Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Ziarno prawdy
Leśny trakt nigdy nie był bezpiecznym miejscem dla kupców. Tak to już jest, że ludzie pracy muszą obawiać się osób, chcących na owocach ich wysiłku żerować. W całym Królestwie Polskim nie sposób znaleźć miasta czy zamku, w drodze do którego nie doszłoby do rabieży. Co bogatsi kupcy mogli pozwolić sobie na eskortę zbrojnych, lecz, jako że byli majętni, to najczęściej okradano właśnie ich.
Tym właśnie pocieszał się Staszko. Kto zainteresowałby się wełną, którą miał na swoim rozklekotanym wozie? Po drugie nie był on w zasadzie kupcem, a jedynie drobnym hodowcą owiec, zmierzającym właśnie do Ersztyna. Oczywiście w twierdzy nikt nie trudni się handlem wełną, ale na podzamczu i owszem.
Północno – zachodnie rubieże Królestwa nie należały do terenów najbezpieczniejszych, z uwagi na bliskie sąsiedztwo nieprzyjaciół: Brandenburgii oraz Zakonu Krzyżackiego. Jednak wybudowany podczas panowania króla Kazimierza zamek Ersztyn wbijał się niczym klin pomiędzy wrogie narody, dumnie górując nad okolicą, strzegąc poddanych monarchy z Krakowa.
Dzień był ciepły, ale słońce chyliło się ku zachodowi, a w lesie zaczynało zmierzchać. Chłodnawy wiatr przyjemnie orzeźwiał ogorzałą oraz nieogoloną twarz Staszka. Chłop ścisnął mocniej wodze, by pospieszyć konia. Zamierzał wyjechać z lasu i dotrzeć do najbliższej gospody nim zapanuje ciemność. Koń przyspieszył, a pęd powietrza rozwiewał brudne i posklejane włosy hodowcy.
Dzisiejszego dnia Staszko mijał po drodze innych podróżnych, jednak obecnie zdawało się, że pozostał zupełnie sam w ciemniejących lesie. I coraz głośniejszym lesie. Ludzie we wsi wielokrotnie opowiadali historie o bestiach czyhających na samotnych wędrowców. Staszko, mimo że nie wierzył w podobne bajdy, przypomniał sobie o nich.
O tym, co bestie robiły z ludźmi wolał sobie jednak nie przypominać.
Księżyc nieśmiało począł się wychylać zza wschodu, a do uszu hodowcy dobiegły odgłosy wydawane przez wilki. Przeraźliwe wycie wygłodniałych zwierząt. Na szczęście wilki rzadko zbliżają się do traktów. Te, które się tego odważyły na ogół zdobią później ściany lub podłogi domów swych niedoszłych ofiar. Lecz Staszko zbliżał się do pięćdziesiątki, a wojaczka nigdy nie była jego mocną stroną. Rzecz jasna, trzymał za pasem rdzewiejący z lekka miecz, niemniej wolałby z niego nie korzystać.
Wycie stawało się coraz głośniejsze oraz wyraźniejsze. To mogło świadczyć tylko
o jednym, wilki są coraz bliżej. Staszko przypomniał sobie, że jednymi z potworów, o których opowiadali wiejscy głupcy są wilkołaki. Mimochodem zerknął na księżyc. Dzisiaj nie ma pełni.
- Jezus Maria! Ale ja jestem głupi – powiedział do siebie Staszko. – Przecież wilkołaków nie ma. Nie ma wilkołaków! – powtórzył głośniej hodowca i z ulgą głośno się roześmiał.
Chwilę później twarz jego zasłoniła kosmata łapa, a uśmiech Staszka znikł na wieki.
Pan Ersztyna wracał do swoich włości. Jednak nie radował się z tego. Podczas kilkumiesięcznego pobytu w Krakowie, Jan polubił stolicę. W szczególności zaś przypadło mu do gustu przebywanie w otoczeniu króla. Przynależność do monarszej świty niosła ze sobą wiele przywilejów. Zaczynając od wzniosłych jak prestiż czy władza, skończywszy na przyziemnych takich jak nadmiar jadła, napitku oraz ogrom kompanów chętnych do biesiadowania. Dla niespełna trzydziestoletniego rycerza przebywanie w otoczeniu Kazimierza Wielkiego niosło ze sobą zapowiedź rychłej i nieprzeciętnej kariery.
Kraków stanowił miejsce, w którym młody i stosunkowo bogaty rycerz mógł korzystać z życia. Zwłaszcza, jeśli był kawalerem, choć i niektórzy żonaci możni nie potrafili oprzeć się powabom uroczych dam spod Wawelu. Ersztyn zaś nie był miejscem, w którym mogłaby doświadczyć radości towarzyska dusza Jana. Potężną warownię postawiono
w jednym tylko celu. Jej pan żywił nadzieję, iż nigdy nie będzie musiał bronić w niej Ojczyzny.
Poniekąd właśnie dlatego jechał do domu. To polecenie samego króla. Kazimierz III zażyczył sobie, aby Jan z Ersztyna przyjął w zamku pewnego gościa zza granicy. Monarcha chciał, by to spotkanie pozostało w tajemnicy. Uznał, że wyjazd młodego sługi do domu nie wzbudzi niczyich podejrzeń. Gość zaś nie będzie wędrował po ziemiach Korony, przybędzie do pierwszego napotkanego zamku.
Słońce zacnie przygrzewało, lecz daleko było do południa. Przed zmierzchem Jan
z pewnością będzie już w Ersztynie. Towarzyszyła mu grupa kilkunastu zbrojnych oraz dwa drewniane wozy, na których przewoził swe rzeczy. Na opustoszałym trakcie poruszali się szybko i sprawnie. Jan nie obawiał się rabusiów, gdyż nawet najgłupszy banita nie okazałby się na tyle tępy, aby zaatakować rycerski orszak. Gdyby jednak do tego doszło, Jan z chęcią poprzetrącałby kilka łbów.
Dzisiaj minął kilku podróżnych zmierzających w kierunku zamku, lecz nie spotkał nikogo jadącego z naprzeciwka. W oddali zamajaczył drewniany wóz, jadący niezwykle wolno. Toż to ślimak jest już szybszy, pomyślał Jan.
Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że wóz stoi w miejscu. Z tej odległości nie potrafił określić dlaczego, lecz sam zwolnił i nakazał to swoim ludziom. Z kłusa przeszli do stępa, ostrożnie zbliżając się do wozu.
Wybrał czterech najlepszych ludzi i wraz z nimi postanowił zbliżyć się do tajemniczego pojazdu. To, co ujrzał, w niczym nie przypominało piękna, którym pieścił oczy na monarszym dworze.
Kilka kroków przed wozem leżał wypatroszony mężczyzna, którego wnętrzności walały się wokół. Zakrwawiona głowa złączona była z tułowiem ledwie kilkoma ścięgnami, co gorsza na rozszarpanej skórze pozostały ślady zębów. Kłów. Wyglądało to tak, jakby ktoś lub coś, odgryzło biedakowi głowę. Na pozbawionej życia twarzy gościło przerażenie,
a otwarte oczy wpatrywały się w dal wiecznej wędrówki. Jan przezwyciężył obrzydzenie, nachylił się nad nieszczęśnikiem i zamknął mu powieki. Dopiero, gdy się zbliżył spostrzegł, iż w pozbawionym wnętrzności brzuchu, oprawca pozostawił swe odchody. Co za smród.
Jan z Ersztyna żałował, że wrócił w rodzinne strony.
- Nie pierwszy taki przypadek, powiadasz? – powiedział pan Ersztyna.
- Niestety, mój chłopcze. Wieśniacy i wędrowcy informują nas o podobnych zdarzeniach od dobrych kilku miesięcy. Jeden trup na dwa, trzy tygodnie. Rzadko dłużej. – Gorzko stwierdził Ścibor z Ersztyna, stryj Jana. Jako jedyny bliski krewny rycerza, zarządzał zamkiem pod jego nieobecność.
Ścibor miał już swoje lata, przekroczył pięćdziesiąt wiosen. Niegdyś ciemne, sięgające ramion włosy, niemal w całości pokryły się siwizną, podobnie jak niepodcinana od kilku tygodni broda. Na pomarszczonej twarzy malowało się przygnębienie. Ścibor, jako mąż zacny i silny, za młodu walczył z rycerzami znienawidzonego Zakonu pod Płowcami, lecz nigdy wcześniej nie miał do czynienia z podobnym utrapieniem, jak obecne.
- Będziemy musieli się tym zająć – orzekł hardo Jan. Wyraz determinacji na pokrytej gęstą, prawie że czarną, szczeciną sprawiał, że cieszył się powodzeniem u płci nadobnej.
W odróżnieniu od stryja nosił krótkie włosy, ale podobnie jak inni mężczyźni z rodu, był szeroki w barach, wysoki oraz silny.
- Poza tym, dobrze się spisałeś, wujku. Głowa do góry! – Jan poklepał stryja po ramieniu. Mówił szczerze. Był zadowolony z tego, w jakim stanie zastał Ersztyn. Skarbiec pełny, podobnie jak i spiżarnie. Wieśniakom nie w głowie bunt. A zabójstwa? No cóż, ludzie się mordowali, mordują i mordować będą. Taka już natura ludzka. Nic nowego. Co nie zmienia faktu, że należy się tą sprawą zająć. Poddani muszą czuć się bezpieczni, bez tego nie będą rzetelnie pracować.
- Jakaż to ważna sprawa cię sprowadziła do domu, Janku? – spytał Ścibor, odłamując sobie kawałek gęsi.
Podczas pobytu w Krakowie, Jan przywykł do wystawniejszych wieczerzy, lecz nie pogardził dzisiejszą. Pieczona gęś, świeżo wypieczony chleb oraz piwo wprost z piwnicznej beczułki były tym, co zawsze kojarzyć mu się będzie z domem. To bardzo miłe skojarzenia. Pan Ersztyna pociągnął solidny łyk, otarł rękawem usta nim odpowiedział.
- Król chce, bym przyjął w zamku gościa z Danii. Mam w imieniu monarchy negocjować umowę z naszym gościem. Następnie wrócę do stolicy, by przełożyć Kazimierzowi III ustalenia. Wówczas, jeżeli zgodzi się także duński król, umowa wejdzie
w życie.
Ścibor zmarszczył czoło i podniósł brwi.
- A w jakiej to kwestii miłościwie nam panujący Kazimierz III może układać się
z Waldemarem IV Atterdagiem?
- Wybacz, stryju, ale nie mogę ci tego teraz zdradzić. To sprawa najwyższej wagi i im mniej osób o tym wie, tym lepiej.
- Myślisz, że nabierzesz mnie, starego Ścibora? To musi mieć coś wspólnego
z naszym ukochanym Zakonem. Czyżby król rzeczywiście gotował się do wojny? Pokój
z Kalisza nie może przecież wiecznie trwać… - Ścibor dramatycznie zawiesił głos, niczym aktor greckiej tragedii na deskach teatru.
Jan uśmiechnął się. Pomimo upływu lat umysł wujka zachował bystrość. To dobrze. W dzisiejszych czasach tacy sojusznicy, zwłaszcza krewni, są na wagę złota.
- Wszystko w swoim czasie, wujku – powiedział pan Ersztyna, po czym obaj uśmiechnięci wypili toast za naszego wspaniałego króla.
Karl von Zanem nie należał do osób obdarzonych charakterem łagodnej natury. Był porywczy, arogancki, grzeszył nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, o folgowaniu chuciom nie wspominając… Jednak największą wadę Karla stanowiło to, że był rycerzem Krzyżackiego Zakonu. Ze swoim usposobieniem sprawdziłby się pewnie i w roli wielkiego mistrza, lecz zwykły i szeregowy sługa najświętszego Zakonu powinien cechować się pokorą oraz oddaniem. Każde polecenie winno zostać wykonane bez zająknięcia.
Von Zanem jednak lubił kwestionować decyzje przełożonych. Jego opozycyjność
i nonkonformizm doprowadziły do tego, że współbracia wyczekiwali jeno okazji, by Karlowi powinęła się noga. Nie musieli długo czekać. Wczorajszego wieczoru, a raczej nocy, został przyłapany w zamkowej piwniczce, jak podpijał wino. Niby nic takiego, mnisi w całej Europie każdego dnia popełniają podobne wykroczenie, lecz tym razem nie uszło to Karlowi na sucho. Komtur dowiedziawszy się o tym, nakazał von Zanemowi przez najbliższy miesiąc pomagać stajennym. Inaczej mówiąc, miał przerzucać końskie gówno.
Za dnia Karl spełnił swój obowiązek, lecz wieczorem zamiast pogrążyć się w refleksji
i zadumie, udał się do gospody. Usiadł w kącie, zamówił chleb, wieprzowinę i piwo. Dużo piwa. Przy trzecim kuflu przestał odczuwać odór szczyn i wymiocin unoszący się w karczmie. Nie zwracał uwagi na toczące się wokół dyskusje. Nie miał ochoty na rozmowę
z kimkolwiek. Chciał jedynie w spokoju napełnić żołądek.
Nie było mu to jednak dane.
- Kogo to moje patrzałki widzą? Von Zanem, to ty? – ryknął na cały głos, siedzący przy stole obok mężczyzna. Wraz z nim zaniosła się śmiechem jego kompania. Człek ów miał na sobie brudne od zaschniętego tłuszczu szaty. Rozwichrzone włosy oraz szczerbaty uśmiech pożółkłych zębów nadawały mu wyglądu idioty.
Chcąc, a raczej nie chcąc von Zanem przytaknął.
- Jak ci się podoba robota w stajni, ty stary draniu?
Większość klienteli gospody wpatrywała się obecnie w kąt, w którym zasiadał Karl von Zanem. Szydzili i drwili z niego. Cierpliwość Krzyżaka kończyła się.
- Moje gówno też wyniesiesz?
Tego von Zanem już nie zdzierżył. Nim ktokolwiek mrugnął, Karl wstał, dobył miecza i mocnym pchnięciem wbił go w brzuch mężczyzny, który zeń szydził. Następnie wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Podchmielona i oburzona tłuszcza rzuciła się na von Zanema. Obezwładniono go i zaprowadzono przed oblicze komtura.
- To tylko wilk – stwierdził von Zanem wyrwany ze snu. Mimo upływu czasu nie przyzwyczaił się do nocy spędzanych w leśnej głuszy. I wciąż śnił o tym samym. Doskonale pamiętał, przed jakim wyborem postawił go komtur. Za zabójstwo albo szubienica albo służba Zakonowi za granicą. Byłbym głupcem gdybym dał się powiesić. Ale kim był obecnie, skoro zgodził się na coś takiego?
Jan z Ersztyna lubił polowania.
Od stryja dowiedział się, że do morderstw na drodze dochodzi na ogół w tym samym miejscu, plus minus kilkaset kroków. Atakowani są podróżujący w pojedynkę. Pan zamku przygotował zatem zasadzkę. Jeden z jego ludzi przejedzie wozem przez wskazany obszar. Jan zebrał silny, kilkunastoosobowy oddział zbrojnych, którzy mieli przyczaić się w leśnej gęstwinie przy samym trakcie, po wschodniej jego stronie. Zaś po zachodniej, Jan ulokował dwa podobne oddziały tyle, że w pewnej odległości od drogi. Pan Ersztyna zamierzał otoczyć napastników. Na drzewach umieścił łuczników, którzy mieli obserwować całą scenę,
a w odpowiedniej chwili zlikwidować wroga.
W całe przedsięwzięcie zaangażowanych było blisko stu żołnierzy. Jan oraz Ścibor nie mieli wątpliwości, że bez trudu poradzą sobie oni z wrogiem. O ile, oczywiście, ten się pojawi…
Pan zamku i jego stryj zajęli miejsce na niewielkim wzgórzu po zachodniej stronie traktu, wraz z jednym oddziałem. Pierwotnie Jan zamierzał wdrapać się na kilkudziesięcioletni dąb, ale Ścibor odwiódł go od tego zamiaru. Chodzenie po drzewach niegodne jest rycerza i sługi Kazimierza III. Jan niechętnie przyznał stryjowi rację. Ściślej rzecz ujmując nadal uważał, że jego miejsce było na drzewie, skąd najlepiej dowodziłby całą akcją, lecz nie chciał kłócić się z krewnym.
O umówionej porze, gdy czerwieniejące słońce chyliło się ku zachodowi, woźnica ruszył. Jechał powoli, unikając nerwowego rozglądania się. A nie jest to takie łatwe mając świadomość, że jest się przynętą dla morderców. Jan ze swego miejsca lepiej widział zarośla, trawę i drzewa niż drogę, lecz uważnie przyglądał się temu, co dzieje się na trakcie.
Niestety, nie wydarzyło się nic istotnego.
Wóz przejechał kilkaset kroków, aż zniknął Janowi z pola widzenia. Teraz nad bezpieczeństwem zbrojnego czuwali łucznicy na drzewach. Zgodnie z planem woźnica nawrócił i pojechał w kierunku zamku. Znów przez nikogo nie niepokojony przejechał trakt
i zbliżał się do końca lasu.
Jan spojrzał na łuczników, lecz wszyscy zgodnie pokazywali, że wroga nie widać. Pan Ersztyna zaklął szpetnie.
- Nic się nie martw, Janku. – Ścibor poklepał bratanka po ramieniu. – Nie dziś, to jutro. Prędzej czy później dopadniemy banitów.
- Ale do tego czasu będę musiał wysłuchiwać opowieści moich poddanych
o wilkołakach – rzekł niepocieszony Jan.
Ścibor roześmiał się.
- Chłopcze, chłopcze, wilkołaków nie ma. A ludzie? Gadali i będą gadać. Taka ich natura.
Może stryj ma rację, pomyślał Jan. Czas wracać do domu. Za trzy dni do Ersztyna przybędzie poseł duńskiego króla, trzeba się przygotować.
Wilkołaków zaś nie ma.
- Co za durnie! – szepnął do siebie mężczyzna w skórze wilka. Ludzie Jana narobili tyle hałasu, że oznajmili swe przybycie wszystkim leśnym stworzeniom. – Butni głupcy!
Mężczyzna dał ręką znak towarzyszom, że należy się wycofać. Dzisiaj nici
z polowania.
Wygłodniały wilk zawył w ersztyńskim lesie.
Imię Arnolda z Aarhus znane było w tej części Europy. Ten duński rycerz wsławił się triumfami na wielu prestiżowych turniejach w Danii, Brandenburgii i innych niemieckich księstwach. Jego podróż do Królestwa Polskiego nie budziła wątpliwości. Zapewne i tutaj zamierzał pokonać wielu znamienitych wojowników.
Cel jego wizyty był jednak zgoła inny. Arnold, jako mąż zacny i prawy, służył swemu królowi Waldemarowi IV Atterdagowi, od roku 1340 zasiadającemu na duńskim tronie. Nie od dziś wiadomo, że Duńczycy nie pałają miłością do Zakonu Krzyżackiego.
Podobnie jak i Polacy. Co prawda w roku 1343 Kazimierz III Wielki podpisał
w Kaliszu „pokój wieczysty” z Krzyżakami, lecz mało kto wierzył w jego „wieczystość”. Król Kazimierz toczył wiele wojen, aczkolwiek na ogół walczył tylko z przeciwnikami, nad którymi miał przewagę. Będąc jeszcze chłopcem doświadczył wielu wojen oraz obcych wojsk toczących się przez ziemie Korony niczym zaraza, jako władca więc dbał, by nikt nie pustoszył polskich ziem.
Minęło już ponad dwadzieścia lat od pamiętnych wydarzeń w Kaliszu. Wówczas słabe i otoczone przez nieprzyjaciół Królestwo Polskie, urosło aktualnie w siłę. Obecnie każdy musiał się liczyć się ze zdaniem Kazimierza. Niegdyś Wielki Mistrz przyrzekł Kazimierzowi, że w razie potrzeby jego miecze będą ścigać go aż do Krakowa. Polski monarcha nie lęka się potęgi Zakonu. Aby rozprawić się jednak z przeciwnikiem i odzyskać zagrabione podstępnie Pomorze Gdańskie, potrzebni Kazimierzowi są sojusznicy.
Tych właśnie upatrzył sobie w Duńczykach. A na młodym Janie z Ersztyna spoczywa odpowiedzialność za przyszłe losy Korony.
Łacina była międzynarodowym językiem, dzięki któremu porozumieć się mogli obywatele najróżniejszych europejskich królestw. To ułatwiało zachowanie dyskrecji.
Jan powitał w Ersztynie Arnolda z Aarhus zgodnie ze wszystkimi honorami. Wydał wielką ucztę na cześć gościa, polscy i duńscy wojowie mieli możliwość spróbowania swych sił w pojedynkach. Poddanym Waldemara IV Atterdaga niczego nie brakło. Zapewniono im pod dostatkiem jadła, napitku oraz miejsca w przygranicznym zamku.
Do najważniejszej rozmowy doszło jednak z dala od nieproszonych oczu. Wieczorem, w dwa dni po przybyciu Arnolda, Jan podjął w swym gabinecie gościa. Promienie czerwieniejącego podczas zachodu słońca rozlały w komnacie krwawy blask. Jan miał na sobie prostą czerwoną szatę z białym orłem na piersi, Arnold zaś przywdział strój czarny pozbawiony ozdób. Na drewnianym stole stała pieczona kaczka, dwa świeżo upieczone bochny chleba, dzban wina oraz dwa złote, zdobione drogocennymi kamieniami kielichy. Jan napełnił je trunkiem.
- Mój król, miłościwy Kazimierz III zwany Wielkim, w całej swej mądrości uważa, że nasze bratnie kraje mogłoby współpracować ze sobą ściślej, aniżeli miało to miejsce do tej pory.
Arnold z Aarhus żachnął się.
- Janie, dajmy sobie spokój z tymi dyplomatycznymi formułkami. Nie jesteśmy na wieczerzy u możnych, na której pełno uważnych uszu. We dwoje możemy mówić prosto. Zgoda?
- Zgoda – odpowiedział niepewnie Jan. Bezpośredniość i prostolinijność Duńczyka stanowiły dlań zaskoczenie, lecz w głębi serca cieszył się, że będzie jasno wyrazić swoje oczekiwania.
- Co zatem proponuje wasz król?
- Mój król uważa, że powinniśmy zjednoczyć siły przeciw Krzyżakom.
- Twój król ma słuszność, Janie. Nasze królestwa w pojedynkę są słabsze od Zakonu, lecz razem stanowią poważniejszą siłę. – Jan przytaknął, nie wiedząc jednak, do czego zmierza rozmówca. – Problem w tym, Janie, że moje królestwo nie sąsiaduje z Krzyżakami. Jak twój król zamierza temu zaradzić?
- Jest wiele możliwości. Po pierwsze, moglibyście skierować swe wojska na nasze ziemie i wspólnie uderzylibyśmy na Zakon. Po drugie, możecie uderzyć od strony morza, bezpośrednio na Gdańsk. Po trzecie wreszcie, nie pogardzimy waszym złotem, za które opłacimy najemnych żołnierzy.
Arnold z Aarhus odłamał sobie kacze udo i dopiero, gdy przełknął je z chlebem i popił winem, odpowiedział.
- Nasze flota jest silna i może przetransportować rycerzy, ale nie do Gdańska. – Duńczyk nie był w ciemię bity. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Polakom zależy właśnie na odzyskaniu tego portowego miasta. Jednak nie leży to przecież w interesie jego królestwa.
- A dokąd?
- Do Estonii.
Jan doskonale pamiętał, że w roku 1346 Waldemar IV Atterdag sprzedał Estonię Zakonowi. Wówczas król potrzebował złota, więc spieniężył odległą prowincję, dziś zaś silniejszy, postanowił ją odzyskać. Sprzedać prowincję i mieć prowincję, ot cała polityka.
- Taki układ proponuje mój król. My bierzemy Estonię, wy Pomorze Gdańskie – wyjawił bez ogródek Arnold.
- A co z resztą?
- Zakon jest silny, nie sposób oczekiwać, że podbijemy cały. Z reszty możemy uczynić wspólne lenno. Zobaczymy. Co myślisz, Janie?
Jan z Ersztyna zaproponował, by wznieśli toast.
- Za pomyślność naszego planu, przyjacielu – rycerze stuknęli się kielichami, po czym je opróżnili.
Arnold z Aarhus także lubił polować. Nie mógł zatem przepuścić okazji, ażeby zapuścić się w knieje Królestwa Polskiego w poszukiwaniu okazałych trofeów. Wspólne polowanie miało być ostatnim akcentem wizyty duńskiego posła w Ersztynie. Nazajutrz zaplanował on wyjazd.
Wspomnienie wiejskich opowieści o wilkołakach nie dawało Janowi spokoju. Jako osoba o umyśle oświeconym, a za taką się uważał, przebywająca na dworze króla Kazimierza, nie wierzył w istnienie wilkołaków czy innych potworów rodem z baśni czy opowieści kmieci, lecz jakaś irracjonalna cząstka jaźni wciąż pobudzała w nim niepewność. Nie potrafił ubrać w słowa swych odczuć, jednak coś go gryzło. Ludzie przecież giną. Byłby spokojniejszy, gdyby udało się złapać morderców.
Ale to musi poczekać do wyjazdu Arnolda. Tymczasem bladym świtem myśliwi zadęli w rogi i rozpoczęło się polowanie. Ersztyńscy zwiadowcy wypatrzyli niedźwiedzicę, która przemierzała las z młodymi.
To właśnie na nią postanowił zapolować Arnold z Aarhus. Jan tym razem trzymał się drugiego szeregu. Postanowił czuwać nad bezpieczeństwem całej grupy, a byłoby to niemożliwe, gdyby wpadł w wir walki. Tak jak wódz ze szczytu wzgórza dowodzi wojskami podczas bitwy, tak Jan kierował poczynaniami swoich ludzi trzymając się tyłów.
Niedźwiedzica zatrzymała się nad brzegiem z wolna płynącego strumyka wraz
z dwoma niedźwiadkami. Zwierzęta zanurzyły pyski w wodzie, a ugasiwszy pragnienie matka położyła się leniwie na trawie. Jej dzieci zaczęły beztrosko figlować, jak to małe misie.
Jedna ze strzał trafiła niedźwiadka prosto w zadek, a druga wylądowała między oczami matki. Rozjuszona niedźwiedzica dźwignęła się na tylne łapy i poczęła wymachiwać przednimi niczym awanturujący się w gospodzie klient. Arnold z Aarhus, mąż barczysty, silny i odważny, wbił w pierś niedźwiedzia włócznię tak mocno, że zakrwawiony grot wyszedł plecami.
Mimo to matka wciąż walczyła w obronie dzieci. Zamachnęła się tłustą prawicą, lecz Arnold był szybszy i spuścił na jej szyję ostrze miecza. Krew chlupnęła, brudząc oblicze
i szaty rycerza. Niedźwiedzica padła na ziemię bez tchu, ale Duńczykowi nie było dość. Uniósł miecz i szybkim cięciem odrąbał ofierze głowę.
- Teraz wiem, że nie żyje – mruknął do siebie zadowolony, stojąc w kałuży świeżej krwi.
Młodymi zajęli się mniej znaczący myśliwi, albowiem takiemu rycerzowi jak Arnold nie godziło się walczyć z dziećmi. Jan z Ersztyna odetchnął z ulgą. Polowanie dobiegło końca, nikomu nic się nie stało. Mogli wracać do zamku. Król będzie z niego zadowolony.
Wtem wydarzyło się coś, czego nawet wytrawni łowcy by nie przewidzieli.
- Ale wielki dzik! – wrzasnął jeden z ludzi Jana, wskazując na poruszającą się
w gęstwinie zwierzynę. Opromieniony sukcesem Arnold z Aarhus postanowił ruszyć za ciosem i pędem puścił się między drzewa, goniąc za dzikiem.
Widząc to Jan z Ersztyna zaklął szpetnie, ściągnął wodze, ruszył na wierzchowcu za duńskim posłem, zbierając po drodze podwładnych.
Karl von Zanem ma wiele wad, ale nie jest głupi. Powrót pana oraz wizyta tego gościa oznaczają, że dzieje się coś ważnego. Inaczej Jan z Ersztyna nie fatygowałby się, by próbować osobiście schwytać okolicznego mordercę. Gdyby tylko dowiedział się, co takiego… Wtedy najpewniej pozwolono by mu wrócić z wygnania. Tego mi trzeba, rzekł
w myślach rozmarzony. Zimne piwo, ciepłe łóżko, a w nim jakaś krągła babeczka.
Póki co von Zanem krył się w lesie, obserwując polowanie. Miał do dyspozycji sześciu ludzi takich jak on, wyjętych spod prawa. W otwartej walce nie mieliby szans
z Polakami. Zresztą zabicie nawet najznamienitszego rycerza wraz ze świtą, nie przyniesie mu wielkich korzyści. Takich rycerzy w Królestwie Polskim są tysiące. Karl wiedział jednak, co należy uczynić. Porwać przeciwnika.
Nie byle giermka, bo ten najpewniej niewiele wie. Aby dowiedzieć się, co kryje się za wizytą duńskiego posła w Ersztynie, von Zanem powinien pojmać kogoś z dwójki samych zainteresowanych, czyli Jana lub jego gościa. Albo obu, lecz to prawdopodobnie będzie niewykonalne.
Miesiące spędzone w lesie sprawiły, że Karl von Zanem oraz jego kompani potrafili poruszać się niemal bezszelestnie. Znali ersztyńskie knieje lepiej niż rodzinne okolice. Musieli się tego nauczyć, to jedyna szansa, by przeżyć na terytorium wroga. Von Zanem wolał sobie nie przypominać, co robi się ze szpiegami…
Krzyżacy obserwowali walkę myśliwych z niedźwiedzicą. Po prawdzie, von Zanem zaczął już podupadać na duchu. Nie zanosiło się, by szczęście mu dopisało. Dwaj rycerze trzymali się blisko kompanów. Zbyt blisko, by zaatakować.
Wtem Duńczyk puścił się w las, goniąc dzika.
Takiej okazji von Zanem nie mógł przegapić.
Jan z Ersztyna widział w życiu wiele, lecz dziś przekonał się, że jeszcze sporo pozostało mu do odkrycia. Gdy dogonił posła, ujrzał Arnolda z Aarhus walczącego
z wilkołakami. Stworami wzrostem i postawą przypominającymi człowieka. Swym ciężkim mieczem, Duńczyk powalił już trzy bestie, pozostały cztery kolejne.
Wilkołak, człowiek w wilczej skórze. Pół człowiek – pół wilk. Różnie o tych stworzeniach mówiono, lecz nikt nie wspominał, że potrafią posługiwać się bronią białą,
a zamiast kłów mają żółte zęby lub są szczerbaci. O tym, że krzyczą z bólu także nie mówiono.
- Pieprzeni przebierańcy – rzucił pogardliwie pod nosem Jan, po czym przyłączył się do starcia.
Wilkołaki najwyraźniej nie były stworzone do otwartej walki, gdyż szybko poległy. Leżały teraz zaszlachtowane, nienaturalnie powykręcane. Tylko jeden bronił się skutecznie. Do czasu. Jan ciął wroga w ramię, a cofając się wilkołak potknął się o wystający korzeń starego dębu. Grzmotnął o ziemię i leżał jak długi.
- Kimże jesteś? – spytał Jan z Ersztyna przykładając przeciwnikowi miecz do gardła.
- Karl von Zanem – wycharczał zadowolony z siebie wilkołak.
Jana niezmiernie zdziwił ten uśmiech. Dopiero teraz uświadomił sobie, że w ferworze walki zupełnie zapomniał o Arnoldzie. Trzymając ostrze przy grdyce Karla, odwrócił się
i ujrzał duńskiego rycerza. Leżał na ziemi i pluł krwią, a z brzucha ziała rana tak straszliwa, że aż wnętrzności było widać.
- To moja sprawka – rzucił Karl von Zanem, po czym z trudem zawył niczym wilk.
Tym razem obyło się bez rozentuzjazmowanego tłumu, bez herolda, bez uroczystej oprawy, bez dziewoi z nałęczką, nawet bez dziennego światła. Wystarczył stos, kat, blask księżyca, pan zamku wraz ze stryjem oraz garstka strażników. Takim oto towarzystwem Karl von Zanem musiał się zadowolić w ostatnich chwilach doczesnej wędrówki.
W tym oto momencie ukazała się słabość jego charakteru. Przywiązany do pala, obłożony drewnianym stosem, począł żałośnie skomleć, błagać o litość i modlić się. Wzywał na pomoc samego Stwórcę i wszystkich świętych, jakich znał. Na próżno. Tak jak w ciągu życia von Zanem nie pamiętał o niebiosach, tak niebiosa zapomniały o nim w godzinie śmierci.
Kat przyłożył pochodnię do stosu, który z wolna zajmował się ogniem. Skwierczał przyjemnie niczym ognisko, nad którym smaży się dorodną gęś. Karl von Zanem krzyczał jak opętany, rozpłakał się także.
Jan z Ersztyna z kamienną miną przyglądał się, jak płomienie obejmują postać wilkołaka. Odczuwał smutek i gorycz na samą myśl, że wskutek poczynań tego człowieka minie jeszcze wiele lat, nim płomienie wojny ogarną Zakon Krzyżacki.
Jan spojrzał w rozgwieżdżone niebo, utkwiwszy wzrok na księżycu. Pełnia. Nikt mu nigdy nie mówił, że tak właśnie kończą się opowieści o wilkołakach. Pozostaje po nich zaledwie grudka popiołu.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania