Poprzednie częściZima: Wyznanie Wariejewa

Zima: Rezurekcja

Zima patrzył przed siebie, wprost na matową szybę okna, za którym nie znajdowało się zupełnie nic. Nieważne jak bardzo wytężał wzrok, jak bardzo pragnął zobaczyć co jest na zewnątrz - nie udawało mu się. T a m t e n świat pozostawał w dziwny sposób poza jego zasięgiem, rozmyty i tajemniczy. Przeniósł wzrok na czarne drzwi, marszcząc brwi. Choć zdrowy rozsądek i logika podpowiadały, że musiał przez te drzwi przejść, żeby znaleźć się w pomieszczeniu, to Zima tego nie pamiętał. Nie mógł sobie również za nic przypomnieć sobie czy też wyobrazić, co znajduje się za ponurymi drzwiami. T a m t e n świat… odciął się od Zimy, pozostawiając go samego w tym pustym, obcym pokoju. Pokój był jedynym, co Zima znał.

 

Siedział na obszernym, skórzanym fotelu. Niewysokie oparcie czyniło mebel niemalże tak wysokim, jak szerokim, nadając mu kształt kwadratu. Zima pomyślał, że to słaby projekt, zważywszy na to, że ludzie z jego epoki cenili sobie niedoskonałość i nieregularność. Kwadrat był zatem najbardziej nieodpowiednią, do bólu regularną figurą, jaka przychodziła Zimie do głowy.

 

Z drugiej strony znajdował się w miejscu, w którym nie istniały żadne epoki czy upodobania, fotel był zaś wygodny, dawał poczucie bezpieczeństwa i po prostu… pasował do otoczenia. Tak jak i matowe okno, czarne drzwi oraz drewniana, panelowa podłoga - rzadkość i luksus na t a m t y m świecie. Tu wszystko było na swoim miejscu i Zima o tym wiedział. Skąd? nie miał pojęcia. Wiedział i już.

 

Drzwi skrzypnęły, choć nie rozległ się żaden dźwięk, bo w tym pokoju, t u t a j dźwięk nie istniał. Mimo to Zima wiedział, że skrzypnęły. Zawsze w końcu skrzypiały… Zawsze? Był tu jakieś pięć minut i nic do tej pory nie skrzypiało.

 

Ale nie… był tu znacznie dłużej, całe swoje życie, to dlatego znał te wszystkie pozbawione sensu szczegóły. Za drzwiami świat nie istniał, ale do pokoju wszedł ktoś z zewnątrz. Zima nie znał przybysza, widział go pierwszy raz w życiu, ale Zima zdążył zorientować się, że wie rzeczy, których wiedzieć nie powinien. Na widok znajomego gościa, którego nie znał, przyjemne ciepło rozlało się po całym jego ciele. Uśmiechnął się jak do starego przyjaciela, którego imienia jeszcze nie znał.

 

— Nareszcie — westchnął i zapadł się głębiej w fotel.

 

Pozostało mu teraz czekać. na co? Nie wiedział, choć wiedział doskonale.

 

— Nie powinno cię tu być — odrzekł przybysz z wyrzutem, jak gdyby to Zima zawinił, pojawiając się nie wiadomo skąd w fotelu. — To nie twój czas.

 

— To mój czas — odparł stanowczo Zima. Był pewien swych słów, choć nie znał ich znaczenia.

 

Przybysz zaśmiał się i odrzucił na plecy kaptur długiego, czarnego płaszcza, który miał na sobie. Zima wytężył wzrok, ale mimo wysiłku nie mógł dostrzec twarzy nieznajomego. Pojawiło się nowe doznanie: prawdziwa niewiedza, nierozwikłana zagadka. Inna niż związana z t a m t y m światem i pojawieniem się Zimy w tym miejscu. Tym bardziej był pewien, że n i g d y nie widział tej twarzy. Najlepszy dowód, że nieznajomy mógł mieć rację mówiąc, że nie jest to jeszcze czas Zimy. Dlaczego więc Zima obstawał przy swoim? Nie wiedział, wiedząc. Robił słusznie.

 

— Chyba nie wiesz, kim jestem.

 

— Wiem doskonale. — Nie skłamał. T u t a j nie istniało kłamstwo. Choć oczywiście nie wiedział.

 

— Śmierć. — Przybysz nisko się skłonił, co zdziwiło Zimę. P r a w d z i w i e zdziwiło. Dlaczego Śmierć miałaby się komukolwiek kłaniać, kiedy to ona miała nad nim władzę?

 

— Ludzie tak na ciebie mówili — wpadło mu do głowy, nie wiedzieć skąd. Wyrzucał słowa, nie pojmując ich znaczenia. — Wziąłem to od nich, jak wiele rzeczy.

 

— Jesteś w końcu człowiekiem, Zimo.

 

— Byłem — poprawił Śmierć.

 

— Byłeś? — ponowne rozbawienie.

 

— Tak. Wiesz, że to określenie nie jest już dla mnie.

 

— Nie byłbym taki pewien. Przychodzę tylko po ludzi.

 

— Nie przyszedłeś do mnie. Ja przyszedłem do ciebie. Z prośbą.

 

— No proszę, człowiek pchający się w moje objęcia.

 

— Dlaczego cię to tak dziwi? Wielu szuka śmierci i wielu ją znajduje, sam to widziałem.

 

— Mylisz się, oni szukają jedynie ucieczki od życia, nieważne w jaki sposób. To, co robią wydaje im się właściwe, ale gdy idą potem przez ciemny tunel, a ja towarzyszę im przez całą drogę… Wierz mi, każdy chce zawrócić. Wszyscy w istocie szukali nie mnie, ale po prostu innego życia. Okrutnie się pomylili.

 

— Co się z nimi dzieje?

 

— Odprowadzam ich do takich jak ten pokojów. Kiedy przestępują próg, nie pamiętają miejsca, z którego przyszli. Są, można by rzec, szczęśliwi. Pilnuję ich, by zostali tacy na wieki.

 

— Ale ty mnie nie przyprowadziłeś.

 

— Nie, ty przyszedłeś tu sam. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Szedłeś przez tunel jak wszyscy, ale jako jedyny nie chciałeś zawrócić. Prawie biegłeś i to bez mojego przewodnictwa. A gdy znalazłeś pokój poczułeś… ulgę.

 

— To dlatego, że nie jestem jak inni. Mówiłem ci.

 

— Może coś w tym jest…

 

— Pozwól mi więc tu zostać.

 

— Wiesz, Zimo, nawet bym chciał. Ale zasady to zasady, muszę się ich trzymać, bo inaczej zapanowałby straszny chaos. Wy, ludzie, macie swój czas, bardzo zresztą krótki. Wielu nie wykorzystuje go tak, jakby chciało i oddałoby, o ironio, życie, by wrócić t a m. Nikt nie wraca, Zimo. Nikt, kogo odprowadzam. Spędzają w pokoju wieczność. Mam was tu wszystkich.

 

— Więc zostaw i mnie. Dlaczego tak bardzo chcesz się mnie pozbyć?

 

— Dlaczego tak bardzo c h c e s z tu być?

 

— Bo… tu jest mi dobrze. Nie wiem, co było t a m, ale wiem, że nie mam po co wracać. Mówisz, że sam się tu dostałem. Zostaw mnie zatem i idź po innych, których musisz poprowadzić. Oszczędziłem ci pracy, przychodząc samemu, czyż nie?

 

— Nie rozumiesz? Nie możesz c h c i e ć tu być!

 

— Dlaczego?

 

— Bo jeśli czegoś chcesz, to tak, jakbyś żył. T U nie ma miejsca na życie, tu jest Śmierć. JA!

 

— Ale ci wszyscy ludzie, których prowadzisz, przecież oni w tych pokojach wziąć żyją… ich dusze… myśli…

 

— Nie, Zimo, tych ludzi nie ma. Oni nie żyją, nie czują i nie myślą. Oni są, choć ich nie ma. Wszyscy jesteście w tym samym pokoju, choć dla każdego jest inny i w innym miejscu. Innym czasie. Nigdy się nie spotkacie.

 

— Nie rozumiem. Czyli to wszystko… nie istnieje?

 

— Oczywiście, że istnieje. Ja istnieję.

 

— A to wszystko dookoła? To jakiś wymiar śmierci? Twój świat?

 

— Zadajesz bardzo dużo pytań, jak na kogoś martwego. Nie powinno cię tu być.

 

— Skoro już jestem, to mi odpowiedz.

 

— Nie.

 

— Dlaczego?

 

— Na twoje pytania nie ma odpowiedzi.

 

— Ale są proste!

 

— Zastanów się, komu je zadajesz.

 

— Tobie. Śmierci.

 

— Ze mną nie można rozmawiać, Zimo. Ja nie istnieję, przecież wiesz.

 

— Ale… przed chwilą mówiłeś…

 

— Przed jaką chwilą. To nie jest miejsce i nie ma w nim czasu. Słowa tu nie istnieją, bo nie ma żadnego t u ani żadnych słów. To, co widzisz… ty niczego nie widzisz, Zimo, przecież umarłeś. Dusza? Dawno już przestałeś wierzyć w duszę i słusznie. Nigdy u nikogo nie znalazłem duszy, choć szukałem, wierz mi.

 

— Nie rozumiem.

 

— Nie sądziłem, że zrozumiesz. Niełatwo jest mnie zrozumieć. Może to zrobić tylko ktoś, kogo odprowadzę do pokoju, ale dla tych jest już za późno, by mogli cokolwiek rozumieć. A dla ciebie jest za wcześnie.

 

— Nie odsyłaj mnie!

 

— Niczego się nie nauczyłeś? Nie możesz mi rozkazywać.

 

— Proszę cię zatem.

 

— Nie znam próśb.

 

— Powiem ci, jak się tu dostałem.

 

— Niestety, nie możesz tego pamiętać.

 

— No… tak, nie pamiętam.

 

— Żegnaj, Zimo.

 

— Zaczekaj! Nie chcesz mnie zostawić, bo przyszedłem tu sam?

 

— Nie chcę cię zostawić, bo nie mogę. Wiesz, Zimo, mam do odegrania pewną rolę, która daje mi sporą wiedzę. Wiem, kiedy pojawiacie się t a m i z tą chwilą wiem też, kiedy będę musiał was odprowadzić. Znam powód, dla którego się tu znajdziecie i o czym będę do was mówił. Wiem też, co będzie w waszym pokoju, bo to ja je przygotowuję. Jest jednak coś, czego nie mogę. Nie mogę was tu sprowadzić, choć często wydaje wam się, że to robię. Nie, to wy sami przychodzicie. Jedni bezpośrednio, bo zdawało im się, że czeka ich tu coś przyjemnego. Inni wolno i na około. Ci zazwyczaj uważają, że to ja wybrałem się po nich. Nie, to wasze własne decyzje sprowadzają was tu. Wasze i innych. Ale nie moje.

 

— Ja także podjąłem decyzję. Jak możesz mnie stąd wyrzucić, skoro nie mogłeś mnie tu sprowadzić?

 

— Widzisz, Zimo, choć umarłeś, stała się bardzo dziwna rzecz. Nie odprowadziłem cię, a to znaczy, że choć umarłeś, to wciąż żyjesz. Spytasz, dlaczego się to stało? Odpowiem ci, że nie wiem. Znam czas twojego przybycia tu i powód, dla którego się tu dostaniesz i wiem, że to nie ta chwila. Umrzesz inaczej Zimo, a póki co, muszę cię odesłać.

 

— Jak mogę żyć, skoro nie żyję? Nie żyję! Zastrzeliłem się. Co zrobiłem nie tak?

 

— Właściwie, to wszystko zrobiłeś poprawnie. Widziałem wielu podobnych tobie i mogę przypuszczać, że to dlatego, iż jako jedyny naprawdę chciałeś umrzeć. Umrzeć, nie zaś pozbawić się życia.

 

— Przecież to to samo.

 

— Mylisz się, okrutnie się mylisz. Ci wszyscy, którzy odrzucają życie, jedynie odrzucają życie. Pragną dostać się na początek tunelu, bo to jest jedyne miejsce wolne od życia, jakie przychodzi im do głowy. I przychodzą, na różne sposoby, niekiedy naprawdę fascynujące. A gdy dostaną się na początek tunelu…

 

— Odprowadzasz ich.

 

— Tak, odprowadzam ich. Nie zdawali sobie sprawy, czego pragną, ale dla nich jest już za późno - trafią do pokoju. Co innego z tobą. Ty nie chciałeś po prostu odrzucić życia. Ty chciałeś umrzeć w pełnym tego słowa znaczeniu. Chciałeś znaleźć się nie na początku tunelu, nie gdziekolwiek indziej niż t a m, ale konkretnie tutaj, w tym pokoju. I trafiłeś tu, bez mojej pomocy.

 

— Jak mogłem trafić w miejsce, które nie istnieje?

 

— Nie wiem. Chyba w istocie nie jesteś tacy jak wszyscy ci, których odprowadzam. Mimo wszystko znam twój czas. On nadejdzie Zimo i odprowadzę cię wtedy jak starego przyjaciela. Rzadko jest mi dane spotkać kogoś dwa razy.

 

— Czyli nie zostawisz mnie tu?

 

— Niestety nie. I obawiam się, że nie będziesz pamiętać tej rozmowy. W końcu nic z tego tak naprawdę się nie wydarzyło.

 

— Co jeśli spróbuję znowu tu trafić, ale tak, jak robią to inni?

 

— Nie zdołasz. Nigdy nie trafisz w ten sposób na początek tunelu i zawsze będę cię odsyłał. I choć nasza rozmowa sprawił mi pewną przyjemność, to dalsze próby będą bezcelowe. Zaniechaj ich.

 

— Niech ci będzie. Jest jeszcze jedna sprawa.

 

— Tak?

 

— Coś sobie przypomniałem.

 

— To niemożliwe — odparła łagodnie Śmierć, biorąc to za majaczenia powracającego do życia.

 

— Jeśli możesz, odwiedź Saszę i powiedz jej, że bardzo mi przykro. Naprawdę mi jej brakuje i… chciałem zdążyć. Tak bardzo chciałem zdążyć…

 

— To… to niemożliwe… Odejdź stąd! Odejdź!!!

 

~ ~ ~

 

Zima wziął gwałtowny wdech i wyprostował plecy. Spojrzał na swój pistolet, zszokowany. Słyszał wystrzał, niemal czuł, jak pocisk rozrywa mu czaszkę, a jednak wciąż żył. Wzruszył ramionami. Niewypał, a reszta mu się przywidziała. Uniósł pistolet ponownie i położył palce na spuście. Miał już go nacisnąć, ale coś go powstrzymało. Jakiś odległy głos przypomniał mu, by tego nie robił. Zapach cytryny musnął jego nos, a jaskrawe włosy oplotły myśli, przemawiając wprost do jego świadomości. Sasza mówiła mu, by tego nie robił. Jej musiał posłuchać. Może nie do końca umarła?

 

Podniósł się z ziemi, otrzepał spodnie i chwiejnym krokiem ruszył w górę krateru. O śmiertelną dawkę promieniowania pomartwi się później. Miał dziwne przeświadczenie, że w jakiś cudowny sposób nie odczuje żadnych skutków ubocznych tej wycieczki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania