ZIMNY CHÓW

ROZDZIAŁ 1: Anatomia milczenia

Listopad 1983 roku był wyjątkowo parszywy. Warszawa parowała gęstym, węglowym smogiem, a wczesny zmierzch gasił resztki chęci do życia w kolejkach przed pustymi sklepami.

Porucznik Olgierd Żurawski nie spał od trzydziestu sześciu godzin. Siedział w bocznej sali sekcyjnej szpitala przy ul. Oczki, paląc trzeciego z rzędu „Sporta” odpalonego od poprzedniego. Lekarz patolog, stary, zgorzkniały profesor w zakrwawionym gumowym fartuchu, właśnie odkładał narzędzia. Na stalowym stole leżało ciało młodego chłopaka, studenta fizyki, którego rano wyłowiono z glinianek na Szczęśliwicach.

– Oficjalna wersja, Żurawski? – profesor przetarł zmęczone oczy, nie patrząc na milicjanta. – Utopienie. Nieszczęśliwy wypadek po spożyciu alkoholu niewiadomego pochodzenia. Tak mam wpisać w protokół, bo kapitan z Pałacu Mostowskich osobiście do mnie dzwonił.

Żurawski podszedł do stołu. Zgasił niedopałek o spód buta i schował go do kieszeni płaszcza. Pochylił się nad denatem.

– Utopienie, panie profesorze, nie zostawia takich śladów na nadgarstkach. Chłopak miał skrępowane ręce grubym, wojskowym kablem telefonicznym. A te wybroczyny na szyi to nie są glony. Ktoś go dusił. I to profesjonalnie. Tak, żeby nie uszkodzić krtani.

Profesor westchnął ciężko, podchodząc do umywalki.

– Olgierd, masz żonę, masz córkę. Nie bierz tej sprawy. Ten chłopak był synem profesora, który odmówił współpracy przy nowym systemie kodowania radiostacji dla MSW. To nie jest sprawa dla kryminalnej. To jest sprawa Polityczna. Jeśli wetkniesz w to nos, jutro znajdą cię w tych samych gliniankach.

Żurawski nie odpowiedział. Wyciągnął z kieszeni denata mały, zardzewiały przedmiot, który przeoczył technik na miejscu zdarzenia. Metalowy żeton do gry. Żeton z wybitą literą „K”.

Krupier wrócił. Po siedmiu latach milczenia.

ROZDZIAŁ 2: Szary człowiek w czarnej Wołdze

Zamiast milicyjnego Fiata, Żurawski dostał na tę noc cywilną Syrenę 105. Auto rzęziło i śmierdziało miksolem, ale przynajmniej nie rzucało się w oczy tak, jak błękitny wóz z kogutem.

Godzina dwudziesta trzecia. Zaparkował na tyłach Placu Konstytucji, niedaleko nocnego baru „Zodiak”. Wokół kręcili się faceci w ortalionowych kurtkach i prostytutki polujące na obcokrajowców z dewizami. Żurawski czekał na swojego informatora – cinkciarza o ksywie „Mętny”.

Nagle drzwi Syreny otworzyły się od strony pasażera. Do środka wsiadł mężczyzna. Ale to nie był Mętny.

Facet miał na sobie drogi, wełniany płaszcz i czapka-uszankę z porządnego futra. Pachniał zagraniczną wodą kolońską i tytoniem „Dunhill”. W ręku trzymał milicyjnego P-64, zaopatrzonego w długi, domowej roboty tłumik. Wycelował go prosto w udo Żurawskiego.

– Jedź, poruczniku – powiedział cicho, bez emocji. Głos był matowy, pozbawiony akcentu. – Kierunek Siekierki. I nie próbuj mrugać długimi.

– Krupier? – Żurawski nawet nie drgnął na kierownicy. Jego prawa ręka spoczywała na dźwigni zmiany biegów, zaledwie centymetry od ukrytego w rękawie noża sprężynowego.

– Krupier to nazwisko dla gazet, Żurawski. Dla ciebie jestem końcem tego śledztwa. Twój informator, Mętny, już rozmawia z rybami w Wiśle. Za dużo wiedział o transporcie części elektronicznych z RFN-u. Ruszaj wóz.

Żurawski wrzucił jedynkę. Silnik Syreny zawył. Wiedział, że jeśli dojadą na opuszczone pustkowia Siekierek, dostanie kulkę w potylicę, a auto zostanie podpalone. Musiał działać na własnym terenie. W ruchu.

ROZDZIAŁ 3: Ślepy zaułek

Wjechali na Czerniakowską. Ulica była pusta, gdzieniegdzie migały tylko słabe, żółte latarnie.

– Kto z ministerstwa cię kryje? – spytał Żurawski, kontrolując sytuację w lusterku wstecznym. – Przecież ten student nic nie wiedział. Był tylko pionkiem, żeby przycisnąć jego ojca.

– W tym kraju wszyscy są pionkami, poruczniku – odpowiedział zimno pasażer. – Jedni stoją na białych polach, inni na czarnych. Twój błąd polega na tym, że myślisz, iż milicja rządzi tym miastem. Milicja pilnuje porządku w sklepach. My rządzimy krajem. A teraz skręć w prawo, w stronę rzeki.

Żurawski zauważył coś, czego Krupier nie mógł widzieć. Kilkaset metrów przed nimi, na wysokości Chełmskiej, stał posterunek ZOMO. Dwa Stary z plandekami, kilkunastu facetów w hełmach z tarczami i długimi pałkami – rutynowa kontrola w czasie godziny milicyjnej.

Zamiast skręcić w stronę rzeki, Żurawski wcisnął gaz do dechy. Syrena wyrwała do przodu z głośnym metalicznym ryczeniem.

– Co ty robisz, skurwielu?! – warknął Krupier, próbując poprawić chwyt na broni, ale siła odśrodkowa rzuciła go na drzwi.

– Robię zakład, Krupier! – wrzasnął Żurawski. – Zobaczymy, czy twoje plecy w MSW działają na chłopaków z ZOMO, którzy najpierw strzelają z kałasznikowa, a potem pytają o przepustki!

Syrena z pełną prędkością wbiła się w strefę zapór ze stalowych jeży. Jeden z zomowców natychmiast uniósł pistolet sygnałowy, wystrzeliwując czerwoną racę, która oświetliła ulicę krwawym blaskiem. Pozostali odbezpieczyli broń ostrą.

Krupier zaklął. Zrozumiał, że porucznik idzie na całość. Uniósł pistolet, by strzelić Żurawskiemu w głowę, ale w tej samej sekundzie milicjant gwałtownie skręcił kierownicą w lewo, uderzając bokiem auta w betonowy krawężnik.

ROZDZIAŁ 4: Czyste cięcie

Syrena obróciła się w powietrzu, uderzając dachem o podłoże i sunąc z głośnym piskem rozrywanej blachy prosto na stojącego Stara. Huk był ogłuszający. Szyby poszły w drobny mak, a wnętrze auta zalało się zapachem benzyny i dymu.

Żurawski, wisząc na pasie bezpieczeństwa głową w dół, poczuł potworny ból w barku. Ale żył. Obok niego, Krupier, zakrwawiony i oszołomiony, próbował wyczołgać się przez rozbite okno pasażera. Jego pistolet z tłumikiem leżał na pękniętej desce rozdzielczej.

Z zewnątrz dobiegały już krzyki zomowców: „Gasić to! Wyciągać ich! Broń w pogotowiu!”.

Żurawski odpiął pas, runął na dach auta i resztkami sił złapał za pistolet Krupiera. Wyczołgał się za wóz.

Krupier stał już na nogach, trzymając się za złamaną rękę. Mimo potwornego wypadku, na jego twarzy wciąż gościł ten sam, znany Żurawskiemu, zimny, ironiczny uśmiech. Spojrzał na nadbiegających zomowców, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni czerwoną legitymację ze złotym godłem i uniósł ją wysoko.

– Towarzysze! Jestem z Departamentu II MSW! – zawołał głośno Krupier. – Ten milicjant to prowokator! Aresztować go!

Dowódca oddziału ZOMO zatrzymał się, patrząc na czerwoną książeczkę. W jego oczach pojawił się strach. W strukturach PRL-u legitymacja bezpieki znaczyła więcej niż wyrok sądu. Zomowcy natychmiast skierowali lufy kałasznikowów w stronę Żurawskiego.

– Odrzuć broń, poruczniku! – wrzasnął dowódca. – Na ziemię!

Żurawski stał w blasku palącej się Syreny. Spojrzał na Krupiera, potem na przerażonych, młodych chłopaków w hełmach. Wiedział, że jeśli odda broń, ta noc będzie jego ostatnią. System go strawi, wypluje i zapomni.

– Gra skończona, Olgierd – szepnął Krupier, podchodząc krok bliżej. – Krupier zawsze wygrywa. Bo to Krupier ustala reguły przy stole.

Żurawski uniósł pistolet z tłumikiem. Nie celował w Krupiera. Wycelował prosto w... bak paliwa rozbitej Syreny, z którego wartkim strumieniem wylewała się benzyna, podchodząc pod stopy mordercy.

– Nie tym razem – powiedział cicho Żurawski.

Pociągnął za spust. Iskra od rykoszetu na stalowym baku zamieniła Czerniakowską w piekło.

Płomienie buchnęły gwałtownie, jasnopomarańczową ścianą odcinając Żurawskiego od reszty świata. Fala gorąca osmaliła mu brwi, a siła eksplozji baku Syreny rzuciła nim o asfalt.

Krupier nie zdążył nawet krzyknąć. Benzyna, która podeszła pod jego drogie, importowane buty, zamieniła go w żywą pochodnię w ułamku sekundy. Przez potworny szum ognia Żurawski słyszał tylko głuche uderzenie ciała o ziemię i rozpaczliwe krzyki zomowców, którzy rzucili się do tyłu, osłaniając twarze przed żarem.

– Co wy robicie, towarzyszu?! Do wozu! Gasić to! – ryczał dowódca ZOMO, ale jego głos błądził gdzieś w chaosie.

Żurawski nie czekał, aż dym opadnie. Bark rwał go nieludzko, a w ustach czuł metaliczny posmak krwi, ale instynkt rzeźnika, który trzymał go przy życiu przez lata służby, zadziałał bezbłędnie. Wykorzystując kompletną dezorientację plutonu, przetoczył się w cień pobliskich krzaków przy ogrodzeniu bazy budowlanej, a stamtąd – kulejąc i trzymając się za złamaną rękę – ruszył przed siebie, w ciemne, nieoświetlone uliczki dolnego Mokotowa.

Pistolet Krupiera wciąż ciążył mu w kieszeni płaszcza.

ROZDZIAŁ 5: Ostatni azyl

Trzy godziny później. Godzina trzecia nad ranem.

Żurawski nie mógł pójść do szpitala – tam milicja i SB sprawdziłyby izby przyjęć w pierwszej kolejności. Nie mógł też wrócić do domu, do żony i córki. Jeśli bezpieka wydała na niego wyrok, jego mieszkanie było już obstawione przez smutnych panów w cywilnych fiatach.

Wylądował na strychu starej, przedwojennej kamienicy na Szmulkach, u „Starego Władka” – emerytowanego kasiarza, którego Żurawski wsadził za kratki jeszcze w latach sześćdziesiątych, a potem pomógł jego synowi wywinąć się z politycznej chryi. Władek nie zadawał pytań. Przyniósł butelkę bimbru, czystą szmatę i słoik domowego smalcu.

– No, Olgierd... – Władek jednym szarpnięciem nastawił zwichnięty bark milicjanta. Żurawski zagryzł zęby tak mocno, że mało nie pękły mu siódemki, ale nie wydał z siebie dźwięku. – Wyglądasz, jakbyś się urwał z powstania. Kto cię tak urządził?

– System, Władek – wycharczał Żurawski, łapczywie pijąc bimbru prosto z musztardówki. Alkohol palił gardło, ale przynajmniej tłumił ból. – Krupier nie był zwykłym bandytą. To była operacja operacyjna Departamentu II. Handlowali z zachodem elektroniką i złotem, a zyski szły na prywatne konta wyższych oficerów w Szwajcarii. Ten student fizyki zginął, bo jego ojciec rozszyfrował ich kanały łączności radiowej.

Władek pokręcił głową, zapalając zgniecionego papierosa.

– I co teraz zrobisz? Przecież oni cię rozjadą. Dla bezpieki jesteś teraz psem, który wściekł się i zagryzł oficera na służbie.

Żurawski wyciągnął z kieszeni pistolet Krupiera. Położył go na drewnianym stole, tuż obok butelki.

– Krupier spłonął. Ale ci, którzy trzymali jego smycz, wciąż siedzą w Pałacu Mostowskich i w ministerstwie na Rakowieckiej. Mają papier na wszystko. Ale ja mam coś lepszego.

– Co takiego?

– Nie mam już nic do stracenia.

ROZDZIAŁ 6: Rozdanie ostateczne

Świt wstał zimny i ołowiany. Żurawski, ubrany w starą kurtkę kolejarską, którą pożyczył od Władka, stał w budce telefonicznej przy Dworcu Wschodnim. W ręku trzymał garść żetonów. Wykręcił numer, który znał na pamięć – bezpośredni telefon do gabinetu pułkownika Matusiaka, szefa Wydziału Kryminalnego Komendy Głównej. Jedynego człowieka, który jeszcze mógł grać czysto.

– Matusiak, słucham – dobiegł zniekształcony przez centralę głos.

– To ja, pułkowniku. Żurawski.

W słuchawce zapadła długa, ciężka cisza. Słychać było tylko trzaski na linii i czyjś przyspieszony oddech.

– Olgierd... – głos Matusiaka stał się nienaturalnie cichy. – Gdzie ty jesteś, do cholery? Cały garnizon cię szuka. Wydano rozkaz „likwidacji w przypadku stawia oporu”. Podpisał sam generał z Rakowieckiej. Mówią, że przeszedłeś na stronę imperialistycznego wywiadu, że zabiłeś człowieka z kontrwywiadu...

– Krupier był mordercą, pułkowniku! – przerwał mu ostro Żurawski. – Mam jego broń. Mam numery seryjne banknotów, które znaleźliśmy przy cinkciarzach. Wszystko prowadzi do Departamentu II. Jeśli mnie wystawicie, te materiały trafią do prokuratury wojskowej przez ambasadę PRL w Berlinie Zachodnim. Narobię takiego smrodu, że wasz generał poleci ze stołka szybciej, niż wszedł stan wojenny.

Matusiak westchnął. Żurawski słyszał, jak pułkownik odpala papierosa.

– Czego chcesz, Olgierd?

– Spotkania. Sam na sam. Dzisiaj o dwudziestej na tarasie widokowym Pałacu Kultury i Nauki. Przyjdziesz sam, przyniesiesz mi czysty paszport wielokrotnego przekroczenia granicy i gwarancje bezpieczeństwa dla mojej rodziny. Jeśli zobaczę choć jednego człowieka w cywilu albo zomo-wca... krew tego studenta i Krupiera zaleje wasze eleganckie dywany na Rakowieckiej.

– Dobrze – powiedział cicho Matusiak. – Będę sam. Nie rób głupstw, Olgierd.

Żurawski odłożył słuchawkę. Wiedział, że pułkownik kłamie. Wiedział, że Matusiak właśnie daje znak technikowi, by ten namierzył budkę telefoniczną. Ale wiedział też, że Pałac Kultury to jedyne miejsce, gdzie gra musi się skończyć. Tam, gdzie wszystko widać jak na dłoni.

ROZDZIAŁ 7: Na dachu Warszawy

Dwudziesta zero zero. Taras widokowy na trzydziestym piętrze PKiN był zamknięty dla turystów z powodu „przerw technicznych”, ale dla ludzi z legitymacjami MSW drzwi windy otwierały się zawsze.

Wiatr na górze był potworny. Ciągnął od Wisły, niosąc ze sobą drobiny lodowatego deszczu. Warszawa w dole wyglądała jak makieta – ciemna, ponura, z nielicznymi żółtymi punktami świateł tramwajów.

Pułkownik Matusiak stał przy barierce, wciśnięty w ciężki, skórzany płaszcz. Obok niego stało dwóch mężczyzn w identycznych, szarych garniturach i kapeluszach. Klasyczna bezpieka.

Drzwi od klatki schodowej otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Wyszedł z nich Żurawski. Wyglądał koszmarnie – blady, z jedną ręką schowaną pod kolejarską kurtką, z twarzą przeciętą świeżą, czarną blizną po oparzeniu.

– Przyprowadziłeś gości, pułkowniku – powiedział Żurawski, zatrzymując się dziesięć metrów od nich. – A umówiliśmy się na partię dwuosobową.

Matusiak odwrócił się powoli. W jego oczach nie było nienawiści. Był tylko chłodny, pragmatyczny żal.

– Olgierd, bądźmy dorosłymi ludźmi. Świat się zmienia. Ty żyjesz w świecie paragrafów z Kodeksu Karnego, a my budujemy przyszłość tego kraju. Pieniądze z tej operacji... one nie idą na prywatne konta. One finansują zakup technologii komputerowych z Zachodu, na które nałożono embargo. Robimy to dla Ojczyzny. Ten student musiał zginąć, bo chciał sprzedać te dane Amerykanom.

Żurawski zaśmiał się gorzko, a wiatr porwał ten dźwięk w noc.

– Dla Ojczyzny? Przestań rzygać tą propagandą, Matusiak. Widziałem te wasze „technologie” w szafie Krupiera. Złote Monety, dolary z Pewexu i futra dla waszych kochanek. Jesteście zwykłymi złodziejami, tylko nosicie mundury z orzełkiem.

Jeden z facetów w szarych garniturach postąpił krok naprzód, sięgając pod marynarkę.

– Dosyć tego. Oddaj broń i dokumenty, poruczniku. Twoja rodzina jest bezpieczna... dopóki będziesz współpracował.

Żurawski wyciągnął zdrową rękę z kieszeni kurtki. Ale nie trzymał w niej pistoletu. Trzymał małe, metalowe pudełko z anteną – starą, milicyjną radiostację „Koral”.

– Słyszycie ten szum? – spytał Żurawski, zbliżając się do barierki. – Od piętnastu minut ten kanał jest otwarty. Cała nasza rozmowa, pułkowniku, leci na żywo do bazy radiowej ambasady Francji na Saskiej Kępie. Mój człowiek, Stary Władek, siedzi tam przy nadajniku, który podłączyliśmy pod waszą własną antenę na dachu Pałacu. Jutro rano radio Wolna Europa puści to w retransmisji.

Oficerowie z bezpieki zamarli. Matusiak zbladł, patrząc na małe pudełko w ręku porucznika.

– Oszalałeś... – szepnął pułkownik. – Zniszczyłeś nas wszystkich. Siebie też.

– Ja już nie mam czego niszczyć, Matusiak – odpowiedział cicho Żurawski. Spojrzał w dół, na przepaść ziejącą pod jego stopami. – Krupier myślał, że zawsze kontroluje stolik. Ale zapomniał, że czasem graczowi puszczają nerwy i po prostu wywraca stół razem z kartami.

Żurawski cofnął się o krok, opierając się plecami o niską barierkę tarasu. Wyciągnął z kieszeni pistolet Krupiera i uniósł go wysoko, celując w niebo.

– Do zobaczenia w piekle, towarzysze – powiedział.

Huk wystrzału rozdarł nocny horyzont Warszawy. W tej samej sekundzie dwaj agenci bezpieki ruszyli do przodu, ale było już za późno. Żurawski, zamiast oddać broń, zrobił krok w tył, znikając w czarnej, mglistej otchłani trzydziestego piętra.

EPILOG: Czysta karta

Trzy dni później. Gazeta „Życie Warszawy” opublikowała krótką notatkę na czwartej stronie, tuż obok prognozy pogody:

„W dniu 24 listopada br., w wyniku tragicznego wypadku podczas pełnienia obowiązków służbowych, zginął porucznik milicji obywatelskiej, Olgierd Żurawski. Kierownictwo MSW składa wyrazy współczucia rodzinie.”

O radiowej transmisji nikt nigdy oficjalnie nie wspomniał. Akta kryptonim „Krupier” zostały spalone w piecach na Rakowieckiej jeszcze tej samej nocy. System wciągnął brzuch, zamknął usta i trwał dalej, udając, że nic się nie stało.

Tylko na cmentarzu Bródnowskim, przy skromnym, nowym grobie, stary człowiek w kolejarskiej czapce położył na ziemi mały, metalowy żeton do gry z wybitą literą „K”. I poszedł w stronę bramy, nie oglądając się za siebie.

KONIEC

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania