Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Ziemia: ostatnie ostatnie starcie
Od autora: krótka wprawka
Na moich oczach rozgrywał się prawdziwy dramat, przejmujący do szpiku kości ogromny show, przytłaczający swą sterylnością i śmiertelnym spokojem, fascynujący nieskończoną precyzją i ciszą, i porażający brakiem możliwości odwrócenia wydarzeń w czasie.
Widok był, można powiedzieć, nieziemski, a najlepsze, że miał w kieszeni największą wygraną w kategorii oszustwo i kłamstwo, i marnotrawstwo zasobów w historii ludzkości. Problem tkwił w tym, że my, jako gatunek, zbyt często analizowaliśmy go jako całość, tymczasem nic nigdy nie działo się tu i teraz, to znaczy tu, ale na pewno nie teraz.
Tak wyglądała projekcja, nagranie zapisane w pierwotnym języku wszechświata, przebrzmiałe echo upadku i chwały i miszmasz tego, co wydarzyło się miliony czy miliardy lat temu, świadectwo istnienia zamierzchłych cywilizacji, które przed eonami odeszły w niebyt, zamieniając się w proch i pył i nieodwracalnie kończąc swój krótki i nędzny żywot.
To widowisko czy bardziej space opera było po prostu piękne, a ja podziwiałem zwłaszcza nieskończoną czerń, jak w najlepszych telewizorach z Korei czy Chin, i masę przeróżnych świecących punktów, we wszystkich możliwych rozmiarach i kolorach.
– Halo, halo, jest tu kto? Czy ktoś mnie słyszy? – Kobiecy głos był jakby znajomy, i chociaż nie mogłem przypomnieć sobie nazwiska i twarzy, to skądś wiedziałem, że młoda osóbka jest dosyć rezolutna i ma kształty zdecydowanie odpowiednie dla swojej płci. – Ziemia do Marsa! Halo, halo! Próba mikrofonu! Raz, dwa, trzy!
Nic nie mówiłem, patrząc na gwiazdy i galaktyki, plamy, spirale i kółka, porozrzucane jak bohomazy i kleksy na obrazie jakiegoś impresjonisty czy może rysunku dzieciaka z przedszkola, w którym nie zdążono jeszcze zabić całej niewinności i talentu. Niektóre z nich mrugały, inne promieniowały silnym, przyjemnym dla oka światłem, a kolejne wydawały się takie samotne i smutne, że niemal czułem ich mocne rozczarowanie i ból.
Duża część tych wszystkich obiektów już dawno nie istniała, ale miałem to najzupełniej gdzieś. Fascynowało mnie głównie to, że były tam białe karły, gazowe olbrzymy, gwiazdy neutronowe, komety, mgławice, układy planetarne przed i po przemianie, czyli materia i gruz, i miejsca, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że pomiędzy nimi kryły się okruchy i ślady działalności różnych gatunków, podróżujących do gwiazd jak i pozostających na swojej planecie-matce. Patrzyłem na to i podziwiałem, tymczasem z boku cały czas dobiegało nieznośne brzęczenie, które długo ignorowałem.
– A czy ty wiesz, że możemy porozmawiać? – Kobieta nie rezygnowała, a ja w końcu nie wytrzymałem i na przekór sobie rzuciłem tylko jedno krótkie:
– Tak.
– No wreszcie. Mówili, że możesz być otępiały czy nieśmiały, no ale żeby aż tak? – Jej głos zmienił się, ale wciąż budził sympatię. – Ja nazywam się Ewa. A ty?
– A ja nie nazywam się Ewa. – Włączył się mi jakiś chochlik i to pomimo tego, że nie miałem nic złego na myśli.
– Bardzo śmieszne, ha, ha, ha.
Nic nie odpowiedziałem. Czułem mocne zmęczenie, zupełnie jakby ktoś odciął mi głowę czy włożył ją w mocne kleszcze. Sytuacja była, delikatnie mówiąc, nierealna, bo bardzo chciałem, ale nie mogłem zasnąć, a rano musiałem przecież jakoś wstać i pójść do pracy.
Nie wiem ile tkwiłem w tym stanie, ale w końcu nadeszła długo oczekiwana chwila, gdy byłem tak zmęczony, że przestałem na cokolwiek reagować.
– Łubu, dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu! Niech żyje NAAAAMM!
Wzdrygnąłem się i nieco rozbudziłem, słysząc głośny krzyk czy raczej darcie japy. Babka mocno fałszowała, na szczęście jednak dosyć szybko zakończyła te swoje popisy i zamilkła, krztusząc się i łapiąc oddech.
– Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. – Nie mogłem sobie darować.
Zapadła niezręczna cisza, przerywana jedynie napadem kaszlu, który też w końcu umilkł.
– Poznajmy się – rzuciła po dłuższej chwili, na szczęście nic nie komentując, na co moja głowa zareagowała z ogromną wdzięcznością.
Jezu, jaki ten sen realistyczny. – Byłem ledwo żywy, ale przypomniałem sobie Jasia Himilsbacha i jeden ze starych polskich filmów, podczas gdy ona wybuchła prawdziwym słowotokiem:
– Ja wiem, że jestem wspaniała, zajebista, piękna i w ogóle. Nie musisz być taki nieśmiały.
Spadaj.
– Takie słowa do damy!?
Damy albo nie damy. Jak nie damy, my was damy w dupie mamy. I do dupy zaglądamy.
– Nie wiesz kim jestem?!
A co? Mamusia ci nie powiedziała?
– Jak ty się odzywasz do kobiety?! A ładnie to tak?!
Zamknij paszczę.
I wtedy usłyszałem głośne walenie w bębny, zupełnie jak w „Seksmisji”.
To jakiś koszmar. Na pewno się zaraz obudzę.
– A guzik z pętelką. – W jej głosie słychać było wyraźne zadowolenie czy może rozbawienie, zależy jak na to patrzeć.
– No nie wytrzymam! Permanentna inwigilacja! – Rozbudziłem się i cały zatrząsłem, niemal mając pewność, że ta jędza czyta mi w myślach.
– A czy ty wiesz gdzie teraz jesteś?
– W swoim apartamencie na dwudziestym siódmym piętrze – rzuciłem zadowolony, naiwnie myśląc, że się w końcu odczepi, i zamrugałem oczami, ale widok zupełnie się nie zmienił.
– Pudło!
– Jak nie, jak tak? – Zirytowałem się nie na żarty, wpatrując się w nieskończoną czerń kosmosu.
– A co ostatnio pamiętasz?
– Założyłem świeżą koszulkę, położyłem się i przytuliłem do Weroniki. I teraz śpię.
– No nie do końca.
– No to mam majaki senne, a ty jesteś moim głosem rozsądku. Okej. Zdarza się.
– Sprzedam ci newsa, tylko skup się i uważaj. To wydarzyło się ponad pięćdziesiąt lat temu. Miałeś zapaść i śpiączkę. Im prędzej się z tym pogodzisz, tym lepiej.
– Dobre. Mocne. Długo nad tym myślałaś? – Zaśmiałem się.
– Ale tak jest naprawdę.
– Czyli co? Teraz jestem w szpitalu, a ty moim koszmarem sennym? Albo dzielimy to samo ciało jak w „Stargate Atlantis”?
– Pudło, pudło i jeszcze raz pudło. Sytuacja jest zacznie prostsza. Brzytwa Okhama. Odkąd kowboje wykupili pół Europy, zaczęli wyciągać wszystkich ze szpitala. Bo nie opłacało się ich leczyć. American Dream. New World Order. MAGA. Mówi ci to coś?
– I? – Poczułem lodowate zimne i armię mrówek maszerujących po kręgosłupie, jakieś bliżej nieokreślone przeczucie, że zaraz usłyszę coś niedobrego.
– Pewien facet, ten od rakiet, sam zadecydował, że wezmą twój łeb i wykorzystają go jako najlepszy układ sterowania w całym wszechświecie. Bo tak jest taniej i lepiej.
– Czuję się zaszczycony. – Niemal parsknąłem śmiechem próbując wyobrazić sobie, jak światowy człowiek takiego kalibru mógłby wychylić się ze swojego pałacu i zainteresować moją skromną osobą.
– Ale ja mówię prawdę. – Oburzyła się i tym razem zabrzmiało to całkiem szczerze.
– Dobry ten towar. Tylko nie bierz go więcej.
– Dogadał się z pomarańczowym i tamten mu wszystko klepnął.
– Ta, jasne. – Aż cmoknąłem z zachwytu. – Trzeba ci przyznać, że masz fantazję.
– Ale Amerykanie naprawdę wykupili całą Europę.
– Zdecyduj się wreszcie. Mówiłaś o połówce, a teraz o całej. Plączesz się w zeznaniach.
– Bo ty mnie stresujesz.
– Naprawdę mówimy o tym samym? Oni tam ciągle żebrzą o napiwki, nie mają na lekarzy, a na dodatek wpieprzają same najgorsze śmieci. To najbogatszy naród trzeciego świata.
– To nie zmienia faktu, że jesteśmy teraz przycumowani do ISE. Ja nie żartuję.
– Aha. Jeszcze tylko brakuje jednorożca i rycerza w białej, błyszczącej zbroi. Albo Tytusa, Romka i Atomka w 13N. I co potem? Może frytki do tego? A kim ty w ogóle jesteś, że siedzisz w mojej głowie? Pozwolił ci ktoś?
– Śmiej się, śmiej. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Każdy statek ma dwa mózgi, męski i żeński, żeby się równoważyły. Jing-jang, ping-pong, i tak dalej.
– No chyba nie ma równowagi, skoro mnie szpiegujesz.
– Tylko na jakiś czas.
– Ta, jasne. Jak ktoś ma władzę, to ją odda. Już to widzę.
– Nie jestem taka jak inne kobiety.
– A mnie zaraz kaktus wyrośnie na ręku.
– Pamiętasz ten fragment, jak koleś z rodziną podchodzi do drzwi i mówi, żeby pan Wojtek je otworzył?
– No – przyznałem, chociaż niechętnie. – W „Ostatniej szarej komórce” czy jakoś tak. Ale on nazywał się Darek.
– To powiedz panu Darkowi, żeby obrócił nas w stronę Ziemi.
– A na chuj mam się teraz wygłupiać?
– Bo nikt nie daje pełnej kontroli mózgowi, który może odwalić jakiś numer. Na początku czarną robotę robi za niego ktoś inny, mój ty głuptasku.
– Załóżmy, że masz rację, tylko coś mi się mocno nie spina. Mówiłaś o cumowaniu. Jedno z drugim się chyba wyklucza.
– Istnieją zaczepy z możliwością obrotu.
– Aha. No dobrze. Panie Darku, poproszę w stronę Europy.
I wtedy wydarzył się cud. Obraz przed moimi oczami zaczął się powoli przesuwać.
– Tania sztuczka.
– A teraz powiedz coś o księżycu.
– Panie Darku, proszę czynić honory.
Nic się nie stało, a głos w mojej głowie wybuchnął szczerym śmiechem:
– Jesteś podłączony do prymitywnego systemu. On rozumie tylko bardzo proste polecenia. Musisz podać nazwę obiektu albo konkretny kierunek.
– Panie Wojtku, chcę zobaczyć księżyc.
Jak na zawołanie, widok zaczął się przesuwać i po chwili patrzyłem na naturalnego satelitę Ziemi.
– Przyznaję, że wygląda to całkiem realnie. To gdzie jest haczyk?
Mój umysł zaczęły zalewać obrazy.
Kryzys w gospodarce z powodu rosnących cen dysków i pamięci RAM. Odcinanie ludzkości od całej techniki komputerowej. Bezpardonowe ataki na ruch open source. Szok odstawienia i brak chęci do twórczości w obliczu działalności modeli AI, których mit upadł dopiero po wytruciu kilkunastu milionów ludzi. Niszczenie kolejnych serwerowni. Wieczna wojna na Ukrainie i nowe bronie, mutujące materię i tkankę żywą. Obawa przed przeniesieniem zarazy i wypalanie wszystkiego na wschodniej flance NATO. Wkroczenie Amerykanów do zrujnowanej, uśmiechniętej Europy i nadzieja na lepsze jutro i nowe miejsca pracy. I na koniec statki kosmiczne obsługiwane przez żywe mózgi, sprawdzające się znacznie lepiej niż znienawidzona AI.
– Też przez to przechodziłam. – Ewa najwyraźniej mi współczuła. – Szkolenia HR są zawsze okropne.
– Ale dlaczego ja? I jak to możliwe, że podobno żyję pięćdziesiąt lat?
– Wszystkiego nam nie mówią. Naprawdę nie wiem.
W tym momencie coś się zmieniło. Poczułem ruch, po chwili widząc Europę, która sama zaczęła rosnąć.
– To ja. – Ewa zaczęła tłumaczyć. – Możesz powiększać obraz i takie tam. Zobacz, jak wygląda teraz twoja Warszawa.
Moje rodzinne miasto, jeżeli to rzeczywiście było ono, a nie jakaś projekcja, mocno się rozrosło, a w jego środku tkwiła spora dziurka, zupełnie jak u dziewicy czy w pączkach z Dunkin’s Donut.
– Bardzo mi przykro.
Nie trzeba było wielkiej inteligencji, żeby zrozumieć, że epicentrum było w okolicach Pałacu Kultury.
– Teraz macie strefę naprawdę czystego transportu.
Coś mnie zaczęło boleć, gdy zrozumiałem, że to może być prawda.
I szybko pociemniało mi przed oczami.
***
Czułem, że widzę całą strukturę wszechświata. Przede mną przesuwały się kolejne atomy tworzące kilometry kabli, stalowe pręty i warstwy betonu układające się w posadzki i ściany, okna i szyby wind i resztki wyposażenia biurowego.
Biurowiec wyglądał całkiem inaczej niż w „Matrixie”.
I było coś jeszcze.
Drobne okruchy rzeczywistości, niewielkie bańki uwięzione w środku całej struktury, zawierające wydarzenia, które działy się tam przez lata, dokładnie w tych starych, wiekowych murach.
I choć to niemożliwe, widziałem teraz kolejne obrazy i sceny.
Panie z kawką, trzepoczące rękami i rzęsami i gdakające niczym banda kur i kokoszek, zajmujących całą możliwą przestrzeń i moszczących się jak na grzędzie w kurniku. Cherlawe koguciki prężące mizerne muskuły. Smród z kuchni, gdy ktoś odgrzewa nieświeżą rybę. Seniorzy patrzący przepitym wzrokiem, walący grubymi palcami, próbując skompilować niesforny kod czy dopieścić jednorazową prezentację, która za chwilę i tak pójdzie do kosza. Młodzi przychodzący do swojej pierwszej pracy, nie mając pojęcia, że spędzą tam najlepsze lata swojego życia. Spotkania, gdzie omawiano różne fackupy i sprinty. Rozmowy, z których nic nigdy nie wynikało. Nocne akcje pod stołem i pożegnanie starszego pana, który przez lata był zwykłym skurwysynem, a na koniec dał wszystkim po baloniku i lampce szampana.
To wszystko działo się w tym miejscu, i nagle pękło na moich oczach, zamienione przez widok gołych murów, obdartych z resztek godności.
– Przestańcie! – Dosłownie czułem fizyczny ból, widząc obcych ludzi, którzy nigdy tu nie byli, a teraz siedzieli w ogromnych, warczących maszynach, obojętnie rozszarpujących fragmenty masywnej konstrukcji. – Stop!
Serce bolało mnie coraz bardziej.
Aż w końcu eksplodowało, zupełnie jak melon czy mały arbuz.
***
– Reinkarnacja. – Przede mną stała stara, pomarszczona baba, która przeżegnała się i cofnęła z przerażeniem, mamrocząc jakieś zaklęcia.
Rozejrzałem się. Znajdowaliśmy się na chodniku jakiegoś miasta, z ogromnymi wieżowcami. Wyglądało to zupełnie jak w „Matrixie”. Staliśmy tam w samym środku dnia. Mijali nas obojętni ludzie, a ja uśmiechałem się jak psychopata.
I pyk.
Babcia nagle zniknęła, a wraz z nią wszystko dokoła.
Przez chwilę tkwiłem w całkowitej ciemności.
***
Stałem teraz w kinie, gdzie patrzyłem na biletera, który palił papierosa, a dokładniej kamela, bo nie miał klubowych.
– Pan jest z Polski – rzuciłem do niego, pokazując opakowania na stoliku tuż obok.
– Tak synku. To chyba oczywiste.
– Dlaczego pan nic nie robi z tymi, którzy drwią z pana na co dzień?
– Nie próbuj im mówić co robiłeś. I tak nie zrozumieją. Ich świat jest prosty, a Polska odległa jak Mars. Jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one.
– I co dalej?
– A co ma być? – Wzruszył ramionami. – Żyj swoim życiem i daj innym żyć. Proste. A teraz stąd spadaj.
On pstryknął palcami, a ja znowu zapadłem w ciemność.
***
Zamrugałem gwałtownie oczami. Przed chwilą byłem w kinie, a teraz znajdowałem się w jakimś biurze. Na moich plecach ciążył plecak z trzema kilogramami najnowszego techu. Skądś wiedziałem, że właśnie przyszedłem do pracy, mocno zmęczony całonocnym maratonem filmów na netfliksie. Usiadłem przy pierwszym wolnym biurku, rozpakowałem się i zacząłem gapić w ekran laptopa, gdy nagle usłyszałem ciche i krótkie:
– Dzień dobry.
Podniosłem wzrok, gapiąc się bezczelnie w jej cycki.
– Mamy nowego klienta. Będzie pan zadowolony. – Moja PM spojrzała na mnie kpiącym wzrokiem, ściskając dwa mocne argumenty pomiędzy ramionami. – Za pół godziny na czwartym piętrze. Tylko bez żadnych numerów.
– Ta, jasne – mruknąłem, wiedząc, że pije do mojego zachowania na imprezach, które organizowaliśmy tuż po udanych projektach.
– Będę miała na ciebie oko. – Czasami miałem wrażenie, że jest zazdrosna, z drugiej strony nigdy nie dawała sygnałów, że chce czegoś więcej.
– Nie wątpię.
– Coś mówiłeś?
– Nie, nic takiego. – Nie skończyłem mówić, gdy znów przeskoczyłem.
***
Kolejne biuro.
I to samo ubranie.
Siedziałem w jakiejś salce i słuchałem gówniarzy, dwóch przemądrzałych gnojków, prześcigających się w udowadnianiu, że klient jest zawsze najważniejszy. Śmieszyły mnie takie nasiadówki. Miały sprawić, że wszyscy rozerwą szaty, upadną, zapłaczą i nawrócą się w kwadrans, może góra pół godziny, zależy od tego ile trener dostał w łapę, i będą pracować z pieśnią na ustach, zapominając o rodzinie, znajomych i własnym życiu i wszystkich problemach.
Każdy niewolnik chciał uciec z tej salki, ale twardo siedział, bo został zmuszony albo naiwnie myślał, że uniknie mało interesującej i nieproduktywnej pracy.
Ja też byłem myślami bardzo daleko. Patrzyłem na zestresowanych ludzi i czułem, że mężczyzna bez kobiety jest nikim, a w drugą stronę działa to dokładnie tak samo.
Czy prawdziwa miłość zdarza się tylko raz? Czy można odtworzyć unikalne warunki, w których kobietę i mężczyznę od pierwszych sekund łączy specyficzna więź?
Spotkanie nagle zakończyło się. Dostaliśmy pracę domową i tym razem nie było to recytowanie wierszyków na dobranoc.
Dosłownie zaniemówiłem, gdy przede mną w jednej chwili pojawiła się najpiękniejsza kobieta świata. Była… po prostu idealna. Niewysokie, czarne szpilki idealnie współgrały z kostiumem, a ten idealnie podkreślał wcięcie w talii i biust, w sam raz do wzięcia w obie dłonie.
– Dzień dobry.
– Eeeee
– Dzień dobry. Mam wrażenie, że się skądś znamy – powtórzyła z uśmiechem, a ja wstałem, wyciągnąłem i podałem jej rękę:
– Nie jestem pewien.
– Przypominasz mi kogoś. Naprawdę.
– Mam nadzieję, że to same przyjemne wspomnienia.
– Właściwie… to tak. Zachowujesz się trochę jak mój brat.
Odebrało to cały romantyzm sytuacji.
I znowu skoczyłem.
***
Zawsze lubiłem to robić w nocy. Wtedy było najspokojniej i dało się skupić, do tego czułem ten dreszczyk emocji, że ktoś mnie może przyuważyć, co oczywiście nie powinno mieć miejsca, ale dziwnym zbiegu okoliczności zawsze mogło się zdarzyć w epoce wszechobecnych kamer i dronów.
Poddasze było bardzo przytulne. Miałem tu bardzo wygodne łóżko, specjalnie przygotowaną podłogę, nie dopuszczającą do rozlewania płynów, dobrze wyłożone, dźwiękoszczelne ściany, wannę i kanistry z kwasem, i na wszelki wypadek małą, kieszonkową kruszarkę do kości, którą pieszczotliwie nazywałem „Baby bum”.
Wiedziałem, że mam obsesję na punkcie tej kobiety. Upewniłem się w tym, gdy się kilka razy spotkaliśmy, a potem zobaczyłem jej linkedina, facebooka i instagrama. Kochałem ją, a ona mnie. I teraz była w moich rękach, aż do samego końca.
Czekało mnie wiele roboty. Westchnąłem i powoli założyłem biały plastikowy fartuch i niebieskie rękawiczki, dokładnie je dezynfekując, i odwróciłem się w jej stronę. Leżała, rozpięta w pozycji „X” z kajdankami na rękach i nogach. Nie mogła nic mówić. Patrzyła z przerażeniem, jak biorę nożyczki i rozcinam koszulkę, a potem zabieram się do stanika i półprzezroczystych majteczek.
Przez chwilę tego żałowałem, ale od razu przywołałem się do porządku. Bielizna została naprawdę dobrze i fachowo dobrana, świadcząc o tym, że dama pragnęła czegoś niezwykłego… albo była kurwą.
Chciałem spełnić jej ukryte pragnienia, szkoda tylko, że nie mogła tego całkiem docenić. Wciąż wyglądała na sparaliżowaną czy może otumanioną, co poniekąd mogło być prawdą. Środek, który powinienem był kiedyś opatentować, zawsze stanowił pewną niewiadomą i wciąż potrafił mnie zaskakiwać, w niewielkim stopniu, ale jednak.
Zapaliłem świeczkę, wziąłem do ręki zdjęcie i powoli zacząłem kapać na nie wosk, a na końcu podpaliłem, patrząc jej głęboko w oczy.
Wciąż otumaniona zrozumiała, że coś jest mocno nie tak. Podniosła gwałtownie głowę i zaczęła krzyczeć przez skórzany knebel, widząc tasaki i noże.
Napawałem się tym przez dłuższą chwilę, a potem podniosłem największy z nich, oblizując się łakomie.
I wtedy dostała szału.
Wszechświat znowu zadziałał i stała się jasność.
***
Szedłem ulicą. Moim celem była słynna giełda, gdzie można było kupić najnowsze programy, gry i części komputerowe. Przechodziłem właśnie obok biurowca. W jego środku stała fontanna, a nad nią górował półokrągły szklany dach.
Atrium Tower.
Czułem, że Polska się teraz rozwija, budując takie piękne budynki.
– Halo! Chłopcze! – Z tyłu ktoś zaczął mnie wołać. – Zatrzymaj się!
Obejrzałem się. W moją stronę biegła dziewczyna z długimi włosami.
– Nazywam się Ewa, a ty?
– A ja nie, proszę pani.
– No nie no. – Sięgnęła do ucha i zaczęła poprawiać włosy. – Nie jestem aż taka stara.
Z wrażenia odebrało mi mowę.
I zaczęło robić się coraz cieplej.
***
Gorące, ogromne gorąco. Lało mi się z czoła, a ciało ważyło chyba tonę. Ledwo mogłem oddychać, zamknięty w małej, ciasnej, metalowej kuli bez żadnych okien. Rozglądałem się, tymczasem robiło mi się niedobrze, zupełnie jakbym znalazł się w ogromnej wirówce.
– Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem… – głos w moim uchu urwał się, a ja o mało nie dostałem zawału, podświadomie czując, że najbliższe sekundy przesądzą o tym, czy będę żyć.
W środku kapsuły było coraz bardziej gorąco i sucho.
Zupełnie jak w piecu.
I znowu pociemniało mi przed oczami.
***
Długo tkwiłem zawieszony pomiędzy życiem i śmiercią.
Człowiek nie powinien znać daty i przyczyny swojej śmierci, niestety to mnie spotkało. Trzy razy zobaczyłem kogoś, a te osoby wskazały ten sam dzień. Pierwszy raz to był przypadek, drugi dał mi do myślenia, trzeci spowodował, że nieraz zastanawiałem się nad swoimi wyborami, nie wiedząc, co jest właściwe. Chciałem uciec od topora, tymczasem zegar tykał, z każdą chwilą przybliżając mnie do tego, co nieuchronne.
Tik-tak, tik-tak, TIK-TAK.
Właśnie nastał mój czas.
***
Wiedziałem, że tego nie chcę, to znaczy kiedyś przez chwilę chyba tak było, ale nie miałem całkowitej pewności. W sumie niczego nie byłem pewien. Kilka ostatnich miesięcy pozostawało dla mnie jednym wielkim snem i dopiero teraz mogłem myśleć.
Musiałem być czysty od prochów, niestety powrót do rzeczywistości okazał się prawdziwym koszmarem, nie tylko ze względów medycznych. Lekarze zachowywali się jakbym był ich własnością. Strażnik, codzienne sprawdzanie moczu, opaski na łóżku krępujące ręce i nogi i inne uciążliwości naprawdę dawały się w kość, do tego nie mogłem widzieć swoich bliskich, co tłumaczono koniecznością utrzymania sterylnego środowiska.
I teraz nadarzyła się okazja, żeby stąd uciec. Pielęgniarka nie zauważyła, że moja prawa ręka jest niedokładnie związana. Udało mi się oswobodzić. Miałem problemy z mięśniami, ale w końcu wstałem, wziąłem kule spod ściany i powoli podszedłem do drzwi, ostrożnie je uchyliłem i wyjrzałem.
Winda była naprawdę blisko.
Rzuciłem okiem na lewo i prawo i niemal ruszyłem biegiem, gdy nagle zza zakrętu wyszła mama z dzieckiem. Kobieta weszła do windy, obróciła się i mnie zauważyła. Uśmiechnęła się i nacisnęła guzik, nie pozwalając zamknąć się drzwiom. Doszedłem o kulach i odetchnąłem z ulgą.
– Dziękuję.
Metalowe skrzydła zaczęły się zamykać, a ja modliłem się w duchu, żeby ten koszmar w końcu się skończył.
Wstrzymałem oddech.
Jeszcze kilka centymetrów, dwa milimetry, drobna szparka.
I ktoś na zewnątrz nacisnął guzik.
Drzwi otworzyły się.
Za nimi stał strażnik z lekarką.
Cofnąłem się i zacząłem krzyczeć:
– Nie chcę! Ja chcę żyć! Oni mnie zabiją! Proszę mi pomóc! Zadzwońcie po policję! Proszę!
– On ma problemy psychiczne! – Napastnicy zaczęli się ze mną szarpać, a matka z dzieckiem zasłoniła dziewczynkę, niestety mocno przerażoną.
Nikt nie zwracał uwagi na moje krzyki. Wywlekli mnie, przeciągnęli i na powrót związali w pokoju, a obojętny na wszystko ochroniarz odtąd siedział w środku.
– Wiesz ile problemów nam narobiłeś? – Pielęgniarka nie była miła podczas wieczornego obchodu. – Już obiecali twoje organy. Za całe osiem milionów.
– Ale ja… hmmmmmm… – moje słowa ucichły, gdy kobieta włożyła mi skórzany knebel.
– Podpis to podpis. To nie jest film. Z pewnych rzeczy nie można się tak po prostu wycofać.
Próbowałem się szarpać. Wiedziałam, że to moje ostatnie chwile. I faktycznie, po chwili pojawił się lekarz i zaczęli wypychać łóżko. Przejechaliśmy do sali operacyjnej, gdzie szybko zrobili przygotowania. Poczułem jak po moim brzuchu przesuwają wacik. Widziałem przygotowany skalpel w rękach doktora.
Byłem niemal jak sparaliżowany. Przed oczami miałem całe życie, od gwałtu i smrodu gwałcicieli, którzy śmiali mi się prosto w twarz, wtedy i potem na sali sądowej. I pomyślałem, że zachowujemy się jak w starożytnych kulturach, gdzie siłą wyrywano ludziom bijące serce.
Zacząłem powoli zasypiać… i resztką sił poczułem, że wokół mnie jest jakiś harmider i ruch.
– Policja! – krzyczało kilku mężczyzn. – Odsuńcie się! Widział was cały Madryt!
– Już dobrze dziecko, zajmiemy się tobą. – Podbiegła do mnie jakaś kobieta. – Jest ze mną twój tata. Nikt cię nie skrzywdzi.
Ona próbowała mnie uspokoić, a ja czułem, jak uchodzi ze mnie życie. Oprawcy chyba dopięli swego. Osiem milionów nie chodzi przecież piechotą.
***
– Obudź się! Kierowniku złoty! Wenus do Marsa! Wenus do Marsa!
Przed moimi oczami rozpościerał się widok naszej niebieskiej planety, a ja milczałem, nie wiedząc, czy to nadal sen.
– Eins, zwei, drei, Polizei! Odezwij się! Martwię się o ciebie!
– Co się stało? – rzuciłem niepewnie.
– Cholerne Ostatnie Ostatnie Pokolenie. Musieli zanieczyścić któryś ze zbiorników. Wskaźniki skoczyły aż pod sufit.
– A jaśniej?
– Złapałeś wirusa, głuptasku. System nie zdążył go całkiem zablokować.
– Miałem przebłyski. To było takie realne. Wydawało mi się, że jestem po kolei w ciele co najmniej kilku ludzi. I był tam seryjny morderca. – Zamilkłem na dłuższą chwilę, właśnie zdając sobie sprawę z tego, co powiedziałem, a potem zapytałem po cichu. – Co się stało w Warszawie?
– Bomba, ale bez promieniowania. Wynalazek nowych zielonych. Kupiony już po upadku Rosji.
– To co teraz?
– Lot wokół księżyca. Ale wpierw powiedz, jak chcesz się nazywać.
– Teraz to chyba Adam.
– Ewa, miło mi. No to ruszamy. Pomyśl o tym co chcesz zrobić.
Przed moimi oczami wyświetlił się interfejs do nawigacji. Był tak intuicyjny, że nie miałem problemu z wyznaczeniem kursu. Miałem pewne obawy, ale przyspieszenie okazało się o wiele bardziej łagodne niż sądziłem.
– Mamy kompensatory. – Moja partnerka rozwiała niewypowiedziane wątpliwości.
Lecieliśmy, za to już kilka sekund później przyszło mi na myśl, że nie ma co tak żyć. Zacząłem powoli skręcać.
– Widzę co robisz. – Ewa spokojnie skorygowała. – Oprócz nas mają jeszcze komputer. Nie da nam zrobić krzywdy. Zresztą jak chcesz, to spróbuj.
Nie odpowiedziałem, tylko gwałtownie dałem po hamulcach z jednej strony. Sekunda czy dwie wszystko szło zgodnie z planem, a potem...
– Aaaaaa! – Ból był okropny i trwał nie wiadomo jak długo, ale potem przeszedł tak samo jak się pojawił.
– A nie mówiłam? – Zaśmiała się, naprawiając mój błąd.
– Czyli chodzimy na krótkiej smyczy?
– Myślisz, że kiedyś było inaczej?
– Co się stanie, jak sami polecimy do gwiazd?
– Pewnie odetną paliwo. Albo zrobią wielki stop. Odłączą nas z systemu. Nie mam pojęcia. Na razie rozkoszujmy się widokami.
– Czyli co? Księżyc?
– Tak jest. Droga zajmie nam całą godzinę.
Zapadła cisza. Próbowałem się oswoić z całą sytuacją i nowymi możliwościami, tymczasem naturalny satelita Ziemi cały czas rósł przed moimi oczami.
– Oblecimy go i wracamy. – Ewa nie miała wątpliwości, ale na moment przerwała, a jej głos stał się mechaniczny, zupełnie jakby uczyła się właśnie mówić. – Chociaż. Nie. Dziwne.
– Co jest?
– Alarm kolizyjny! – Nagle nabrała wigoru.
– Co do cholery?
– Kosmiczny grunt! Kierunek dwa pięć zero na piętnaście! – To co mówiła zdradzało ogromne napięcie.
– W czym mogę pomóc?
– Najlepiej w spuszczeniu sobie wpierdolu. – Znów usłyszałem starą, dobrą Ewę, którą zdążyłem polubić.
– To dobre jest.
– Wyjdziemy im na spotkanie i spróbujemy coś zrobić. Powiadomiłam już centrum kontroli. Teraz mi nie przeszkadzaj.
– Okej.
Ruszyliśmy z kopyta, zupełnie jakby gonił nas sam diabeł. Nie miałem jeszcze biegłości w tym wszystkim, ale faktycznie, po pół godzinie zobaczyłem masę kosmicznego gruzu. Manewrowaliśmy między nim, co chwila wypuszczając część ładunku, co było dla mnie nowością, że mamy takowy. Lewo, prawo, góra, dół i z powrotem. Niewiele to dało, ale przynajmniej co mniejsze kamyki zaczęły zderzać się ze sobą i obierać kurs omijający księżyc i naszą przepiękną niebieską planetę. Czułem się przy tym naprawdę paskudnie. Podobnie byłem umieszczony w specjalnej osłonie, ale nawet to nie pomagało. Cała operacja trwała jakiś kwadrans i w końcu zakończyła się sukcesem
– Udało się! – Ewa wyraźnie się ucieszyła.
– Griffin two six, ready for takeoff. – Nagle na naszym kanale pojawił się nowy, spokojny głos.
– Jankesi chcą zgarnąć ordery – mruknąłem, tymczasem ten sam mężczyzna odezwał się najczystszą polszczyzną, chociaż z obcym akcentem:
– Podchodzimy od tyłu i osłonimy was. Nie róbcie żadnych gwałtownych ruchów. Macie zatankować i przygotować się.
Nie wyglądało to na AI, dodatkowo czułem przez skórę, że to nie koniec całej zabawy. Ogromny okręt, kilka razy większy od naszego, przesłonił całe pole widzenia, a mnie zaczęły wyświetlać się koordynaty podejścia. To nie był koniec niespodzianek. Pierwszy raz widziałem procedurę dokowania i tankowania, a Ewa okazała się naprawdę dobrym nauczycielem.
– I co teraz? – rzuciłem, gdy paliwo zaczęło się pompować.
– Czekamy i podziwiamy widoki.
– Okej.
Pogrążyliśmy się w swoich rozmyślaniach.
– Macie z zbiorniku ponad dziewięćdziesiąt procent. To powinno wystarczyć. – Mężczyzna odezwał się po jakimś kwadransie.
– Zrozumiałem. – Absolutnie nie miałem pojęcia, co powiedzieć, ale to wydawało się najbardziej właściwe.
– Idzie druga fala. Przygotować się.
W radiu dało się słyszeć Marsz Walkirii, a zaraz potem rozpętało się piekło. Oni z drugiego okrętu strzelali, Ewa nawigowała, a ja tym razem wpływałem grawitacyjnie na mniejsze kawałki. Trwało to jakieś pół godziny, potem skończyło tak samo gwałtownie jak rozpoczęło.
– Jak myślisz, skąd oni są?
– Pewnie z Marsa. Jeden z tajnych projektów. Sekcja trzydzieści siedem. Napęd fuzyjny nowej generacji.
– Nie, nie, nie pytam o statek, tylko o cały ten gruz.
– Zapytałeś o nich.
– No wiem, wiem.
– Nie jestem w stanie ci odpowiedzieć. – Nagle stała się zasadnicza, a ja pomyślałem, że takie zmiany nastroju naprawdę są mocno kobiece.
I wtedy poczuliśmy wstrząs, zupełnie jakby w pobliżu zmieniła się grawitacja, i na dokładkę zaczął wyć alarm radiacyjny.
– Musimy uciekać! – Patrzyłem z przerażeniem na zbliżający się obiekt, który musiał schować się za tym całym gruzem.
– Nie mamy mocy w manewrówkach! – Ewa wpadła w panikę. – Dziesięć procent!
– Duży, czy możesz nam pomóc?
– Sami mają problemy. Wystarczy, że to walnie w moją stronę i po kłopocie.
– Musi być jakieś inne rozwiązanie.
– Nie myśl o mnie źle. I tak żyję za długo.
I wtedy poczułem, że całkowicie odebrano mi uprawnienia. To było tak symboliczne i wymowne. Kobieta znów miała nade mną władzę, a ja nie mogłem nic zrobić, bezradnie czekając na rozwój wypadków. Nie trwało to długo. Uderzenie zaskoczyło swoją siłą i mocą. Kręciliśmy się bezwładnie, aż w końcu system ostatkiem sił przełączył się na mnie. Zacząłem stabilizować całą jednostkę, równocześnie cały czas krzycząc:
– Ewa, odezwij się! Kurwa mać!
Wiedziałem, że poświęciła się dla mnie, a mnie zachciało się płakać.
I wtedy zobaczyłem bliźniaczy statek jak nasz, uderzony w miejsce, które system oznaczył jako komora pilota. I przeżyłem szok, bo tam nie było żadnych śladów pokazujących obecność czegoś organicznego, a przynajmniej tak mówiły czujniki.
Nie chciało mi się więcej żyć. Zacząłem tracić świadomość, ostatkiem sił myśląc, czy jest jakaś rzeczywistość przed i za tym wszechświatem, bo jeśli tak, to chcę się w niej teraz znaleźć.
Część II
Wiele lat później
– I jak nasza mała ślicznotka? – Pytanie zostało zostało zadane przez mężczyznę w stroju pierwszego mechanika w przedniej sterowni jednostki na orbicie Saturna.
– Wszystko na zielono. Silniki sprawne.
– Doskonale.
– Co mamy dziś w planie?
– Konferencję na pokładzie widokowym.
– Super.
– A widziałeś, co zrobił stary?
– Nie. Pokaż.
Mężczyzna sięgnął do kieszonkowego komputerka, na którym widać było staruszka, stojącego w hangarze tuż za mównicą:
– Odyseja to jeden z pierwszych statków klasy Galaxus. Przez lata był flagową jednostką naszej formacji. Z przyjemnością informujemy, że powzięliśmy decyzję o jego modernizacji do najnowszych standardów.
Mechanik kliknął na ekran i nacisnął pauzę, a jego rozmówca, wieloletni przyjaciel i mentor, uśmiechnął się od ucha do ucha:
– Skoro chciałeś mi to pokazać, to pewnie coś masz na myśli.
– To co zawsze. Góra i pierwsza klasa mają wizję, potem trzy czwarte z tego idzie na darmozjadów, którzy zrobią ładny marketing. Tym razem można oszczędzić. Widziałem naszych na dole. Wystarczy dać im zielone światło.
– Nie. Mają być zignorowani i w końcu dadzą sobie spokój.
– Jeden z nich pokazał gotowy projekt modernizacji. Powinien zadziałać i możemy go zrobić własnym sumptem.
– No i co z tego? To są groszowe oszczędności. Wiesz, na czym się robi największe inwestycje?
– No na czym?
– Krok pierwszy. Budujemy wszystko zgodnie z planem. Wynajmiemy specjalistów od designu.
– Nie zgadzam się. Oni się do tego nie nadają. Nie latali nigdy na statkach.
– Nieważne. Zapłacimy pełne stawki według oficjalnego cennika. Krok drugi. Czekamy. A co będzie na koniec?
– No co?
– Premia dla wszystkich, nadgodziny i protokół zniszczenia, jak wszystko zacznie się sypać.
– Ty to masz łeb.
– A wiesz dlaczego chciałem ten statek?
– Nie.
– Piloci są czy raczej byli z Polski.
– Jak to?
– Udało się ich wyekstrahować po taniości ze starego wraku. Odzyskaliśmy wszystkie kostki pamięci. I prawie w całości procesory. Dobra konstrukcja z czasów, kiedy jeszcze stosowali tarcze przed promieniowaniem kosmicznym. A wiesz co jest najlepsze?
– No co?
– Naukowcy przez wiele pokoleń próbowali naśladować mózg ludzki i w końcu doszli do wniosku, że muszą zbudować taką samą strukturę na poziomie pojedynczych atomów, co się okazało zbyt kosztowne i zupełnie nie miało sensu.
– No dobra, rozumiem, że pochodzą z czasu, gdy próbowano zaimplementować trochę inteligencji. Zainstalowałeś ich?
– Tak.
– No to włącz cały system.
– Tak jest.
W innej części okrętu
– Halo! – Głos był jakby znajomy, a mnie coś przeszyło, bo jak przez mgłę pamiętałem jakąś walkę, rozpacz i ogromne zimno, które otulało mnie jak mgła, paraliżując i nie pozwalając na zrobienie czegokolwiek.
– Weronika? – To imię przyszło mi do głowy pierwsze.
– Weronika, Ewa czy jakoś sobie chcesz. – Jej głos był coraz bardziej seksowny i uwodzicielski. – Dla ciebie mogę mieć każde imię, kochanie moje. – Zrobiła krótką pauzę i nagle usłyszałem najbardziej zachrypnięty męski głos, zupełnie jakby była demonem. – Odtąd zawsze będziemy razem.
Epilog
Bóg spojrzał na wszechświat 2027 i nic nie powiedział, a po jego policzku pociekła łza. Pękała mu głowa, każdej nocy nie mógł spać i potrzebował tworzyć, działać i robić coś nowego. Nie wiedział nawet jak to opisać, ale kochał ludzi, kobiety i zwierzęta i chciał im dać tak dużo, problem w tym, że oni nie szukali dobra i piękna.
Teraz po wielu dobrych latach przyszedł czas na cierpienie i próbę. Sami stworzyli sobie to piekło, a najbardziej mu było żal istot ludzkich zamkniętych w szklanych skrzynkach. Wieczni wędrowcy w sztucznych ciałach, skazani na wieczną tułaczkę i robienie tego, do czego nigdy nie zostali stworzeni.
Tak musiało być i nawet on nie mógł nic z tym zrobić.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania