Ziemia Obiecana na subskrypcję. O amerykańskim śnie, z którego nikt nie chce się wybudzić

Kiedy myślimy o Ameryce, rzadko myślimy o konkretnym geograficznym płaskowyżu czy układzie urbanistycznym. Myślimy obrazami, które z impetem wbiła nam do głów hollywoodzka popkultura. Widzimy zachód słońca nad Big Sur, wieżowce Nowego Jorku przecinające chmury, małe podmiejskie domki z idealnie przystrzyżonym trawnikiem i żółte autobusy szkolne skąpane w jesiennym słońcu. Od niemal stu lat Ameryka nie sprzedaje światu ropy czy stali, sprzedaje swoją własną, perfekcyjnie wyreżyserowaną opowieść o wolności, możliwościach i bezgranicznym optymizmie.

Jednak kiedy opadnie kurtyna z kinowego ekranu i przyjrzymy się tej kolosalnej machinie z bliska, okazuje się, że Dziki Zachód nigdy nie przestał być dziki. Po prostu zamienił rewolwery na karty kredytowe, a prerię na dwunastopasmowe autostrady.

Pierwsze, co uderza każdego Europejczyka lądującego za Oceanem, to skala. Amerykański świat został zaprojektowany dla olbrzymów lub dla ludzi, którzy panicznie boją się ciasnoty. Samochody nie służą tu do przemieszczania się z punktu A do punktu B, to mobilne saloniki z pięcioma uchwytami na kubki, zdolne taranować przeszkody na drodze. Kubek na kawę w stacji benzynowej ma pojemność wiadra, porcja frytek w przydrożnym dinerze mogłaby wykarmić małą wioskę, a podmiejskie hipermarkety przypominają rozmiarem lotniska dla maszyn wojskowych.

Ta obsesyjna kultura rozmachu nie jest jednak wyłącznie kwestią estetyki. To manifest filozofii, wedle której „więcej” oznacza automatycznie „lepiej”. Życie w USA jest zorganizowane wokół pojęcia bezwzględnej wygody. Wszystko można załatwić bez wysiadania z auta: kupić leki, odebrać obiad, złożyć czek w banku, a w niektórych stanach nawet wziąć ślub albo wziąć udział w mszy.

Ceną za tę totalną automobilową wygodę jest jednak przerażająca alienacja. Amerykańskie przedmieścia to kilometry cichych ulic, na których nie uświadczysz chodnika, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie chodzi pieszo. Człowiek bez samochodu staje się tam jednostką niepełnosprawną systemowo.

Największym osiągnięciem amerykańskiego marketingu pozostaje tak zwany Amerykański Sen (American Dream). Obietnica jest genialna w swej prostocie, niezależnie od tego skąd pochodzisz i kim byli twoi rodzice, dzięki ciężkiej pracy możesz dotrzeć na sam szczyt. To piękna, krzepiąca i niezwykle nośna wizja. Problem w tym, że w XXI wieku ten sen coraz bardziej przypomina koszmar z wyczerpania.

Amerykanin nie pracuje po to, by żyć, on żyje, by pracować. Pojęcie płatnego urlopu jest tu traktowane niemal jak relikt socjalizmu, a pójście na zwolnienie lekarskie bywa postrzegane jako dowód słabości. Kult ciągłej gotowości wymaga, by każdy moment był zmonetyzowany. Masz hobby? Zrób z tego biznes. Masz wolny wieczór? Zostań kierowcą w aplikacji.

A mimo to, pod tą niesamowitą presją, Amerykanie zachowują swój ikoniczny, promienny uśmiech. Na obowiązkowe pytanie „How are you?” odpowiedź zawsze brzmi „Great!” lub „Awesome!”, nawet jeśli pyta o to człowiek, który właśnie stracił pracę i ma na koncie trzy zaległe rachunki za leczenie kanałowe. To optymizm performatywny, nakazany kulturowo, ale na swój sposób fascynujący. Zamiast europejskiego narzekania i szukania dziury w całym, Amerykanin zawsze wierzy, że najlepsze jest dopiero przed nim.

Jak ujął to trafnie pisarz John Steinbeck: „Socjalizm nigdy nie zakorzenił się w Ameryce, ponieważ ubodzy nie widzą tam siebie jako wyzyskiwanego proletariatu, ale jako tymczasowo zakłopotanych milionerów”.

Nie sposób zrozumieć Ameryki, nie akceptując jej jako skrajnie nielogicznego laboratorium społecznego. To kraj, który potrafi w tym samym momencie dokonywać najnowocześniejszych przełomów w medycynie i jednocześnie doprowadzać swoich obywateli do bankructwa z powodu kilkudniowego pobytu w szpitalu. To ziemia, gdzie w Dolinie Krzemowej koduje się przyszłość sztucznej inteligencji, podczas gdy w odległości dwóch godzin jazdy ludzie wierzą, że Ziemia ma sześć tysięcy lat, a dinozaury pływały w arce Noego.

Ameryka to nieustanny festiwal skrajności, niezrównana innowacyjność zderzająca się z prastarą, kruszącą się infrastrukturą, skrajny indywidualizm żyjący obok żarliwej potrzeby przynależności do lokalnych wspólnot, gigantyczna wielokulturowość podszyta głębokimi, nigdy niezabliźnionymi podziałami rasowymi.

Można na Amerykę utyskiwać, można wyśmiewać jej powierzchowność, małe podejście do historii czy bezrefleksyjny konsumpcjonizm. Ale nie da się jej zignorować. Ameryka jest jak gigantyczny, głośny teleturniej, w którym stawką jest wszystko, a muzyka w tle nigdy nie przestaje grać.

To tam wciąż wykuwają się trendy, tam rodzą się technologie, które za chwilę zmienią nasze codzienne nawyki, i to stamtąd płyną narracje kształtujące wyobraźnię całego globu. Ameryka nie jest idealna, często bywa przerażająca, ale nigdy nie jest nudna. Jest wielkim, rozpalonym do czerwoności piecem, w którym ludzkość testuje swoje najbardziej skrajne pomysły na to, jak układać świat. I właśnie dlatego, choćbyśmy zarzekali się, że wolelibyśmy spokój europejskiej prowincji, z zapartym tchem śledzimy każdy kolejny odcinek tego amerykańskiego serialu.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania