimś czasie go poniosło i zaczął wprowadzać nowe odmiany. Niestety, lubił bardzo kwaśne owoce, więc ludzie zaczęli się buntować i przestali go słuchać. Nie mógł tego znieść i zaczął po prostu niszczyć ludziom tradycyjne jabłka. Z tego wzięły się powiedzonka, że Jablon kradnie jabłka. Sam rozumiesz, że nie mogłam być z kimś, kto szkodzi ludziom, więc się rozstaliśmy. Ja też czuję i przeżywam emocje. Też było mi przykro. Utrata nadziei jest bolesna. Nie zagwarantuję ci, że nam wyjdzie. Może okazać się, że nie pasujemy do siebie. W końcu jeszcze nie wiemy, jakie są twoje zdolności. Ale czuję, że jesteś dobry. Nie jesteś egoistą, jak większość z nas. Tak, ja jestem egoistką. Jestem tu jeszcze tylko, dlatego, że wciąż szukam kogoś dla siebie. Nadzieja na znalezienie uczucia spadała jednak z każdą dekadą, bo nasi zaczęli opuszczać ten świat. Tu zrobiło się tu za ciasno i pojawiły się zbyt duże możliwości kontrolowania każdego. Wiesz ilu nas zostało na Pomorzu? Dwoje, ja i twój ojciec. A potem pojawiłeś się ty, i nadzieja odżyła. Znalazłam inny świat, w którym rozwój nauki nastąpił znacznie szybciej niż tutaj. Spowodował on, że wynaleziono broń biologiczną w szesnastym wieku. Nietrudno się domyślić, jaki był tego efekt. Z ośmiuset milionów ludzi na świecie pozostało czternaście, a rozwój cofnął się o tysiąc lat. Teraz panuje tam coś podobnego do średniowiecza. Chcę się tam przenieść, by móc dalej działać dla dobra ludzi, ale nie sama.
Poczułem, że muszę ją przytulić. Nie wiem, czy z powodu tego, co mówiła, czy może naszła mnie nagła fala czułości.
– Czy mogę cię przytulić? – zapytałem. Sekundę później dziewczyna znalazła się na moich kolanach i wtuliła się we mnie.
– Pięknie pachniesz – powiedziałem. Moja ręka jakby sama zaczęła wędrować w kierunku jej policzka, by go pogłaskać. Nagle jej zapach dotarł do mojego ośrodka pamięci i odblokował wspomnienie. Pięcioletni chłopiec w przedszkolu. Dzieci zgromadzone w sali, siedzące w rzędach na ławkach, czekające na kogoś.
– Już cię widziałem – rzekłem cofając rękę. – W przedszkolu, czytałaś nam bajkę. Siedziałem blisko wejścia do sali, gdy przechodziłaś, poczułem ten zapach, od którego zakręciło mi się w głowie. Zapamiętałem bardzo ładną i miłą panią, a jak wychodziłaś, to nie mogłem się opanować i dotknąłem twojego kolana. Zatrzymałaś się i przeprosiłaś, bo myślałaś, że mnie potrąciłaś.
– Rzeczywiście, brałam udział w akcji czytania dzieciom. Ten chłopiec to byłeś ty? Myślałam, że go kopnęłam, bo tak silnie poczułam ten dotyk.
– Ten zapach... To twoja broń, prawda? – zapytałem. – Ma właściwości narkotyczne? Uzależnia? Możesz kontrolować jego poziom?
Marta wstała i usiadła na swoim fotelu.
– Nikt nigdy tego nie poczuł. Nasila się, gdy kogoś pragnę. Wtedy nikt mi się nie oprze. Nie wiem, czy próbowałam cię odurzyć, by cię zdobyć, czy po prostu cię pragnę, dlatego to się nasiliło. Co się dzieje? Dlaczego ty nie... Dlaczego to czujesz?– Mówiła szybko, jakby nie nadążała za swoimi myślami. Nigdy nie słyszałem jej takiej, zawsze mówiła spokojnie, jej wypowiedzi były składne i przemyślane. Po chwili wstała z fotela i podeszła do biurka po laptopa.
– Chodź, pokażę ci jak zalogować się do twojego konta – powiedziała zmienionym głosem. – Tu jest karta płatnicza i pin do niej. – Podała mi dwie koperty. Potem zalogowała się do konta bankowego. Gdy zobaczyłem kwotę, zaparło mi dech. Było tam ponad siedem i pół miliona. Potem kazała mi zmienić hasło na swoje i wyłączyła komputer.
– Teraz już jesteś niezależny. Wracaj do domu. Chyba sama przeniosę się do mojego nowego świata... – Powiało chłodem.
– Ale dlaczego? – zapytałem skołowany.
– Jesteś niebezpieczny – odparła tylko, po czym wstała i podeszła do wyspy kuchennej. Odwrócona tyłem do mnie, oparła się o blat i zobaczyłem, że szlocha. Zabrałem swoją kurtkę i wyszedłem. W tym stanie chyba nie potrafiłbym jej pomóc, a mógłbym tylko pogorszyć sprawę. Usiadłem w samochodzie i uruchomiłem silnik. Szyby były zaparowane, więc włączyłem nadmuch i zamknąłem oczy. Mozaika Marty była w strzępach. Porozrzucane kawałki krążyły i obijały się o siebie. To jedno mogłem dla niej zrobić. Poukładałem je jako tako i już miałem ruszać, gdy dziewczyna podbiegła do samochodu.
– Kuba, poczekaj – zawołała otwierając drzwi. – Trochę mnie poniosło, przepraszam. Już jest lepiej. Po prostu mnie zaskoczyłeś i w odruchu paniki poczułam się bezbronna i bałam się, że mnie skrzywdzisz. Zadzwonię do ciebie jutro. – Uśmiechnęła się delikatnie, zamknęła drzwi i wróciła do domu. Ja też się uśmiechnąłem. Już wiedziałem, jaka jest moja życiowa misja.
Sulirad znów stał przed moim domem. Ten facet chyba nic innego nie miał do roboty. Zaproponowałem herbatę, ale odmówił. Poprosił tylko o dwie szklanki. Gdy je dostał, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza butelkę i nalał sobie do pełna, a mi do połowy. Na moje pytające spojrzenie, odpowiedział:
– To moja nalewka, rozjaśnia umysł. Spróbuj – zachęcił.
Upiłem łyk. Miała lekko ziołowy smak, ale nie tak silny, jak wermut. Poza tym była słodka, ale bez dominującego posmaku miodu. Alkoholu było dużo, nie przeszkadzało mi to, bo zawsze miałem mocną głowę. Choć teraz wyglądało na to, że alkohol po prostu działał na nasz gatunek o wiele słabiej.
Nie śpieszyłem się tym razem z wyznaniami, po wczorajszych rewelacjach miałem opory. Ten gość potrafił każdą radość zamienić w smutek. Prawdziwy Smętek. Zamiast opowiadać o wydarzeniach dzisiejszego dnia, postanowiłem dowiedzieć się jak najwięcej o mojej rasie.
– Powiedz mi o naszej biologii, dlaczego różnimy się od ludzi, choć wyglądamy tak samo? – zapytałem.
– Szczerze mówiąc, jeśli ktokolwiek prowadził dokładne badania, to nie podzieli się szczegółami. Widzisz, między nami istnieje rywalizacja, nikt, kto coś osiągnie, nie dzieli się swoją wiedzą, z obawy, że ktoś inny mógłby ją wykorzystać, by zwiększyć swoje zdolności i zdominować resztę. Ale z tego co wiem, nasze komórki są inaczej zbudowane. Mamy dwa kody DNA, jeden – jakby roboczy, bierze udział w podziałach komórki, ale po inicjacji, uaktywnia się drugi, który jest kodem macierzystym. Raz na około sto podziałów, jakiekolwiek zmiany w kodzie roboczym są korygowane przez kod macierzysty. To powoduje regenerację organizmu. Kod macierzysty uaktywnia się też w sytuacjach krytycznych, jak rany czy zatrucia. Oraz chroni organizm w czasie działań związanych z czasoprzestrzenią. Dlatego gdybyś nic nie robił, to mógłbyś żyć sto razy dłużej, niż przeciętny człowiek. Gdybyś ciągle używał swoich zdolności, zużyłbyś się w około sto lat. Nasz kod DNA jest także o wiele dłuższy.
– A kobiecy cykl? – zapytałem, mając w pamięci to, co mówił o trzyletniej ciąży mojej matki.
– Też jest spowolniony, kobieta może zajść w ciążę raz na osiem, dziewięć lat. A o tempie rozwoju dziecka sama decyduje, w zależności od potrzeb. Najkrótsza ciąża o której słyszałem, to dwa tygodnie. Ale to się działo w czasie oblężenia miasta. Tylko, że to kosztuje kobietę około 80 lat życia. Może także trwać latami, ale spytaj kobietę, czy chciałaby nosić dziecko przez dekadę, lub dwie. Najczęściej są to dwa do czterech lat.
– A nasze zdolności do manipulacji czasoprzestrzenią, skąd się biorą?
– Tego nie wiadomo, prawdopodobnie to funkcja mózgu.
– To powiedz mi jak to robić? – poprosiłem.
– Po pierwsze, musisz oczyścić umysł. Potem musisz nauczyć się wędrować po wewnętrznym labiryncie, aby dotrzeć do czegoś, co ja nazywam panelem sterującym. Ta ścieżka nie jest skomplikowana, a po jakimś czasie dotarcie tam staje się niemalże automatyczne. Gdy tam jesteś, zaczynasz czuć Siatkę. Mówiłeś, że ją widziałeś, ale musisz ją poczuć. Możesz jej dotknąć i zmieniać. Tu potrzeba trochę ćwiczeń, by wiedzieć co się robi.
– A jak wyglądają przejścia do innych światów?
– To są pęknięcia w Siatce. Nie wiem, skąd się biorą. Z jakiegoś powodu niektóre kobiety potrafią je przesuwać, ale mężczyźni nie. Z pewną wprawą, można wyczuć nierówności Siatki, prowadzące do pęknięć. A potem tam wejść. Niektóre pęknięcia poruszają się, niektóre są przesłonięte przez inne, większe. Dlatego tak trudno znaleźć mi drogę do twojej matki. Wiem, mniej więcej gdzie jest wejście, ale nie potrafię go namierzyć.
– Pomógłbyś mi w znalezieniu tej centralki? – poprosiłem.
– Usiądź wygodnie i zamknij oczy – odparł. – Rozluźnij się i oczyść umysł. Powinieneś zobaczyć wejście do labiryntu.
Zrobiłem jak kazał, najpierw zobaczyłem dziwną mozaikę, ale nie taką jak Marty. Była szara i przypominała potłuczone lustro. Ominąłem ją i chwilę później ujrzałem to, o czym mówił ojciec. Wejście wydawało się ogromne, było wielkości stadionu piłkarskiego. Przez chwilę opadło mnie zwątpienie i nagle cofnąłem się do mozaiki. Pomyślałem, że negatywne emocje mi przeszkadzają, więc wyobraziłem sobie po prostu białą kartkę papieru. Pomogło, znów stanąłem przed wejściem. Tym razem było znacznie mniejsze.
– Jestem przed wejściem – zameldowałem ojcu.
– Dobrze, nie przejmuj się, że jest takie duże, to pozory – odpowiedział łagodnie, by mnie nie rozproszyć. – Przesuń się do pierwszego rozejścia – kontynuował. Zrobiłem jak mówił. Droga w prawo i lewo wyglądały identycznie. – Spójrz w górę – poradził. – Co widzisz?
– Nie ma sufitu – odparłem. Na dziwnym „niebie” przesuwały się jakby fale. – Widzę jakieś fale.
– Te fale zawsze płyną od panelu, więc już wiesz, gdzie iść.
To nie było aż tak łatwe, jak mi się na początku drogi zdawało, bo labirynt miał kilka ślepych korytarzy, ale w końcu dotarłem do okrągłego pomieszczenia, na środku którego stał okrągły postument. Podszedłem do niego. Był płaski, jak stół.
– Jestem przy okrągłym, płaskim obiekcie. Nic innego tu nie ma.
– Dotknij go – podpowiedział.
Zrobiłem to i natychmiast wróciłem do domu. Ale znowu widziałem Siatkę. Tym razem była o wiele wyraźniejsza. Smętek, bo tak zdecydowałem się go nazywać, zamiast jego dziwnego imienia, zobaczył, że otworzyłem oczy.
– Nie przejmuj się, i tak poszło ci świetnie – powiedział pocieszająco. Kilka razy spróbujesz i poczujesz Siatkę.
Z początku chciałem mu powiedzieć, że ją widzę, ale po chwili namysłu zrezygnowałem. Czyżby brała górę plemienna obawa przed dzieleniem się osiągnięciami? Chyba było w tym coś z prawdy.
– To było niesamowite – odpowiedziałem zamiast tego. – Będę próbował, może mi się uda.
Przyjrzałem się ojcu z nowej perspektywy. Jego linie miały niebieski kolor, tylko trochę jaśniejszy w odcieniu od powietrza. Moje nadal były czarne. Nie wiedziałem dlaczego. Tylko, skoro nikt inny ich nie widział, nie miałem kogo o to spytać. W rogu pokoju, tuż przy ścianie, ujrzałem też niewielką, jasną nieregularność w siatce, coś jakby rysę, która nie miała podstawy materialnej na której byłaby oparta. Czyżby to był kawałek jakiegoś przejścia?
– Mówiłeś, że jesteś blisko znalezienia wejścia do mamy, gdzie ono jest? – zapytałem.
– Paradoksalnie, tam, gdzie to wszystko się zaczęło, na Zamkowej Górze – odparł. Ale tam jest chyba ze trzydzieści przejść, może więcej. Sprawdziłem wszystkie, do których dotarłem, ale nie znalazłem jej. Czemu pytasz?
– Może jak dojdę do wprawy, to pomogę ci ją znaleźć – odparłem.
– Naprawdę? Pomógłbyś mi? – Jego oczy wypełnił nagle ciepły blask.
– Pewnie, że pomogę, w końcu jesteś moim ojcem – powiedziałem.
– Ale to cię do niczego nie zobowiązuje – odparł.
– Jak to, nie pomagacie swoim bliskim? Rodzinie, przyjaciołom? – zapytałem zdumiony.
– A po co? – odpowiedział. – Chronimy tylko tych, z którymi wiąże nas uczucie. Przecież można kochać tylko jedną osobę, tylko jej możemy całkowicie wierzyć i zaufać. Więzy rodzinne, jak u ludzi, nie są nam potrzebne. Rodzice, z poczucia obowiązku, opiekują się dziećmi, dopóki nie staną się samodzielne. A potem każdy idzie we własną stronę.
– Pomogę ci – potwierdziłem to co powiedziałem wcześniej.
– Dziękuję – odparł cicho.
Po chwili milczenia odezwał się znowu.
– A co tam w pracy?
– Zwolniłem się – odparłem, - potrzebuję czasu na szkolenie i trening. Poza tym muszę przemyśleć, czy chcę być z Martą.
– Masz rację, to chyba dobry pomysł – odparł z nutą zadowolenia w głosie. Chyba założył, że go posłuchałem w sprawie dziewczyny. – Myślę, że przydałyby ci się lekcje fechtunku. Poszukaj jakiejś szkoły, w Trójmieście jest kilka. Jak załapiesz podstawy, pomogę ci w dalszym treningu. –A masz za co żyć? – kontynuował. – Nie zarabiałeś chyba za dużo. Masz jakieś oszczędności? Mogę ci trochę dać. – Wyciągnął na stół gruby plik banknotów.
– Mam oszczędności, nie trzeba. – Powstrzymałem go. – Ale dziękuję, jeśli będę potrzebował pomocy, to cię o nią poproszę. A powiedz mi, jak cię znaleźć, gdybym chciał się z tobą zobaczyć?
– Na razie musisz potrenować, by dotrzeć do Siatki. Jak ci się uda, wystarczy, żebyś przeciągnął ręką po węzłach, będę wiedział, że chcesz mnie widzieć. Przyjdę do ciebie pojutrze. Trenuj do tego czasu, mam nadzieję, że ci się uda i na następnym spotkaniu będziemy mogli pójść dalej. – Wstał, ubrał płaszcz i wyszedł. Ja zaś zamknąłem oczy i obejrzałem sobie dokładnie jego mozaikę. Niczego nie zmieniałem, jeszcze nie teraz.
Obudziłem się wyspany, dawno już nie czułem się tak świeży i pełen energii. Siatki nie było, więc powtórzyłem wczorajszy rytuał i wróciła na swoje miejsce. Najwyższy czas było stwierdzić, czy mogę też jej dotknąć. Spojrzałem na najbliższy węzeł i delikatnie stuknąłem go palcem. Zadrżał. Ja także – z emocji. No dobrze, mogę dotknąć węzłów, ale mam tylko dwie ręce. Jak manipulować dziesiątkami, albo setkami? Musi być inny sposób. W końcu mozaiki układałem myślami, więc może tutaj też to zadziała? W myślach wybrałem małą grupę węzłów i wyobraziłem sobie, że się przesuwają w lewo. Nie zadziałało. Zostawiłem to na razie, bo zainteresowało mnie pęknięcie, które wczoraj zauważyłem. Nie było go już. Wyszedłem do ogrodu. Było ponuro, ale nie padało. Przed żywopłotem była jasna, nieregularna plama. Instynktownie wiedziałem, co to jest. Portal. Mój pierwszy. Powoli podszedłem do niego. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem go. Niczego nie poczułem, natomiast moje palce zanurzyły się w perłowej powierzchni. Włożyłem całą dłoń i wtedy poczułem powiew mrozu. Wyciągnąłem ją i dotknąłem jej drugą. Była zimna i pokryta topniejącym śniegiem. Nie mogłem się powstrzymać i zanurzyłem głowę, by zobaczyć, co tam jest. Niewiele było widać przez śnieżną zadymkę. Nieciekawy świat.
Wróciłem do domu i zjadłem śniadanie. W końcu światy światami, ale dlaczego miałbym z tego powodu się zagłodzić? Po śniadaniu zacząłem się zastanawiać co robić dalej z tak udanie rozpoczętym dniem. Pomyślałem, że najpierw sprawdzę, czy ludzie też mają mozaiki, a nikt nie nadawał się do tego lepiej, niż moi rodzice. Ciągle tak o nich myślałem, choć nimi nie byli. Wsiadłem więc w samochód i pojechałem do ich domu.
– Cześć mamo – zawołałem wchodząc do korytarza.
– Kuba, synku! – Mama podbiegła i wtuliła się we mnie. – Jesteś! Myślałam, że już cię nie zobaczę.
– No co ty, przecież mówiłem, że będę was odwiedzał – odparłem głaszcząc ją po siwych włosach.
– Wejdź, usiądź, może jesteś głodny?
– Nie, jadłem już śniadanie, po prostu wpadłem was odwiedzić. Jest tata?
– Jest w tartaku, zaraz pójdę go zawołać. Bardzo przeżył to, co się stało – powiedziała i wyszła.
Zamknąłem oczy. Mama miała mozaikę, ale była ona wielokrotnie mniejsza niż Marty czy Smętka. I o wiele prostsza. Jaśniała w tej chwili pięknymi barwami, widać było, że moje pojawienie się sprawiło jej radość. Po chwili pojawiła się druga. Już nie tak piękna, jakby surowa, ale nabierająca powoli połysku, jak szlifowane drewno. To musiał być tata. Otworzyłem oczy i chwilę później oboje weszli do domu. Uściskałem się z tatą i zobaczyłem, że zaszkliły mu się oczy, ale dzielnie powstrzymał łzy.
– Masz urlop? – zapytał w końcu.
– Już nie pracuję – odparłem.
– Zwolnili cię? – zapytała przestraszona mama.
– Sam odszedłem – odparłem. – Już nie muszę pracować. Mam dużo pieniędzy a oprócz tego stały dochód. – Uspokoiłem ich. Teraz mam więcej czasu dla siebie. I dla was, oczywiście – dodałem.
– Spotkałeś swego prawdziwego ojca? – zapytał tata. – Jaki jest?
– Tak, widziałem się z nim, jest w porządku – odparłem. – Ale wam nigdy nie dorówna – dodałem szybko. – Próbuje nadrobić stracony czas.
– A matka, spotkałeś ją? – dopytywała się mama.
– Nie, jeszcze nie. Najpierw muszę ją odszukać, a to może potrwać. Z tego co mówił ojciec, to nieszczęśliwa kobieta. W młodości spotkało ją coś strasznego. Tyle wiem.
– Gdy cię przyniosła, miała w sobie coś mrocznego – podsumowała mama. – Zostaniesz na obiad? Zrobię coś dobrego.
– Pewnie, nie odmówię sobie pysznego jedzenia. – Uśmiechnąłem się. – Tato, czy moglibyśmy pójść do tartaku, zawsze lubiłem pracę przy drewnie, chciałbym znów poczuć ten zapach.
– Jasne, chodź – odparł i ruszył do drzwi. Przez chwilę poczułem się jak nastolatek, w normalnym domu, z normalnymi ludźmi wykonującymi normalne czynności. Było miło.
Po obiedzie ruszyłem do Kartuz. Coś mnie ciągnęło w tamtym kierunku. Marta jeszcze nie dzwoniła, więc zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle to zrobi. Z kobietami nigdy nic nie wiadomo. Nie dojechałem jednak do miasta, zatrzymałem się na parkingu w pobliżu Zamkowej Góry. To miejsce musiało być szczególne. Wszedłem na szlak prowadzący na wzgórze. Samo wzgórze nie wyróżniało się niczym szczególnym, może tylko drzewa wokół były starsze, niż w okolicznych lasach. Ale nie tego szukałem. W ciągu dnia nie myślałem o Siatce, więc chyba automatycznie wyłączył się tryb jej śledzenia. Musiałem znowu wejść do labiryntu, by ją uruchomić. Tym razem wejście pojawiło się bardzo szybko. Spojrzałem w górę i stwierdziłem, że skoro nie ma sufitu, to po co mam chodzić, kiedy mogę latać? Wzniosłem się nad labirynt i ujrzałem jego strukturę. Był ogromny. Zobaczyłem, że głębiej jest więcej okrągłych pomieszczeń. Na razie skoncentrowałem się na tym, które znalazłem wczoraj. Szybko dotarłem do postumentu i chwilę później Siatka pojawiła się przede mną. Momentalnie ujrzałem to, o czym mówił ojciec. Tylko, że nie trzydzieści, a ponad sto portali wirowało w powietrzu, bez przerwy zmieniając pozycje i wzajemny układ. Śledzenie jednego było praktycznie niemożliwe, bo to wyglądało, jak szybkie tasowanie kart w talii. Wiedziałem, że tak nie dotrę do portalu mojej matki. Jedyną szansą było szukanie śladów jej mozaiki. Jeśli portal nie odcina zupełnie połączenia, to mogła być jakaś szansa. Zamknąłem oczy. Zobaczyłem kilka słabych widm. Nie byłem pewny, czy to mogły być mozaiki naszych ludzi, ale po chwili zauważyłem, że jedna z nich wygląda dość dziwnie. Jakby odwrócona na lewą stronę. Podążyłem w jej stronę. Portale wpełzły pod moje zamknięte powieki i zaczęły tańczyć przede mną, częściowo zasłaniając widok mozaiki, za którą podążałem. Nie poddałem się i stopniowo odsuwałem je, jeden po drugim, aż został tylko jeden. Wszedłem w niego bez wahania.
W środku panowała wiosna. Łagodny, ciepły wietrzyk poruszał białą, przewiewną tkaniną, rozwieszoną na długim, drewnianym szkielecie, tworzącym jakby korytarz prowadzący do białego, piętrowego domu. Było bardzo przyjemnie. Do momentu, gdy na szyi poczułem coś zimnego. Nie tylko zimnego, ale i ostrego. Uniosłem lekko ręce w geście poddania. Przypomniałem sobie sygnał, który wysłał mi ojciec pierwszej nocy, który miał sygnalizować przyjazne zamiary. Najlepiej, jak mogłem, spróbowałem w myślach sformować coś podobnego. Chyba zadziałało, bo nacisk ostrza zelżał. Powoli obróciłem się i spojrzałem na stojącą za mną kobietę ze sztyletem w dłoni.
– Co my tu mamy…– Obejrzała mnie od stóp do głów. – Niezłe ciało. Chcesz się zabawić? – zapytała z lubieżnym uśmiechem.
– Słucham? – totalnie zbaraniałem. To miała być rozbita, smutna kobieta. – Nie, nie po to tu przyszedłem.
– A po co? – zapytała z wyraźnym rozczarowaniem w głosie. – Nudno tu, a ty jesteś przystojny, mogłoby być fajnie.
– Chciałem cię poznać, porozmawiać. Jestem twoim synem – zaoponowałem.
Ponownie przyjrzała mi się, ale tym razem uważniej.
– Więc jednak przeszedłeś inicjację… Chciałam ci tego oszczędzić. Muszę się policzyć z tą kobietą, nie dotrzymała słowa.
– Ona nic nie powiedziała, to Sulirad. On mi o tobie opowiedział.
– On wie, że tu jesteś? – zapytała dociekliwie.
– Nie, nie wie nawet, że coś potrafię, a umiem więcej, niż przypuszcza. Myśli, że dopiero próbuję dotknąć Siatki.
– Musisz od dawna trenować – stwierdziła.
– Zacząłem przedwczoraj – odpowiedziałem z nieukrywaną dumą.
– To jak ominąłeś blokujące portale? Postawiłam je, żeby on tu nie wszedł, dopóki mu nie pozwolę. Musiałeś trafić przypadkiem. Żaden mężczyzna, z tym bardziej początkujący, nie potrafi ich przesuwać.
– Szybko się uczę – odparłem wymijająco. – Ale on mówił, że jak znajdzie drogę, to go przyjmiesz.
– Tylko, że ja nie chcę go takiego, jaki jest teraz. Dlatego zastawiłam drogę. Musi się zmienić, odnaleźć w sobie radość, a nie roznosić ten swój smutek. Mam wrażenie, że on polubił ten stan, kiedy może siebie przedstawić, jako ofiarę nieszczęścia. Ten żal, to poczucie winy już wrosło z niego i nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe, by się zmienił. Ale ty wyglądasz na miłego faceta, nie chciałbyś zająć jego miejsca przy moim boku? Mogłoby być ciekawie.
– Nie rozumiem o czym mówisz.
Zamyśliła się na chwilę.
– No tak, wychowali cię ludzie i myślisz ludzkimi kategoriami. Widzisz, ludzie nie wiążą się z bliskimi, ze względu na powielanie się błędów genetycznych w obrębie rodziny. U nas ten problem nie istnieje. Nasze DNA nie ulega degeneracji. Dlatego zdarzało się, że syn zastępował ojca u boku matki, albo brat wiązał się z siostrą. Różnica wieku też nie gra większego znaczenia. Doświadczenie staje się nawet atutem.
– No tak, rozumiem. Ale nie potrafiłbym żyć z własną matką. Byłoby dla mnie dziwnie. Poza tym mam już dziewczynę.
– Kogo? – zapytała zaciekawiona.
– Martę – odparłem.
– Ach, tę siksę co lata po polach…
– Już nie. Teraz ma inne plany. A wracając do Smętka… to znaczy Sulirada. – Uśmiechnęła się na takie określenie jej mężczyzny. – Na mnie też raczej działa depresyjnie. Ale stara się, poczuł się ojcem i mnie wspiera. A ty? Pomogłabyś mi, gdybym cię poprosił?
– Skoro się tu dostałeś, to już jesteś samodzielny, więc nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań – odparła.
– A ja bym ci pomógł – powiedziałem. – Jesteś moją matką, i choć cię nie znam, czuję więź uczuciową.
– Rzeczywiście jesteś inny – stwierdziła. – Ale jak mógłbyś mi pomóc? Cofniesz czas o tysiąc lat?
– Nie, ale mogę pomóc ci odnaleźć radość życia.
– Jak? – zapytała.
– Wystarczy, że przez najbliższe pół godziny mnie nie zabijesz – odparłem. – Chcesz zaryzykować?
– Chyba w razie czego potrafię się obronić przed tobą, więc raczej nic nie ryzykuję. Spróbuj. Co mam robić?
– Nic, usiądź wygodnie.
– Powiedz mi tylko jak masz na imię?
– Kuba… Jakub. To nie ty mi je dałaś? – zdziwiłem się.
– Nie, nie chciałam wiedzieć. Tak było łatwiej. Zaczynajmy, cokolwiek to ma być.
Zamknąłem oczy i wyraźnie ujrzałem mozaikę mojej matki. Element po elemencie odwracałem kawałki, odkrywając oryginalne piękno jej osobowości. Uporządkowana mozaika była olśniewająco piękna, gdybym był normalnym mężczyzną z naszego gatunku, to pewnie zgodziłbym się na propozycję zastąpienia własnego ojca przy jej boku. Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą jej twarz. Płakała ze szczęścia.
– Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale jeśli potrafisz takie rzeczy, to będziesz kimś wielkim – powiedziała, po czym roześmiała się. – Dziękuję, synu – dodała, a ja wiedziałem, że wypowiedziała to słowo, jako przejaw wielkiej czułości.
– Mamo – zacząłem – jak się czujesz?
– Szczęśliwa – odparła, – chyba tylko tak mogę to opisać. Byłam złamana, chora, a teraz jakbym wyzdrowiała.
– A jak się czułaś w czasie tej operacji? – zapytałem.
– Z początku byłam niespokojna, nie wiedziałam co się dzieje, ale po chwili, jak zorientowałam się, że czuję się coraz lepiej, to było nawet przyjemne.
– A jeśli uda mi się to samo z ojcem, przyjmiesz go?
– Jestem taka szczęśliwa, że przyjęłabym go nawet teraz, ale jeśli go naprawisz, to zrobisz nam ogromną przysługę. Będziemy twoimi dłużnikami do końca życia.
– Bez przesady, skoro mogę, to dlaczego nie miałbym pomóc, zwłaszcza rodzicom? Daj mi kilka dni, jeśli go naprawię, to przyprowadzę go tutaj.
Nie odpowiedziała, tylko przytuliła mnie, a mi zrobiło się ciepło i błogo.
Powrót z Zamkowej Góry nie był łatwy, bo zapadł już zmrok. Latarka w telefonie trochę pomagała. Zauważyłem, że mam kilka SMS-ów z nieznanego numeru. Oddzwoniłem.
– No w końcu jesteś, dzwoniłam do ciebie już od trzech godzin – zabrzmiał w słuchawce głos Marty.
– Przepraszam, byłem poza zasięgiem – odparłem – muszę ci o tym opowiedzieć, chcesz się dziś spotkać? Jestem niedaleko, pod Kartuzami.
– Przyjedź szybko do firmy, mamy problem – powiedziała.
– Będę za piętnaście minut – odparłem i rozłączyłem się. Zdziwiło mnie wezwanie Marty. Przecież skończyliśmy już z firmą, więc nie rozumiałem, co jeszcze mielibyśmy tam robić. Zwłaszcza wieczorem.
Czekała na mnie przed wejściem do budynku.
– Co się stało? Dlaczego tutaj się spotykamy? – dopytywałem. – Chcesz wejść do biura?
– Nie do biura – odparła. – Do schowka na parterze. Tam ukryłam wejście na rajską wyspę.
– To w czym problem?
– Robert zniknął z wyspy. Nie wiem, gdzie jest. Boję się, że mógł utonąć. – Z jej głosu bił silny niepokój. – Pomóż mi go szukać. Wprowadzę cię.
– Dobrze, chodźmy.
Poszliśmy do schowka. Metr od drzwi, w powietrzu unosił się portal. Marta złapała mnie za rękę i pociągnęła.
– To tutaj, nie przestrasz się.
Przeszliśmy przez barierę i pod stopami poczułem piasek. Rozejrzałem się wokoło i zobaczyłem, że wyspa jest niewielka, ma może ze dwieście-trzysta metrów średnicy. W jej środku, ze szczytu skalistego pagórka, wypływał niewielki strumyk. Wokół rosła spora kępa palm kokosowych. Obok strumyka stał niewielki domek. Nie bardzo widziałem miejsce, w którym mógłby się ukryć.
– Nie ma tu żadnych jaskiń, ani dziur? – zapytałem.
– Nie. Spędziłam tu dużo czasu i niczego takiego nie znalazłam. Ale nie dam głowy. Co robić? Nie podaruję sobie, jeśli coś mu się stało.
– Pozwól mi spróbować czegoś innego – powiedziałem. Zamknąłem oczy i odsunąłem wyrażającą zaniepokojenie mozaikę Marty. Pod spodem była słabo widoczna ludzka mozaika. Ta wyrażała panikę. Obróciłem się wokół swej osi, żeby spróbować namierzyć kierunek, z którego nadchodziła. Gdy to zrobiłem, otworzyłem oczy.
– Tam – wskazałem na pagórek. Wspięliśmy się na niego i rozejrzeliśmy. Dwieście metrów od brzegu z wody wystawała skała, na której ledwo widać było sylwetkę mężczyzny, kurczowo się jej trzymającego. Wokół skały zobaczyłem kilka trójkątnych płetw.
– Widziałam tą skałę, ale jego nie. Musiał być z drugiej strony. Co on chciał zrobić? – zastanawiała się dziewczyna. – Przecież do najbliższego lądu jest co najmniej trzysta kilometrów. – Z jej głosu wyzierała głęboka ulga, że Robert jest cały.
– To nieważne, zastanów się jak go tu ściągnąć – odparłem.
Nie odpowiedziała, tylko spokojnie podeszła do brzegu, a potem ponad powierzchnią morza przepłynęła w powietrzu na skałę. To wyglądało, jak na tanim filmie, prawie szukałem linek, na których byłaby podwieszona. Złapała Roberta i tak samo wróciła na brzeg. Facet był tak wstrząśnięty, że upadł na piasek i zaczął szlochać.
– Kim… kim wy… jesteście? – wyjąkał, łapiąc ciężko oddech.
– Jesteśmy magami z tajnej organizacji. Pilnujemy, żeby nas nie wykryto, a ty stanowisz zagrożenie. – Odpowiedź Marty miała tylko trochę wspólnego z prawdą, ale on nie musiał jej znać. Wyraźnie chciała, żeby się bał.
Miałem odrobinę odmienne zdanie. Poprosiłem ją, byśmy odeszli kawałek, by spokojnie porozmawiać.
– Może nie trzeba aż tak go straszyć, po co ma spędzić resztę życia w strachu? – zasugerowałem.
– To co proponujesz? Przecież nie powiemy mu prawdy – zaoponowała.
– Mogę spróbować przywrócić mu spokój. A może da się mu wymazać to z pamięci?
– Ale jak? – zdziwiła się.
– Tak jak go znalazłem, przez jego mozaikę. – odparłem.
– Co to jest mozaika?
– Wszystko ci wytłumaczę później, jak wrócimy do twojego domu. Będziesz miała kolejny powód, by mnie znienawidzić.
– Spróbuj. Jestem ciekawa co to jest.
Wróciliśmy do Roberta. Spojrzał na nas ze strachem.
– Pora wracać do domu – powiedziałem. – Chodź, nic ci nie grozi.
– Powiedz mi tylko – wtrąciła pytanie dziewczyna – po co popłynąłeś na tą skałę?
– Wydawało mi się, że na horyzoncie widziałem statek – odparł. – Pomyliłem się. Jak wspinałem się na skałę, to zraniłem się w stopę. A potem krew zwabiła rekiny i nie miałem jak wrócić.
Pociągnęliśmy go w kierunku portalu i wyprowadziliśmy do budynku firmy.
– I co teraz? – zapytał. – Jak mam wrócić do pracy i zachowywać się normalnie po tym, co się stało? Jak mam się do was odnosić?
– Nijak, nas tu już nie ma – odparłem. – Usiądź na chwilę. – Posadziłem go na ławce stojącej przy wejściu. Poprosiłem Martę, by na wszelki wypadek go przytrzymała. Sam usiadłem po drugiej stronie wejścia i zanurzyłem się w sobie. Jego mozaika trochę się uspokoiła, ale nadal emanowała strachem na krawędzi paniki. Pomyślałem, że wspomnienia z pobytu na wyspie będą w najbardziej zdeformowanych częściach układanki. Chwyciłem jeden z takich kawałków i powiększyłem go. Zauważyłem, że na jego powierzchni kłębiły się jakby mikroskopijne punkty o różnych kolorach. Było bardzo dużo czarnych, które wydawały się jakby większe. Z trudem złapałem jeden z nich i poczułem emanację strachu. Wrzuciłem go do mentalnej studni, jaką utworzyłem obok siebie. Potem zacząłem wyłapywać pozostałe mroczne wspomnienia. To przypominało łapanie rozbiegających się mrówek. Po dłuższej chwili opanowałem ten kawałek mozaiki, a on sam przybrał ładny, zielonkawy kolor. Pozostało jeszcze około dwustu kawałków do wyczyszczenia.
– Kim państwo są i co tu robicie? – zapytał Robert dwie godziny później.
– Szukaliśmy restauracji, ale chyba źle trafiliśmy – odparła Marta i pociągnęła mnie do wyjścia.
Byłem potwornie zmęczony i spocony jak szczur, Musiałem się odświeżyć.
– Jedziemy do mnie, musisz mi to wszystko wyjaśnić – powiedziała dziewczyna, gdy podeszliśmy do naszych samochodów.
– Przyjadę później, muszę się przebrać i wziąć prysznic – odparłem.
– Nie ma mowy, możesz się wykąpać u mnie, znajdę ci jakieś ciuchy.
– Jak chcesz, Jedź przodem.
Po pół godzinie byliśmy u niej w domu. Wziąłem gorący prysznic i ubrałem dres, który dała mi gospodyni. Czułem się mentalnie wykończony. To był ciężki i długi dzień, ale zrobiłem takie postępy, że było warto się wysilić. Poszedłem do kuchni, gdzie siedziała Marta.
– Dużo masz męskich ciuchów? – zapytałem z przekąsem.
– A co, zazdrosny jesteś? – nie pozostała mi dłużna. – Opowiadaj, co to było?
Chwyciłem podany mi kubek herbaty i upiłem łyk, by zebrać myśli.
– Pierwszego wieczoru, gdy odwiedził mnie Smętek, pokazał mi jak przesłać sygnał dobrych intencji. Następnego dnia rano, po tym, jak zaprosiłaś mnie na kawę, próbowałem wsłuchać się w siebie, by zobaczyć, czy potrafię zobaczyć cokolwiek niezwykłego. Nie było linii, ale zobaczyłem coś, co przypomina mozaikę. Nie wiedziałem wtedy co to jest, ale było bardzo ładne. Następnego dnia zobaczyłem ją znowu. To było po naszym porannym spotkaniu, gdy powiedziałem ci, że wiem, kim jesteś. Wtedy mozaika była w złym stanie. Nie tylko ją widzę, czuję emocje, jakie jej towarzyszą. Czułem niepokój. Wtedy zorientowałem się, że to twoja mozaika. Potem przyszłaś i porozmawialiśmy. Siedząc w samochodzie, znów ją ujrzałem. Była w lepszym stanie. Byłem ciekawy, czy mogę ją modyfikować, więc przestawiłem kilka kawałków, które były nie na miejscu. Akurat wtedy rozmawiałaś z prezesem.
Dziewczyna pobladła, a w oczach pojawił się niepokój.
– Manipulowałeś mną? – zapytała przez zaciśnięte zęby.
– Na to wychodzi – odparłem. – Choć nie wiedziałem, czy to działa. Zadziałało. Wczoraj też. Gdy wyszedłem od ciebie, myślałem, że to koniec, a twoja mozaika była w strzępach. Pomyślałem, że na odchodne mogę chociaż cię uspokoić. I wtedy podeszłaś do samochodu, więc zadziałało.
– Wyjdź! – powiedziała tylko. Nie zareagowałem.
– Teraz ty schowaj tę swoją dumę i posłuchaj – powiedziałem ostro. – Możesz mnie wyrzucić, jeśli chcesz, nie powstrzymam cię. Nie będę próbował. To co robiłem, robiłem po to, byś czuła się lepiej. Nawet jeśli nie byłoby problemów z Robertem, powiedziałbym ci o tym dzisiaj, niezależnie od końcowego efektu, który był łatwy do przewidzenia. Dokładnie to powiedziałem ci na wyspie, że mnie znienawidzisz. Poznaję to, kim jestem, i nie do końca podoba mi się to, jakimi istotami jesteśmy. Zazdrośni egoiści, skryci i podejrzliwi, nie wiedzący co to zaufanie. Nawet uczucia u nas służą zaspokojeniu własnych pragnień, a nie dzieleniu się radością. Kompensujemy to pomaganiem tym, którzy nie są w stanie nas skrzywdzić. Wiesz co myślę? Że rządzi nami strach. Ten, o którym z taką pogardą mówił mój ojciec. Ty też go bagatelizowałaś. Ale widzę, że nad tobą panuje.
Dziewczyna przyglądała mi się, a w jej spojrzeniu, spod widocznej wciąż wściekłości, zaczęło przenikać zaciekawienie.
– Dziś powiedziałem mojej mamie, że mam dziewczynę – kontynuowałem.
– Tak o mnie powiedziałeś? – zdziwiła się. – I co odpowiedziała?
– „Ta siksa co lata po polach”. Tak cię nazwała.
– Przecież nigdy mnie nie spotkała. Poza tym jest człowiekiem, nie może mnie znać.
– Nie ta matka – sprostowałem.
– Widziałeś się z Dobromiłą? Wyszła z ukrycia? – zapytała.
– Nie, sam do niej dotarłem. Chyba potrafię o wiele więcej, niż normalni nasi. Ja widzę Siatkę. Widzę też portale. Nie wiem jeszcze, jak manipulować czasoprzestrzenią, ale pewnie szybko załapię. Mogę zmienić nastrój każdego. Potrafię manipulować pamięcią, choć po dzisiejszym doświadczeniu, nigdy nie podjąłbym się dotykania pamięci jednego z nas. Przeszedłem zapory, które mama postawiła i wszedłem do jej świata. Pomogłem jej. Już jest szczęśliwa i czeka na Sulirada. Tylko jeszcze jego muszę naprawić.
– Też nią manipulowałeś? – zapytała, ewidentnie znów wpadając w spiralę lęku.
– Nie, ona zgodziła się bym spróbował jej pomóc. Miała więcej odwagi, niż ktokolwiek inny. A ty musisz teraz podjąć decyzję, czy jesteś zdolna mi zaufać. Czy jesteś zdolna pokonać swój strach? Czy uwierzysz, że już nigdy, bez twojej zgody, lub prośby, nie będę dotykał twojej mozaiki? Nigdy nie będziesz pewna swoich decyzji, jeśli powiesz „nie”. Zawsze będziesz się zastanawiać, czy nie ma w twoich działaniach mojej ręki. Przemyśl to.
Doskonale rozumiałem jej lęk. Jeszcze kilka dni temu miała pozycje dominującą. I nagle obok wyrósł jej ktoś taki jak ja. Nie do opanowania. Mający ogromną władzę. Nic dziwnego, że jej instynkt podpowiadał ucieczkę.
– Naprawdę nazwałeś mnie swoją dziewczyną? – zapytała po chwili.
– Tak, tak powiedziałem. – Skoro o to zapytała, to chyba zaczęła do niej docierać prawda o sytuacji, w jakiej się znalazła. – I absolutnie w to wierzę. Jestem gotów oddać ci wszystko to, czym i kim jestem – zakończyłem.
– Żeby to było takie proste – westchnęła.
– Nie jest, bo ryzyko jest duże, ale dlatego nagroda może być cenna – odparłem.
Zapadła cisza po burzy. Dopiłem herbatę. Spojrzałem na zamyśloną Martę.
– Chciałbym znów poczuć twój zapach – powiedziałem. To chyba był klucz do jej serca, bo wstała i podeszła do mnie. Spojrzała mi w oczy.
– A co innego mi zostało? – zapytała retorycznie, po czym pocałowała mnie. Wokół rozszedł się cudowny aromat.
– O czym myślisz? – zapytała rano Marta, przyglądając mi się uważnie z sąsiedniej poduszki.
– Myślę, jak przygotować Smętka na wiadomość o mamie. Nie powiem mu przecież wprost: „Mama jest zdrowa, chodź, zaprowadzę cię, tylko trochę pogrzebię ci w głowie.” Z nim może mi nie pójść tak łatwo, jak z matką – odparłem. – Mówiła, że on chyba polubił swój stan, że woli być męczennikiem, niż zaakceptować rzeczywistość i pójść do przodu.
– Też mi się tak wydaje – potwierdziła dziewczyna. – Potrzebujemy czegoś, co odwróci jego uwagę.
– Albo kogoś – poprawiłem ją.
– O nie! Nie będę żadną przynętą – zaperzyła się.
– Nie chcę, żebyś cokolwiek robiła, po prostu byłoby dobrze, gdybyś się pojawiła w odpowiednim momencie i troszkę go odurzyła…
– Zaraz cię walnę.
– Czy ty zawsze musisz wpadać w skrajności? Po prostu podejdź do mnie i mnie pocałuj. To chyba zadziała na ciebie?
– No chyba, że tak. To mogę zrobić – zgodziła się.
Pojechaliśmy do mnie, by zaczekać na mojego ojca. Po kilku godzinach zadzwonił nagle telefon.
– Czy on ma komórkę? – zapytałem Marty?
– Z tego co wiem, nie – odrzekła.
Odebrałem. To był on.
– Kuba, miałem dziś przyjść do ciebie, ale musimy to przełożyć na jutro – mówił podniesionym głosem, jakby targały nim silne emocje. – Jestem na Zamkowej Górze i myślę, że twoja matka chce mnie w końcu wpuścić, bo przejścia przestały wirować. Jest ich chyba ze sto, ale teraz na pewno znajdę właściwe. Sprawdziłem już z sześćdziesiąt. Muszę kończyć, bo dzwonię z pożyczonego telefonu. Do jutra. – Rozłączył się.
Zakląłem szpetnie. Tak ucieszyłem się szczęściem mamy, że zapomniałem uruchomić zasłonę. Jeśli on tam wejdzie niezmieniony, to będzie katastrofa!
– Co się stało? – zapytała moja dziewczyna.
– Wtopa, nasz plan się zawalił. Musimy jak najszybciej dotrzeć na Zamkową Górę. Potrafisz jakoś przyśpieszyć jazdę? Liczy się każda minuta! – mówiłem jednocześnie się ubierając i poganiając ją do tego samego.
– Jasne, daj kluczyki – odparła tylko.
Jazda była szalona, a dla mnie, nieprzywykłego jeszcze do przyśpieszonej akcji, po prostu przerażająca. Jednak cel podróży osiągnęliśmy w osiemdziesiąt sekund. Gdy dotarliśmy pod wzgórze, zamknąłem oczy i zacząłem szukać mozaiki ojca. Znalazłem ją, jeszcze była widoczna, więc nie odnalazł mamy. Pomyślałem, że nie ma co bawić się w detale, jego mozaika nie była niepoukładana, ona była po prostu rozbita na drobne kawałki. Tego nie da się naprawić! A może... Skoro mamy podwójne DNA, to może gdzieś w zakamarkach jego istoty istnieje też zapasowa kopia? To było szalone, ale zanurzyłem się w jego rozbitej mozaice i wylądowałem w jego labiryncie. Wzniosłem się nad nim i rozejrzałem. Na jego „niebie” zobaczyłem widmową poświatę płóciennego korytarza ze świata mamy. A więc dotarł. Skupiłem się na labiryncie i w odległej gwiaździstej Sali dostrzegłem błyszczący prostokąt. Dopadłem go i porwałem. Wyszedłem z labiryntu i wróciłem przed mozaikę. Najszybciej, jak mogłem, oczyściłem potłuczone kawałki i położyłem w jej miejsce przyniesioną kopię. Więcej nie mogłem zrobić.
– Mam nadzieję, ze to wystarczy – powiedziałem wysiadając z samochodu. – Chodźmy, musimy zobaczyć co się tam dzieje.
Poszliśmy na szczyt. Uruchomiłem Siatkę i szybko odnalazłem wejście. Weszliśmy razem, trzymając się za ręce. Marta rozejrzała się i pierwsza ich spostrzegła. Po chwili ja też ich dojrzałem. Stali objęci, złączeni w czułym pocałunku.
– Tato? Mamo? – zawołałem. Odwrócili się w naszym kierunku, ojciec zaskoczony, że tam w ogóle byłem, a mama trochę poirytowana, ze przerwałem jej długo oczekiwane czułości.
– Kuba? Skąd się tu wziąłeś? – zawołał Smętek. Jego twarz wyglądała o dziesięć lat młodziej, oczy uśmiechały się razem z resztą twarzy. Po chwili dostrzegł Martę. – Ach, to ona cię wprowadziła?
– Nie, to ja ją – odparłem. – Już tu wcześniej byłem, zapytaj mamy.
– Tak Suliradzie, on tu był i mnie naprawił. Tak jak ciebie – potwierdziła uśmiechnięta Dobromiła. Mina Smętka zasługiwała na nagrodę „Zdziwienie Roku”.
– Jak to „naprawił”. O czym ty mówisz? Gdy cię zobaczyłem, to wszystkie moje smutki odeszły jak ręką odjął, co on ma z tym wspólnego? – zapytał.
– Widziałam jak się zmieniłeś, gdy tu wszedłeś – odparła. – Gdy mnie zobaczyłeś, byłeś ostrożny i przestraszony, a potem jakby ktoś wymienił ci duszę, i wrócił mój ukochany sprzed wieków.
– Kuba, zrobiłeś to przed chwilą? – zwróciła się do mnie.
– Ledwo zdążyłem – odparłem.
– Ale dotrzymałeś słowa. Jak ci się odpłacę?
– Nic mi nie jesteś winna. Zrobiłem to, bo mogłem i chciałem. Ale mogę kiedyś potrzebować waszej pomocy, chciałbym móc na nią liczyć. I chciałbym móc was od czasu do czasu odwiedzać. Mogę? – zapytałem.
– Zawsze – odparła.
– Tato, wracasz na Kaszuby, czy zostajesz tu na stałe?
– A twoje szkolenie? Jeszcze nie skończyliśmy.
– Jak widzisz, umiem dość dużo, reszty nauczy mnie Marta.
– Więc wolę tu zostać.
Dziewczyna podeszła do nas.
– Muszę cię przeprosić – powiedział Sulirad – źle cię oceniłem. Nie byłem do końca sobą.
– Nie ma sprawy – odparła – mam to, na czym mi zależało.
Podszedłem do mamy i przytuliłem ją, a potem zwróciłem się do ojca, chcąc zrobić to samo. Zawahał się, jakbym stanowił zagrożenie.
– Nie bój się, to tylko wyraz czułości – powiedziałem, jednocześnie wysyłając sygnał dobrych intencji. – Nie ubędzie cię od tego. – W końcu otworzył ramiona i objęliśmy się. Musiało to być dla niego nowe doświadczenie, bo prawie mnie zgniótł.
– To co? Nic tu po nas – powiedziałem do Marty, gdy już uwolniłem się z jego uścisku. – Powodzenia – rzuciłem w kierunku rodziców i ruszyliśmy do wyjścia.
– Nieźle narozrabiałeś, Kuba – powiedziała rano Marta, odsłaniając zasłony w sypialni. Włączyła radio i usłyszałem wiadomości:
„Dziś rano zaczęły z województwa Pomorskiego napływać niepokojące informacje o nietypowych zachowaniach lokalnych mieszkańców wielu miejscowości na Kaszubach. Ludzie wychodzą z domów wiwatując, śmiejąc się i ściskając z nieznajomymi, Chodzą po ulicach bez widomego celu. Nasz reporter niestety nie jest w stanie przeprowadzić relacji z miejsca występowania zaburzeń, gdyż sam uległ nieznanemu czynnikowi. Władze centralne rozważają podjęcie środków zapobiegawczych, choć nie stwierdzono jeszcze żadnych negatywnych efektów działania owego czynnika. Premier w porozumieniu z ministrem zdrowia rozważa wprowadzenie kwarantanny na terenie województwa. Władze apelują, by nie korzystać na razie z wody z kranu, gdyż owe zachowanie może być skutkiem jej zatrucia. Rozesłany już został alert RCB z ostrzeżeniem. Chwileczkę mamy nowe informacje... Jak podaje nasze zaufane źródło w służbach, wysłany na miejsce oddział wojsk chemicznych w kombinezonach ochronnych, także uległ zatruciu nieznaną substancją. Wygląda to poważnie. Prosimy państwa o pozostanie z nami, wkrótce podamy nowe informacje...”
– Ja chciałem tylko, żeby ludzie byli szczęśliwi – skomentowałem to co usłyszałem. – Widocznie ojciec naprawdę zatruwał tą krainę, a gdy odszedł, ludzie wpadli w euforię.
– Są szczęśliwi i to bardzo – zauważyła Marta sarkastycznie. – I co teraz? – zapytała z uśmiechem.
– Nic, żegnaj Smętku. – odparłem, odpowiadając uśmiechem na uśmiech. Nam także zaczęła udzielać się kaszubska euforia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania