Ziemia Nubinsky'ego

/Teraz/

 

Kontrola pojawiła się, jak tylko Corol zaczął w panice czyścić dyski, co Nubinsky od razu przewidział. Takich rzeczy nie da się ukryć przed Zarządem, choćby działanie podjęto natychmiast.

Nubinsky siedział w swoim gabinecie, skurczony z niepokoju i ze skórą ścierpniętą na karku. Wiedział, że oprócz niego cały korytarz nasłuchuje krzyków szefa Hurry'ego i bezskładnych tłumaczeń Corola.

Coś oczywiście trzasnęło i szeleszczący gruchot szkła posypał się po podłodze. Nubinsky odważył się odsunąć od stołu i nieśmiało wyjrzał przez drzwi.

Stłuczono oprawiony w ramki dokument ukończenia przez Corola Uniwersytetu. Papier spoczywał pod butem Hurry'ego, zaś sam Corol, przypominający wymiętą i zużytą szmatę do mycia podłóg, przestał się w ogóle bronić i tylko stał, szary na twarzy i pełen poczucia winy.

Nubinsky cmoknął z dezaprobatą i wycofał się po cichu w głąb swojego gniazda. "Mógł to przewidzieć" pomyślał pod adresem Corola. "Teraz na pewno nie dostanie drugiej szansy".

Jak on mógł w ogóle coś takiego wymyślić. Wszyscy wiedzą, że Życie musi być pozbawione większych zdolności intelektualnych i poznawczych, ale też nie całkowicie. Jak Nubinskiemu i pozostałym sześćdziesięciu czterem studentom wbijano do głowy przez ostatnie sześć lat - warunek wolnej woli musi zostać zachowany.

Jasne, Corol dał swojemu życiu wolną wolę. Ale co oprócz tego, do cholery! Całą gamę różnych zdolności, poszerzył umysły ludzików w sposób nieomal przekraczający zdolności przetwórcze komputerów. I teraz ma za swoje, bęcwał. Życie wyrwało się spod kontroli, to było oczywiste, jak tylko Corol pochwalił się podczas któregoś wieczorku swoim pomysłem.

Życie opuściło swoją Ziemię i włamało się do komputera Semena, który jak na razie cały czas grzebał w życiu jednokomórkowym i eksperymentował z katastrofami naturalnymi. Oczywiście, spanikowany Corol przymusił Semena do wyczyszczenia dysku, ukatrupił wszystkich, których stworzył, ale zrobił to tak nieudolnie, że było jasnym jak słońce pojawienie się wcześniej czy później szefunia Hurry'ego.

- Wiesz, że mam prawo od razu cię zawiesić? - Nubinsky dosłyszał głos szefa, pozbawiony już gniewu, przesycony jednak znajomą złowieszczością, pojawiającą się w tonie osoby posiadającej władzę i wykorzystującej to.

- Ba, nie tylko zawiesić. Mogę cię od razu wywalić. Mam prawo. Wiesz, że mam.

- Wiem - Corol chyba nie potrafił dojść do siebie, bo gadał tak słabo, jak nigdy.

Nubinsky poczuł coś na kształt współczucia.

- Porozmawiamy o tym jutro. Wynoś się stąd. Nie chcę cię dzisiaj na oczy widzieć.

Chwila ciszy.

- Możesz zacząć się pakować, chłopcze.

1.

Reszta dnia obfitowała w nieprzyjemne wydarzenia. Hurry postanowił za jednym zamachem przejrzeć dokonania wszystkich twórców i teraz rwał sobie włosy z głowy, a razem z nim przeglądani.

Wyszło na jaw, że Ogie złamał najważniejsze zasady i zrobił ze swojego Życia zautomatyzowane maszyny, rozmnażające się i egzystujące bez większych problemów; że Denison zasiedlił Ziemię puchatymi żelkomisiami ("chciałem, żeby były inne niż wszyscy" to usłyszał Nubinsky z tłumaczeń Denisona do wtóru pękających ramek i gruchotu tłuczonego szkła). Karen nie dotrwał nawet do powstania ludzi, wciąż bawił się mamutami, zaś Bey i Hen nie potrafili zapanować nad swoimi tworami, wyrywającymi się spod kontroli.

Nubinsky'ego odwiedzono prawie na samym końcu, co ten również przewidział. Hurry zdążył trochę ochłonąć i przygotować się na potencjalne ochrzanienie syna ministra. Obojętne, że nieślubnego. Krew pozostaje krwią.

- A więc, Ted Nubinsky! - przywitał go z źle udawaną jowialnością i uścisnął wyciągniętą ku sobie dłoń. Nubinsky już dawno temu zauważył, że długie ściskanie prawicy odbiera szefowi jego zwyczajną pewność siebie i nie odmówił sobie tej drobnej psychologicznej zagrywki.

- Tak, szefie? - zapytał uprzejmie, przesuwając na blacie pochlapane kawą papiery na jedną stronę. Przygotował się w duchu do starcia.

- Słyszałem, że wziąłeś drugi model - wypalił szef. Jego błękitne oczy hipnotyzowały małych duchem, ale Nubinsky bardzo dobrze się przygotował na wszelkiego rodzaju zarzuty.

- Oczywiście - zgodził się, uczynnie ustępując szefowi własnego fotela. - I zaraz powiem panu dlaczego. Ziemia nr.60... No cóż, nie skłamię, że kiedy zasiadłem do tego modelu, nie byłem zbyt przygotowany.

- Mieliście na to całe studia- zaczął Hurry, ale Nubinsky mu przerwał.

- Owszem! Ale nawet kilka miesięcy potrafi zmienić wszystko - rozłożył białe dłonie. - Nie miałem najmniejszego zamiaru wcielać w życie swojego starego projektu, chociaż dostał bardzo wysoką ocenę, jak pan pamięta...

- Pamiętam - przytaknął, kiwając głową Hurry.

- I szczerze mówiąc - będę z panem zupełnie szczery - od pierwszego marca niewiele się moja praca posunęła. Teraz zarzuciłem ją zupełnie. Poprosiłem Ricka o nowy model... i pracuję na Ziemią nr.68. I przyznam, idzie mi świetnie.

- Ale dlaczego?... Dlaczego tak? - naturalnie zaczęły się pytania.

- Po prostu. - Nubinsky trochę się zniecierpliwił. - Przyszedł mi do głowy świetny pomysł.

 

/Kilka tygodni wcześniej/

 

- Zrozumiałem - podkreślił starannie Tezeusz. - Że według naszego regulaminu nigdy nie uczynimy Życia szczęśliwym. Mają zbyt dużo roboty z walką o przetrwanie i zdobycie pożywienia, aby zająć się sukcesywnie sprawami duchowymi. Ktoś tam może się pojawi, jakiś domorosły filozof czy inny mędrzec, ale będzie to jeden na setki pokoleń. Wykruszy się spomiędzy swoich, nie znajdzie zrozumienia w społeczeństwa, zabiją go albo coś. Ale pytania pozostaną i może będą z upływem czasu jeszcze bardziej dręczące niż wcześniej. Regulamin zobowiązał nas do uczynienia Życia rozumnym i poszukującym odpowiedzi. Ciekawskim, można by powiedzieć.

- Ale nie za bardzo - zauważyła Heidi, wchodząc do pokoju i słysząc może dwa ostatnie zdania.

- Ale nie za bardzo. Można powiedzieć - Tezeusz zaśmiał się trochę gorzko. - że Zarząd zdał się całkowicie na nasze wyczucie. I postanowiłem... - zastanowił się nad doborem słów. - Że uczynię... mędrców i filozofów czymś naturalnym. Takie trochę lepsze i mądrzejsze od zwykłych ludzi istoty.

- Nadludzi? - przestraszył się Ogie.

- Nie! - zirytował się Tezeusz. - Są normalni, tylko bardziej rozwinięci. Urodzeni przywódcy, duchowi i cieleśni jednocześnie, rozumiecie?

- Jak Nieśmiertelny? - zapytał po raz pierwszy Nubinsky.

Kilka osób spojrzało na niego z zaskoczeniem, ale Tezeusz wcale nie był zdziwiony.

- Podobnie - przyznał i oczy mu rozbłysły. - Nie w stu procentach, bo trochę się boję. Jeszcze mi zarzucą, że robię...

- Raj na ziemi? - dokończył Yahve i zaśmiał się. Tezeusz nie odpowiedział, ale uśmiechnął się.

Heidi usiadła obok Corola i zaczęli coś do siebie szeptać. Denison z nabożnie skupioną miną układał zamek z kart, a jego dłonie przypominały niezwykle precyzyjne brązowe pająki. Ogie wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zamilkł i tylko zanotował kilka słów na skrawku papieru.

- Ted - Tezeusz usiadł obok niego na tapicerowanym, miękkim taborecie. - Co u ciebie? - ściszył głos, wyraźnie próbując nawiązać bardziej prywatną rozmowę.

Nubinsky poderwał głowę znad Konstruktu i nie wiedział co odpowiedzieć.

- Normalnie - stwierdził w końcu. - Tak samo jak wczoraj. Nic się nie dzieje. A u ciebie? - odczuł niechęć po wypowiedzeniu ostatniego zdania. Zabrzmiało dziwnie fałszywie, może dlatego, że nic go nie obchodził Tezeusz.

- Jak twoja Ziemia? - zapytał natręt, ignorując pytanie.

Nubinsky aż się spocił z irytacji.

- Normalnie - burknął. - Co cię to obchodzi?

- Cóż - w głosie Tezeusza pojawiła się inna nuta. - Rzadko kiedy widzę cię z czymś innym w rękach niż Konstrukt. Potrafisz samemu sobie wytłumaczyć, dlaczego się odmóżdżasz?

- Nie odmóżdżam się - zaprotestował Nubinsky, wbrew swej woli dając się wciągnąć w dyskusję. - Tworzę czterowymiarowe przestrzenie, zapełniam je sekwencjami wzorów i deseni, które...

Urwał, bo Tezeusz zaczął się tak śmiać, że opluł sobie podbródek.

- Co się z tobą dzieje, Ted? - wykrztusił, ocierając się wierzchem dłoni. - Odbiło ci? Naprawdę wierzysz, że komukolwiek twoje przestrzenie się przydadzą? Zapomniałeś, co jest naszym priorytetem?

Nubinsky dał pochłonąć się cichej fali nienawiści.

- Wiem - powiedział z wysiłkiem, starając się brzmieć tak odpychająco, jak to możliwe. - Wiem, co jest naszym priorytetem. Nie musisz mnie pouczać. Konstrukt to moje zajęcie w wolnym czasie.

Odczytał w oczach Tezeusza coś jakby przestrach i nagły wyrzut sumienia.

- Zaraz, ja wcale nie chciałem cię urazić... - zaczął, ale Nubinsky wstał demonstracyjnie w fotela i zmierzył ku wyjściu z salonu. Rozbolała go głowa od stężonego dymu papierosów i kawy.

"Robisz mi uwagi?" pomyślał pod adresem Tezeusza. Teraz ogarnęło go zdumienie.

"Krytykujesz mnie? Facet, który podrabia i duplikuje naszego Nieśmiertelnego?"

2.

Westchnął cicho i zanurzył dłonie w cienkie i brzęczące jak struny warstwy pięciowymiarowego projektu. Przymknął oczy i czekał, aż brzęk ucichnie i przestanie boleć go skóra. Coś szumiało nad głową, podłoga pod stopami odleciała nagle i bez ostrzeżenia, ledwo złapał równowagę. Głośny, alarmujący pisk pojawił się znikąd w prawym uchu, przebił błonę bębenkową i wyleciał drugim.

Już. Jest na miejscu.

Otworzył jak zwykle opuchnięte oczy i potarł ich kąciki. Oczywiście zapomniał kropel nawilżających.

Objął wzrokiem szumiący cicho hipersześcian, o ścianach na wpół przezroczystych i zmieniających się za każdym mrugnięciem powiekami. Zrobił kilka kroków po czarnej, granitowej posadzce, której zimno zdawało się przebijać podeszwy butów. Nie chciało mu się narzekać na projektantów, dobrze, że przynajmniej fotel wydaje się być taki sam jak w rzeczywistości.

Zatopił się w nim z westchnieniem ulgi i pozwolił opleść kwantowym receptorom. Wytrzymał ze wstrzymanym oddechem kilka bardzo nieprzyjemnych sekund i zaczął widzieć naprawdę.

"Aha, kurwa. No ładnie".

3.

Jak mógł zapomnieć o tym, że w szesnastym wieku od powstania Ziemia potrzebuje ciepła? Teraz wszystkie odpowiednie komety czy meteoryty znalazły się po drugiej stronie kosmosie. Mógł spróbować coś nowego wykombinować, ale nie pamiętał jak. Wszedł głębiej i ujrzał szare pustkowie.

Poczuł się trochę niekomfortowo. Z tego, co widział, cała ziemska powierzchnia przypominała szare, cementowe kafelki, o niezwykle głębokich szparach bez spoiwa, które mogłoby je połączyć. "Gdzie jest Życie?" przestraszył się Nubinsky.

Odszukał je po chwili. W przyspieszonym tempie zobaczył, jak ludzie błyskawicznie mrąc z chłodu i głodu, gdy klimat zaczął się zmieniać, zeszli głęboko do jaskiń, gdzie żywili się głównie porostami rosnącymi przy ciepłych, podziemnych źródłach. Ich skóra pokryta była liszajem i głębokimi, krwawymi wżerami spowodowanymi brakiem witamin.

Komputer podpowiedział usłużnie, że przewidywany czas wymarcia ostatniego osobnika przewiduje za około pięćdziesiąt osiem lat ziemskich, a czternaście minut w świecie Nieśmiertelnego.

Nubinsky zaklął wulgarnie i szarpnął się do tyłu, jak najdalej od tego padołu. Cierpienie ludzi i ich brak perspektyw zdawały mu się naraz potworne i irytujące. "Dlaczego nie mogę ich od razu usunąć?" zapytał samego siebie, oddalając się od Ziemi o miliardy lat setnych, aż kosmos zaczął tracić konkretne barwy i kształty.

- Wracam - oznajmił i poczuł z wszechogarniającą ulgą, jak komputer wyławia go na powierzchnię.

Dopiero po raz czwarty zszedł nieomal na samą Ziemię. Jeszcze nigdy nie sprawiło mu to takiej przykrości, jak teraz. Zwymiotowałby, gdyby miał czym. Nienawidził Tezeusza, którego kilka słów sprawiło, że zdecydował się odwiedzić pozostawioną już od dawna grządkę. Ludzi wymarli, Ziemia wygasła. Koniec! On, Ted Nubinsky nie chce tego dłużej kontynuować. Okej, zawiódł, to jego wina, mógł coś wcześniej wykombinować, przyłożyć się , okazać zaangażowanie! Za późno, zaniedbał, dajcie mu teraz do wszystkich diabłów spokój. Nie wygra konkursu, zrozumiał to już dawno. I tak nikogo nie obchodziła jego wygrana, tak naprawdę kolejny zawodnik mniej raczej ucieszyłby jego kolegów. Kolegów-hipokrytów, takich samych, jakim jest on, Nubinsky.

"Nigdy nie miałem tak naprawdę dobrego pomysłu. Każdy sobie rzepkę skrobie, chwali się, albo zachowuje swoje sukcesy dla siebie, aby w odpowiednim momencie olśnić przeciwników i powalić ich na kolana".

Nawróciła głucha, cicha myśl, szepcząca, że może jeszcze da się odkręcić sytuację na Ziemi nr.60. Zużyje roczny przydział cudów i naprawi to, co zepsuł.

"Co?" ocknął się nagle, wstrząsając z obrzydzenia. "Zepsułem? I teraz mam wyciągnąć te stwory spod ziemi, gdzie się schowały i pozwolić im się rozmnażać? Za późno i tyle".

Wstał z fotela, kwanty odlepiły się od niego i utworzyły wirujące w powietrzu logo firmy XYXZ. Nubinsky przyglądał mu sie dłuższą chwilę, aż zmarzł i zdrętwiał do reszty.

"Pójdę jutro do Hurry'ego i poproszę go, aby mnie zwolnił" postanowił z tak intensywnym uczuciem beznadziei, jak jeszcze nigdy w życiu.

4.

Nie zrobił tego, chociaż sam nie wiedział dlaczego. Możliwe, że przed ostatecznym krokiem, zwróceniem na siebie zbędnej uwagi powstrzymała go intuicja. A może już wtedy zaczął mu się klarować pomysł, pomysł, który tak naprawdę wcale nie był zbyt odkrywczy.

Wieczorem wpadł do jego pokoju Yahve. Wyglądał na zmęczonego i znudzonego, gotowego po odrobinę rozrywki zajrzeć nawet do najnudniejszej osoby świata Nubinsky'ego.

- Co słychać u ciebie? - zapytał, siadając okrakiem na jednym z twardych krzeseł i zaczesując rude włosy za uszy. Wysoko postawiony kołnierzyk zdawał się kłuć go w żuchwy.

- Wszyscy mnie o to dzisiaj pytają - odparł Nubinsky, nie unosząc nawet głowy znad Konstruktu. - Nic. Nic nie słychać.

- Ludzie ci wyzdychali - bardziej stwierdził niż zapytał Yahve.

Nubinsky spojrzał na niego zaskoczony.

- Dlaczego tak myślisz? - zapytał ostrożnie.

- Denison miał taką samą minę, kiedy przejechał się na aniołach jedzących światło - zaśmiał się Yahve. - Zabiłeś ich sam czy dałeś im umrzeć?

- Sami... oni zrobili to sami - mruknął Nubinsky, czując się trochę dziwnie w towarzystwie kolegi. Chyba nie tylko on, Yahve zakręcił się niespokojnie, a potem wstał gwałtownie i zaczął rozglądać po pustych ścianach sypialni.

- Powiem ci jedno, to straszne marnotrawstwo - wypalił w pewnym momencie, gdy cisza stała się zbyt przykra. - Dopóki żyją, gmerają krótkimi nóżkami w ziemi i płodzą potomstwo, jest z nimi naprawdę dużo zabawy. Ale gdy umrą, to uciekają. Nie da się ich przywrócić, trzeba skombinować nowych.

- Nie da się ich przywrócić? Przecież wracają na dysk - skrzywił się Nubinsky.

- Czepiasz się słów, stary. Uciekają przed tobą. A teraz co? Będziesz kopał grządki? Hodował bakterie, jak Semen, który chyba cały czas nie wyrósł z podstawówki?

Nubinsky roześmiał się mimowolnie. Widział wlepione w siebie, szeroko otwarte oczy Yahve'go i z trudem potrafił zebrać myśli.

- A ty?.. Jak twoja Ziemia?

Yahve zachichotał i zakręcił się na pięcie, kładąc dłoń na klamce.

- Kiedyś ci pokażę - obiecał. - Równy z ciebie chłop. Ale muszę trochę dopracować szczegóły, żeby zbyt szybko nie pouciekali.

5.

Po raz pierwszy od kilku dni Nubinsky'emu udało się wreszcie zdrzemnąć. We śnie znowu stanął na pokruszonej, zakurzonej ziemskiej skorupie, ale tym razem poczuł też zimno i gryzący zapach dymu w gardle. Ruszył przed siebie, pospiesznym, nerwowym krokiem, wzbijając tumany pyłu w powietrze. Słońce lśniło jak blady małż, skryte pod warstwą rzadkich, tłustych chmur o zrudziałych brzegach.

W pewnym momencie zobaczył przed sobą Tezeusza, jak siedzi w kucki i grzebie się w ziemi. Na dźwięk kroków mężczyzna podniósł głowę i przechylił ją w lewo, uśmiechając się dziecinnie i psotliwie. Cisza aż skowyczała w uszach.

Nubinsky rzucił się do panicznej ucieczki, zaczęło go palić w płucach. Serce huczało niczym lawina głazów, a pot zalewał czoło. Był tak przerażony, że niespodziewanie się obudził, w mokrej i śmierdzącej pościeli.

Wspomnienie twarzy Tezeusza, porżniętej liszajem i wrzodami, nie chciało odejść.

6.

- No, jak, Tezzie? Powiesz nam coś mądrego? - zapytała zalotnie Heidi, która najwyraźniej zaczęła uważać się za kolejnego członka grupy. Spała już z Yahvem i Ogiem, teraz siedziała na kolanach szczęśliwego jak nigdy Corola i to widocznie upoważniało ją do brania żywego udziału w życiu twórców.

"Uważaj" Nubinsky ostrzegł Corola w myślach, nie robiąc najmniejszego ruchu.

- Nie, daj mi spokój - zbywał ją niecierpliwie Tezeusz, od rana w nienajlepszym humorze. - Niech Corol powie ci coś mądrego.

- Dobrze - ożywił się wspomniany, aż zabłysły mu oczy. - Powiem. Czy wiecie, że moje Życie już rozgryzło zasady grawitacji?

Zapadła cisza. Nawet Heidi umilkła.

Twarz Tezeusza wyciągnęła się.

- Naprawdę? - zapytał, nie dało się powiedzieć, ganiąc czy chwaląc. Obracał w dłoniach szklankę z zimną herbatą.

- Tak - Corol chichotał, rumieniąc się jak dziewczyna. - Nie pomagałem im, naprawdę. Oni... Zadziwiająco dobrze sobie radzą. Zobaczycie! - obiecał z dumą. - Za pół roku, myślę, będziemy zbierać szczęki z podłogi z podziwu.

- Nie jest to w jakiś sposób łamanie regulaminu? - zapytał Nubinsky, starannie dobierając słowa.

- O to samo chciałem się zapytać! - wyrwał się Yahve, podnosząc się z kanapy jednym rzutem swojego sprężystego, kościstego ciała.

- Bo co? - zmarszczył brwi Corol i zsunął z siebie Heidi, która klapnęła ciężko na jedną z żółtych poduszek na kanapie.

- Teraz grawitacja, jutro może Prawo Przejścia, a pojutrze rozgryzą Kod i co dalej?... - zawiesił głos Nubinsky, odczuwając przyjemność w rozszerzonych z gniewu i niepokoju oczu Corola.

- Nie! Niemożliwe. Pilnuję ich - wykrztusił twórca, zaplatając i rozplatajac nerwowo palce. - Cały czas mam na nich oko.

- Zresztą, jak to możliwe, aby odkryli PP? - wtrącił się Tezeusz, najwyraźniej stojąc po stronie Corola.

- Może Cor dał im trochę za dużo umiejętności, niż to przewidziano w regulaminie - syknął Yahve, siadając na podłokietniku i zakładając nogę na nogę.

Corol stracił nad sobą kontrolę. Zsiniał z irytacji, złapał Yahvego za rękaw, szarpnął, materiał koszuli trzasnął ochryple, i odepchnął silnie na długość ramion, aż mężczyzna spadł na podłogę, poślizgnął się, próbując utrzymać równowagę i uderzył tyłkiem o podłogę.

- Odbiło ci, prawda? - wydusił z siebie Yahve, bardziej zaskoczony niż zły.

Tezeusz wybuchnął śmiechem, wszyscy uśmiechnęli się ze zmieszaniem, ktoś podał Yahvemu dłoń. A Corol czerwienił się, czerwienił coraz bardziej, nie podnosząc oczu i milknąc na dobre, a dla Nubinsky'ego stało się jasne to, co innym nawet nie przyszło do głowy.

Tak, Corol złamał regulamin i to prawdopodobnie nie raz.

Ale to już jego problem. Nubinsky nie będzie się wtrącał.

7.

- Szczerze mówiąc, niewiele będzie się różnił od naszego świata. Dam im jednego Nieśmiertelnego, dwie płcie i różnorodność gatunkową. Tak, wedle regulaminu zapewniam im wolną wolę... Ale przyszło mi do głowy, że gdyby ograniczyć na tyle ich możliwości poznawcze i intelektualne, gdyby pozostawić ich w głównej mierze zniewolonymi przez uczucia i instynkty, nie musiałbym martwić się, że będą rozgryzać problemy grawitacji jak Życie Corola.

- Głuptas z niego, prawda? - zapytała Heidi, ściągając z siebie bluzkę i starannie wieszając ją na oparciu krzesła.

- Z uprzejmości nie zaprzeczę - Nubinsky położył się wygodnie na materacu i przymknął oczy, skupiając się na pomyśle. - Ludzie będą mieli w sobie silne parcie ku doskonałości, ale będą na tyle skupieni na walce o przetrwanie, tak bardzo popęd płciowy będzie dyktował im irracjonalne kroki, że nigdy nie wejdą na wyższy poziom świadomości.

- Zamkniesz ich na zawsze w jaskiniach? - szepnęła mu do ucha, chyba już nie bardzo słuchając.

- Nie... Choć w pewnym sensie będzie to jaskinia. Nie będą zdawać sobie z niej sprawy, więc prawie jakby jej nie było, prawda?

- Weź już bądź cicho i skup się... - przerwała Heidi, której oczy stały się nagle bardzo zielone i skośne. - Nie mamy zbyt dużo czasu.

 

/Teraz/

 

- Mój odpowiednik Nieśmiertelnego powiedział im o paru mądrych rzeczach, coś zakazał, coś nakazał i dramatycznie zginął, aby na pewno zostać w pamięci ludzi. Oczywiście, jego nauka nie została w niezmienionej wersji od samego początku, co jest bardzo denerwująco, bo niezwykle się napracowałem nad tą postacią... - Nubinsky śmiał się przez skurczone wargi.

- Ty, napracowałeś? - wyrwało się zaskoczonego Hurry'emu, zanim ugryzł się w język.

- Takie to dziwne? - Nubinsky gwałtownie przestał się śmiać. - Zorientowałem się, że Życie zbacza w złą koleinę. Wzorowałem mojego Nieśmiertelnego na naszym (nie złamałem żadnych zasad, niech się pan nie martwi) oczywiście jest między nimi duża różnica...

- Główna ta, że ich jest fałszywy, a nasz prawdziwy - uzupełnił skwapliwie Hurry

- Dokładnie - mruknął Nubinsky, chociaż nie o tym myślał. Zgubił wątek. - Zabawne jest, jak łatwo zbaczają z drogi, kiedy przestanie się ich pilnować. Dokonali na własną rękę kilka interesujących i jednocześnie idiotycznych odkryć dotyczących swojego świata - ich wynalazki jakoś działają, a przewidywanie jest poprawne, ale oni nie rozumieją nawet w jednym procencie DLACZEGO tak się dzieje, tylko... oni tylko...

- Rozumiem - zapewnił go Hurry i wyglądał, jakby chciał już sobie pójść. - Podsumowując, pozwól, że tak powiem, ale nie ma tutaj nic niezwykłego.

Nubinsky przełknął urazę.

- Niezwykłego? Może i nie ma.

- To jest kopia naszego świata, tylko zabrałeś ludziom dziewięćdziesiąt dziewięć procent rozumu.

- Można to tak ująć.

 

/Dwa tygodnie temu/

 

- Twój brak wyobraźni zdaje się być czymś odkrywczym - oznajmił z potępieniem Tezeusz. - Nie wiem, jak przyszło ci do głowy, aby w ogóle się zająć czymś takim.

- Wierzę głęboko, że mi się uda - Nubinsky krążył niespokojnie po pokoju, czując jak bolą go wszystkie mięśnie. Od kilku dni nie tknął Konstruktu, a jego projekty pokrywały się warstwami nigdy nieotwartych aktualizacji. Nowa Ziemia, Ziemia nr. 68 zaprzątnęła jego uwagę z kretesem. Jeszcze ani razu nie odczuwał takich emocji, gdy na powierzchni globu pojawił się tlen i woda, a także organizmy jednokomórkowe. Świadomość, że tak niewiele czasu, jeszcze tydzień czy dwa dzielą go od spojrzenia w oczy prawdziwym ludziom czasem nie dawała mu w nocy spać.

Rick na początku w ogóle nie chciał słyszeć o nowym projekcie. Był już stary i przyzwyczajony, że wszelkie zmiany czy poprawki wprowadza szef Hurry. Nubinsky musiał wykorzystać cały swój wątpliwy urok osobisty i szantaż ojcem ministrem, aby uzyskać z magazynu to, na czym mu najbardziej zależało.

Nowy, czysty, nienapoczęty model.

- A Ziemia nr.60? - drążył Tezeusz uparcie, siedząc w kucki na parapecie i obgryzając paznokcie. - Co z nią?

- Yahve ci nie mówił? - warknął, szukając w stosie notatek na stole potrzebnej kartki.

- Nie rozmawiam z nim.

- Dlaczego? - jest, szkic Nieśmiertelnego. Ktoś wylał na niego czerwone wino i długopis rozmazał się w smutne plamy.

- Jest pojebany - stwierdził zwięźle Tezeusz i zeskoczył z parapetu. - Na twoim miejscu nie zadawałbym się z nim. To chory facet i zaraża swoją pojebanością.

- Nie musisz mi dawać dobrych rad - burknął Nubinsky, zadowolony, że zmienił się temat.

- Przepraszam - Tezeusz jak zwykle się spłoszył, gdy tylko ktoś zasugerował, że za bardzo się panoszy. - Powiedz mi, proszę... Dlaczego nie wymyśliłeś czegoś więcej?

Nubinsky chciał odpowiedzieć mu prosto i otwarcie, ale nie znalazł odpowiednich słów. Stali tak przez chwilę, mierząc się wzrokiem - wysoki, biały i otyły mężczyzna z brudnymi papierami przyciśniętymi do piersi i chudy, niewysoki facet o kaprawych, podkrążonych oczach i paznokciach poobgryzanych do krwi.

- Myślę, że to się spodobać Zarządowi - powiedział w końcu cicho Nubinsky. Wbił wzrok w zachmurzone niebo widoczne za szybą.

Tezeusz wzdrygnął się, krzywiąc usta.

- Więc, po prostu chcesz wygrać? Dostać ten milion cesarzy i wyjechać na tropikalną wyspę?

- Prawie tak - przyznał bez oporów Nubinsky.

Z Tezusza uszło powietrze.

- Czyli... Jednym słowem, nie robisz nic bezinteresownie dla tych ludzi? - wymamrotał.

Nubinsky wzruszył ramionami. Tezeusza ogarnął szał.

- W porządku! W porządku! - ryknął, machając rękami jak wiatrakami i podskakując w miejscu. - Co mnie to w ogóle obchodzi! Banda pojebów! Idź do swojego Yahvego i razem stwórzcie Raj! Co wy tu w ogóle robicie, wierni przestrzegający regulaminów, którzy zapomnieli o, kurwa, najważniejszej rzeczy: że Świat, który tworzysz, jest twoim, kurwa, dzieckiem, które kochasz i które, do chuja, jest dla ciebie najważniejsze! A nie wygrana, nie pieniądze i nie prestiż!

- A więc idź do swojego Corola i razem stwórzcie Raj na własne podobieństwo - poradził mu zjadliwie Nubinsky, cofając się ku drzwiom.

Tezeusz pobladł jeszcze bardziej, jakby zapadł się w sobie.

- Przepraszam - wyjąkał, nie wycierając nawet śliny, którą opryskał się, krzycząc.

Nubinsky skinął mu głową i wyszedł z pokoju.

8.

Hipersześcian pulsował ognistym, opalizującym błękitem, a jego błyskawicznie zmieniane konfiguracje wprowadziłyby zamęt do głowy zwykłego śmiertelnika. Nubinsky'ego napełniły natomiast trudną do opisania dumą i spokojem. Czarna, lodowata podłoga była jak taka sama jak zawsze, a fotel wygodny i kuszący. Logo XYXZ rozsypało się w miriady brzęczących kwantów, które od razu wpełzły przez gałki oczne i przewody słuchowe do mózgu.

Mrowienie wreszcie ustało i oczy Nubinsky'ego otwarły się do wewnątrz.

Planeta była zielona i niebieska, skryta za białymi, pierzastymi obłokami i oświetlana z boku ogromną gwiazdą, prawie sto dziesięć razy większą. Maleńki, biały księżyc, pełen świeżych kraterów, wreszcie znalazł swoją orbitę i postanowił dołączyć do Ziemi w jej kosmicznej wędrówce przez otchłanie kosmiczne.

Nubinsky przybliżył się trochę do powierzchni, obserwując uważnie i całościowo jej przekrój. Jego mózg z dyskretną pomocą komputera skanował wszystko, co biegło, latało, płynęło czy pełzało, oceniał, wyciągał wnioski, obserwował starannie, długo, beznamiętnie.

Dużo krwi, dużo śmiechu. Wszystko się do tego sprowadzało. Ludzkie młode bawiły się, naśladując dorosłe osobniki, pełne sił i pobudzone endorfinami, nie do końca przytomne, jakby odurzone zabawą. Przychodziło do nich kilkoro dorosłych - młode ginęły, część wykorzystywano seksualnie lub zjadano. Z tego co Nubinsky zauważył, działo się tak prawie cały czas.

Odczuł silny niesmak, ale chyba mniejszy, niż obserwując Ziemię nr.60. "Ześlę wam Nieśmiertelnego, może was nauczy paru podstawowych zasad, abyście nie skończyli jak zwierzęta" obiecał im, nakazując komputerowi odwrót. "Nie kocham was, nie jestem bezinteresowny, nie jesteście moimi dziećmi. Ale nie dam wam zginąć jak tym innym, o to nie musicie się martwić. Poczekajcie jeszcze pięć, sześć stuleci i skończę dla was Nieśmiertelnego".

Czy Nieśmiertelny na pewno pomoże? pojawiła się nagle dziwna, jakby obca myśl. Przecież to będzie dzieło twoich rąk. Niedoskonałe. Taka tania podróba Nieśmiertelnego.

"Lepszy rydz niż nic" zbagatelizował Nubinsky i dał komendę do odwrotu.

9.

W nocy Nubinsky spał bardzo niespokojnie, jakby podskórnie oczekiwał gwałtownej pobudki, która w pewnym momencie zarówno jego jak i cały korytarz zerwała na równe nogi. Tak nagle, w mokrych od potu i zmęczenia ciemnościach pojawił się znikąd dziki wrzask, zduszone przekleństwa i rozdzierający trzask, jakby jakiś zdziczały hekatonchejr postanowił wyrwać drzewo z korzeniami.

Nubinsky zeskoczył się z materaca z sercem łomoczącym w piersi, z uczuciem, jakby sufit zwalił mu się na głowę.

Na korytarzu rozległy się ożywione głosy, krzyki i tupot stóp. Nubinsky zanim się zorientował, co robi, nacisnął klamkę i wychylił głowę przez szparę w drzwiach.

Zobaczył Corola z pokoju naprzeciwko, machającego bezładnie rękami i z oczami wybałuszonymi jak u żaby. Wskazywał na kotłującą się kilka metrów dalej, w zupełnym mroku, grupkę kilku osób.

- Co... co się dzieje? - wydusił Nubinsky, przestraszony. Napięta atmosfera poprzedniego wieczoru zdawała się zwiastować jakieś nieszczęście.

- Tezeusz... On... - bełkotał Ogie, przepychając się pomiędzy ludźmi. Nubinsky zauważył, jak Denison trzyma za rękę niekompletnie ubraną Heidi.

- Co Tezeusz?! - wrzasnął Corol, odzyskując głos.

- Co zrobił Tezeusz, co zrobił Tezeusz? - rozległy się zaciekawione, zalęknione głosy.

"Kurwa" pomyślał Nubinsky. Chyba wiedział, co się wydarzyło.

- Gdzie jest Yahve? - zapytała nagle Heidi, jakby, o dziwo, pomyślała o tym samym.

"Tam" chciał odpowiedzieć Nubinsky, ale ktoś przytomny włączył światło, które podziałało skuteczniej niż kubeł zimnej wody wylanej na furiatów.

Nubinsky dostrzegł przez zmrużone oczy, jak Tezeusz odskakuje pod ścianę, trzymając się za nos i krwawiąc obficie jak zarzynana świnia. Z podłogi zbierał się Yahve, w poszarpanym ubraniu, z pianą na ustach i obłędem w oczach.

- Może ktoś, do chuja, wyjaśnić co się dzieje o trzeciej w nocy, panowie?! - w powietrze wbił się jak ostrze czyjś wysoki, zdenerwowany głos.

Yahve zacharczał, śmiejąc się histerycznie. Tezeusz, kucając, uniósł brzeg koszuli i chwycił się za nos, jęcząc cichutko. Biała podłoga, z plamami krwi rozmazanymi bosymi stopami, wyglądała upiornie.

- Tezeusz!.. - ryknął Yahve, podchodząc do grupki niewyspanych, przerażonych ludzi i wyciągnął w ich stronę pokaleczone szkłem ramiona. - Pan Tezeusz włamał się do mojego komputera i USUNĄŁ MOJĄ ZIEMIĘ!

Wszystkich zmroziło. Ktoś zaklął, Corol zakrztusił się własną śliną, Nubinsky z całej siły próbował odegnać od siebie uczucie całkowitego braku realności. W uszach tętniła mu krew.

- Zabijałeś ich!... - zawołał słabo Tezeusz. Nubinsky dostrzegł szklane odłamki w jego włosach. - Jesteś psychopatą, Yahve!

- Sam jesteś psychopatą, durniu! - wrzasnął Yahve, podskakując w miejscu jakby ktoś poraził go prądem. - To ty ich zabiłeś! Zniszczyłeś ich, całą mają pracę! Coś ty sobie myślał, samozwańczy, kurwa, obrońco uciśnionych?! Ty kurewski, zasr... - ruszył w stronę Tezeusza, wyglądając, jakby chciał go udusić.

Ten niespodziewanie się wyprostował i napiął mięśnie, gotując do skoku.

- Twoją pracę, tak? - wyrzęził, szczerząc zęby. - Powiedz, powiedz, kochany, jak wyglądała twoja Ziemia. Wszyscy chętnie posłuchają, prawda?

Nubinsky dostrzegł, jak Yahvemu uginają się kolana.

- To wszystko kłamstwa! - krzyknął Yahve, odwracając się w kierunku grupy. W jego spanikowanych, błękitnych oczach wyło skurczone ze strachu zwierzę, uderzało łbem o kant stołu, chcąc uciec jak najdalej od zgromadzonych na korytarzu ogłupiałych i roztrzęsionych ludzi, wyczuwając w nich podskórnie sędziów... a może i katów.

- On... - zaczął powoli Tezeusz i urwał jakby z wahaniem. W martwej ciszy, która zapadła, słychać było tylko rwany oddech Yahvego. Tezeusz z trudem przełknął ślinę, a w jego oczach pojawił się namacalny ból.

- U niego... wszystko cierpiało. Wszystko przeżywało nawracające wciąż i wciąż męczarnie, drzewa krwawiły, rośliny krwawiły, słońce krwawiło. Każda rzecz udręczała drugą z nieprzytomną radością, że to ona jest tym razem na górze - sama umierając powoli, po kawałku, każdego dnia. Po ziemi jeździli Zwierzchnicy, więksi i silniejsi od zwykłego człowieka i zabijali... mordowali... torturowali wszystko, co wpadło im w ręce. Ale najgorsze było to, że tak naprawdę nie dało się umrzeć - złamano fundamentalną zasadę i ci udręczeni potępieńcy zmartwychwstawali...

 

/Teraz/

 

- Myślisz, że wyrobisz się na prezentację modeli? - zapytał Hurry, jakby go to interesowało. Nubinsky uśmiechnął się szeroko.

- Oczywiście, szefie. Jeszcze cztery miesiące - myślę, że rozwój Ziemi nr.68 będzie przyrastał wykładniczo. Chociaż powoli, to jednak moje Życie uczy się, głównie na błędach, jak dzieci, kiedy sparzą się ogniem i następnym razem pamiętają, aby nie dotykać płomieni, tak też i oni zapamiętuje niebezpieczeństwo i wymyślają, jak je ominąć. W międzyczasie padają pokolenia, giną setki i tysiące, ale zwycięstwo rozumu, wywalczone tak krwawym trudem, zostaje w pamięci cywilizacji na bardzo, bardzo długo.

- Jak długo? - żądał sprecyzowania Hurry.

- Dopóki owa cywilizacja nie upadnie, oczywiście. Ich trwanie za każdym razem się wydłuża, ale upadek jest nieunikniony. Pozwoliłem sobie, ośmieliłem się, wprowadzić takie warunek do kodów.

- Pochwalam - oznajmił łaskawie Hurry. - Wiesz, jaki błąd popełnił Corol i jaką cenę za niego zapłacił.

- Corol to histeryk, tak samo jak Tezeusz - stwierdził Nubinsky pobłażliwie, starając się brzmieć tak łagodnie i przyjaźnie, jakby właśnie powiedział komplement.

- Właśnie, Tezeusz! - Hurry poderwał się z wygniecionego fotela. - Zupełnie o nim zapomniałem, tak dobrze nam się rozmawiało - wymusił serdeczny uśmiech. - Dostałem zgłoszenie od anonimowego dobrego wujka, co planuje Tezeusz.

- Co planuje?... - Nubinsky poczuł, jak robi mu się naraz zimno i duszno. Był tak zaskoczony, że przez chwilę zapomniał jak się nazywa. Świat zdawał się oddalać w długim, czarnym korytarzu, a twarz Hurry'ego, pocięta bruzdami i zmarszczkami przypominała balon o ludzkich rysach, który można przekłuć igłą i w jednej chwili zamienić w wilgotny flak.

- Myślę, że mogę ci powiedzieć, Ted. Wasz kolega postanowił zejść na swoją Ziemię i stać się jednym ze swoich mędrców, świętych przywódców.

- Skąd?.. skąd?

- Anonim przyznał, że grzebał w notatkach Tezeusza. Domyślasz się, kto mógł wysłać ten donos?

 

/Dwa tygodnie temu/

 

Yahve trząsł się trochę mniej niż wcześniej. Nubinsky dał mu jeden z kocy, którym ten owinął się po sam czubek głowy. Nie zamienili ze sobą ani jednego słowa, po tym jak wszyscy rozeszli się w milczeniu do swoich pokoi, ale cisza, która trwała pomiędzy nimi, pozbawiona była tej złowrogiej mocy, która pochłonęła cały budynek sypialniany i korytarze.

- I jak?... Jak się czujesz? - zapytał Nubinsky półgłosem.

Yahve zaszczękał zębami.

- Źle... źle - otarł cieknący nos. - Przecież to było straszne, sam przyznasz.

- Stresujące.

- Żeby tylko... Może nie rozumiesz. Wiesz, nawet do głowy mi nie przyszło, żeby czegoś się spodziewać po nim... po Tezeuszu. Ostatnie kilka tygodni prawie nie zamieniliśmy ze sobą słowa, a ja czułem przez skórę, że ten za mną, delikatnie mówiąc, nie przepada. Dzisiaj w nocy chciałem pójść zerknąć na moją Ziemię-

- W nocy? Dlaczego? - zdziwił się Nubinsky.

- Lubię na nich patrzeć... - wyznał Yahve, krzywiąc się.

Nubinsky poczuł nagłą, straszną ochotę odsunięcia się jak najdalej od niego, tej chudej osoby owiniętej w pasiasty koc, o połyskliwych oczach i obślinionych ustach. Jednakże od razu zwalczył wszystkie negatywne uczucia, przydusił je poduszką sztucznie przywołanego spokoju.

- I? - zapytał trochę, troszeczkę za sucho.

- Wyobraź sobie moje zdumienie, gdy pojawiam się w Czarnej Sali i widzę - na początku myślałem, że oszalałem, mam zwidy - jak ktoś siedzi na fotelu, kwanty wirują nad jego głową, sześcian kręci się jak karuzela, a ten ktoś siedzi na fotelu, na moim, kurwa, fotelu i beczy jak sześciolatka.

- Beczy?.. - nie zrozumiał Nubinsky.

- No, płacze, no. Przeraziłem się w pierwszej chwili, ale gdy tylko zobaczyłem, że to Tezeusz, myślałem, kurwa, że wściekłość mnie rozsadzi. Uderzyłem tego sukinsyna butelką po głowie, bo akurat miałem tę butelkę przy sobie, a potem zaczęliśmy się bić.

- Tezeusz, z kwantami w oczach? - upewnił się Nubinsky, przełykając coś gorzkiego.

- Komputer zadziałał automatycznie i od razu je usunął... Ale sam rozumiesz, walka była zażarta. Tezeusz wywrzeszczał, że usunął moją Ziemię... W pewnym momencie udało mu się wyrwać i zwiał, chciał was obudzić i-

- Powiedzieć, co widział? - szepnął Nubinsky bez zastanowienia.

Na twarzy Yahvego pojawił się zawód i zmęczenie.

- Przecież to były same kłamstwa... - wycedził. - Jak widzę, udało mu się ciebie przekonać. Ciekawe, kogo jeszcze. A przecież! - w jego oczach stanęły łzy. - On zniszczył moją pracę, wyobrażasz sobie? Jak myślisz, czy Rick da mi trzeci model? Nie wierzę! Włożyłem całe serce i wolny czas w tworzenie tej Ziemi. Tu, w świecie Nieśmiertelnego, nie zostało dla mnie nic. Stoję jak żebrak, obdarty i skopany, w świecie, gdzie wszystkim się wydaje, że są święci, a tak naprawdęw każdym z nas tkwi to, co niby udało się Nieśmiertelnemu wyplenić - i teraz, hipokryci, zakłamani hipokryci udajemy przed samymi sobą, że jesteśmy lepsi, jeden od drugiego. Tezeusz, hipokryta numer jeden - w głosie Yahvego coś zazgrzytało. - Pierwszy do zniszczenia komuś życia.

Ciężkie milczenie wkradło się pomiędzy nich, jakby tylko czekało na chwilę ciszy.

"Dlaczego w ogóle go słucham?" pomyślał Nubinsky ze zniechęceniem. "Nie mam żadnego obowiązku mu współczuć".

"Hipokryci" odbiło sie w jego głowie jak echo.

- A może - zaczął nagle Nubinsky, podnosząc głowę do góry. - Nazwałbym twoim imieniem kogoś z mojej Ziemi?

- Po co? - warknął Yahve, ale jego oczy zalśniły.

- Wiesz, nie zostaniesz tak bez niczego. A gdybym wygrał konkurs, to w ogóle-

- Kogo? - przerwał mu Yahve. - Kogo nazwałbyś moim imieniem?

- Kogoś ważnego na pewno - Nubinsky uśmiechnął się ze zmęczeniem. - I nie martw się, ty nie masz dowodu, aby potwierdzić swoją niewinność, ale Tezeusz również nie ma dowodów, aby cokolwiek ci zarzucić. Prawda?

Yahve zignorował pytanie, a jego twarz powoli zmierzchła.

- Wiesz, co jest najgorsze? - szepnął złamanym głosem. - Że oni wszyscy nie żyją... A ja zdążyłem się do nich przywiązać, naprawdę... Polubiłem ich.

 

/Teraz/

 

Zatrzymali się przed drzwiami do gabinetu Tezeusza, jakby zarówno Hurry, jak i towarzyszący mu z własnej woli Nubinsky, zawahali się. Nie odezwali się ani razu, ale obaj poczuli tak wyraźnie, jakby zostało im objawione: wstąpisz krok do pokoju i już nie będzie drogi odwrotu. Tu się będą ważyły losy całego świata.

- Tezeusz tak łatwo nie da się przekonać do usunięcia swojej planety - stwierdził głośno Nubinsky, jakby dopiero teraz przyszło mu to do głowy. - Ale możliwe, że zmieni scenariusz i nie zejdzie na Ziemię.

- Nie o to chodzi, Ted. Nawet gdyby zrezygnował ze swojego pomysłu, jego projekt idzie do śmieci. Za dużo złamanych punktów regulaminu.

- Jak to? - bąknął Nubinsky, odwlekając jak mógł, chwilę konfrontacji z Tezeuszem. - Przecież bardzo dbał o swoją Ziemię... Mówił mi, że-

- Dbał, dbał, aż za bardzo - Hurry skrzywił się z mieszaniną współczucia i irytacji. - Zarząd użył hasła i przejrzał jego projekt, zaraz po otrzymaniu anonimu, który, jak wiesz, był bardzo niepokojący. Jednym słowem, Raj na ziemi.

- Raj? - jakby nie zrozumiał Nubinsky.

- Wiesz, Ted, powszechne szczęście i dobrobyt. Tak nie może być, znasz regulamin.

- Znam...

Dłużej przeciągać się nie dało, zwłaszcza, że na korytarzu zebrało się kilka osób, spoglądających w ich stronę i poszeptujących między sobą. Pod potrójnymi oknami wychodzącymi na ostre, górskie szczyty stał zalany słonecznym światłem Yahve i obserwował całą sytuację zimnymi, pełnymi obietnic oczyma. Corol siedział pod ścianą i trzymał się za brzuch, wstrząsany dreszczami. U jego stóp leżał pognieciony dyplom.

Brunatna płyta ustąpiła, pchnięta sękatymi palcami Hurry'ego. Ujrzeli niewielki, niski pokój, taki sam, jaki miał każdy inny w Pracowni. Ścianę naprzeciwko drzwi zakrywała gęsta zasłona z brzęczących, pięciowymiarowych wiązek, pochłaniających światło i promieniowanie. Na podłodze leżało kilka poduszek, rozdeptane słone paluszki i książka, otwarta na przedostatniej stronie, pełna okruchów i kurzu. Stolik spoczywał przewrócony pod ścianą. W powietrzu, podświetlanym przez maleńkie okna pod samym sufitem, unosił się drobny pył i zapach, znajomy zapach gorącego metalu, płynów chłodzących i brudnego futra.

Pusto.

Hurry wysforował się naprzód, wyciągając przed siebie pewnie obie dłonie. Wsunął się pomiędzy połyskliwe struny, brzmiące jak srebrne dzwoneczki i zniknął. Nubinsky'ego znowu ogarnęła pokusę ucieczki; poczuł ciężki bezwład dolnych kończyn, bezmyślnie stawiających opór. Pokonał go wreszcie, mając wrażenie brnięcia w wielkiej kamionce masła.

- Szefie? - sapnął, już po drugiej stronie, łapiąc równowagę i wstrząsając zdrętwiałymi rękoma, mrowiącymi po łokcie.

Zobaczył Hurry'ego. I Tezeusza.

10.

Tezeusz siedział, a raczej leżał, na fotelu, gdzie w pozycji siedzącej utrzymywała go tylko gęsta, podskórna siatka kwantów. Miał otwarte usta i siny, pokryty białawą pianą język, po którym sunęły w opętańczym tańcu kwanty.

Nubinsky podchodził coraz bliżej, ze skórą cierpnącą na karku ze strachu. Dyszał jak zwierzę, w atakach histerycznych duszności. Dostrzegł kolejne szczegóły - gałki oczne aż czarne od kotłujących się nanorobotów, skórę szarozielonkawą, szorstką i obwisłą, włosy przypominające sierść albo zmierzwioną perukę, tak sztuczne i nierzeczywiste. Fioletowe, połamane paznokcie, wbite w podłokietniki.

Czarna podłoga i wszystkie czarne kąty, niknące w oślepiającym mroku cicho czekały na pierwsze słowa, które musiały paść z ust dzieci Nieśmiertelnego. Hipersześcian zdawał się wiedzieć o swoim monstrualnym, dławiącym pięknie i obracał się powoli, statecznie, wokół kalejdoskopowo zmieniającej się osi.

- Ot i masz - wykrztusił Hurry, zaskoczony i zmartwiony, ale w najmniejszym stopniu nie przestraszony.

Jakby znajdowanie trupów swoich wychowanków należało do codzienności.

- Jak?.. Kto to zrobił?.. On sam? - jąkał się Nubinsky, po raz pierwszy w życiu czując, jak coś mrocznego, lodowato zimnego wpełza mu pod serce, napawając nieznaną wcześniej ogromną rozpaczą i najzupełniej prymitywnym, instynktownym strachem. Nie mógł patrzeć na zmarłego - przypomniał mu się niespodziewanie sen sprzed paru tygodni, w którym uciekał jak szaleniec, potykając się o grudy błota, ścigany przez uśmiech Tezeusza - krwawy, bezzębny, zaropiały.

Wszystkie myśli nagle pierzchły, zostało tylko poczucie winy.

- Nie widziałem go od czterech dni - powiedział cicho, prawie niedosłyszalnie. Przełknął zgęstniałą ślinę. - Jak myślisz, szefie, czy wiedział o decyzji Zarządu?

- Decyzja Zarządu wyszła wczoraj, Ted - Hurry nawet na niego nie spojrzał. Podbiegł, kolebiąc się na boki, do hipersześcianu i zamachał rozkazująco rękami.

- Nawet sobie myślę, że... - zawołał i urwał, bo niespodziewanie przed jego nosem wyostrzył się jasny, połyskliwy, na wpół przezroczysty ekran, otaczający sześcian jakby klatką.

Nubinsky'emu zrobiło się autentycznie słabo, dopiero gdy pojawiły się litery.

11.

/Cześć wszyscy jestokej/

 

- Wiesz, w co się wpakowałeś? Na poważnie? - zapytał spokojnie Hurry.

 

/Tak wie Jestem szczęśliwy nie spieprzcie wy nic prosić/

 

- Nie rozumiesz, chłopcze - Hurry'ego wzrok zmętniał, a głos stał się szczególnie łagodny i miły, jakby mówił do małego dziecka. Treść pozostała jednak tak surowa, jaką była rzeczywistość. - Popełniłeś najgorszy błąd w swoim życiu. Już nie możesz wrócić. Twoje ciało jest w zaawansowanym stopniu rozkładu. Zdajesz sobie sprawę, z tego kim teraz jesteś? Powiem ci. Sztucznie podtrzymywaną świadomością. Okroiłeś swój umysł tak, by wpasować się w swoje ludzkie, śmiertelne ciało, ale cały czas pozostałeś tym samym Tezeuszem, którego znałem. Muszę ci powiedzieć, co się z tobą stanie.

Ciemność zdawała się drżeć w oczekiwaniu na odpowiedź. Nubinsky wstrzymał oddech.

Po kilku sekundach na ekranie pojawiły się wyraźne, twarde litery.

 

/Widzę że zła widomość mówszef/

 

- Zarząd nakazał... Usunięcie twojej Ziemi. Usunięcie projektu Ziemia nr. 58 - wyrecytował Hurry. Nubinsky miał wrażenie, że słyszy jego bicie serca.

Hipersześcian zaczął przekształcać się jeszcze szybciej. W równych odstępach czasu rozbłyskiwał nagłą, porażającą gałki oczne czerwienią, aby z powrotem zapaść się w blady, fosforyzujący błękit.

 

/Chcesz mnie zabić/

 

Nubinsky zastanawiał się, czy to miało być pytanie, czy stwierdzenie.

- Ty już jesteś martwy - zaznaczył twardo Hurry. - Popełniłeś przestępstwo, schodząc na Ziemię. Pracownia nie ma obowiązku utrzymywać ciebie i twojego Życia, tylko dlatego, że wtedy umrzesz już "na śmierć". Powinieneś był wcześniej pomyśleć. Szkoda mi ciebie, chłopcze - oznajmił nagle z żalem. Chrząknął. - Do zobaczenia.

- Zaraz! - zawołał nagle Nubinsky. - Tezz, schodząc do ludzi, w pewnym sensie ich opuściłeś. Nikt nie nadzoruje twojego projektu z góry. W każdej chwili może spaść na was asteroida albo przyjść zaraza. Co wtedy zrobisz? To ty jesteś nieodpowiedzialny. Zostawiłeś swoich ludzi na pewną śmierć. Ty...

Odpowiedź pojawiła się nagle, przerywając Nubinsky'emu w pół zdania.

 

/Jesteś głupi ted/

 

Hurry parsknął krótkim, bolesnym śmiechem, nie przerywając wypisywać komend na przypiętym do paska służbowym Konstrukcie. Nubinsky'emu zabrakło słów.

Pojawiło się kolejne czarne, kanciaste zdanie.

 

/Jeżeli już umierać to zrobięto razem z nimi/

 

- Tezeusz, to teraz - ostrzegł go Hurry, dziwnie blady i spocony.

 

/Jasne dozobaczenia szef pozdrówcie ktoś Corol/

 

12.

Yahve czekał na nich za drzwiami.

- Szefie, Hurry, mam pytanko - zaczął pospiesznie, podniecony. - Czy byłaby możliwość, abym dostał jeszcze jedną szansę?

- Jeszcze jedną? - powtórzył szef, zmęczony i jakby postarzały. - Trzecią?

- Przysięgam, szefie, będziecie ze mnie dumni. Dam z siebie wszystko - zaklinał się Yahve, mimowolnie składając dłonie jak do modlitwy.

- W porządku - poddał się Hurry. - Pogadam z Rickiem. Ostatni raz, Yahve.

- Jasne, dziękuję! - Yahve rzucił się wzdłuż korytarza, tupiąc głośno ciężko obutymi stopami.

Nubinsky nabrał gwałtownie powietrza.

- Chcesz coś powiedzieć? - zapytał Hurry, zamykając drzwi do gabinetu Tezeusza na klucz.

- Ja? Nie, nie - uśmiechnął się z przymusem. - Wracając do tematu: jak szef myśli, czy mój projekt będzie miał szansę na wygranie konkursu?...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Ocmel rok temu
    Znów ja, polubiłam Twój styl, więc przeglądam nawet te starsze teksty ;)
    Historia tak mnie wciągnęła, że z zakończeniem opadła mi szczęka. To już? Tak bez puenty? Zakończenia w formie domysłów zawsze mnie irytowały, bo naprawdę chciałabym wiedzieć, co stało się dalej. Niemniej jednak to nie błąd a moje subiektywne wrażenia, bo sama historia poprowadzona została w inteligentny sposób. Po rozwinięciu wszystkich wątków mógłby wyjść naprawdę długi, oryginalny tekst. Pozdrawiam ;)
  • Edypalna rok temu
    Zaskoczył mnie Twój komentarz i ucieszył niemożebnie :)) Intryguje mnie, jak ludzie rozumieją to opowiadanie - bo chociaż w moich oczach historia wydaje się całkiem zrozumiała (hm-hm, całkiem) to "co człowiek to opinia". W zależności od osoby różne wątki są wyróżnione, interpretacja trochę inna - i od razu moja powiastka obiera nową twarz. Nie przestaje mnie to fascynować :)
    Jest mi bardzo miło i zapraszam do czytania. :)
  • Ocmel rok temu
    Edypalna to prawda, że po przeczytaniu zastanawiałam się, ile z tego rozumiem i jak powinnam to interpretować ;) w ostatecznym rozrachunku chyba jednak uważam Yahwe za kretyna (i o ile się nie mylę, Nubinsky raczej też) i szkoda mi Tezeusza. Pozwolę sobie zacytować "Kochać to niszczyć, a być kochanym to zostać zniszczonym", mam wrażenie, że doskonale to pasuje.
  • Edypalna rok temu
    Ocmel Nubinsky to taki bezmyślny, nie angażujący się zbytnio w konflikty facet, antypatyczny, pozbawiony własnego zdania - może i kretyn. Yahve bardziej niż kretynem jest psycholem. A Tezeusz to nieliczna pozytywna postać. Może dlatego, że dostrzegł w kreowanych przez siebie człowieczkach Ludzi - pokochał ich tak bardzo, że wolał "zostać zniszczonym", jak to napisałaś, niż patrzeć na ich śmierć.
  • Ocmel rok temu
    Edypalna Podoba mi się to, że główna postać nie jest tak do końca pozytywna. Zwykle robi się z nich bohaterów i wspaniałych ludzi, a tutaj mam do niego mieszane uczucia. W każdym razie, skoro zależało Ci na skłonieniu czytelnika do myślenia i tworzenia własnych teorii - jak najbardziej się udało ;)
  • Edypalna rok temu
    Ocmel To jest ciekawe doświadczenie, kiedy ma się ochotę zdzielić głównego bohatera - w którego postać, przecież, najbardziej trzeba się "wczuć" - wałkiem po głowie. Polecam ;)))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania