Zeszyt do nut

„Mamma Maria”, „Sereno è”, „Hijo de la Luna”. Ile jest tych piosenek? Tysiące? Miliony? Kto je komponuje? Dla kogo? Kto i co przez nie przemawia? Jaki duch? Jaki świat? Lepszy? Gorszy?

Pytań było wiele. Zabrałem swój magiczny zeszyt — zeszyt do nut — i pojechałem starym Rometem w okolice racławickiego wodospadu. Było lato. Słońce nie dawało o sobie zapomnieć, choć powoli zbliżał się już zachód. Złota godzina i ja, w tym złocie brodzący. I młodość, i całe to życie przede mną. Ale ja nie miałem aż tyle czasu. Czasu miałem, tak po prawdzie, mało.

Zazdrościłem Chopinowi. Wszystko mu grało. Nawet wiatr. Nawet słońce. Nawet księżyc. Ja też tak chciałem. On nie trwonił czasu, nie marnował żadnej chwili. Dlatego i ja miałem swój zeszyt. Zeszyt i długopis.

Siedziałem nad rzeką i spisywałem melodie, jakie tylko przychodziły mi do głowy. Miały być proste — i były. Miały wpadać w ucho — i wpadały. Każda taka wycieczka kończyła się jedną skomponowaną melodią. Każda. I każda miała tytuł: „Droga we mgle”, „Ostatni taki zachód”, „Niezapominajki”.

Z tytułami nie było problemu. Wiedziałem, co mnie inspirowało, i korzystałem z tego do woli: a to ważki, a to cudownie rechoczące żaby, a to ptaki, które nie chciały spać i śpiewały, śpiewały. Czasem wystarczył szelest trzciny albo kilka kropli spadających z liścia do wody. Resztę dopowiadałem sobie sam, dogwizdywałem. Tak przynajmniej wtedy myślałem.

Kiedy kończyły się wakacje — cudowne wakacje tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku — miałem już zapisany cały zeszyt. Melodie były jak odsyłacze do tamtych dni, jak małe wehikuły czasu. Wystarczyło spojrzeć na tytuł, by znów znaleźć się nad rzeką, poczuć ciepło słońca na karku i usłyszeć szum wody. Każda strona przechowywała kawałek lata. Każda, poza jedną.

Była jedna szczególna melodia. Nie pasowała do reszty. Nie wiem, jaki duch mnie opętał, kiedy zacząłem ją gwizdać. A były tu duchy, były. Nad tą wodą, nad tą Osobłogą. Duchy i inne dziwne stwory. Niedoumarli. Topielcy. Wodnicy. Syreny.

Tamtego wieczoru wracałem już do domu. Słońce schowało się za drzewami, a rzeka ciemniała z każdą minutą. Prowadziłem Rometa, bo droga przy wodzie była wyboista. I wtedy usłyszałem gwizd.

Ktoś znajdował się po drugiej stronie Osobłogi.

Zatrzymałem się. Melodia była znajoma. Aż nazbyt znajoma. Te same kilka dźwięków, ta sama fraza, ten sam dziwny zwrot na końcu, który wymyśliłem zaledwie parę dni wcześniej. Nie mogłem się pomylić. Przecież nigdzie jej jeszcze nie grałem. Nikomu jej nie pokazywałem. Istniała tylko w mojej głowie i w zeszycie.

Gwizd ucichł.

Spojrzałem na drugi brzeg. Między drzewami nie poruszała się nawet gałązka. Nie było tam nikogo.

Pomyślałem, że to echo. Albo ktoś, kto usłyszał mnie wcześniej i teraz stroił sobie ze mnie żarty. Takie rzeczy się zdarzają. Człowiek potrafi znaleźć wyjaśnienie dla niemal wszystkiego, jeśli tylko bardzo mu na tym zależy.

Wróciłem do domu, ale zeszyt otworzyłem dopiero następnego dnia. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Przejrzałem go, zamknąłem i więcej już go nie otwierałem. Przynajmniej nie przez resztę wakacji.

Podejrzewałem, że melodia mogła być nośnikiem jakichś innych światów, zamieszkałych przez stworzenia, które nie chciały się ujawniać. A może nie mogły. Wtedy jeszcze nie potrafiłem spojrzeć na to racjonalnie. Byłem młody, chciałem komponować, nie zastanawiałem się, czy każda melodia musi mieć wyłącznie ludzkie źródło.

Zeszyt — mój magiczny zeszyt do nut — zachowałem do dziś. Czasem go otwieram i przeglądam zapisane strony. Wszystkie melodie wciąż są na swoim miejscu. No, prawie wszystkie.

Na jednej z kartek, tuż pod ostatnią pięciolinią, widnieją nuty, których nie pamiętam. Nie ma przy nich tytułu. Nie ma też mojego podpisu.

A jednak pismo jest moje.

Od tamtej pory nie odważyłem się ich zagrać. Nie muszę. Czasem, tuż przed zaśnięciem, słyszę ten fragment w zupełnej ciszy. I wtedy mam wrażenie, że ktoś po drugiej stronie czeka, aż wreszcie go dokończę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Domi123 godzinę temu

    Zaczyna się niepozornie, a tu nagle otwiera się okno do jakiegoś innego wymiaru... Podoba mi się.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania